Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

W stronę tajemniczego lasu

Izabela Gieroń

Każdy przeżył chociaż raz taką przygodę, której nie zapomni do końca życia. Dziwny zbieg okoliczności, przez który odkrył miejsce w sąsiedztwie, poznał osobę która odmieniła jego życie tej. Jednak są też historie, które przydarzyły się, jednak nikt nie chce w nie uwierzyć.

Dlaczego? Czy to przez zabobony, strach, a może to, że w opowieści o duchach wierzą jedynie dzieci i osoby, które można zaliczyć do kategorii chorych psychicznie? Historie o stworach z baśni i podań ludowych od dawien dawna towarzyszyły ludziom, a najmłodsi bali się chodzić samopas do lasów, aby nie trafić na wilkołaka albo wampira.

Pewna dziewczynka imieniem Elizabeth, gdy miała osiem lat, pojechała na wakacje do dziadka, który mieszkał w małym domku blisko lasu, za którym znajdował się zamek, każdej nocy oświetlany przez księżyc, a gdy nie był on widoczny, nad budowlą unosiła się dziwna, świetlista poświata. Elizabeth była jedynaczką, jednak miała dużo kuzynek i kuzynów, którzy również postanowili odwiedzić dziadka. Jako najmłodsza z całej gromady była najbardziej rezolutna i nie bała się niczego. Oprócz ciemności, dlatego zawsze musiała spać przy zapalonej lampce, albo w ciemnym pokoju, jednak w towarzystwie kilku osób.

Lizzy, bo tak nazywali ją członkowie rodziny, od zawsze lubiła i potrafiła wpakować się w niesamowite kłopoty. To ona wpadła jedną nogą w mrowisko i to ją obeszły mrówki, a gdy nie wiedziała, co z nimi zrobić, bo przecież co pięciolatka może wymyślić, strzepnęła je do owsianki swojego starszego kuzyna. Innym razem dała psu do jedzenia ważne papiery należące do jej mamy, która była nauczycielką, przez co musiała się tłumaczyć dyrektorowi, że lista uczniów biorących udział w konkursie językowym znalazła się w przełyku psa.

W dniu, w którym zaczęła się niesamowita przygoda małej dziewczynki, padał deszcz, a ona postanowiła iść pobawić się do lasu. Znała go jak własną kieszeń, ponieważ jak na ośmiolatkę posiadała niesamowity dar orientacji w terenie. Miała już przetarte szlaki, po których zawsze poruszała się, gdy wychodziła z kuzynostwem na grzyby, wiedziała, które drzewo stoi w jakim miejscu i gdzie je poprowadzi, jednak natura tego dnia jej nie sprzyjała. Tak dobrze znany las podczas ulewy zamienił się w miejsce, z którego nie było wyjścia, a biedna, mała Lizzy zabłądziła i nie wiedziała, co może ze sobą zrobić. Dlatego kucnęła pod drzewem i schowała twarz w dłoniach, starając się uspokoić nieco, ale co chwilę przypominała sobie, że nie wie, gdzie jest, przez co płakała jeszcze bardziej.

— Hej, co ty tutaj robisz? — Usłyszała głos nad sobą, więc podniosła oczy, a potem pisnęła, zasłaniając twarz dłońmi.

Tuż nad nią, do góry nogami, wisiał jakiś mężczyzna, którego siwa grzywka kołysała się luźno, a błękitne oczy czujnie śledziły ruchy dziewczynki. Mężczyzna puścił się gałęzi, w powietrzu wykonał obrót i kucnął, opierając cały ciężar swojego ciała na czubkach palców, tuż przed małą istotą, którą dopiero zauważył.

— Przecież nic ci nie zrobię, możesz przestać beczeć? — Uniósł lekko brew, mrucząc jakby z poirytowaniem i przygryzł wargę, wsuwając ręce pod pachy.

Dziewczynka popatrzyła na niego przez mgłę, która zasnuła jej oczy, a potem otarła je wierzchem dłoni, mrugając jeszcze kilkakrotnie. Mężczyzna miał na oko ponad dwadzieścia lat, krótkie, siwe włosy, które wyróżniały się jedynie długą grzywką, błękitne oczy, które w niektórych miejscach zdawały się przyjmować kolor szmaragdu, na sobie miał czerwoną pelerynę, a pod nią fioletowy strój, który sprawiał wrażenie, jakby był z innej epoki.

— No, już nie ryczysz. — Uśmiechnął się do niej, pokazując przy tym kły, a dziewczynka krzyknęła, znów chowając twarz w dłoniach. — Matko, uspokój się, proszę cię — zajęczał, zasłaniając sobie uszy i przysiadł na pelerynie. — Mówię, że nic ci nie zrobię, to czemu się tak drzesz?

— Czemu masz takie z-zęby? — zająkała się Elizabeth, patrząc przez palce na stworzenie siedzące przed nią.

Przed chwilą była prawie pewna, że ten człowiek, który okazał się nie być człowiekiem, może ją uratować, ale teraz już nie miała nadziei na przeżycie tego dnia. Wizja śmierci z rąk jegomościa ubranego w strój, który można było oglądać w epoce wiktoriańskiej, z zębami ostrymi zapewne jak brzytwa… nie wyglądała zachęcająco.

— Bo nimi wysysam krew z takich wrzeszczących smarkul jak ty, zadowolona? — spytał sarkastycznie, wywracając oczami i wziął dziewczynkę na ręce, wstając powoli z ziemi. — Nie krzycz, wyprowadzę cię z tego lasu, ale masz być spokojna do końca drogi albo serio zobaczysz, do czego są mi potrzebne takie zęby.

Elizabeth skinęła głową i udała, że zasuwa sobie usta, aby nic więcej nie powiedzieć. Westchnęła cicho, kiedy jej nowy znajomy okrył ją swoją peleryną i przymknęła oczy, gdy poczuła podmuch wiatru. Zdawało jej się, że biegnie tak szybko, że nie może złapać tchu, jednak ona czuła się jakby ciągle stała w jednym miejscu, tylko drzewa obok niej zmieniały się bardzo szybko.

Po krótkiej chwili wylądowała na tyłku na skraju lasu, a jej znajomy oparł się o jedno z drzew stojące najbliżej i przechylił lekko głowę, przez co grzywka wpadła mu do oczu.

— Leć do dziadka. — Skinął głową na mały domek, a dziewczynka otworzyła już usta, żeby coś powiedzieć, jednak przerwał jej. — Wiem, masz na imię Elizabeth, wiem wszystko o ludziach, którzy tutaj mieszkają. — Wyjął z kieszeni spodni monetę i podrzucił ją, a następnie kucnął i wyciągnął rękę w kierunku Lizzy. — Weź, jeśli kiedyś będzie ci się nudzić, a chciałabyś z kimś porozmawiać, bez płaczu i krzyku, przytul ją do siebie, a ja się zjawię. — Pstryknął kciukiem w monetę, a ona odbiła się i wylądowała prosto w złożonych dłoniach dziewczyny.

— Jak masz na imię? — spytała nieśmiało, kiedy on podniósł się powoli, otrzepał swoją pelerynę, a potem odwrócił się, ruszając znów w kierunku głębi lasu, jakby nie usłyszał jej pytania. — Jak masz…

— Victor. — Zerknął na nią przez ramię, uśmiechając się delikatnie i ukazując przy tym jeden kieł. — Słyszałem za pierwszym razem. — Skinął głową, a potem odbił się od ziemi i zniknął w koronie drzew.

Lizzy schowała monetę do swojej małej kieszonki w ulubionej bluzie, a potem wróciła do domku, aby przeprosić dziadka oraz swoich kuzynów za przysporzenie im takich kłopotów.

Następnego dnia pogoda już się poprawiła, a kiedy reszta dzieci poszła z dziadkiem na targ do sąsiedniego miasteczka, Elizabeth uciekła do lasu, trzymając pewnie w dłoni swój mały podarunek.

Nie mogła zasnąć poprzedniej nocy, dlatego siedziała w oknie i wpatrywała się w zamek, z którego zdawała się dolatywać do niej muzyka. Czasami słyszała, jak dziadek opowiadał, że gdy był mały, w lesie odbywał się festiwal, w którym brały udział duchy. Nawet był kiedyś świadkiem takiego wydarzenia gdy razem z przyjaciółmi zakradł się do lasu w dzień letniego przesilenia. Jednak z czasem zaczął udawać, że to wszystko mu się przewidziało, aby tylko ludzie nie mówili, że jest wariatem. W głębi serca nadal wierzył, że tańczył z duchem Kleopatry przy akompaniamencie orkiestry pod dowództwem klasyków wiedeńskich.

Elizabeth zatrzymała się przy ostatnim oznaczonym przez nią drzewie. Przytuliła do siebie monetę, a zaraz obok niej coś zaszeleściło. Spojrzała powoli w tamtą stronę i uśmiechnęła się szeroko, widząc w krzakach znajomą postać.

— Zabiorę cię dzisiaj na maliny, o ile je lubisz. — Wzruszył lekko ramionami, a dziewczynka pokiwała energicznie głową. — A potem mogę cię zabrać do swojego zamku, tam za lasem, co ty na to? — Uśmiechnął się szeroko, a Lizzy wyciągnęła do niego ręce.

Kolejny raz przemierzyli pół lasu z prędkością światła. Victor zatrzymał się na rozległej polanie i tym razem delikatnie postawił dziewczynkę na trawie, rozglądając się z uwagą dookoła.

— Dzisiaj świeci słońce — stwierdził, patrząc na niebo ze zmarszczką tworzącą się między brwiami. — To nie tak, że go nie lubię czy nie mogę na nim przebywać, ale mnie denerwuje.

— Zmienia ci się kolor oczu — powiedziała Lizzy, pokazując paluszkiem na twarz swojego znajomego, a on popatrzył na nią ze zdziwieniem.

— Serio? — Uniósł brew, kucając znów przed nią, a ona zmarszczyła lekko nos, patrząc z uwagą na jego oczy.

— Tak. Wczoraj miałeś niebieskie, dzisiaj są zielone. — Pokiwała energicznie głową, a on mruknął coś pod nosem i usiadł na trawie, głaszcząc się po brodzie.

— Nie wiedziałem, że one zmieniają kolor. Teoretycznie nawet nie wiem, jak wygląda moja twarz ani jak wyglądam w tym, co noszę, ale staram się nie brać niczego do siebie, no wiesz. — Wzruszył ramionami, ale Lizzy już nie było obok niego.

Pobiegła w kierunku lasu, gdzie zauważyła krzaczek z malinami, a Victor został tam, patrząc jak mała istota, która wczoraj wyrwała go ze snu, teraz tak inna niż wtedy, biega po lesie w poszukiwaniu owoców, które prawdopodobnie uwielbia. Uśmiechnął się delikatnie na ten widok, a potem zamknął oczy i westchnął.

Po podwieczorku zabrał ją do swojego zamku, tak jak jej to obiecał. Pokazał dziewczynce dokładnie wszystkie komnaty, co z jego tempem poszło bardzo szybko. Dał jej nawet na pamiątkę małą bransoletkę z motylkiem, a potem obiecał, że jeszcze kiedyś się spotkają.

Właśnie tak rozpoczęła się niesamowita historia małej Lizzy, która odmieniła jej życie na zawsze. Od tamtej pory codziennie wychodziła z domu i udawała się do lasu, gdzie już czekał na nią Victor, miły wampir, który nie chciał jej skrzywdzić, tylko mieć kogoś do towarzystwa. Pokazywał jej różne zakamarki w lesie, znaleźli razem strumień, ukryte jezioro, kilka jaskiń zamieszkiwanych przez inne stwory, które również polubiły dziewczynkę, a potem każdy wieczór kończył się kolacją w zamku wampira przygotowaną przez ducha najlepszego włoskiego kucharza, który zmarł z przejedzenia.

Elizabeth nigdy nie powiedziała nikomu o tym, co dzieje się w lesie. Gdy kuzynki pytały ją, czy mogą iść razem, ona odpowiadała, że woli być sama, ponieważ wtedy czuje się lepiej, jest cicho, spokojnie, a jej jak najbardziej się to podoba. Prawda była taka, że już w wieku ośmiu lat poczuła z Victorem tak wielką więź, że nie chciała go zostawiać ani dzielić się nim z nikim innym.

Mogła być u dziadka jedynie przez okres wakacji, jednak to nie znaczyło, że była smutna. Spędzała okrągłe dwa miesiące w towarzystwie istoty, która rozumiała ją lepiej niż jej rodzice. Nie przeszkadzała im wielka różnica wieku, ponieważ Victor skończył już tysiąc lat, a Elizabeth nawet nie była jeszcze wtedy nastolatką. On rozumiał jej problemy, bo sam spotykał się z podobnymi przypadkami, a ona rozumiała oraz czuła jego samotność w wielkim zamku, gdzie otaczały go jedynie duchy, dodatkowo zazwyczaj nieme.

Lata mijały, Elizabeth dorastała, mogła częściej przyjeżdżać w odwiedziny do dziadka, co też czyniła. W ferie zimowe przywoziła prezenty, w zamku wampira razem stroili choinkę, która stała u niego aż do ferii wiosennych, kiedy Lizzy kazała mu ją wyrzucić i zamienić na koszyczek z jajkami. Victor nigdy nie potrafił zrozumieć tradycji ludzi, jednak gdy widział uśmiech na twarzy swojej małej przyjaciółki to wszystko było tego warte.

Wampir był dumny z każdej nowej oceny Elizabeth oraz za każdym razem, gdy pojawiała się w nowym mundurku, który oznaczał zmianę szkoły, pytał ją, jak się czuje w nowym miejscu, czy znalazła już koleżanki, czy podoba jej się jakiś chłopak. Chociaż nie chciał przyznać się sam przed sobą, że na jego oczach mała istota, którą uratował przed dziesięcioma laty, zamieniła się w piękną kobietę, z którą przechadza się po lesie w wolnych chwilach.

To prawda, Lizzy zmieniła się bardzo od czasu pierwszego spotkania z wampirem. Z pucołowatej, małej dziewczynki, zmieniła się w kształtną kobietę z pięknymi oczami, włosami i idealną twarzą. W szkole miała wielu adoratorów, jednak nigdy nie potrafiła się przemóc i pozwolić im zbliżyć się do siebie.

— Lizzy, masz już osiemnaście lat, prawda? — spytał Victor, wisząc do góry nogami na gałęzi i patrząc na zachodzące słońce.

Elizabeth popatrzyła na niego, kiwając delikatnie głową, a potem przeciągnęła się, odgarniając włosy na jedno ramię.

— Tak, a dlaczego pytasz? — Uniosła lekko brew, patrząc z uwagą na wampira, który usiadł już normalnie na gałęzi i poprawił sobie długą grzywkę.

— Festyn duchów będzie dzisiaj w nocy, ale zamiast na niego zapraszam cię na bal w moim zamku. Chciałem cię tam zabrać już dawno, ale wtedy byłaś mała i bałem się, że mogłabyś się wystraszyć. — Westchnął pod nosem, a potem zerknął na nią. — Mam nadzieję, że się cieszysz.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, a Victor mógł poczuć, jak jego serce bije znacznie szybciej niż wcześniej. Ten uśmiech uznał za tak.

Tego wieczoru Elizabeth ubrała swoją ulubioną sukienkę. Długą w kolorze złotym, którą kiedyś podarował jej Victor, nigdy nie pytała, skąd ją ma, jednak nie musiała tego robić. Nawet nie chciała znać odpowiedzi.

Założyła jeszcze maskę wenecką, również w kolorze złotym, którą kiedyś kupiła podczas wycieczki do Włoch. Zabrała swoją kopertówkę i wyszła przed domek, starając się nie wyglądać dziwacznie, jednak, dziewczyna w złotej sukni, idąca do lasu, może być podejrzana. Szczęście, że dziadek był tej nocy w mieście i nie będzie nic o tym wiedział.

Nie musiała nawet daleko iść, zaraz przed nią pojawił się kabriolet, którym kierował kościotrup ubrany w strój szofera. Dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, ale usiadła na miejscu pasażera, a samochód wzbił się w powietrze i z prędkością równą światłu mknął ponad drzewami.

Już po chwili stawiała nogi na wybrukowanym dziedzińcu zamku Victora, który teraz wyglądał jak parking dla samochodów-chmur. Wszystkie pojazdy wyglądały jakby były zrobione z chmur albo mgły, a w każdym z nich za kierownicą siedział kościotrup, ubrany w identyczny strój szofera.

— Z wypożyczalni — mruknął Victor, który pojawił się zaraz za dziewczyną i podał jej lampkę wina, na które spojrzała podejrzliwie. — Nie martw się, królowo, to serio wino, mówiłem ci, że nie gustuję w krwi przy tylu ludziach. — Zacmokał do niej, uśmiechając się delikatnie pod maską i podał jej ramię, które przyjęła.

— Upiór z opery, Victor, jesteś takim nudziarzem! — usłyszała Lizzy tuż po przekroczeniu progu sali balowej.

Zaraz obok niej pojawił się wychudzony jegomość, w czarnym smokingu, płaszczu z postawionym kołnierzem i czarną maską na twarzy. Popatrzył chłodno na dziewczynę, a ona posłała mu delikatny uśmiech.

— Tak, a tutaj mamy okaz wampira przebranego za wampira. — Victor wywrócił oczami i pociągnął Elizabeth w kierunku innego towarzystwa, do którego uśmiechnął się szeroko, gdy tylko ich zobaczył. — A to jest śmietanka, którą chciałbym ci przedstawić, najlepsi z najlepszych możliwych duchów straszących na tej imprezie.

Lizzy uśmiechnęła się delikatnie, patrząc na blade postacie unoszące się kilka centymetrów nad ziemią i pijące poncz, który dokładnie było widać, gdy przelewał się przez ich wnętrze. Odrażający widok, jednak dziewczyna starała się nie pokazywać po sobie, jak bardzo ją to obrzydza.

— Kleopatra, Juliusz Cezar i Napoleon! — Przedstawił ich kolejno wampir, z szerokim uśmiechem, a Elizabeth patrzyła na niego dziwnie, bawiąc się palcami.

— Znam ich, z lekcji historii, Victor, nie rób z siebie pośmiewiska, mam osiemnaście lat. — Zaśmiała się, a wampir zrobił skwaszoną minę i powrócił na swoje poprzednie miejsce przy jej boku.

Dziewczyna zadała trójce duchów parę pytań, a ich rozmowa trwała około godziny, przez co Victor zdążył już zamienić słowo z każdym z gości, pokłócić się z połową z nich i usłyszeć kilka uwag na temat sprowadzania człowieka na przyjęcia zarezerwowane dla umarłych oraz wiecznie żywych duchem. Czy przejmował się zdaniem innych, skoro był u siebie? Absolutnie nie.

— Lizzy, no chodź już — jęknął marudnie, łapiąc ją za ramię i odciągając od Kleopatry, z którą wdała się w dyskusję na temat gospodarki wodnej na świecie. — Pokażę ci ogrody, specjalnie je pielęgnowałem na ten dzień, no weź. — Pociągnął ją za ramię i przytulił do siebie, gdy wpadła mu w ramiona. — Już lepiej, a teraz chodźmy.

Złapał ją mocno w pasie, żeby mu nie uciekła, a potem poszli razem na balkon wychodzący w stronę ogrodów, które — jak sam powiedział — kazał pielęgnować na dzisiejszy dzień. Specjalnie powiedział, że robił to on, kiedy w rzeczywistości wynajął do tego oddział specjalny zombie.

Otworzył drzwi balkonowe, a w alejkach ogrodowych od razu zapaliło się światło. Dziewczyna wstrzymała oddech, patrząc na jej ulubione kwiaty zasadzone w klombach, które układały się w jej ulubione kształty. Popatrzyła ze zdziwieniem na wampira, który uśmiechnął się jedynie, a potem złapał jej rękę, trzymając ją mocno w swojej.

— Jest jeszcze jedna rzecz, przez którą nie chciałem cię zabrać na nasz bal — szepnął, gdy wpatrywał się w ogród, a potem spuścił wzrok. — Człowiek, który weźmie udział w tej zabawie, na drugi dzień traci pamięć. Jednak do tej pory nie wiem, czy to będzie tylko wymazanie wspomnień o tym przyjęciu, czy całkowity zanik. Więc jeśli jutro już nie będziesz o mnie pamiętać, to… nic nie szkodzi, Lizzy. Ja zawsze będę mieć cię w swojej pamięci. A ciebie też będę mógł odwiedzać, jeśli tylko chcesz, mogę przychodzić do ciebie w snach i będziemy dalej spędzać godziny na jedzeniu malin i strojeniu choinki w święta.

Dziewczyna uśmiechnęła się jedynie, splotła razem ich palce, a potem przysunęła się do wampira, opierając skroń na jego ramieniu.

— Victor, ja również o tobie nie zapomnę. Będę mieć cię w sercu już na zawsze. Wiedz o tym.

Wampir uśmiechnął się delikatnie do księżyca, który świecił nad nim, a potem zamknął oczy, wdychając chłodne, nocne powietrze.

Następnego dnia zniknął zamek, który stał za lasem. Zniknęły prezenty od Victora, zniknęła moneta, jednak on nie mówił całej prawdy. Elizabeth nie zapomniała o nim ani o balu, ani o dziesięciu najlepszych latach spędzonych na wyczekiwaniu wakacji.

Gdy miała już wracać do swojego domu, na skraju lasu zobaczyła wilka, który zostawił pewien przedmiot. Po podejściu do tego miejsca odkryła, że była to maska Victora. Zabrała ją ze sobą do domu, nikomu nie mówiąc o nim ani o ich wspólnej przygodzie.

Ta historia miała miejsce, jednak zapewne znów uwierzą tylko dzieci.

Mroźna, ciemna noc

Paulina Szczęsna

Starsza kobieta obserwowała, jak z zadziwiająca prędkością szyby, kolejno jedna po drugiej, zamarzają. Tworzące się coraz to nowe, lodowe wzory wydawały dźwięk skrzypiącego pod ciężarem butów śniegu. Wiły się, chcąc jakby dosięgnąć osoby w pomieszczeniu.

Staruszka, spodziewając się tej wizyty, chwyciła w pomarszczone palce różaniec i zaczęła spokojnie odmawiać wszelakie modlitwy do każdego boga, jakiego kolejno podsuwała jej podświadomość. Tak z zaciśniętymi oczyma i drżącymi dłońmi, czekała.

Po chwili krótkiej, jednak dla niej zbyt długiej, nastała cisza.

Kobieta powoli uchyliła zmęczone powieki i rozejrzala się dookoła, dopiero po kilku minutach dostrzegając w rogu pokoju przygarbioną postać.

— Mamuriena — wyszeptała niby do siebie, niby to sprawdzając, czy to nie senna zjawa.

— Witaj Ciboro — odrzekła bogini ze swojego cienia.

Głos jej przepełniony był cierpieniem wielu osób, których przeniosła na tamten świat. Jej postura aż krzyczała od ciężaru bólu wszelakich nieżyjących już istot. Czarne, spłowiałe i splątane włosy, unoszone delikatnie przez niebieską mgiełkę, wydobywającą się z jej dłoni, przysłaniały wychudzoną, szarą twarz. Puste, zamglone oczy okalały cienkie rzęsy oraz głębokie cienie. Granatowe z zimna wargi wypuszczały co jakiś czas drżący oddech podobny westchnieniu.

— Jak widzę, moja droga, każdego w życiu to dopada. Czas — wręcz wypluła to słowo — nie oszczędził też ciebie. Nawet tak piękne, niesamowite i dzielne osoby potrafi naznaczyć w sposób niegodny.

— Dobrze widzisz, Moro. Lecz mniejsza o zmarszczki czy stare kości, gdy wokół ma się tylko powietrze. Bycie samotnym jest gorsze od wszelkich tortur. Najbardziej w mym końcu straszne jest właśnie to. Fakt, iż nie mam nikogo. Nie mam potomka, kochanka, brata, matki czy przyjaciela. Nikogo — wyszeptała lekko rozchylając wargi, aby przecisnął się przez nie tylko ten przeklęty wyraz, lecz zaraz zacisnęła je mocno, powstrzymując szloch. Ze smutkiem spojrzała na czarno-białą fotografię, wiszącą nad wygasłym kominkiem. Chcąc ukryć łzę, spływającą samotnie po pomarszczonym policzku, podparła się ręką o zagłówek wytartego fotela, na którym siedziała, a głowę ułożyła wygodnie na ramieniu.

— Czy chcesz usłyszeć mą historię, bogini?

Zaskoczona Mora uniosła wzrok znad fotografii, którą oglądała dokładnie, odkąd staruszka zwróciła się ku zdjęciu i przeniosła wzrok na swoją rozmówczynię.

— Ja nie wiem … — zawahała się i skuliła bardziej w swej posturze. Wbrew wszystkiemu była bardzo zamkniętą w sobie osóbką, nieśmiałą i, wydało jej się, niegodną słuchania opowieści bohaterki przed sobą.

— Proszę. Chociaż ty musisz ją poznać. Musisz o mnie pamiętać. Nie odbieraj mi nadziei.

Cibora wiedziała, iż był to cios poniżej pasa i Mamuriana też zdawała sobie z tego sprawę. Nie mogła odebrać kobiecie tego, co sama utraciła już wieki temu. Podeszła wolnym, niepewnym krokiem do krzesła, które stało dokładnie naprzeciw fotela pani domu.

— Słucham — rzekła, sama nie do końca przekonana do tego pomysłu. „Tyle bólu już niosę na swych ramionach, większa jego ilość albo mnie zabije, albo uwolni z cierpień” — pomyślała. Skupiła cały wzrok na naznaczone przez czas twarzy i posłała lekki uśmiech, który wyszedł smutniejszy niż zamierzała.

Staruszka wzięła głęboki wdech, po czym uwolniła powietrze wraz ze słowami składającymi się na tajemnicę jej istnienia.

— W czasach mej późnej młodości, gdy jeszcze należał mi się tytuł Ciborii Strażniczki Boskich Wrót Krainy Sol, sądziłam, że moje życie jest idealne. Miałam uznanie bogów, ich pieczę rozpostartą nad całym swoi dotychczasowym bytem, ich miłość. Broniła całą swoją zawziętą osobą tych kilku ludzi sądząc, iż mądrość dorównuje ich wiekom. I pomyliłam się. Pomyliłam jak jeszcze nigdy. Pewnej nocy, wysłana za Chorsem listem, którego treść znana była tylko tym na górze, zstąpiłam na Ziemię pierwszy raz, odkąd żyłam. Pamiętam, jakie wrażenia mi towarzyszyły. Byłam tak podekscytowana tą wszelaką zielenią, ociekającymi przeróżnymi barwami łąkami, tymi małymi, jak i dużymi zwierzętami. Lecz największy zachwyt budzili we mnie ludzie. Piękni w swej prostocie, mali w swej posturze, przypominali w pewien sposób nas — istoty boskie. Różnili się tylko tym, że nie byli tak dumni czy egoistyczni. Patrząc na to z perspektywy czasu, aż mi głupio z powodu mego płytkiego myślenia. Od najmłodszych lat wpajali nam, iż Ziemia i jej mieszkańcy to bezmyślne byty, darmowi niewolnicy, a ich planeta jest tylko kopalnią surowców. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego bogowie nie widzieli swoich wad? Szczerze mówiąc też ich nie widziałam. Słyszałaś, Mamurieno, legendy Sol? Podobno świeci tak jasno od miłości i mądrości istot ją zamieszkujących.

Mora przytaknęła lekko. Sama była karmiona tą i wieloma innymi historiami o królestwie, które zamieszkiwała.

— Bujda — rzekła Cibora — ale dane mi było wejrzeć w prawdę dopiero po utraceniu wiecznego życia. Lecz wracając do opowieści. Wysłana za bogiem nocy, zachwycałam się widokiem mnie otaczającym. Postanowiłam, korzystając z okazji, przejść się po tej przepięknej planecie. Różnorodność wszelkich istnień aż raziła przyzwyczajone do światłości oczy. Weszłam do magicznego, zielonego gaju przepełnionego drzewami z lejącymi i sięgającymi podłoża gałęziami, oprawionymi malutkim listowiem oraz wielkimi choinami z szyszkami zwróconymi dumnie ku niebu. Było tam tak cicho. Gwiazdy wyglądały stąd spokojniej, tak inaczej niż na Sol. Wielki księżyc przybrał barwę krwi, lecz mimo tego wyglądał tak majestatycznie jak jeszcze nigdy.

Ogarnęła mnie wielka zazdrość. Źle uczucie przepełniało ma osobę od stóp do głów i zawładnęło mym ciałem oraz duszą. Uniosłam w górę zaciśniętą pięść i wykrzyczałam w chmury słowa wyrażające me żale względem bogów. Dlaczego nie pozwalali mi zejść tu wcześniej? Co takiego chcieli ukryć, zachować tylko dla siebie? Czy moje oczy nie były godne oglądania ludzi, zwierząt, pól i łąk? Byłam gorsza?

Ignorując list i ma misję postanowiłam zostać na tej kolorowej planecie. W pierwszych tygodniach chowałam się po lasach, stodołach, różnych zakamarkach gospodarstw. Wielu chłopów widziało mnie wracając późnym wieczorem z roli czy pastwisk. Krążyły legendy o duchu przybyłym na te tereny. Nie dziwiłam się, w końcu nieczęsto widzi się człowieka oplecionego złocistą łuną. Z dnia na dzień doskonaliłam w sobie umiejętność ukrywania poświaty, starałam się nie używać mocy, by nie wzbudzać strachu i podejrzeń. Znalazłam w lesie małą chatkę. Uprzątnęłam brud i kurz ze środka, przestawiłam stare meble i zamieszkałam w niej. Zadomowiłam się dość szybko. Wyglądając jak zwykła, prosta kobieta wmieszałam się w tłum i zaczęłam żyć razem z mieszkańcami małej wioski, stopniowo zdobywając ich zaufanie. Raz w tygodniu jeździłam do miasteczka po mąkę, miód i wiele innych rzeczy. Piekłam chleb, czym zyskałam w oczach mych sąsiadów, gdyż, ich zdaniem, tak pysznego jeszcze w swym życiu nie próbowali. W zamian za chleb otrzymywałam złote monety, nasiona, które posiałam w moim ogródku i niewielkie kawałki materiałów.

Pewnego razu — pamiętam jak dzisiaj — będąc na jarmarku w miasteczku, spotkałam młodzieńca imieniem Derwan. Był pięknym, rosłym mężczyzną czarnych włosach i takich też oczach. Niosłam ciężkie worki mąki na mych plecach, a on widząc to zabrał je ode mnie i kazał prowadzić do mojego domu. Nie bałam się, że mnie napadnie. Czułam bijące od niego dobro bardzo wyraźnie. W podzięce za pomoc poprosiłam go, by został na obiad i tak sie złożyło, iż został na o wiele dłużej. Wzięliśmy ślub w pobliskiej kaplicy, a ponieważ żadne z nas nie miało rodziny, zaprosiliśmy na wesele znajomych kupców i sąsiadów. Niedługo potem urodziłam przepiękną córkę. Dałam jej imię Rosława. Oczy odziedziczyła po ojcu, lecz jasne, wręcz białe włosy miała po mnie. Nie mogłam być szczęśliwsza.

W życiu każdego z nas jest okres niepohamowanej radości. I w życiu każdego z nas jest okres niepohamowanego smutku. Łudziłam się, że bogowie o mnie zapomnieli. W końcu nie ingerowali w mój pobyt na Ziemi ani razu. Lecz w jedną z mroźnych, zimowych nocy, zesłali na mnie sen, przez który przekazali mi jedną prostą wiadomość.


„Zwykłe życie wiedziesz,

Lecz niedługo się zawiedziesz.

Ciesz się dniem dzisiejszym

Przed smutku czasem większym.”


Ciągle mam w głowie tą głupią rymowankę, dzięki której już nie mam nic. Po ciężkiej nocy przyszedł ranek jak każdy inny, ale ja czułam, że coś jest nie tak. Miałam rację.

Głos Cibory załamał się, a ona sama ledwo powstrzymywała łzy. Mora znała koniec tej opowieści. Sama brała w niej udział.

— Gdy przed posiłkiem moja córka przybiegła, by mnie przywitać, jak co dzień, zdarzyło się coś, co zdarzyć się nie powinno. Pod wpływem dotyku mojej skóry jej twarz wykrzywiła się w grymasie nieopisanego bólu i cierpienia. Krzyczała próbując zdjąć z siebie moje dłonie, ale ja, nie wiedząc, co się dzieje, tuliłam ją, by dać jej ochronę przed tym, co sprawiało takie męczarnie. Płakałam z bezsilności, krzyczałam na widok jej przerażonej twarzyczki. Próbowałam coś zrobić. Wołałam męża, kogokolwiek do pomocy, gdyż moje dziecko… Moje dziecko… Moje małe dzieciątko już nie żyło. Czarne oczęta, jeszcze niedawno pełne życia, teraz zasnute białą mgłą patrzyły wskroś mnie z niemym wyrzutem. Bezwładne małe ciało leżało na mych kolanach nienaturalnie wykrzywione pod różnymi kątami. Moja córka wyglądała jak demon. Szara skóra, a w miejscach, gdzie leżały moje dłonie, widniały czarne jak smoła, wypalone ślady. Zabiłam własne dziecko. Krzyczałam i płakałam, rozwalałam i biłam samą siebie. Byłam wściekła, wiedziałam, że winą powinnam obarczać bogów, którzy pokarali mnie w ten sposób, ale przede wszystkim to moja wina.

Postanowiłam uciec. Zawinęłam ciało Rosławy w biały koc i złożyłam na jej ciele kwiat przebiśniegu. Popatrzyłam po raz ostatni na moje maleństwo i zniknęłam wśród śnieżnych zasp i mroźnego lasu.

Ukryłam się w zupełnie innym miejscu, innym czasie i innej społeczności. Żyję tak do teraz. Zostały mi odebrane moce, poza śmiertelnym dotykiem. Nie wiem, co stało się z moim mężem, gdzie znajduje się grób mojej córeczki, nie pamiętam nawet miejsca mojej chatki. Jestem sama i byłam taka przez stulecia od tamtego wydarzenia. Nie planowałam zemsty, no, może nie do końca. Pamiętasz, droga Mamurieno, kto zabrał moje dziecko na tamten świat? Cząstkę czyjej mocy dostałam jako karę? Jaka była pora roku w dzień śmierci sensu mojego życia?! — ostatnie zdanie Cibora wykrzyczała, a echo oskarżeń zawartych w jej słowach odbiło się od ścian małego salonu.

Mora uniosła wzrok, wiedziała, co ją czeka.

Nie chowałaby się w kącie na początku wizyty, gdyby nie wiedziała.

Nie chciałaby słuchać historii, którą doskonale znała, by wydłużyć swoje życie choć o kilka cennych sekund, gdyby nie wiedziała.

Nie szłaby teraz z wysoko podniesioną głową w stronę staruszki, gdyby nie wiedziała.

Stanęła dokładnie naprzeciw dawnej strażniczki i uniosła mu nie dłoń.

— Dalej Ciboro, zabij mnie. Lecz chcę, żebyś wiedziała, że przepraszam za to, co zrobiłam wtedy i za to, co zrobię teraz. Złapała kobietę za rękę i powoli zabierała z niej życie, ale ta nie była jej dłużna, gdyż po chwili Mara czuła na swym ramieniu palący uścisk odbierający jej siły. Nie sądziła, iż śmierć będzie tak szybka. Wspomnienia nie nawiedziły jej głowy na chwilę przed upadkiem, nie widziała też światła. Głos jej i strażniczki połączyły się w jeden agonalny krzyk. Po chwili opadły bezwładnie na podłogę. Z ich ran strumieniem płynęła czerwona krew Cibory i złota Mamurieny.

Były tylko one dwie, cisza i mroźna, ciemna noc.

Wycie

Maciej Zygmunt

Blade światło lampy ulicznej odbijało się od białego puchu leżącego na ziemi. Miejsce, w którym znajdował się Gabriel, nie wyglądało na zbyt przyjazne. Odkąd przyszedł, nie widział jeszcze nikogo, kto szedłby tą ulicą. Czuł się bardzo niekomfortowo. Uczucie to dodatkowo potęgowane było przez przeraźliwe zimno i fakt, że jego ukochana spóźnia się już godzinę. Wielokrotnie wydzwaniał do niej, lecz bez skutku. Myślał, że mogło stać się coś niedobrego. Dramatyczne myśli przepełniały jego umysł, powoli przejmując kontrolę nad jego ciałem. Szybko spostrzegł, że jego ręce zaczynają drżeć. Opamiętał się i postanowił pójść pod jej mieszkanie. W drodze pod blok Laury, jego wyobraźnia pracowała na bardzo wysokich obrotach. Myślał, co ujrzy, kiedy dotrze do celu. Przed oczami miał kałużę krwi, karetkę i martwą ukochaną, która spogląda na niego swym trupim, pozbawionym życia spojrzeniem. To było silniejsze od niego. Na szczęście, kiedy dotarł pod jej blok, nie zobaczył żadnej z rzeczy, które chodziły mu po głowie. Szybko wbiegł po schodach i po paru chwilach znalazł się przed drzwiami Laury. Stał tam od pięciu minut. Kiedy miał już odchodzić, wpadł na pomysł, aby samemu złapać za klamkę. Ku jego zaskoczeniu, drzwi były otwarte. Niepewnie pchnął je do środka. Ujrzał panujący tam mrok. Dodatkowo miał złe przeczucia. Wahał się. Nie wiedział, czy powinien wchodzić do mieszkania. Po chwili namysłu postanowił to zrobić. Podłoga skrzypiała pod jego ciężkimi, zimowymi butami. Bardzo uważnie obserwował swoje otoczenie.

— Laura? — zawołał cicho — To ja, Gabriel. Jesteś?

Odpowiedziała mu jedynie cisza. Wiedział, że nikogo w mieszkaniu na pewno nie ma. Na wszelki wypadek rozejrzał się jeszcze po pokojach i wyszedł. Nie zobaczył tam nic niepokojącego. Cały czas zastanawiał się, czy coś złego nie stało się jego ukochanej. Postanowił wrócić do swojego domu. Całą drogę rozmyślał nad tym, co powinien zrobić. Nim się obejrzał, był już w windzie i jechał na siódme piętro, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Drzwi otwarły się. Gabriel zobaczył przed sobą zapłakaną Laurę.

— Kochanie, co ty tutaj robisz? — zapytał.

— Przyszłam do ciebie — odparła, pociągając nosem.

— Dlaczego nie zadzwoniłaś? Martwiłem się.

— Możemy porozmawiać o tym w środku?

Gabriel przytaknął i razem weszli do mieszkania.

— Muszę ci coś powiedzieć — powiedziała cichym głosem Laura.

— Co?

Złapała go za rękę. Stali chwilę nieruchomo patrząc sobie prosto w oczy.

— Nie możemy być razem.

To był koniec. Słowa przeszyły jego duszę i serce niczym włócznia. W jednej chwili cały świat runął, a on leżał przyciśnięty gruzami. Czuł, jak odczuwana dotąd miłość przeradza się w nienawiść.

— Dlaczego? — spytał niespokojnie.

— Nie mogę ci powiedzieć.

W chwili, kiedy wypowiedziała te słowa, Gabriel chwycił oburącz Laurę i przycisnął mocno do ściany.

— Co cię opęt…

— Mów! — przerwał jej agresywnie.

— Przestań! — odparła, próbując uwolnić się z uścisku.

Gabriel rzucił ją z całej siły na podłogę.

— Uspokój się! — wykrzyczała. — I tak byś tego nie zrozumiał.

— Czego nie zrozumiał? — zapytał, podnosząc nóż ze stolika.

— Po co ci nóż?

Zapanowała cisza. Gabriel stał nieruchomo, wpatrując się w leżącą na podłodze Laurę. Jego twarz była blada i pozbawiona uczuć. Swym spojrzeniem zdawał się wbijać w jej duszę. Zerknął na nóż i ruszył powoli w kierunku dziewczyny. Z każdym krokiem był coraz bliżej. Laura podniosła się i zaczęła uciekać. Gabriel był jednak znacznie szybszy. Kiedy ją dopadł, delikatnie pchnął nożem w jej brzuch. Biała bluzka momentalnie zaczerwieniła się od krwi. Rana nie miała być śmiertelna. To był dopiero początek. Laura zatoczyła się do tyłu. Chociaż ból był okropny, cały czas starała się trzymać dystans od napastnika. Nagle natrafiła na ścianę. Wiedziała, że to koniec. Spojrzała mu prosto w oczy, szukając litości. Gabriel pochylił się, aby zadać ostateczny cios. Laura zdążyła jeszcze dostrzec ciemną postać stojącą tuż za nim. Chwilę później poczuła ciepło bijące z klatki piersiowej. Tkwił w niej nóż. Coraz ciężej oddychała. Gabriel gdzieś zniknął. Została sama, leżąc w powiększającej się kałuży krwi.

Był już środek nocy. Gabriel szedł po pustej ulicy. Całe jego ubranie było poplamione krwią. Furia, która jeszcze przed chwilą pochłaniała cały jego umysł, zniknęła. Nie wiedział, co było przyczyną jego nagłej amnezji. Postanowił pójść do baru i się zrelaksować.

Po paru godzinach był mocno wstawiony. Siedział na chodniku, oparty o ścianę jakiegoś budynku. Nie wiedział gdzie, jest. Nie chciał wiedzieć. Amnezja zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Wszystko sobie przypomniał. Teraz miał tylko przed oczami martwą Laurę. Nie pozostało mu już nic. Był skończony. Czuł się okropnie. Zabił drugiego człowieka. Jedyne co przyszło mu do głowy to oddanie się w ręce policji. Kiedy wstał, zauważył, że przygląda mu się jakaś postać po drugiej stronie ulicy. Zaczął iść w jej kierunku.

— Ej ty! — zawołał — Co się tak na mnie gapisz? Spodobałem ci się?

Kiedy podszedł bliżej, doszedł do wniosku, że tą postacią jest mężczyzna, ubrany w kapelusz i czarny, długi płaszcz.

— Szczerze powiedziawszy — odparł spokojnie mężczyzna. — Gustuję raczej w kobietach.

— Dowcipniś z ciebie. Czego chcesz?

Tajemniczy mężczyzna zdjął kapelusz z głowy. Chociaż światło stojącej nieopodal lampy było słabe, Gabriel dostrzegł twarz swego rozmówcy. Wyglądał na mężczyznę po czterdziestce. Miał włosy starannie zaczesane do tyłu, błękitne oczy oraz krzaczaste brwi.

— Spokojnie, twoje nerwy są tutaj zbędne.

— Jeszcze nie widziałeś mnie zdenerwowanego, kim ty, do diabła, jesteś?

Na ustach mężczyzny pojawił się grymas, który w okropny sposób przypominał uśmiech.

— Mów mi Bel — powiedział, wyciągając dłoń w powitalnym geście.

Gabriel uścisnął dłoń.

— Pragnę ci pomóc­­ — powiedział Bel.

— Niby w czym?

— Przed kilkoma godzinami zabiłeś swoją ukochaną, co świadczy raczej o tym, że tutaj jesteś skończony.

— Skąd o tym wiesz!? — zapytał nerwowo Gabriel.

— Teraz jest to raczej nieistotne.

— Jak miałaby wyglądać twoja pomoc?

— Dałbym ci szanse na nowe życie — zaśmiał się Bel.

— W takim razie co chcesz w zamian?

— Tylko twojej duszy.

Gabriel wzdrygnął się. Nie wiedział z kim ma do czynienia. Z jednej strony, to wszystko, o czym opowiadał mężczyzna, wyglądało na stertę bzdur. Z drugiej przeczuwał, że obecnie, jego zdanie ma bardzo małe znaczenie. Po chwili namysłu zdecydował.

— Zgoda.

Nagle, Gabriel upadł na ulice. Przeraźliwy ból pochodzący z jego prawej dłoni uniemożliwiał jakąkolwiek czynność. Na jego ręce pojawiła się blizna, która układała się w dziwny znak.

— Teraz musisz umrzeć — powiedział cicho Bel.

— Tego nie było w umowie! — zaprotestował.

— Nie masz wyboru, jesteś już naznaczony.

— Nie mam wyboru? — zaśmiał się Gabriel — Jesteś w bardzo dużym błędzie.

— Jeżeli sam się nie zabijesz, ja to zrobię.

— No pokaż, na co cię stać! — wykrzyczał Gabriel.

Bel zniknął. Nie zostały na nim nawet ślady butów na śniegu. Gabriel zerknął na rękę. Blizna dalej tam była. Ucieszył się, gdyż upewniło go to w przekonaniu, że nie zwariował. Szybko przypomniał sobie o Laurze. Natychmiast pobiegł do mieszkania.

W mieszkaniu było przeraźliwie zimno. Na podłodze znajdował się ślady krwi. Gabriel zaczął rozglądać się po mieszkaniu, lecz nigdzie nie było Laury. Usiadł na kanapie i złapał się za głowę. Dotarło do niego, że zaczyna popadać w obłęd.

— Spokojnie jeszcze nie wariujesz.

Gabriel rozejrzał się i zobaczył Bela.

— Zostaw mnie w spokoju!

Czarna postać zniknęła na chwilę tylko po to, aby zmaterializować się przed samym Gabrielem.

— Zostawię cię w spokoju, kiedy tylko dostanę to, co do mnie należy.

Gabriel wstał gwałtownie z kanapy i podszedł do okna, które leżało od strony ulicy. Zastanawiał się nad tym, co może zrobić. Był bardzo przytłoczony tym, że zabił swą ukochaną. Nie wiedział, jak mogło do tego dojść. Przecież kochał ją nad życie! Szybko doszedł jednak do wniosku, że to, co go czeka, będzie odpowiednią karą za jego czyn.

— Dobrze zgadzam się, ale pod jednym warunkiem — powiedział — Przywrócisz Laurę do życia.

Demon powoli zbliżył się do Gabriela, wyciągając w jego kierunku dłoń.

— Dobrze — powiedział Bel, po czym w nagły sposób przeciął swymi długimi pazurami żyły na rękach chłopaka.

Krwawiące ciało upadło na podłogę. Zapanowała ciemność.

Powietrze było gęste i duszące. Pokój, w którym znalazł się Gabriel, był odrażający. Pośrodku stała masywna, czerwona świeca. Czarne ściany pokrywały napisy zapisane czerwoną substancją. On sam leżał w kącie, na gołej podłodze. Ostrożnie podniósł się. Wtedy zobaczył, że jest ubrany w garnitur. Wyglądał bardzo elegancko. Od razu przypomniał sobie pierwszą randkę z Laurą, kiedy to zabrał ją do restauracji. To były wspaniałe chwile. Gabriel podszedł do ściany, chcąc zbadać substancję. Delikatnie musnął palcem kawałek napisu. Kiedy posmakował substancji, ku jego zaskoczeniu poczuł metaliczny smak. To była krew. Pytania krążyły po jego głowie. Postanowił wyjść ze strasznego pokoju. Kiedy przekroczył drzwi, jego oczom ukazał się makabryczny widok. Miliony nagich, wychudzonych ludzi stało w kolejce do ogromnej sali tortur. Przeraźliwe lamenty były tak głośne, że powaliły Gabriela na ziemię.

— Prawda, że piękne?

Odwrócił się i zobaczył Bela. Powoli wstał i strzepnął z marynarki kurz.

— Szczerze powiedziawszy, nigdy nie wierzyłem w piekło.

— Musisz przywyknąć — uśmiechnął się Bel. — A teraz chodź za mną, bo się spóźnimy.

— Gdzie się spóźnimy?

— Na posiedzenie Rady.

— Jakiej Rady? — zapytał.

— Zaraz wszystkiego się dowiesz — odparł diabeł.

Gabriel ruszył za rozmówcą w kierunku wielkiej, czarnej świątyni. Kiedy weszli do środka, natychmiast zachciało mu się wymiotować. Chociaż budynek z zewnątrz wydawał się ogromny, w środku miał wymiary małej sali konferencyjnej. Pośrodku stał ogromny, okrągły, pusty stół. Przy nim siedziało sześciu mężczyzn w garniturach. Wszyscy bardzo żywiołowo dyskutowali w nieznanym Gabrielowi języku. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające sceny tortur. Każdy z nich był oprawiony w ramkę wysadzaną czerwonymi rubinami. Bel nakazał gestem, aby ten zajął miejsce na jednym z wolnych krzeseł po drugiej stronie sali. Ku jego zdziwieniu, nie był tam sam. Na krzesłach siedziało sześciu innych mężczyzn. Każdy z nich również był ubrany w garnitur i trzymał na kolanach teczkę na dokumenty. Gabriel westchnął głęboko i zajął wytyczone miejsce. Był przerażony. Nie wiedział, czy to sen, czy faktycznie znalazł się w piekle. Siedział i obserwował otoczenie. Ciągle rozmyślał nad tym, jak bardzo brakuje mu Laury. Nagle spoczął na nim wzrok jednego z obradujących. Jego przeraźliwe spojrzenie stwarzało wrażenie, jak gdyby usłyszał myśli Gabriela. Asystenci siedzieli nieruchomo, ślepo wpatrzeni w swych Panów. Ci śmiali się i dyskutowali w dziwnym języku. Mijały kolejne godziny. Wreszcie obrady dobiegły końca. Kiedy ruszył w kierunku Bela, ktoś złapał go za rękaw i gwałtownie zatrzymał.

— Mogę ci pomóc powrócić do swej ukochanej — powiedział głos za nim.

Kiedy się odwrócił, zobaczył tego samego mężczyznę, który wcześniej rzucił na niego dzikie spojrzenie. Był zdecydowanie młodszy od pozostałych. Jego oczy świeciły czerwonym kolorem, a z twarzy biła dobroć i miłość.

— Co mam zrobić? — zapytał Gabriel.

— Zaczekaj tutaj chwilę — odparł mężczyzna i podszedł do rozmawiającego jeszcze z innymi Bela.

Gabriel nie rozumiał, o czym rozmawiali. W pewnym momencie jednak zauważył, że demon kiwnął potwierdzająco głową. Ucieszył się.

— Złap mnie za rękę — powiedział ponownie miły głos.

Chłopak złapał mężczyznę za rękę i obaj znaleźli się na dachu jakiegoś wieżowca.

— Zwą mnie Szatanem — powiedział mężczyzna,

Gabriel był w lekkim szoku. Szybko jednak oprzytomniał i przywitał się z demonem.

— Dlaczego mi pomagasz?

— Belial cały czas sprowadza nowe dusze do piekła i robi z nich swoich nowych asystentów, których prędzej czy później zamienia w czerwone rubiny. W tobie dostrzegłem jednak to, czego żaden z jego poprzedników nie miał.

— To znaczy?

Demon uśmiechnął się.

— Dobro, które objawia się w twojej miłości do Laury. Jest ono tak silne, że aż włosy mi się jeżą na głowie.

— W takim razie co mam zrobić, by ponownie cieszyć się jej uśmiechem? — zapytał nieśmiało Gabriel.

— Wystarczy, że będziesz ją bardzo mocno kochał. Przez całą swoją wieczność.

— Tylko tyle?

— Aż tyle! — wybuchł Szatan — Musisz podpisać to własną krwią.

Demon wyjął ze swej marynarki zwój. Kiedy go rozwinął, oczom Gabriela ukazał się stary, zżółknięty papier, na którym znajdowały się zapiski w języku łacińskim. Nie rozumiał ani słowa. Szatan wskazał tylko miejsce, które miał podpisać swą krwią i podał chłopakowi nóż.

— To by było na tyle — powiedział demon — Za chwilę przeniosę nas do miejsca, w którym przebywa i będziesz się mógł cieszyć przez wieczność jej uśmiechem.

— Dziękuje.

— Drobiazg — demon uśmiechnął się i chwycił za rękę Gabriela.

Natychmiast znaleźli się w miejscu, gdzie przebywała Laura. Był to korytarz jednego z miejskich szpitali. Gabriel, kiedy tylko opanował zawroty głowy po teleportacji, natychmiast podszedł do jednej z pielęgniarek i zapytał o niedawno przywiezioną dziewczynę z ranami kłutymi. Siostra pokazała drzwi na końcu korytarza. Zaczął biec w ich kierunku. Łzy płynęły mu ze szczęścia. Kiedy otworzył drzwi, jego oczom ukazały się postacie trzech doktorów i pielęgniarki, stojących nad łóżkiem dziewczyny.

— Siostro, proszę odłączyć ją od aparatury i powiadomić rodzinę.

— Nie! — wykrzyczał Gabriel i rzucił się w kierunku pielęgniarki.

Dwóch młodszych lekarzy zatrzymało go i obezwładniło.

— Pan z rodziny ma się rozumieć? — zapytał najstarszy z nich.

— Tak, jestem jej chłopakiem! — wykrzyczał — Co wy robicie?

Doktor nakazał gestem, aby lekarze zostawili Gabriela w spokoju.

— Jest nam bardzo przykro, ale nie udało się jej uratować — powiedział Doktor — Jej stan był bardzo ciężki.

Personel medyczny wyszedł z sali. Gabriel podszedł bliżej łóżka i padł na kolana. Chwycił ją za rękę, która była lodowata. Jej twarz była blada. Rozpaczał długie godziny. Każdy jego szloch był jak kolejne cięcie, raniący serce. Wiedział, kto za tym wszystkim stał. Kiedy się odwrócił, zobaczył stojących za nim Beliala i Szatana, którzy nie wydobywając z siebie żadnego dźwięku, naśmiewali się z Gabriela.

— Wszystko to wasza wina! — wykrzyczał — Oddajcie mi moją Laurę!

— Niczego ci nie obiecywaliśmy — odparł spokojnie Bel.

— Podpisywałem z wami cyrograf!

— Ale my nie podpisywaliśmy go z tobą! — zaśmiał się Szatan.

Gabriel wiedział, że to już koniec wszystkiego. Laura była całym jego życiem i na niej także kończy się jego świat.

— Nigdy wam tego nie daruję! — powiedział głośno zrozpaczony chłopak — Nie wiem co się teraz ze mną stanie, ale niezależnie od tego, znajdę was i zniszczę! Słyszcie!?

Demony zaczęły iść w kierunku Gabriela, ten jeszcze ostatni raz chciał dotknąć ręki swej miłości. Kiedy pochwycił dłoń, spojrzał ostatni raz na jej piękne rysy twarzy. Nagle chłopak zauważył, że dziewczyna uroniła krwawą łzę. Na jej twarzy można było dostrzec delikatny zarys uśmiechu. Nie było mu dane się nim długo nacieszyć. Demony pochwyciły go i przeniosły ponownie do piekła.

Obudził się nagi, pokryty czarnym pyłem. Wokół panował hałas i lament. Kiedy podniósł się z czarnej ziemi, zobaczył, że stoi przed ogromnym budynkiem. Budowla wyglądała jak kościół. Każdy element świątyni był zbudowany z czarnego granitu. Na głównych wrotach znajdowały się kolce, na których zwisały bezwładne ciała grzeszników. Wejścia pilnowały czterometrowe postacie ubrane w czarne szaty ze spiczastymi kapturami, wyposażone w ogromnych rozmiarów topory. Zewsząd dobiegał przeraźliwy płacz i nieustanne, rozpaczliwe błagania o litość. Gabriel poczuł w sobie dziki, nieposkromiony, pierwotny gniew połączony z bezradnością. Nie mógł już nic zrobić. Przegrał. Jego los był już przesądzony. Mając przed oczyma martwe ciało Laury, na której twarzy pojawił się makabryczny uśmiech, upadł na kolana i zaczął wyć, dołączając do mrocznej pieśni, współtworzonej przez innych grzeszników.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу