Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Witamy Cię, drogi czytelniku!
Wiele osób kojarzy młodość z beztroską przygodą, lecz każdy wątek historii może skończyć się inaczej…
Ta książka pokazuje kawałki życia różnych młodych ludzi, którzy dokonali wyborów wyznaczających nową ścieżkę w ich życiu…

Dla Kogo Żyć?

Pewnego pięknego mroźnego dnia siostry: Klara, która miała 12 lat i Julia, która miała 6, jak co tydzień wybrały sie do babci na drugi koniec miasta. Po długiej drodze w końcu dojechały. Przy wejściu do domu czekała już na nie babcia Kasia. Lecz tym razem była inna, nie była juz uśmiechnięta jak zawsze. Gdy weszły do domu babcia powiedziała :

— Musimy porozmawiać.

— A o czym, babciu? -zapytała Julka

— Nie wiem, jak mam wam to powiedzieć… Wczoraj wieczorem u waszego taty w pracy był wypadek, zginęło 5 osób.

— Ale jak to!? A tatuś żyje? — zapytała Klara

— Niestety nie, tatuś był pierwszą osobą, która zginęła.

— I co teraz z nami, co teraz będzie?

— Wy zostaniecie u mnie na stałe.

— Nie, to nie może być prawda!

Julka wybiegła z pokoju i uciekła na strych, usiadła w kącie i zaczęła płakać, ściskając w ręce małą ulubioną maskotkę, która dostała od taty. Nie wiedziała, co sie właściwie stało. Cały jej świat właśnie się załamał.

— Wszystko będzie dobrze — powiedziała Klara

— Nie! ty nic nie rozumiesz, nie będzie już dobrze! Taty już z nami nigdy nie będzie!

— Ja to wiem, ale musimy dać radę, mamy siebie.

— Ale ja chce Tatę! — wykrzyknęła Julia

Późnym wieczorem, gdy Julka juz zasnęła, Klara bardzo cicho weszła do kuchni, aby porozmawiać z babcią.

— Jak Julka? Śpi już?

— Tak, ciężko dziś jej było. Oby jutro było już lepiej.

— Ty też idź juz lepiej spać, dziś był ciężki dzień dla wszystkich.

— Dobrze, dobranoc, babciu.

Przez następne kilka dni samopoczucie Julki nie zmieniało się, siedziała sama w pokoju, zamknięta, nie chciała rozmawiać z nikim, całe dnie płakała w łóżku. Pięć dni później, gdy Julia i Klara były już po śniadaniu, siedziały w salonie razem z babcią, lecz Julia nadal siedziała załamana, nie była już tą sama Julką, która wcześniej tętniła życiem., Babcia postanowiła, że zabierze dziewczynki do ich ulubionej kawiarni „Hoc commune est”, gdzie codziennie po szkole zabierał je tata. Miały juz swoje wyznaczone miejsce i kelnerka Anna wiedziała, czego dziewczynki chcą. Julia siadając do stołu rozejrzała sie przez całą salę i znowu zaczęła płakać. Było to dla niej bardzo ciężkie, cięższe niż dla Klary. Od ponad tygodnia Julia nie chodziła do szkoły, nie była w stanie, była cała blada, nic nie jadła, siedziała całe dnie w pokoju i płakała. Tata był dla niej całym światem, bo matki nie miały, umarła podczas porodu Julii. Nie widziała już celu swojego życia od śmierci ojca, nieraz myślała czy nie będzie lepiej popełnić samobójstwo lub po prostu uciec z domu i nie wrócić. Klara nie wiedziała, co sie dzieje z Julią, co ma robić żeby jej pomóc i żeby nic sie nie stało. Bała się porozmawiać, bo nie chciała jej nic złego powiedzieć, a widziała, że z jej siostrą z dnia na dzień jest gorzej. Pewnego dnia, gdy Klara sie obudziła, obok niej nie było Julii. Gwałtownie wstała, szybko sie ubrała i zaczęła szukać jej po całym domu. Wbiegła do pokoju babci i krzyknęła:

— Babciu, babciu Julii nie ma w pokoju, ani nigdzie w domu.

— Ale jak to!? Chodź jej poszukać.

— Gdzie ona może być, miasteczko małe nie jest, może być wszędzie.

— Nad jeziorem, było to ulubione miejsce waszego ojca w dzieciństwie.

Pojechały nad jezioro i na jednej z ławeczek zastały tam Julię.

— Julka!? wszystko dobrze?

— Tak. ale tęsknie za Tatą.

— Wiem, my też, ale trzeba pogodzić sie z tym, co się stało.

— Wróćmy do domu, wypijemy gorącą herbatę i porozmawiamy, a później — o ile będziecie chciały — pojedziemy do kawiarni. Co wy na to?

— Pewnie, to super pomysł, a teraz jedźmy już, bo jest mi bardzo zimno-odpowiedziała Julia

Wróciły do domu i pojechały do kawiarni, gdzie tym razem Julka miała uśmiech od ucha do ucha, bo przypomniała sobie same dobre chwile z Tatą. Jak zwykle usiadły przy ulubionym stole i wspominały. Okres, kiedy żył tata, był dla nich czymś pięknym, kochały go i ciężko było sie pogodzić ze śmiercią, ale wiedziały, że muszą dać sobie radę z tym, co sie stało.

— Ewa Jelińska

Lepszy rydz niż nic?

Julian gorzej niż reszta radził sobie w szkole. Dostawał trójki i czwórki z wszystkich przedmiotów, podczas gdy większość klasy same piątki a nawet szóstki. Koledzy z klasy go wyzywali. Miał też przezwisko u całej klasy, a brzmiało ono,,zielona syrenka”, co było dla niego strasznie upokarzające. Był zmuszony do chodzenia na dodatkowe zajęcia z wielu przedmiotów na przykład z geografii, biologii, polskiego, angielskiego, chodził też na dodatkowe zajęcia z angielskiego poza szkołą. Nie miał przyjaciół. Rodzice martwili się o niego, ponieważ nie wychodził z domu, tylko grał na komputerze i rysował różne, dziwne wzory. Nie miał żadnych kolegów w okolicy i nie wychodził z domu. Czasem rodzice specjalnie zapraszali chłopców z sąsiedztwa i zmuszali Juliana do wyjścia z domu, np. na rower.

Pewnego dnia, gdy znowu musiał iść na rower, mama postanowiła posprzątać jego pokój. Gdy wyciągała ubrania z szafy, aby je poskładać, pod spodniami znalazła książkę. Przyjrzała się jej bliżej i zobaczyła wielki napis,, TAJNE”. Pomyślała, że nie powinna tego czytać, ale była bardzo ciekawa. Po przeczytaniu pierwszych słów zorientowała się, że to jest pamiętnik i zaciekawiona czytała dalej…


4 września 2016 r.

W szkole znowu mi dokuczali i wyzywali. Dostałem aż trzy piątki, z kartkówki z matematyki, z testu z polskiego i za aktywność na historii ( z plusów).

Najgorsze dzisiaj było to, że musiałem zrobić dwie strony, które dostaliśmy na zadanie domowe w ćwiczeniach z matematyki.

J.


5 września 2016 r.

Obudziłem się o szóstej. (Nie lubię spać długo w soboty). Zauważyłem koło mojego łóżka torebkę z napisem,, Wszystkiego Najlepszego”. Pomyślałem, że to żart, ale przypomniało mi się o moich urodzinach. Jeszcze przed zjedzeniem śniadania posprzątałem pokój.

Całe urodziny minęły bardzo szybko. myślałem, że było to tylko pięć minut.

Urodziny to moim zdaniem najlepszy dzień w cały długim roku.


J.


6 września 2016 r.

Dzisiejszy dzień w szkole był okropny. Mieliśmy karną godzinę na WF-ie, dostałem dwójkę z testu i trójkę z kartkówki. Mam jeszcze tylko dwa dni na przeczytanie lektury i cztery strony zadania z polskiego w ćwiczeniach. Najgorsze dzisiaj było to, że wybiłem sobie palec.

J.


7 września 2016 r.

Wstałem dziś trochę później niż zawsze. (Jestem chory, więc nikomu to nie przeszkadzało). Nie poszedłem do szkoły i miałem cały dzień dla siebie. Oglądałem telewizję, grałem na komputerze, ale wszystko się skończyło, gdy rodzice wrócili z pracy. Niestety, jutro muszę już iść do szkoły.

J.


8 września 2016 r.

Poszedłem dzisiaj na plac zabaw, który jest trzy ulice za naszym domem. Byłem też z psem ( Funflem ) na spacerze i co pięć minut mijałem ludzi, którzy palili papierosy przy sklepach i przy blokach. Powiedziałem sobie, że nigdy nie będę taki jak oni.

J.


9 września 2016 r.

Denerwują mnie dwaj nowi koledzy z klasy. Ciągle za mną chodzą i wymyślili sobie jakiś swój dziwny język, którym przez całe dnie do mnie mówią, wtrącają się we wszystko, co robię. Nazywają się Kuba i Janek i jakimś dziwnym sposobem znaleźli się koło siebie w dzienniku. Kuba ma numer siedem, a Janek osiem. Śmieją się z tego, że mój numer to trzynaście i mówią, że jestem chodzącym pechem. Może dlatego za mną chodzą, bo chcą zobaczyć czy coś się stanie.

Widziałem ich wczoraj i dzisiaj po szkole( gdy wracałem do domu) jak palili papierosy. Chciałem ich spokojnie ominąć, ale mnie zauważyli i zaczęli mnie namawiać, żebym też spróbował, ale odmówiłem i spokojnie odszedłem. Myślałem, że mi już nie dadzą spokoju, ale w końcu odpuścili.

J.


10 września 2016 r.

Po przyjściu do domu pomyślałem, że jednak chciałbym spróbować. Spróbuję ich jutro znaleźć i zapytać się, czy mogę. Może wreszcie będę miał kolegów?

J.


11 września 2016 r.

Coś mi nie wyszło z papierosami, ale powiedzieli, że pokażą mi jak palić, jeśli pójdę z nimi na imprezę. Umówiliśmy się na 21:30.


J.


1 listopada 2016 r.

Bardzo długo nie pisałem, ponieważ byłem zmęczony po imprezie. Coraz więcej chłopaków ze szkoły umawia się ze mną na palenie papierosów. Chyba chcą sprawdzić, czy „zielona syrenka” da radę. Próbuję ich unikać, ale ciągle za mną chodzą. Poza tym przecież chcę mieć przyjaciół. Swoją paczkę.

J.


2 listopada 2016 r.

Dałem im się namówić na imprezę. Idziemy dzisiaj o dwudziestej.

J.


3 listopada 2016 r.

Czuję się okropnie po wczorajszym. Cały czas jestem zmęczony i kręci mi się w głowie. Nie wiem, o co chodzi.

J.


6 listopada 2016 r.

Podobno wczoraj zemdlałem w szkole. Teraz leżę w szpitalu. Gdy się obudziłem, przy moim łóżku widziałem tych, którzy byli ze mną na tej imprezie. Słyszałem, jak się śmiali i między sobą pytali,

Co on wypił?

Nie wiem.

:)

Gdy zobaczyli, że otwieram oczy, odeszli.

J.


10 listopada 2016 r.

Wróciłem już do szkoły. Spróbuję się z nimi umówić na kolejną imprezę, bo pomyślą, że jestem mięczakiem.

J.


Mama zamknęła pamiętnik. Była bardzo zdenerwowana. Pomyślała, że porozmawia z Julianem, gdy on tylko wróci do domu. Po długich oczekiwaniach, Julian w końcu wrócił do domu i zaskoczony zapytał się mamy, dlaczego siedzi w jego pokoju.


— Muszę z tobą poważnie porozmawiać.

— Ale o czym?

— O tym, co znalazłam w twoim pokoju.

Julian zaniepokoił się nieco.

— A co takiego znalazłaś w moim pokoju?

— Pewną książkę.

— Dlaczego ruszasz moje rzeczy?! — krzyknął ze złością Julian. A wtedy mama zaczęła się dopytywać:

— Kiedy to się stało? Dlaczego nic nie powiedziałeś? Kto był w tym szpitalu z tobą? Dlaczego ja i tata nic o tym nie wiedzieliśmy?

Po ostatnim zdaniu Julian już wiedział, o co chodzi. Zaczął się śmiać.

— Ha ha ha.

— Dlaczego się śmiejesz? — zapytała mama.

— Pokaż mi tę książkę. To nie jest mój pamiętnik.

— Jak to — nie twój?! Przecież widzę!

— Piszę książkę na konkurs do szkoły. Na temat “trudne towarzystwo”. I widzisz. Jednak nie czytam tylko książek i nie gram cały czas na komputerze. A nawet gdybym tylko grał i czytał — to co w tym złego? Wolałabyś żebym miał takich przyjaciół? Już lepiej nie mieć przyjaciół niż mieć takich fałszywych.


Mama uśmiechnęła się i przytuliła Juliana.

— Szymon Proksa

Dźwięki

Dźwięki, które wydobywały się z fortepianu rozbrzmiewały w pomieszczeniu wypełniając je pięknem melodii. Nie była to jednak melodia smutna ani też smętna, jednak wzbudzała w sercu swego rodzaju nostalgie i zadumę. Była jak ciche pożegnanie z obietnicą powrotu. Niebieskooki pianista z wielką lekkością przesuwał palcami po biało-czarnych klawiszach nadając jej właśnie takiego wyrazu. Wkładał w grę wszystkie swoje uczucia, całą swoja duszę i całe swe serce.

W pewnej chwili usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Mimo to nie przestawał ćwiczyć. W jednej chwili do tej pięknej melodii dołączył się cichy dźwięk skrzypiec. Na twarzy chłopaka pojawił się nikły uśmiech. Delikatnie odwrócił głowę, aby zobaczyć skrzypaczkę, którą pochłoneła melodia. Dziewczyna otworzyła oczy i uśmiechnęła się do chłopaka, który zaskoczony tym szybkim gestem przestał grać.

— Ej, dlaczego przestałeś?! — wykrzyknęła z żalem — Do konkursu mamy już mało czasu! Musimy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć!!!

— Egh… Nie przesadzasz? Męczymy się tutaj już od samego rana… jestem wykończony…

— Wymówki, wymówki i wymówki… Wcale się nie zmieniłeś od naszego pierwszego spotkania. — powiedziała mrugając do niego — No dalej, ćwiczymy.

— Egh… Kiedyś mnie wykończysz.

***

Kō postanowił pójść trochę inną drogą, niż zwykle. Zazwyczaj szedł najkrótszą możliwą ścieżką prowadzącą do jego domu, lecz tego dnia miał ochotę na coś słodkiego. Wstąpił więc do sklepu znajdującego się niedaleko szkoły i kupił sobie śmietankowego loda, po czym stwierdził, że przespaceruje się po okolicy.

Po kilku minutach chodzenia, doszedł do małego parku w którym o tej porze roku wszystkie wisnie były pokryte różowymi kwiatami. Wiatr delikatnie muskał jego włosy. Słońce niedługo miało zajść, o czym świadczył pomarańczowo-żółty kolor nieba. Kō wpatrywał się w kwitnącą wiśnie, rosnącą na środku skwerku. Co jakiś czas spadały z niej płatki, tańcząc w powietrzu.

W pewnej chwili chłopak poczuł, że coś ociera się o jego nogę. Spojrzał w dół i zauważył małego czarnego kociaka, z jednym białym rękawem i ślicznymi niebieskimi oczkami. Kō uśmiechnęła się pod nosem, gdy tamten zaczął się do niego przymilać.

Głaszcząc kotka zauważył, że tak samo jak Yui po cichu podlizuje się. „Można by pomyśleć, że to zwierzęcy odpowiednik Yui-chan”, stwierdził i zaśmiał się cicho. W sumie nie tylko sierść sprawiła, że skojarzył kociaka z Yui. Ona sama miała takie „kocie” oczęta. W dodatku chodziła do NEKOmy. Wydawało się mu to całkiem zabawnym zbiegiem okoliczności.

Ten właśnie kotek skłonił Kō do przemyśleń odnośnie Yui. W końcu… wreszcie miał szansę ją poznać! Może i dopiero zaczynał, ale miał już swego rodzaju szkic tego, kim była. Na pewno jeszcze nie był w niej zakochany. Było to tylko zauroczenie, ale jednego był pewien… Lubił ją coraz bardziej i bardziej… Prawdę mówiąc, nie znał się zbytnio na miłości. Przecież jeszcze nigdy nie był zakochany… I nie wiedział jak to jest czuć coś więcej niż tylko przyjaźń…


Czyjś oddech na jego karku wyrwał go z przemyśleń. Odwrócił się i zobaczył nikogo innego jak samą Yui. Która z nieznanym dotąd błyskiem w oczach obserwowała chłopaka. A przynajmniej tak mu się wydawało, ponieważ nastolatka obserwowała małego kotka którego głaskał chłopak. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

— Lubisz koty?

— Zawsze chciałem mieć kota, ale cóż to marzenie nigdy się nie spełniło.-uśmiechnął się smutno.

— Może weźmiesz tego?

Chłopak zamyślił się przez chwilę, i poprawił swoje okulary. Co prawda nic nie stało mu na przeszkodzie poza starszym bratem który miał alergie na kocią sierść. Ale nie chciał…,,Lepiej abym się nie przywiązywał, ponieważ utrata boli najbardziej…„” pomyślał.

Dziewczyna wstała i podniosła kota. Uśmiechając się serdecznie.

— To nie prawda. — chłopak spojrzał na nią zaskoczony- Utrata czegoś nie boli najbardziej… Najgorzej boli utrata osoby, która w tak krótkim czasie stała się dla nas najważniejsza… Utrata osoby bez której nie możemy żyć…


Chłopak przez chwilę stał oszołomiony. Po chwili otrząsnął się i uśmiechnął do Hany serdecznie.

— Mam nadzieje, że ty nigdy mnie nie opuścisz…

„Wsłuchajmy się w szum deszczu i spoglądajmy w gwiazdy, by odkryć, co nas czeka… Gdy, będziesz zmieszana, ukradnę Twą miłość…”

— Wracajmy, już robi się ciemno.-odwrócił się i powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z parku. Dziewczyna przez chwilę wpatrywała sie w jego plecy. Chciała by zaczekał, by nie odchodził, chciała być z nim, pocieszać go w ciężkich chwilach, wspierać go jednak tylko jedna myśl wędrowała po jej głowie…

„Wiesz, nie zawsze będę przy Tobie aby cię wspierać…”

— Charlie Brown

***

Yui siedziała na dworze z Yuuri i Mei, patrząc jak jej koleżanki jedzą okropnie tłuste jak dla niej drugie śniadanie. Lubiła dziewczyny, ale były trochę… Zbyt dziewczęce. Rozmawiały tylko o kosmetykach, ubraniach oraz innych rzeczach związanych z ich wyglądem, a ona nigdy zbytnio się nie przejmowała takimi rzeczami. Zresztą cały czas mówiły jej, że jest za chuda i, że jest „»anorektyczką«”. To, że może za bardzo martwiła się o swoją figurę to była TYLKO i WYŁĄCZNIE jej sprawa…

— To co? — zapytała Mei.

— Co, co?

— Zaś nie słuchałaś…

— Przepraszam — mruknęła dziewczyna i pomasowała rękę z zasmuconą miną. — Tak się tylko zamyśliłam… Już będę uważać — obiecała Yui cichym głosikiem i sięgnęła po butelkę wody — Obiecuję — dodała, po czym napiła się trochę aby pozbyć się ssania w żołądku.

— Yuuri pytała się czy masz już jakąś sukienkę na występ.

— Egh… dzisiaj idę na zakupy. Idziecie ze mną?

— Chciałybyśmy ale…

— Mamy plany na dzisiaj. — dokończyła Mei-Może pójdziesz z Kousiem?

Dziewczyna zauważyła, że Yuuri nerwowo zacisnęła różowy, mały widelczyk. „»Ciekawe co ją zdenerwowało? Może jest zazdrosna? Egh… raczej nie, przecież ma chłopaka.«”

— Może tak, może nie. Chociaż… -popatrzyła się na przyjaciółki- troszeczkę się wstydzę.

— Niema czego. Wiem, że on cię lubi. A ty lubisz go.

Dziewczyna poczuła, że na jej bladych policzkach pojawiają się delikatne rumieńce.

— Eghem… -obie pytająco spojrzały na Yuuri- Zastanawiam się, czy nie przefarbować się na blond… Ten rudy już mi się znudził. A wy, jak myślicie? — zapytała Yuuri.

— Blond? Dobrze ci w rudym, zostaw, jak jest — stwierdziła Mei nakładając na widelec trochę owoców.

— A ty, jak sądzisz, Hana–chan? — Spojrzała na Yui błyszczącymi oczami, mając nadzieję, że poprze jej pomysł.

Na szczęście akurat piła wodę więc miała czas na przemyślenie odpowiedzi.

— Cóż… Myślę, że dobrze ci i tak, i tak. To twoje włosy, więc jeśli chcesz być blondynką, to przecież możesz się przefarbować. -odparła w końcu, mając nadzieję, że powiedziała to, co jej koleżanka chciała usłyszeć.

— Wiedziałam! Ty mnie rozumiesz, Yui–chan! — ucieszyła się i przytuliła ją.

„»Uff…«”

Żadna z dziewczyn nie zauważyła, że ich rozmowie przysłuchuje się pewien młodzieniec. Ten sam który nie opuszczał myśli pewnych dwóch dziewczyn przez cały czas…

***

Dzisiejszy dźwięk fortepianu i skrzypiec rozbrzmiewał w pomieszczeniu wypełniając je pięknem melodii. Melodia była pełna nieznanego dotąd nastolatką uczucia. Po wielu godzinach ciężkich ćwiczeń w końcu udało się im zagrać ten utwór idealnie, z dużo ilością uczucia które mieniło się jak paleta pełna kolorów.

Zmęczona dziewczyna usiadła na podłodze pod oknem i słuchała gry swojego przyjaciela. Po pewnym czasie zasnęła, czując przyjemne ciepło w swoim sercu…

Niebieskooki grał Cierpienie Miłości, tą melodie grała mu mama kiedy był mały… Zawsze wtedy zasypiał tak jak teraz blondynka… Mimowolnie na jego twarzy pojawił się uroczy uśmiech.

„Fortepian to ty. Jeśli będziesz dotykał go z czułością, uśmiechnie się. Jeśli naciśniesz z siłą, rozwścieczysz go.” Te słowa krążyły w jego pamięci prawie przez całe życie. Zawsze starał się grać dla matki… Jednak kiedy ta zachorowała na białaczkę i umarła, starał się grać dalej, najlepiej jak potrafi. Chciał aby matka była z niego dumna. Tak mijały lata. Dokładnie dwa, po których poznał Yui, która również tworzyła tego rodzaju magie. Jedyna różnica między nimi była taka, że ona grała na skrzypcach tak jak jego ojciec oraz brat, i, że ona nikogo nie straciła…

Spojrzał na śpiącą dziewczynę. Przez chwilę przestał grać i patrzał na nią. Mijały minuty, sekundy a on cały czas podziwiał jej delikatne rysy twarzy. Po chwili zastanowienia wstał podszedł do niej i przykrył ją jego bluzą. Na jej twarzy pojawił się nikły cień uśmiechu.

„Kochasz jedzenie, kochasz skrzypce, kochasz muzykę. Jesteś dla mnie częścią wiosny… Dlatego Zagram… Zagram to dla Ciebie.”

***

(Poprzedniego Wieczora)

— Gruba!

— Spasiony prosiak!

— Beznadziejna!

— Nikomu nie jesteś potrzebna!

— Schudnij wielorybie!

— Kujonka!

— BAKA!

Te słowa słyszała codziennie, codziennie przez trzy lata…

Długowłosa stała przed lustrem i przyglądała się swojemu tłustemu ciału… Mimo, że wszyscy mówili, że jest „»za chuda«” wiedziała i widziała swoje.

„Nikt by się nigdy we mnie nie zakochał.” ciągle powtarzała to sobie… Czuła, że jeśli nie schudnie, Kō nigdy się w niej nie zakocha… a nawet na nią nie spojrzy…

***

Dziewczyna ciągnęła chłopaka za rękę. Byli dopiero w trzech sklepach a mieli ponad dziesięć wypełnionych po brzegi toreb. Dziewczyna ciągle ciągnęła chłopaka jak sama to określiła „” tutaj! tam! to! „”. Ciągle coś kupowała, a to papeterie w kociaki, a to te kawaii pluszaki, a to te skarpetki i tak bez przerwy…

Mimo, że mieli przyjść tylko i wyłącznie po sukienkę na ich wspólny występ, Hana postanowiła przeciągać to tak długo jak tylko się da. Chciała więcej czasu spędzić z Kō mimo, że sama nie wiedziała dlaczego. Dotąd nie znała tego uczucia… Ale spodobało jej się…

Po dość długim czasie wreszcie mogli wrócić do domu. Niebo powoli robiło się fioletowo-różowe, a chmury miały piękny brzoskwiniowy kolor. W niektórych miejscach można było zobaczyć przebijające się przez kolorowe niebo, gwiazdy. Wiał ciepły wiatr, a płatki wiśni tańczyły na wietrze niczym płatki śniegu.

Jechali razem na rowerze Kō. Skośnooka stała na przerzutce tylnej trzymając się przyjaciela za ramiona. Jedynie co można było usłyszeć to szeleszczące torby i cykanie świerszczy. Ciepły wiatr muskał ich włosy. A na niebie co chwilę pojawiało sie coraz więcej gwiazd. Hana zbliżyła swoją twarz do jego pleców chciała go przytulić chociaż nie wiedziała dlaczego, czuła delikatny zapach potu, mydła oraz sali muzycznej. Lubiła ten zapach, dzięki niemu czuła, że jest przy niej i nigdy jej nie opuści… przynajmniej tak jej się zdawało…

***

Tyle czasu tam siedziałam zamknięta w pokoju. Nie wychodziłam po nic. Dopiero po kilku dniach zrozumiałam jak głodna i samotna jestem. Nikt się mną nie przejmował.

„Świnia”

Znowu ten głos. Był on tylko w mojej głowie. A jednak kierował mną. Zeszłam na dół i otworzyłam szafkę ze sztućcami. Wyjęłam z niej długi, ostry przedmiot, obracałam go chwile w ręce. Ten nóż był taki piękny…

„Baka”

„Ja nikogo nie obchodzę” — przeleciało mi przez głowę. Było słychać tylko tykanie zegara. Mocno trzymając nóż…

„Tłusta idiotka, lepiej idź się zabij”

— Bądźcie wszyscy przeklęci!!! — wrzasnęłam i uderzyłam pięścią o podłogę.

„Brzydula”

Nie mogłam już tego znieść. Ostatkiem sił wbiłam nóż w brzuch. Nie czułam bólu… tylko przyjemne ciepło… Świat zaczęła zakrywać czarna plam, która pochłonęła moje beznadziejne życie.

~Hanna Kurek

Trudna droga do …

Teraz wiem co powinnam robić, a nie robiłam i co robiłam, a nie powinnam była robić. Zanim opowiem wam, gdzie jestem i co zamierzam, a opowiem wszystko — krok po kroku, wyjaśnię, jak tu dotarłam.

Ma na imię Kuba. Pewnie każdy z Was ma crusha. I każdy wie, jak to boli, kiedy on lub ona nie zwraca na Ciebie uwagi. Ja próbowałam na różne sposoby. Nigdy nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, co czuję, ponieważ bałam się, jak na to zareaguje, ale przytoczę wam kilka przykładów, których użyłam, aby zwrócić na siebie uwagę.


1. Przyjaźń, ale nie taka normalna tylko wymuszona przyjaźń z jego przyjaciółmi. Pierwszy i łatwy cel — Patryk. Podobają mu się moje kręcone włosy. Oczaruję go moimi zielonymi oczami — w sumie leci na każdą dziewczynę. Tylko jedna dziewczyna mi przeszkadza! Muszę się dowiedzieć jak ma na imię, ale wracając do przyjaźni… Pamiętaj! Musisz zacząć od tych mniej ważnych i potem kumplować się z tymi ważniejszymi. Nie zachowuj się nachalnie. To skazanie na porażkę. Zauważą, że coś nie gra.


2. Popularność — dzieli się na kilka podpunktów.

Ciuchy. Adidas, Nike itp. Nawet nie próbuj wejść do lumpeksu, bo twoje walory spadną niesamowicie nisko. Czarny, czarny i jeszcze raz czarny. Większość ubrań musi być ciemna, wyjątkami są biały i jasnoszary.

Zdjęcia — rób zdjęcia gdzie się da i kiedy się da. Nie próbuj dodawać rozmazanych, dziwnych, nieatrakcyjnych zdjęć, po prostu nie. Zapomniałabym! Za każdym razem staraj robić sobie jak najwięcej zdjęć z popularniejszymi, żeby mieć zdjęcia na zapas.

Jedzenie. Domowe jedzenie jest bardzo nie w modzie, musisz chodzić do restauracji lub fast-food'ów. I to się także dołącza do zdjęć.

Wróćmy zaś do mojej historii. To wszystko zaczęło się w poniedziałek, kiedy po roku zobaczyłam go w pierwszy dzień szkoły. Możliwe, że patrzyłam się za długooo. Zaczęły chodzić plotki po szkole, że on mi się podoba. Nie chciałam, by to wyszło na jaw, więc udawałam, że go nie lubię. To mnie strasznie bolało. Gdy spojrzałam w jego oczy, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Jego brązowe loczki i moje blond loczki pasowały do siebie idealnie. Moja przyjaciółka Natalia ostatnio miała alkohol i imprezowała z Kubą. Poprosiłam ją, by zaprosiła mnie na następną imprezę. Mówiła, że Kuba lubi, jak dziewczyna sobie wypije. O 20:00 zaczęła się impreza. Powiedziałam rodzicom, że idę spać do Julii. Julia jest moją najlepszą przyjaciółką. Razem ze mną poszła na imprezę.

Impreza była świetna. Wszędzie były światełka i neony. Alkohol był w każdym pokoju. Śmierdziało papierosami, ale musiałam udawać, że lubię papierosy i musiałam ich spróbować oczywiście z Kubą. Po raz pierwszy się do mnie odezwał. Oczywiście, nie było to romantyczne, bo zapytał się, czy mam ogień. Wszystko wyglądało świetnie i wszystko było świetne. Czułam się dziwnie, ponieważ to nie byłam ja. Czułam się jak inna osoba, ale stwierdziłam, że warto, nie myśląc zupełnie o konsekwencjach. Gdy w sobotę wyszłam z psem, wszyscy się pytali czy pójdę na następną imprezę w niedzielę. Musiałam okłamać rodziców, by móc być na imprezie. Natalia powiedziała mi, że podobam się Kubie. Niestety, kilka dni później okazało się, że Kuba się przez ten czas cały ze mnie śmiał. Przez chwilę zaczęłam wracać do mojej depresji, która miała miejsce 2 lata temu. Zaczęłam słuchać smutnej muzyki i zaczęłam dużo płakać, co zdarzało mi się rzadko w ostatnim w czasie. Jednakże przyszłam na imprezę wiedząc, że moje serce jest rozbite na miliony kawałków. Udawałam jednak, że wszystko jest OK i że nie myślę o nim. Alkohol pomógł mi zregenerować samotne i złamane serce, jednak nie na długo. Pod koniec wieczoru widziałam, jak Kuba całował się z tą jego „przyjaciółką”. Nigdy nie czułam tak mocnego bólu jak tamtej nocy. Myślałam, że wszystko jest OK do momentu, kiedy ona przyszła. Wiedziałam, że będę z nią problemy! Byłam wściekła, a zarazem zrozpaczona. Szybko załatwiłam jakiś narkotyk od Patryka i wsypałam go Martynie — dowiedziałam się tamtej nocy, jak ma na imię. Nie wiedziałam, że jej aż tak odbije. Zaczęła podrywać wszystkich chłopaków i nie spodobało to się Kubie. Na następny dzień w szkole zaczęli się z niej wyśmiewać. Z jednej strony nie chciałam, by się z niej śmiał, bo wiem, jak to boli, ale z drugiej strony w taki sposób odsuwałam ją od Kuby. Z każdym dniem coraz mniej mi się to podobało.

Trzecia impreza była jedną z najlepszych! Dowiedziałam się, że Kuba bardzo lubi pizzę, więc udając, że nie wiem, że stoi za mną, rozmawiałam z Julią, czy pójdzie ze mną do tej nowej pizzerii. Kuba usłyszawszy to powiedział do mnie:

— Nie boicie się iść same wieczorem… kiedy jest już późno — powiedział myśląc, że kupię mu pizzę —

— Nie ma kto nas pilnować — powiedziałam słodkim, ale zarazem niskim głosem — chyba, że ktoś się jednak znajdzie…

— Chyba tylko ja jestem chętny — powiedział rozglądając się.

— Idziemy? — zapytałam.

Gdy doszliśmy do pizzerii i zamówiliśmy pizzę — ja i Julia wybrałyśmy Cztery Sery, a on Capriciosę — zaczęłam rozmowę:

— Czy to prawda, że śmiałeś się ze mnie przez ten cały czas? — zapytałam, przypominając sobie o złych wspomnieniach —

— Nie, a właściwie przeciwnie. Bardzo Cię polubiłem. Jesteś fajna, zabawna i … — po chwili wahania powiedział — ładna.

Nie chcąc czekać, zbliżyłam się do niego. Mój pierwszy pocałunek z moim pierwszy crushem.

Przerwał ciszę.

— Chciałabyś być moją dziewczyną? — zapytał

— Tak, tak, tak!!!! — krzyczałam, że szczęścia

Pierwszy tydzień naszego związku był cudowny. Każdego dnia się ze mną spotykał. Szacunek w gimnazjum potroił się. Niestety, z każdym tygodniem coraz mniej się spotykaliśmy, ale jakoś to było. Wreszcie wyjaśnił, dlaczego nie chciał się spotykać. Nie zda tego roku. I… wyprowadza się. Mój świat się w tamtym momencie rozpadł. Nie tłumacząc, odszedł bez emocji. Następnego dnia w szkole wszyscy już o tym wiedzieli, lecz każdy w innej wersji. Niektórzy mówili, że wyprowadza się, bo jego rodzice się rozwodzą, inni, że ma słabe oceny i zmienia szkołę, a inni, że to przeze mnie. Słyszałam różne plotki. „Zdradziłam” go, „wykorzystałam” go, „pozbawiłam” przyjaciół. Nie wiedziałam, że ludzie są tak perfidni. Dowiedziałam się, że moja „przyjaciółka” Natalia powiedziała Kubie, że ja go tak naprawdę nie lubię, a co dopiero kocham, że chcę go tylko wykorzystać, że mi na nim nie zależy, że wsypałam narkotyk Martynie, by ją skompromitować przy Kubie. Rozpowiadała tak wszystkim! Wszyscy mnie obrażali. Wszyscy. Nawet moja eksprzyjaciółka Julia. Wszyscy. Tylko z powodu jakiegoś głupiego kłamstwa. Straciłam wszystko — przyjaciół, chłopaka, popularność i… szanse na to, by to wszystko wytłumaczyć! Czekałam na Kubę przed szkołą, by mu to wytłumaczyć. Kiedy wyszedł od razu zaczęłam:

— Kuba, ja cię lubię, a nawet kocham. To z Martyną to miało być tylko takie ostrzeżenie, że cię tak bardzo kocham, że mogę zrobić wiele głupich rzeczy…

— Ja i tak się wyprowadzam. Już mama kupiła dom i znalazła pracę, więc twoje kłamstwa i tak nie mają znaczenia!

— Ja nie kłamię! Czybym czekała godzinę na ciebie? Czy robiłabym tak głupie rzeczy dla kogoś, na kim mi nie zależy? Czybym dała się obrażać? Zamiast powiedzieć kolejne kłamstwo, że nic nie zrobiłam. Daj mi chociaż twój nowy adres, bym mogła Cię spotykać.

— Dobra. Prześlę Ci mój adres, ale jak będę w domu, bo teraz go nie pamiętam.

Na tym skończyła się nasza rozmowa. Wróciłam do domu głodna, zmarznięta i samotna. W domu nie dostałam dobrej wiadomości. Moja mama miała wypadek samochodowy, gdy wracali z pracy. Tata zawiózł mnie do szpitala. Opowiedział mi wszystko. Matka jest w stanie krytycznym. Na szczęście tata miał dzisiaj wolne i został w domu. Ja po prostu nie wiedziałam, co miałam zrobić. Po prostu nie wiedziałam.

Na szczęście mamie się polepszało. Po kilkunastu tygodniach leżenia w szpitalu mama została wypisana do domu. Pomyślałam, że wszystko będzie dobrze. Nadszedł dzień zakończenia roku szkolnego. Świadectwo przeciętne, ale jakie miało być? Kuba przyszedł odwiedzić starą szkołę. Nie wiedząc o moich problemach zapytał się:

— Dlaczego mnie nie odwiedziłaś?

— Nie miałam czasu — odpowiedziałam przygnębiająco

— Co robiłaś?

— Odwiedzałam moją mamę w szpitalu i pogrążałam się w rozpaczy — powiedziałam ze smutkiem, ale wszystko jest OK

— Nie wiedziałem. — powiedział ze współczuciem — Ja naprawdę nie wiedziałem.

— Nie miałeś jak. Nikomu nie mówiłam.

— Ja chciałem cię przeprosić, że ci nie uwierzyłem.

— Wszystko jest OK — powiedziałam oschle

— Jak będziesz potrzebowała pomocy…

Odeszłam. Udałam się na most, gdzie moi rodzice się poznali. Nie wiem, skąd i jak był na nim Kuba. Zobaczył mnie stojącą na moście i zaczął rozmowę:

— Hej

— Hej — odpowiedziałam cichym głosem — Co tu robisz?

— Kiedyś mi opowiadałaś, że poznali się tutaj twoi rodzice.

— Ja… Ja po prostu bardzo za tobą tęsknię.

— Ja za tobą też.

— Nic nie mówiłeś. — poczułam się nie zręcznie — Nie odzywałeś się. Myślałam, że o mnie zapomniałeś.

— Ja? Nigdy…

— Naprawdę? — poczułam się niezręcznie.

Przytulił się do mnie i poczułam się jakby wszystko znikło. Z nim nic nie mogło mi się stać.

— Weronika Tatoj

Mój, własny świat…

Wycofywałam się do mojego wewnętrznego świata. Ależ on był piękny! Na każdym kroku można było zobaczyć fantastyczne postacie z książek, anime czy mangi. Architektura też była tutaj cudowna! Styl gotycki zawładnął moim osmalonym złośliwościami serduszkiem. Na złotym niebie widać było pełno latających postaci. Nieważne, czy to smoki z połyskującymi rożnymi kolorami łuskami, zwiadowcy ze sprzętem do trójwymiarowego manewru czy Nefilimowie z wielkimi, mrocznymi, czarnymi skrzydłami. Wszyscy tutaj zebrani dogadywali się ze sobą i chociaż przelotnie znali. Chodząc na ziemi, też nie żyło się najgorzej. Przechadzali się tam magowie po lub przed ukończeniem studiów magicznych, na niektórych głowach błyszczały ochraniacze z wyrytym na nich symbolem Ukrytej Wioski Liścia. A i to nie wszystko! Tych wszystkich postaci było więcej…

No właśnie, było…

Może zacznę od początku.


Szłam tą cholerną drogą dopiero czwarty raz i pomimo że jestem tu od końca sierpnia, to znam ją już na pamięć. Cztery dni temu zaczęła się szkoła, a ja przekładając prawą, a później lewą nogę (przy okazji potykając się o co drugi kamień, a było ich dużo, ponieważ moi rodzice postanowili się przeprowadzić na wieś.. Pff…) wracałam z niej do kochanego domku gdzieś pośrodku lasu, na końcu świata. Pogoda też była świetna. Lało jak z cebra i jeszcze bardziej. Szczęście w nieszczęściu było takie, iż się zmieniłam i ubrałam glany, pomimo to, że dzisiaj miało być pogodnie. Nie była to całkiem moja wola zmieniać. Nowa szkoła, nowe towarzystwo. Niestety, wpadłam w to złe i, aby się przypodobać, musiałam wręcz, przeobrazić się w tak zwanego „czarnego białasa” i „nieznającego uczuć buntownika”. Zaczęłam się mniej uśmiechać i cieszyć życiem… a wcześniej taka nie byłam, co to to nie! Wcześniej hasałam po trawie na bosaka albo w nowo kupionych tęczowych skarpetkach. Westchnęłam, ale wiedziałam, że zmiana w to coś, co było wcześniej, jest niemożliwa. Jestem osobą, której bardzo trudno przychodzi nawiązywanie kontaktów międzyludzkich, a mama koniecznie chce, żebym sobie znalazła kolegów. Dzięki niej mam nowych przyjaciół, a dzięki nim mam także nowe zasady. Teraz muszę nienawidzić moich rodziców. Tego muszę się trzymać! Nienawidzę ich! Nienawidzę ich! Nienawidzę ich… Nienawidzę ich? Oczywiście, że tak! Trzeba zrobić to, co trzeba! Nie wiem, po co to robić, ale dla przyjaźni zrobię wszystko.

Rozpoczyna się czas na wykonanie mojej pierwszej misji.

* * *

Przemoknięta do suchej nitki otworzyłam drzwi, słysząc nieprzyjemne skrzypienie. Stanęłam w przedpokoju i starałam się jakoś ściągnąć te glany, a nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać. Kiedy podniosłam się z ziemi, zauważyłam torebkę mamy na krześle, a zaraz potem usłyszałam ciche chrapanie dobiegające z salonu. Delikatnie uchyliłam drzwi od przedpokoju i znalazłam źródło tegoż dźwięku. To coś leżało na kanapie i było bardzo podobne do mojej mamy, więc wywnioskowałam, że to ona. Dostrzegłam możliwość wypełnienia misji, więc odwróciłam się do torebki, pogrzebałam w niej chwilę, aż w końcu znalazłam to, co szukałam. Otworzyłam portfel i bez najmniejszego drgnięcia oka chwyciłam całą jego zawartość i włożyłam do swojej portmonetki. Nadal słyszałam chrapanie i wiedziałam, że matka jeszcze nie wstała. Szybkim i jak najbardziej bezszelestnym krokiem udałam się do mojego pokoju. Plecak zostawiłam przy biurku, a sama uderzyłam się o łóżko, całkiem sprawnie zwalając się na nie. W tym momencie powinnam poczuć ból w nodze, ale zamiast tego, poczułam go w klatce piersiowej w okolicach serca. Praktycznie od razu połączyłam się ze swoim wewnętrznym światem i przeżyłam załamanie nerwowe oraz zawał jednocześnie. To, co tam zobaczyłam, wzruszyło mną do głębi i zwaliło na kolana. Krajobraz zmienił się dramatycznie. Moje kochane strzeliste wieże zamku, niegdyś marmurowe i odbijające kolor nieba, stały się czarne jak smoła. Witraże w oknach były wybite, a odłamki kolorowego szkła wbijały się w stopy uciekających przed opętanym przez demona przedstawicielem przesławnej Akademii Inkwizytorium Ludzi, która znajdowała się obok mojej posiadłości. Ze szkoły dla inkwizytorów dymiło się, a oni sami uciekali w popłochu. To mnie otrzeźwiło. Szybko podniosłam się z klęczek do pozycji stojącej i podbiegłam od demona w ciele człowieka. Kompletnie nie wiedząc, co robić, zamachnęłam się i przyłożyłam mu w twarz otwartą dłonią. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi ze zdumienia oczami i zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, jegomość otworzył usta i wykrzyczał coś w starej łacinie. Odrzuciło mnie do tyłu, a kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co oznaczają te słowa, zaczęłam się histerycznie śmiać. Przyznam, że moje reakcje są odmienne od reakcji innych, ale mogę się usprawiedliwić tym, że jestem dość dziwną osobą. Mój śmiech się wzmógł, gdy ujrzałam twarz tego wysłannika diabła. Lubiłam tak mówić na demony. Wstałam, wyprostowałam się i wykrzyczałam jakiś egzorcyzm, który akurat teraz cisnął mi się na usta.

Gdy ten czort piekielny usłyszał me słowa i odczuł ich działanie, zwalił się na ziemię i zaczął wierzgać. W tej chwili niejeden koń mógłby mu pozazdrościć. Zobaczyłam, jak ponad postacią wznosi się czerwona mgła z lekko zarysowaną sylwetką postaci. To coś odwróciło się do mnie i rzekło zimnym jak stal i metalicznym jak krew głosem:

— Skoro tak cenisz sobie przyjaźń, to wiedz, że jeszcze się tu wrócę… i możeś być pewna, że nie sam!

Stałam, skamieniała z szeroko rozwartymi oczami. Wyrwałam się z transu dopiero, gdy usłyszałam obok siebie:

— Te, Amelia! — powiedziała, a w zasadzie wykrzyczała postać.

Podskoczyłam, ale gdy uświadomiłam sobie, kto tam stoi, włączyła się we mnie „złośliwa przyjaciółka”

— Ech… taki niski, a tak potrafi przestraszyć… nie podrośniesz trochę?

Wyraz jego kobaltowych oczu mówił więcej niż tysiąc słów, ale stwierdziłam, że pognębię go jeszcze trochę. W końcu jestem jego przyjaciółką. Zanim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo, zadał tak oczywiste pytanie, jak to, że słońce świeci.

— Co tu się stało, Amelia, hę?

— No, więc, byłam tak wspaniałomyślna i cudowna, że wypędziłam demona z tego oto człowieka — mówiąc to wskazałam palcem leżącego na ziemi mężczyznę — teraz to ja zadam pytanie. Co się tutaj stało, pedanciku, hę?

Wiedziałam, że nienawidził, kiedy mówiło się do niego w ten sposób, a on wiedział, że ja o tym wiem. Spojrzał na mnie z chęcią mordu w oczach, ale odpowiedział:

— No, więc, byliśmy tak fantastyczni, że coś się stało w Akademii i wybuchł pożar. Okazało się, że szkoła od kilku dni przetrzymywała w podziemiach demona, który w zemście wszedł sobie, tak po prostu w czyjeś ciało i zaczął rozwalać miasto –udzielił mu się mój sarkastyczny ton.

— Całkiem interesująco, nie powiem. No dobra, a co z moimi kochanymi wieżami?! Są czarne!

— Kupiliśmy czarną farbę, na malowanie płotu, tak jak prosiłaś, ale się nam wylała na owe wieże.

Teraz to ja miałam czeluści Mordoru w oczach i najkreatywniejsze tortury w głowie, ale jego szczęście, żartował i wytłumaczył mi, że nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego takie są. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, ale w połowie konwersacji usłyszałam głos i świat zaczął i się rozpływać przed oczyma…

Amelia! Amelia, stało ci się coś?

* * *

Usiadłam na łóżku i popatrzyłam się na moja rodzicielkę jak na okaz egzotycznego stworzenia w ZOO. Nie lubiłam chodzić do ZOO. Natomiast matka patrzyła na mnie z troską w oczach.

— Wszystko dobrze, kochanie? Śmiałaś się tak, jakbyś usłyszała dobry kawał od ducha albo jeszcze jakiego innego czorta.

Nadal się w nią wpatrywałam. Dobrze?! Moje wieże są czarne!

— Tak, jasne, co by się miało stać, hmm?

Westchnęła tylko i zadała kolejne głupie pytanie:

— Miałam w portfelu sporaą ilość pieniędzy, teraz ich nie ma, wiesz, gdzie mogą być?

— Oczywiście, że nie, po co mi pieniądze? Przecież żyjemy na jakimś totalnym pustkowiu, po co mi jakiekolwiek pieniądze, ja się pytam?

Mama bez słowa wyszła z pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. Jak ja nienawidzę, kiedy ludzie nie zamykają drzwi, a już w szczególności do mojego pokoju! Grrr… Zła i zmęczona przeżyciami położyłam się znowu na łóżko i gdy tylko moja głowa dotknęła materiału poduszki — zasnęłam.

* * *

Miałam naprawdę przepiękny sen o pewnym chłopaku, natomiast szczegółów nie chciałabym zdradzać, ponieważ nie rozmawia się ze mną o mnie, kiedy jestem zła i niewyspana. Dlaczego byłam zła? Bo ten sen przerwało mi nic innego, jak budzik. Moja złość wzrosła, kiedy usłyszałam ten denerwujący dźwięk: bip, bip, bip! Nie można się nawet normalnie wyspać! Otworzyłam oczy zlepione jeszcze przez sen, wyciągając rękę ku tej maszynie zagłady, ale bardzo szybko pożałowałam mojego pomysłu, gdyż jasny ekran nie wpływał dobrze na przyzwyczajone do ciemności oczy. Udało mi się sprawdzić godzinę i spanikowałam. Na 8.30 miałam do szkoły, a zegarek wskazywał godzinę 8.05. Ja to zawsze mam szczęście… Szybko zerwałam się z łóżka i wręcz przyfrunęłam do mojej garderoby. Nie patrząc, co wpada w moje ręce, pobiegłam do łazienki. Odkręciłam wodę pod prysznicem, ustawiłam na najcieplejszą, na jaką było nas stać i szybko zrzuciłam z siebie ubranie, wchodząc pod jeszcze nienagrzany strumień wody.

Wychodząc spod prysznica rzuciłam okiem na ciuchy, które wzięłam. To były moje stare ubrania. Co mam przez to na myśli? Nie były one czarne, ale w kolorach tęczy, czyli takich kolorach, jakich już nie nosiłam. Zastanawiałam się, czy nie przemknąć się do mojego pokoju i nie wybrać czegoś odpowiedniejszego, ale ten pomysł natychmiast wyleciał mi z głowy, gdy zobaczyłam, która jest godzina. Bardzo szybko namalowałam sobie bardzo wyraziste kreski na oczach, by wyglądać normalniej i narzuciłam na siebie kolorowy strój. Gdy materiał dotknął mojego ciała, poczułam dreszcz, ale nie taki nieprzyjemny jak w chorobie. Był miły i delikatny, jakbym dotykała najmiększego koca na świecie. Szybko uświadomiłam sobie, że tulę się do materiału i prawie natychmiast zaprzestałam tej czynności. Potrząsnęłam głową w prawo i w lewo, aby się otrząsnąć. Wybiegłam z łazienki wprost do mojego pokoju i … wpadłam na moją mamę. Ona widząc mój strój uśmiechnęła się i spytała:

— Podwieźć cię do szkoły?

— A mogłabyś? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie. W moim głosie nie dało wyczuć się sarkazmu ani irytacji, gdyż takich emocji tam nie było. Kiedy wypowiedziałam te słowa, poczułam się tak jak dawniej — wspaniale i czysto — jak nigdy, od kiedy zaczęłam się zmieniać.

— Oczywiście — rzekła moja matka i uśmiechnęła się.

— Tak?! Kochan… — nie dokończyłam odpowiedzi, ponieważ była sprzeczna z moimi nowymi życiowymi zasadami — Dzięki — dodałam po chwili nieprzyjemnym tonem.

Rodzicielka chyba wyczuła zmianę w nastawieniu, bo jej oczy posmutniały nagle, ale uśmiechała się dalej. W końcu weszłam do swojego pokoju w celu zabrania rzeczy do szkoły. Po paru chwilach byłam gotowa do wyjścia.

* * *

Będąc już przed samym budynkiem szkoły, usłyszałam dzwonek na lekcje. Nie przejęłam się nim zbytnio i stwierdziłam, że jeżeli zaczęłam ten dzień tak a nie inaczej, to zepsuję go sobie jeszcze bardziej. Niejednokrotnie mówiłam sobie, że taki tok myślenia nie ma większego sensu, i zapewne miałam rację, ale nawyku się nie wyzbyłam.

Teraz czekała mnie matematyka, a pani zawsze wpuszcza uczniów do klasy równo z dzwonkiem, zatem kiedy weszłam do klasy spóźniona jedną małą minutę, nie zdziwiłam się ujrzawszy morderczy wzrok nauczycielki. Zamykając drzwi do klasy, rzekłam:

— Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie.

— Ooo, Amelia, jak miło, że postanowiłaś do nas jednak zawitać. Jeśli pozwolisz, chciałabym wiedzieć, dlaczego przyszłaś dopiero teraz? — przywitała mnie nauczycielka.

— Odprawiałam rytuał przyzywania Andromaliusa, ale niestety czas mnie naglił i nie do końca zmyłam pentagram u mnie w pokoju, a chciałam to zrobić jak najlepiej.

— Amelia! Takie odzywki i to do nauczyciela?! Zastanów się kobieto, czy aby na pewno nic ci się nie poprzestawiało w tej pustej łepetynie! A teraz marsz do ławki. W dzienniku napiszę uwagę, a za karę zamiast jednego, napiszę ci dwa spóźnienia. Na dzisiaj i jutro.

— Świetnie!… — szepnęłam pod nosem, ale najwyraźniej za głośno, bo pani podniosła głowę znad dziennika i przyjrzała mi się uważnie. Po chwili powiedziała zimno:

— Jeżeli zależy ci na przynajmniej dopuszczającym z matematyki, to postaraj się, nie pyskuj i siadaj do ławki.

Niedoczekanie powiedziałam w myślach, gdyż nie chciałam po raz wtóry narazić się nauczycielce. Usiadłam do ławki i przygotowałam się do lekcji. Czas nauki mijał bez specjalnych incydentów, gdy usłyszałam jej głos:

— Amelia, podejdź do tablicy i rozwiąż kilka przykładów — mówiąc to wskazała mi górną część tablicy. Nie byłam specjalnie wysoka, a tablica była umiejscowiona wysoko, toteż żeby rozwiązać równania musiałam stanąć chyba na czubkach palców. Po paru chwilach wszystkie zadania były rozwiązane. Jak się okazało później — poprawnie.

— Moje dzieciątko — zwróciła się do mnie opiekunka — twój przypadek jest bardzo ciekawy. Z ostatniej kartkówki masz ledwo tróję, natomiast zadania dla trzeciej klasy gimnazjum, które przed chwilą zrobiłaś, wykonałaś bezbłędnie.

— On nie jest ciekawy. Można to wyjaśnić w naturalny sposób. Po prostu jestem… magiczna! — wypowiadając ostatnie słowo zaczęłam się śmieć, ale jak szybko zaczęłam, tak skończyłam.

Nie odzywając się już więcej podeszłam do swojej ławki zabrać rzeczy, gdyż zadzwonił dzwonek informujący o przerwie. Wybiegłam z klasy i szybko dotarłam do miejsca spotkań mojej paczki. Wszyscy zgromadzeni unieśli wzrok i mogłam zaobserwować ich także ciemno i mocno pomalowane oczy. Wszystkie pary oczu zaczęły jeździć po moim ciele i oceniać mój strój.

— Powiedz mi, Amelia — odezwał się lodowatym głosem Marco — w co ty się ubrałaś?

— Jakby to wytłumaczyć… otóż wstałam z łóżka trochę za późno i nie patrzyłam, jakie ubrania wpadają mi w ręce. Wzięłam stare, a ponieważ nie miałam czasu na ich zmianę, ubrałam się w nie. Ale to jest mało ważne! Mam dla was bardzo dobrą wiadomość…

— Jaką? — tym razem odezwała się Bree.

— Nie powiem wam, jeżeli mnie nie przeprosicie, w szczególności ty Marco, za tak lodowate przyjęcie z samego rana — mówiąc to założyłam rękę na rękę i odwróciłam głowę w lewo, aby wszyscy mogli obejrzeć mój profil.

— Och…, ale z ciebie uparta dziewczyna, Ami — powiedziała Lori, nawet nie starając się ukryć irytacji — Dobra, Marco, przepraszaj ją i to szybko, bo wszyscy jesteśmy, baaardzo ciekawi tej wiadomości.

— Sory… to, o co chodziło?

— Więc… — Moją odpowiedź przerwał dzwonek — powiem wam na następnej przerwie! Do zobaczenia!

Podeszłam do sali lekcyjnej i zatrzymałam się przy niej. Czekałam cierpliwie na nauczycielkę języka polskiego, która, w przeciwieństwie do pani z matematyki, zawsze spóźnia się przynajmniej kilka minut. Na korytarzu robiło się coraz ciszej, aż w końcu tylko moja klasa na nim została. Po chwili zjawiła się nasza wychowawczyni i gestem zaprosiła nas do klasy, zostawiając, kompletnie już pusty, korytarz. Lekcja zaczęła się, ale ja nie słuchałam. Zamknęłam oczy, zaczęłam głęboko i miarowo oddychać.

Bardzo powoli opadałam na ziemię, opatulona energią, przy okazji lustrując spojrzeniem krajobraz rozciągający się wokół mnie. Z zadowoleniem stwierdziłam, że po ostatnim „ataku” życie mieszczan poprawiło się, a w oknach zamku wymienione zostały witraże. Kiedy me stopy dotknęły ziemi, energia wokół mnie rozwiała się, a ja mogłam się swobodnie poruszać. Powolnym krokiem udałam się do mojej twierdzy. Po chwili postanowiłam, że zrobię sobie dłuższy spacer i wstąpiłam do ogrodu przed posiadłością. Maszerowałam różnymi ścieżkami, przy okazji podziwiając niejednorodne i niespotykane kwiaty. Musiałam wyłączyć swój umysł, bo na dziwny dźwięk podskoczyłam, straciłam równowagę i prawie bym upadła, gdyby nie ktoś, kto w ostatniej chwili złapał mnie za rękę, chroniąc przed upadkiem.

— Nic ci nie jest, pani? — spytała Elie, moja osobista służąca w zamku.

— Nie, dzięki tobie nic, dziękuję — odpowiedziałam, stając pewnie na dwóch nogach.

Elie ukłoniła się przede mną i oddaliła, skręcając za róg, zapewne po to, aby pielęgnować rośliny. Usłyszałam ten sam nieprzyjemny dźwięk i obraz sprzed oczu zaczął się rozmywać.

Otworzyłam szeroko oczy i zaczęłam sobie przypominać, gdzie się znajduję. Nauczycielka polskiego stała zwrócona tyłem do tablicy i intensywnie wpatrywała się w mojego rówieśnika z klasy — Karola.

— Jak to nie wiesz, co to jest epitet!? Amelia, wytłumacz!

Otrząsnęłam się i odpowiedziałam, na prośbę wychowawczyni:

— Epitet to połączenie przymiotnika z rzeczownikiem, na przykład: zielona żaba, czy czerwony liść.

Pani wzięła kilka głębokich oddechów i zaczęła tłumaczyć Karolowi wszystko jeszcze raz, natomiast ja zwróciłam głowę w prawo i wyglądałam przez okno, czekając na dzwonek, który nadszedł szybciej niż się spodziewałam. Spakowałam się i skierowałam się w stronę moich przyjaciół czekających na mnie przed klasą. Kiedy tylko do nich dołączyłam, zaczęliśmy rozmawiać, a mnie przypomniało się, że miałam im o czymś powiedzieć. Wskazałam im ręką miejsce w rogu korytarza i wszyscy się tam udaliśmy.

— No więc dokończę swoją myśl z poprzedniej przerwy. Otóż udało mi się ukraść pieniądze, tak jak prosiliście. Mam je teraz w portmonetce. Lori, Bree chodźcie ze mną do toalety, przekażę je wam.

Posłusznie poszły za mną, a ja, już w toalecie, wręczyłam im plik banknotów. Spojrzały na pieniądze w mojej ręce jak wygłodniałe psy na kawał krwistego steka. Wyrwały mi je z dłoni i zaczęły przeliczać. Ja tylko wzruszyłam ramionami i stałam, czekając na reakcję. Doczekałam się.

— No Ami, niezłą sumkę nam tu przyniosłaś, na pewno wystarczy — wyszczerzyła się Lori.

— Może jakaś nagroda? Hmm… myślę, że coś tu mam — Bree pogrzebała chwilkę w kieszeni i po chwili wyciągnęła z niej mały woreczek z białym proszkiem. Odwróciła moją rękę wierzchem do góry i nasypała odrobinę — No, śmiało! Będzie cudownie, zobaczysz!

Niepewnie przyłożyłam rękę do swojego nosa i zaciągnęłam się. Prawie natychmiast się zakrztusiłam, ale Lori poklepała mnie tylko po ramieniu, uśmiechnęła się, pociągnęła za rękę i wyszłyśmy razem z toalety.

* * *

Chwiejąc się wracałam do domu. Kręciło mi się w głowie, świat przede mną wariował. Wszystko wokół było dziwnie przerysowane i dziwnie nasycone barwami. Miałam wrażenie, że zanim wskoczyłam pod ciepłą kołdrę w moim pokoju minęły co najmniej dwie godziny, ale kiedy już to zrobiłam, momentalnie zasnęłam i zaczęłam śnić. Przynajmniej tak mi się wydawało, lecz po kilku sekundach zrozumiałam, że to nie sen. Nawiązałam chwiejne połączenie ze swoim wewnętrznym światem. Przez niewyraźny wzrok nie mogłam dostrzec szczegółów, ale zaobserwowałam, że budynki mieszkalne mają powybijane szyby, a niektóre nawet płoną. Z płonących domów uciekały całe rodziny, by obserwować płonący dorobek życia. Za niektórymi ludźmi płynęły niewyraźne czerwone mgły, dyskretnie podbierając złote monety z kieszeni. Upadłam i podbiegła do mnie niewyraźna postać. Wzięła mnie w ramiona i mówiła:

— Amelia! Co się z tobą …eje? — nie słyszałam za dobrze — Ten de… n powrócił! I to z kol… gami! Zaczę… i podpalać domy i ok… dać miesz… ców! Nie wi..m, co dzieje się w t..im życiu, ale napraw to! Proszę! Mu… — dalej nie usłyszałam, ponieważ zamknęłam oczy i odpłynęłam…

Obudziłam się cała spocona i już w pełni władz umysłowych. Usiadłam i starałam się uspokoić. Po pięciu minutach oddychałam już spokojnie i analizowałam fakty oraz obrazy.

Nie domyśliłam się, o co chodzi.


Kiedy po około pół roku brania używek, picia alkoholu i palenia papierosów wreszcie zrozumiałam, co tajemnicza postać chciała mi przekazać, popadłam w depresję. Swój cały czas wypełniałam siedzeniem przed oknem i gapienie się przez nie, szukając sposobu na naprawienie stanu nieistniejącego świata. Oczywiście łączyłam się z nim raz na jakiś czas, ale nie widziałam poprawy, tylko to, że niebo stawało się czarniejsze, a trzęsienia ziemi odbywały się częściej, toteż, żeby nie dołować się bardziej, zrywałam kontakt od razu.

Nie miałam czasu na jedzenie, picie czy wykazywanie jakichkolwiek oznak życia, co szybko doprowadziło do anoreksji i częstych wizyt w szpitalu i u psychologa. Ale ja nie mogłam się leczyć. Miałam ważniejsze sprawy na głowie. Musiałam odnaleźć sposób na naprawę zaistniałej sytuacji.

Pewnego wieczoru, kiedy było ze mną już tak źle, że spałam w szpitalu, olśniło mnie. Mój plan wcale nie był bardzo skomplikowany, ale musiałam poczekać jeszcze trochę. Kiedy w końcu wypuścili mnie ze szpitala i mogłam udać się razem z rodzicami do domu, wprost nie mogłam się doczekać, kiedy wcielę go w życie.

Około dwudziestej czwartej zapaliłam światło i zeszłam na dół, do kuchni. Wyciągnęłam rękę, chwyciłam za ucho od szuflady, pociągnęłam i wyjęłam z niej zbawienną broń. Chwyciłam nóż, przez ułamek sekundy trzymałam go nad nadgarstkiem, by następnie zatopić ostrze w skórze. Nie czułam bólu. Z drugą ręką zrobiłam to samo i momentalnie połączyłam się ze swoim własnym wewnętrznym światem.

Leżałam oparta o jakąś pulsującą światłem skałę i obserwowałam. Na każdym metrze pojawiały się coraz to nowe zadrapania, tworzące wielką siatkę na niebie, ziemi i budynkach. Wszystko zaczęło się kruszyć i rozlatywać. Kawałki krajobrazu oddaliły się od siebie, by następnie z prędkością światła uformować kulę we mnie i rozpierzchnąć się po całym moim organizmie. Było ich za dużo, a moje ciało zbyt słabe, żeby utrzymać ich moc. Każda moja komórka połączyła się z jednym odłamkiem i rozprysnęły się w czasoprzestrzeni…

Zamykając oczy i wyłączając swój umysł usłyszałam jeszcze dudniące kroki na schodach. Były to dźwięki wydawane przez moich rodziców, którzy zaalarmowani palącym się światłem, zerwali się z łóżka, aby sprawdzić, co się stało. Wbiegli do kuchni i natychmiastowo jedno zadzwoniło po karetkę, a drugie próbowało zatamować krwawienie.

Obudziłam się w szpitalu i nie pamiętałam większości zdarzeń tej nocy.


Przez następne kilka lat korzystając z pomocy psychologa starałam się pomóc sobie samej.

Teraz już wiem, że żeby naprawić świat nie trzeba uciekać się do samobójstwa i rujnować siebie samych. Trzeba to zrobić na poziomie świadomym i nie poddawać się.

Na dzień dzisiejszy w mojej głowie buduje się zupełnie nowe państwo.

~Maja Piekorz

Dziwna historia

Pierwszą myślą Alexa po przebudzeniu, było stwierdzenie że czegoś mu brakuje. Nie myślcie, że było to coś przeciętnego w jego przypadku. To było coś zupełnie nowego i dziwnego. Postanowił nie zwracać na to większej uwagi, przecież w jego wieku jest to zupełnie normalna sprawa. Podczas śniadania wciąż nie mógł znaleźć odpowiedzi na to jakże dziwne pytanie, co sprawiało mu coraz większy kłopot. Od kilku nocy nie mógł zasnąć, a tu nadszedł poniedziałek i było trzeba iść do szkoły. Chłopak był strasznie niewyspany, co sprawiało, że wciąż czegoś zapominał i się gubił. W drodze do szkoły powtarzałał sobie w myślach -Alex obudź się- ale niestety, to nie przyniosło większych rezultatów. Po pewnym czasie zorientował się, że ma mało czasu do rozpoczęcia pierwszej lekcji, więc postanowił pójść skrótem, przez Las. Dawno nie bywał w tym miejscu i zapomniał, jakie jest piękne i majestatyczne. Chłopak postanowił zatrzymać się na chwilę i odpocząć od tego amoku, w jakim był przez ostatnie parę dni. Drzewa pokryte śniegiem wyglądały jak wielkie słupy lodu a niewielkie jezioro, jak gigantyczne lustro, odbijało promienie słońca. Niestety, lekcje zbliżały się nieubłaganie i było trzeba iść do szkoły. Alex ledwo zdążył na lekcję matematyki. Był strasznie zdezorientowany z powodu zmęczenia spowodowanego brakiem snu. Modlił się tylko o to, żeby nauczycielka go nie spytała. Matematyczka była w dość złym humorze i aby poprawić sobie ten niezbyt przyjemny nastrój, postanowiła, że zacznie pytać najlepszych uczniów. Niefartem okazało się, że Alex miał dość dobre oceny i poszedł na pierwszy ogień.

— No to może Alex- powiedziała ze lekkim uśmieszkiem.

Cała klasa odetchnęła z ulgą.

— Alexie- zaczęła — może na początek powiedz mi, ile to jest pierwiastek ze stu czterdziestu czterech.

— Nie wiem, proszę pani- odpowiedział Alex.

— Jak to nie wiesz! Przecież to takie proste. Może mi powiesz, co to jest pierwiastek?

Alex znów odparł niepewnym głosem: “nie pamiętam”. Nauczycielka opuściła głowę i spytała sarkastycznym głosem.

— A czy ty cokolwiek wiesz?

Tym razem cisza

— Siadaj-powiedziała załamanym głosem, po czym wstała i zaczęła mówić.

— Lepiej się zacznijcie uczyć albo skończycie jak Alex. Klasa odparła “tak, proszę pani”, oprócz Alexa, który siedział załamany w ławce przez resztę lekcji. Po skończonych zajęciach z matematyki podbiegła do niego jego przyjaciółka z klasy, Karolina.

— Jak mogłeś tego nie wiedzieć? — spytała oburzonym głosem -przecież sam mnie tego uczyłeś.

— Wiem, ale jestem strasznie niewyspany i zmęczony.

— Znamy się od 5 lat i jeszcze nigdy cię nie widziałam niewyspanego- odparła Karolina lekko zaniepokojonym głosem.-To może mi powiesz, czemu jesteś taki niewyspany?

— To było tak- zaczął chłopak niepewnie- parę dni temu zacząłem się dziwnie czuć. Jakby mi czegoś brakowało.

Nagle Karolina przerwała lekkim śmiechem.

Jak tobie może czegoś brakować- powiedziała- jesteś najpopularniejszą osobą w szkole, masz mnóstwo znajomych i kochającą dziewczynę.

Alex uśmiechnięty powiedział.

— Masz w stu procentach rację ale i tak czegoś mi brakuje. Zastanawiam się na tym noce i dnie, więc chodzę niewyspany.

Karolina na początku myślała, że to głupi dowcip, lecz po chwili zaczęła w to wierzyć i wpadała na genialny pomysł.

— To może ci pomogę szukać-powiedziała z radością.

— Czemu by nie, może się uda- odpowiedział Alex. Na następnych lekcjach chłopakowi się nie poprawiało, co skutkowało podobnymi sytuacjami jak na matematyce.

Po skończonych zajęciach do Alexa podbiega Karolina z krzykiem.

— To co, Alex, idziemy!?

— Teraz? — spytał ze zdziwieniem.

— No a kiedy? Chodź za mną i nie gadaj.

Alex z lekkim uśmiechem pobiegł za Karoliną. Poszli razem w miejsce, gdzie można znaleźć wszystko, czyli na miasto. Biegali jak szaleni i bawili się w detektywów. Oboje traktowali to bardziej jak zabawę a nie jak możliwość odpowiedzi na pytanie Alexa. Zwiedzili miasto w miejscach, gdzie nigdy nie byli i przeżyli dużo przygód, lecz wciąż nie znaleźli odpowiedzi na pytanie, czego brakuje Alexowi. Zaczęło robić się już późno i oboje stwierdzili, że najwyższa pora zbierać się do domów.

— Podobało ci się dzisiaj? — spytała z uśmiechem Karolina.

— Dzisiaj było świetnie, ale wciąż czegoś mi brakowało- odparł z rezygnacją Alex.

— Spokojnie, na pewno kiedyś się dowiesz. Niestety, trzeba iść już do domu, bo rodzice będą krzyczeć.

Gdy chłopak wrócił do domu, podeszła do niego mama z dość niecodzienną informacją.

— Alex, jutro popołudniu przyjeżdża do nas twój kuzyn znad morza.

— Kuba przyjeżdża, przecież nie widzieliśmy się z dziesięć lat?

— Masz rację, ale z tego, co pamiętam, to dobrze się bawiliście razem. Przyjeżdża, bo pisze pracę o naszym mieście i byłoby fajnie, gdybyś go jutro zabrał i pokazał miasto.

— Dobrze, mamo- odparł z lekką niechęcią Alex, bo nie miał ochoty bawić się w niańkę, i poszedł do pokoju. Następnego dnia chłopak wyszedł trochę wcześniej z domu do szkoły, żeby móc zatrzymać się w pięknym lesie i pomyśleć. W nocy napadało jeszcze więcej śniegu, co sprawiało, że wszystko zlewało się w jedno i było można czuć się jak w śnieżnobiałym pudełku. Taka sceneria skłaniała do refleksji nad bieżącymi sprawami. Niestety, wszytko co dobre, musi się kiedyś skończyć, więc było trzeba się zbierać z niechęcią do szkoły. Od razu po wejściu do szkoły podeszła Karolina i spytała zadowolonym głosem.

— I podobało ci się wczoraj?

— Tak i to bardzo, liczę na więcej. — odparł Alex odparł z uśmiechem.

Karolina z lekkim zawstydzeniem odparła: -Dla ciebie jestem zawsze wolna. Rozmowę przerwał dzwonek na lekcje. Zajęcia minęły wyjątkową szybko i nie było to spowodowane zwolnieniem z ostatniej lekcji języka polskiego. Wracając Alex postanowił odprowadzić Karolinę do domu i przy tym rozmawiali o przyjedzie Kuby. Wszedłszy do domu Alex zastał bardzo przystojnego chłopaka i na początku nie poznał, że to jego kuzyn, Kuba.

— Co tak wcześnie?

— Zwolnili nas z ostatniej lekcji.

— To super. Przywitaj się z swoim kuzynem. — rozkazała mama.

Po zapoznaniem się z Kubą i zjedzeniu obiadu poszli razem na miasto.

— No, to co chcesz zobaczyć, Kuba?

— Ty mi powiedz. Jest tu coś ciekawego, co zasługuje na odwiedzenie?

— No tak, masz rację, w końcu to moje miasto. Możemy zacząć od pójścia na rynek, dzisiaj są tam stoiska z chińskim jedzeniem.

— Okej, możemy pójść, tylko ja nic nie jem.

— Och, już nie przesadzaj, trzeba być otwartym na nowe doświadczenia.

I tak chłopcy zaczęli zwiedzać miasto. Z czasem zaczęli się coraz bardziej lubić. Alex tak dobrze się bawił, że po raz pierwszy od wielu dni zapomniał o swych problemach. Można rzec, że w końcu znalazł to, czego mu brakowało, lecz on jeszcze o tym nie wiedział. Chłopcy po udanym spacerze po mieście zadowoleni wrócili do domu. Z wielkim optymizmem zaczęli opowiadać mamie, co robili, a ona z uśmiechem na twarzy cieszyła się, że chłopcy znaleźli dobry kontakt. Po paru godzinach nadszedł wieczór i Kuba musiał już wracać do domu. Po niechętnym pożegnaniu mama Alexa zawiozła Kubę na dworzec. Alex kładąc się spać zaczął wspominać dzisiejszy dzień i nagle zorientował się, że w końcu przestał zadręczać się pytaniem: “czego mi brakuje?”. Zdezorientowany chłopak zasnął. Następnego dnia chłopaka znów zaczęły dręczyć te dziwne myśli, lecz stwierdził, że już dość wycierpiał przez to i czas przestać się tym interesować.

— Co będzie to będzie. — powiedział w myślach.


Tydzień później — z racji tego że niedługo miały być święta — znajomi Alexa postanowili zorganizować większe spotkanie, które odbędzie się u Karoliny w domu następnego dnia. Niestety, Alex został wytypowany, żeby zorganizować jedzenie, picie i trochę procentów, ponieważ z całego grona jest najdojrzalszy. Chłopakowi nie sprawiło większych problemów zorganizowanie wyznaczonych rzeczy i mógł udać się do Karoliny. Przyjaciele bawili się świetnie dopóki za dużo nie wypili. Zwykłe spotkanie szybko zamieniło się w dość niepokojąca imprezę. Alex z Karoliną postanowili nie pić, ponieważ chłopak zadeklarował się, że pomoże przyjaciółce posprzątać po spotkaniu. Jeden z uczestników zaproponował, żeby wszyscy zagrali w starą, popularne grę, butelkę. Nikt zbytnio się nie sprzeciwiał, gdyż liczyła się tylko dobra zabawa. Jako że większość grona była lekko pijana to nie obyło się bez głupich zadań. Butelka się kręci. Wszyscy wpatrują się z zaciekawieniem i stop. Padło na Alexa.

— Cóż ci tu zadać, Alexsie? — powiedziała z lekkim śmiechem i zaczęła myśleć -już mam! — krzyknęła rozbawiona. -Masz dać buzi Karolowi. W usta.

Nastała cisz, a a chłopak z lekkim wahaniem zgodził się, ponieważ musiał chronić swój honor, gdyż byłby jedynym, który nie wykonał swojego zadania. Przy odgłosach dopingu ze strony znajomych wykonał zadanie. Wszyscy mu gratulowali odwagi, lecz on sam czuł się dość dziwne. Gdy już Alex miał kręcić butelką, przerwała mu Karolina: -Myślę, że można już skończyć tę grę, bo nie wiadomo, na co jeszcze wpadniecie. Przy lekkim oburzeniu wszyscy się zgodzili. Całe spotkanie straciło na energii i ludzie zaczęli być zmęczeni, więc postanowili obejrzeć film komediowy. Większość w połowie seansu usnęła na kanapie. Z samego rana Karolina obudziła wszystkich, ponieważ za parę godzin mieli wrócić jej rodzice. Nie do końca rozbudzeni znajomi wyszl, i a ona mogła zacząć sprzątać z Alexsem.

— I jak podobała się impreza? — spytała z uśmiechem Karolina.

— Uwierz, na pewno jej nigdy nie zapomnę. -odparł z lekkim niepokojem w głosie.

— Mam nadzieję, bo już więcej się u mnie nie odbędzie.

— Ale czemu, przecież dobrze się bawiliśmy?

— Zabawa było super, tylko spójrz, ile tu sprzątania. Przecież do końca tego roku tego nie posprzątałam.

— To lepiej już zacznijmy, wtedy może zdążymy na czas. I razem wpadli w wir sprzątania, dobrze się przy tym bawiąc. Tak dobrze im szło, że nawet zdążyli przed czasem. Karolina czule podziękowała Alexowi, a on lekko smutny poszedł do domu. Wróciwszy do domu, mama od razu zaczęła wypytywać, jak się bawili i co robili, lecz Alex nie miał nastroju, żeby rozmawiać z mamą i od razu poszedł do swojego pokoju. Nie wychodził z niego przez cały weekend, obiady jadł w swoim pokoju i nie kontaktował się z nikim. Rodzice nie martwili się, gdyż sądzili, że w jego wieku to normalne. Nastał poniedziałek i chcąc nie chcąc było trzeba iść do szkoły. Alex poszedł do niej z niechęcią. Wybrał drogę przez las, gdyż chciał jeszcze trochę pomyśleć. Ostatnim czasem śnieg nie padał a przebłyski słońca stopiły wszystko, zostawiając setki kałuż i błoto. Piękne miejsce zmieniło się nie do poznania. Było można je porównać do pobojowiska. Alex widząc to wszystko stwierdził, że pójdzie stamtąd jak najszybciej, żeby nie dołować się jeszcze bardziej. Po dotarciu do szkoły nie przywitał się z nikim, tylko usiadł pod klasą i zaczął czytać książkę o ludzkiej psychice. Wydawałoby się to dziwne, lecz miał mieć lekcję biologii, a rozmawiali o człowieku. Jednak nie zmyliło to Karoliny, bo wiedziała, że Alex nie czyta książek ani nie zapomina witać się ze znajomymi. Postanowiła go o to spytać, lecz zadzwonił dzwonek, a nauczycielka biologii strasznie szybko przychodziła do klasy, więc nie było na to czasu. Lekcja ciągnęła się jak ser z pizzy wyciągniętej prosto z pieca, a Alex przez cały czas trwania zajęć zadawał dziwne pytanie nie mające nic wspólnego z tematem lekcji. To jeszcze bardziej zaniepokoiło Karolinę. Po skończonych zajęciach z biologii dziewczyna podeszła do Alexa.

— Cześć, nie uważasz, że powinno się przywitać ze swoim przyjaciółmi? — spytała sarkastycznie.

— Przepraszam, ale jestem bardzo zajęty.

— Alex, znam cię nie od dziś i widzę, że coś ci nie daje spokoju. Możesz mi o tym powiedzieć jak przyjaciółce.

Alex początkowo nie chciał nikomu o tym mówić, ale po chwili stwierdził, że lepiej mu będzie, gdy komuś się jednak wyżali. Zabrał Karolinę do szatni, jako gdyż o tej godzinie jest tam mało ludzi. Ona sama zaczęła się bać, gdyż Alex nie byłby taki poważny, jeśli nie byłoby to nic ważnego. Zaczął lekko przerażonym głosem:

— Tylko obiecaj, że nikomu nie powiesz.

— Obiecuję, że nieważne, co by to było, to nikomu tego nie powiem.

— Nie wiem, od czego zacząć, ale postaram się wytłumaczyć to jak najlepiej. Nabrał głębokiego oddechu i zaczął opowiadać.

— Zacznę od tego, że w końcu znalazłem to, czego mi brakuje. Karolina lekko się uśmiechnęła, gdyż pomyślała, że sprawa okaże się błaha, ale nie wiedziała, jak się myliła.

— Odkryłem to na naszym spotkaniu u ciebie w domu. Graliśmy wtedy w butelkę. Dostałem dość dziwne wyzwanie, mianowicie miałem dać buzi Karolowi. Zaciekawiona Karolina słuchała z coraz mniejszym optymizmem, gdyż wypowiedź Alexa zaczęła nabierać coraz bardziej dramatycznego tonu.

— Myślałem, że to będzie tylko niewinne zadanie, lecz bardzo się myliłem. Karolina nie wytrzymując już napięcia spytała:

— Co takiego się wydarzyło, że jest to aż takie ważne?

Alex ucichł na chwilę i gdy zebrał już w sobie dość odwagi, by oznajmić, co się wydarzyło, powiedział:

— Pocałunek z Karolem mi się podobał.

Nastała całkowita cisza, a Karolina nie wiedziała, co powiedzieć i stała nieruchomo. Wtem zadzwonił dzwonek na lekcje, a Alex, żeby uniknąć niekomfortowych pytań, wybiegł z szatni, zostawiając przyjaciółkę samą. W klasie usiedli na dwóch krańcach sali. Do końca zajęć lekcyjnych nie odzywali się do siebie, gdyż Alex nie chciał na razie o tym rozmawiać. Wracając do domu postanowił przejść przez swoje miejsce w lesie. Niestety, nie zmieniło się ono od ostatniej wizyty chłopaka. Mimo wszystko usiadł na urwanej kłodzie i zaczął myśleć. Zastanawiał się, czemu akurat jemu to się przydarzyło, a nie komuś innemu, lecz po chwili stwierdził, że jeśli coś jest, to znaczy, że ma jakiś cel i trzeba to zaakceptować. Pogodziwszy się z wszystkim, wrócił do domu. Następnego dnia Alex z niewielkim uśmiechem poszedł do szkoły, nie wiedząc, co go czeka. Wchodząc do szkoły zauważył, że coś jest nie tak. Niemal wszyscy patrzyli na niego z pogardą i obrzydzeniem. Alex myślał, że jest po prostu gdzieś brudny lub coś podobnego. Nagle podbiegła do niego jego dziewczyna z oburzeniem.

— Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć!?

Alex, nie wiedząc o co chodzi, zamilkł.

— Jak mogłeś mnie tak oszukać. Z nami koniec. Życzę szczęścia, oszuście.

Chłopak był tak zaskoczony że nawet nic nie powiedział, tylko poszedł dalej, gdyż uznał, że nie ma sensu pytać, co się stało, bo trzeba dać ochłonąć. Poszedł dalej w stronę klasy w odprowadzany szyderczym wzrokiem. Przychodząc pod klasę postanowił pogadać ze swoim kolegami na temat tego, co właśnie się stało, lecz spotkała go niemiła niespodzianka.

— Ej chłopaki, nie uwierzycie, co się właśnie stało. Spojrzeli na niego niechętnie i powiedzieli.

— Nie gadamy z gejami.

Alexa wnet przytkało i nie wiedział, co ma powiedzieć.

— Chłopaki, ale o czym w mówicie?

— Dobrze wiesz. Lepiej się od nas trzymaj z daleka.

Chłopak zaczął łączyć wszystkie fakty i od razu pobiegł do Karoliny.

— Jak mogłaś to wszystkim powiedzieć?!

— Ale o czym ty mówisz?

— Nie kłam. Dobrze wiem, że to ty powiedziałaś wszystkim, że jestem gejem.

— Przecież ci obiecałam, że nie powiem i słowa dotrzymałam.

— Oczywiście, tylko ty o tym wiedziałaś, a teraz cała szkoła wie.

— Alex, naprawdę nie wiem, jak to się stało.

— Wiesz co, nie jesteś już moja przyjaciółką. A ja ci ufałem.

Zrozpaczony chłopak wybiegł ze szkoły i pobiegł do domu. W drodze doszło do niego, że stracił wszystko, co miał. Dziewczynę, popularność i przyjaciół. Miał ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy nie wyjść. Po drodze przypomniał sobie, że w domu jest jego mama i nie może tam wrócić. Postanowił, że zwierzy się jedynej osobie, która go zawsze rozumiała i dokładnie wiedziała, jak pomóc. Udał się do kawiarni “hoc commune est”, gdyż tam zawsze o tej porze pije herbatę jego babcia.

***

Po trudnej rozmowie z babcią i otrzymaniu kilku ciekawych lekcji Alex wrócił do domu. Był już gotowy na wszystkie przykre doznania, które miała mu zapewnić szkoła, ale miał się jeszcze raz zadziwić. Następnego dnia podbudowany wyszedł do szkoły. Przez całą drogę myślał tylko o rozmowie w kawiarni. Dochodząc do szkoły wziął głęboki oddech i przekroczył próg budynku. Był to pierwszy krok w nowym życiu. Gotowy na szyderczy wzrok znajomych szedł przed siebie. Nie obawiał się już, co ludzie przyszykowali dla niego. Siadł oddalony od swojej klasy. Wtedy podeszła Karolina, z nadzieją że uda jej się porozmawiać z Alexem.

— Mogę porozmawiać? — Spytała niepewnym głosem.

— Czemu nie?

— To nie ja rozpowiedziałam w szkole, że jesteś gejem.

— Tak? A niby kto? — odparł kpiąco.

— To była ta Weronika z trzeciej klasy. Podsłuchała naszą rozmowę i powiedziała to komu trzeba.

Chłopak na początku nie chciał wierzyć, lecz przypomniała mu się rozmowa z babcią i postanowił uwierzyć Karolinie.

— No dobra, niech ci będzie. — odparł z uśmiechem na twarzy.

— Dobrze, że mi wybaczyłeś, bo teraz w szkole przydadzą ci się przyjaciele.

Kamil Magiera

Jestem (nie)zwykłą dziewczyną

Jestem zwykłą dziewczyną, która lubi pogadać z przyjaciółmi, jeździć na rowerze, plotkować, śmiać się z byle czego… a przynajmniej tak mi się wydawało.


Nie pamiętam kompletnie nic… chociaż nie, pamiętam, jak wszystko było rozmazane, ale z każdą sekundą było wyraźniejsze, zaczęłam widzieć kolory… dużo kolorów… tylko kolorów… W sumie, jak mogłam tego nie pamiętać, to się wydarzyło przecież przed chwilą. Oprócz tego, że widzę jakieś tańczące mi przed oczami kleksy, to jeszcze słyszę rozmowy, śmiechy, ale tak jakby przez mgłę… nie wiem, jak to dokładnie opisać… Może… przypomnij sobie swoją ostatnią rozmowę przez telefon, pamiętasz głosy w tle? Wtedy właśnie Twój rozmówca zaczął się tłumaczyć, że to mama z sąsiedniego pokoju, ale i tak można było się domyśleć, że to kolejna kłótnia sąsiadów mieszkających piętro niżej. Tak czy inaczej, przypomnij sobie te głosy i teraz je tak „rozmaż”, wiesz o co mi chodzi? Mam nadzieję, że tak.


Spróbowałam wstać (siedziałam wcześniej na podłodze, myślę, że to była podłoga), poczułam jakby szturchnięcie w bok, takie, jakby ktoś biegł, a ja bym mu stała na drodze i nie zdążyłby mnie wyminąć, to tłumaczy, dlaczego było takie mocne i znowu padłam. Wraz z upadkiem zaczęło mi się gwałtownie kręcić w głowie.

Kolory przed oczami zaczęły się zmieniać w poszczególne kształty, jeden z nich przypominał psa biegnącego w moją stronę, nie był to wilk, ale wyglądał tak, jakbym była dla niego nieproszonym gościem. Wystraszyłam się i zaczęłam uciekać ile tylko sił w nogach, zwierzę jednak było szybsze: dogoniło mnie, ale pies po prostu mnie wyminął pobiegł dalej, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Zdziwiło mnie to, ale też odczułam ulgę, że nie stała mi się krzywda.

Szalejące w tle kolory zaczęły układać się w jednolitą całość i nagle znalazłam się w czymś na wzór zielonego pokoju. Wszystko w nim było zielone: ściany, sufit, podłoga. Zdziwiło mnie to, że nie ma w nim okien ani drzwi, ale nie martwiłam się, jak się stąd wydostać, wiedziałam, że coś się wydarzy, naprawdę polubiłam swój chory sen.

Nagle znikąd pojawiły się drzwi (też były zielone), weszły przez nie do pomieszczenia dwie dziewczynki. Myślałam, że to siostry, były niemalże identyczne, trzymały się za ręce i spoglądały na mnie wrogim wzrokiem.

Niespodziewanie obie zaczęły przeraźliwie krzyczeć nie ruszając się z miejsca. Myślałam, że zwariuję. Nieznośny dźwięk stawał się coraz głośniejszy, co spowodowało, że ja też zaczęłam krzyczeć i… śpiewać mój ulubiony przebój… Dlaczego? Coś w środku kazało mi zagłuszyć krzyki, ale w taki sposób? Szczególnie, że śpiewać nie umiem praktycznie wcale. Zdarzało mi się podśpiewywać czasami w drodze do szkoły, lecz nie tak głośno. Ooo.. Zaczynam sobie przypominać…

Jakiekolwiek głosy ucichły, a pokój jakby stracił dno i zaczęłam spadać. Podczas podróży w dół widziałam czarną przestrzeń i zdjęcia ludzi, których wydawało mi się znać, pamiętałam skądś te twarze. Nie tylko osoby były znajome, ogólnie zdjęcia, były to zwykłe fotki, które chyba każdy choć raz zrobił, tzw. selfie. Widziałam je kiedyś… tak, to ja je zrobiłam, na pewno, pamiętam jak kiedyś przeglądałam fotografie na moim telefonie i je zobaczyłam.

Coraz więcej pamiętam i coraz szybciej sobie przypominam. Dobrze, że tak się dzieje, może w końcu będę mogła zrozumieć tę całą grę. Jak na razie czekam na rozwój wydarzeń. Wracając: spadałam i spadałam, oglądając przy okazji wspomniane zdjęcia. Wreszcie sięgnęłam dna i upadłam, ale mnie to nie bolało. Zaczęłam nagle słyszeć,,Kasandro, Kasandro!”. Eh… tak, to moje imię, moi znajomi uważają, że jest ładne, ale ja go nie lubię. Jakby moi rodzice nie mogli dać mi normalnego imienia, podoba mi się jedno, że często wielu osobom po prostu się nie chce mówić,,Ka-sa-ndra”, tylko,,Kasia”.

Zdenerwowało mnie, że słyszę swoje pełne imię. Głos należał bez zwątpienia do kobiety i można było odczuć w nim niepokój, dużo niepokoju…

Co się ze mną stało? Kolory znów powróciły i zaczęły się mieszać dając istnienie nowym barwom, fajnie to wyglądało. Nie wiem, ile stałam bez ruchu i je obserwowałam.

Nagle poczułam takie zmęczenie, że nie mogłam ustać na nogach, przewróciłam się, ciężko dysząc. Czułam krople potu spływające po moim czole. Po jakimś czasie przypomniało mi się uczucie, gdy wracałam do domu po przejażdżce na rolkach. Kocham jeździć na rolkach, gdybym mogła wybrać pomiędzy nimi, a wszystkimi pojazdami na świecie, wybrałabym właśnie moje rolki.

Pisałam, że lubię swój chory sen, jest to prawda, ale to dlatego, że lubię się bać, kocham oglądać horrory i słuchać strasznych historii… Lecz co innego oglądać, a co innego naprawdę czuć, chcę od tego uciec, ponieważ jestem tutaj sama (nie licząc dziwnych postaci, które zdarzało mi się od czasu, do czasu widzieć), kompletnie nie wiem dlaczego tu jestem, w dodatku słyszę wiecznie jakieś głosy i ciągle czuję się zagrożona.


Dosyć tego, przecież umiem o siebie zadbać, nie bez powodu jeździłam na obozy harcerskie, by teraz siedzieć i się nad sobą użalać. Wstałam i poszłam przed siebie (a przynajmniej wydawało mi się, że idę do przodu). Nie wiedząc gdzie idę doszłam do miejsca, w którym stały wiadra z farbą. W każdym wiadrze był inny kolor. Nie namyślając się długo wzięłam jedno z nich, chlusnęłam zawartość na przestrzeń przed sobą. Ku mojemu zdziwieniu farba rozprysnęła się na ścianę, o której wcześniej nie miałam najmniejszego pojęcia.

Bez chwili namysłu zaczęłam rozpryskiwać kolejne farby już nie tylko na wspomnianą wcześniej ścianę, ale też na podłogę, sufit i na samą siebie. Wpadłam w szał, poczułam się niesamowicie, kocham kolory ponad wszystko, czuję, że te farby i biała przestrzeń nie pojawiły się bez powodu. Mimo że nie umiem malować żadnych określonych rzeczy, a tym bardziej rysować, to czasami lubię tak po prostu chlapnąć farbą na kartkę i wymyślać, co to jest, skąd się wzięło, jaka jest tego czegoś historia.

Kolory zamieszczone, a raczej bezmyślnie porozrzucane, na białej powierzchni zaczęły układać się w całość: dostrzegłam niebo, a na nim chmury, obok dziewczynę, której twarz pojawiła się wcześniej na jednym ze zdjęć. Rozpoznałam ją, miała na imię Anna. Właśnie nie,,Ania” tyko,,Anna”. Nie znosiła od zawsze, gdy ktoś mówił na nią zdrobniale, wolała swoje pełne imię, nawet, gdy była całkiem mała. Ogólnie bardzo wcześnie zaczęła zachowywać się jak dorosła osoba, a jest w moim wieku.

Podłoga, a raczej to, na czym stoję, zaczęło się trząść bardzo gwałtownie. Przewróciłam się zaraz na początku i upadałam za każdym razem, kiedy chciałam wstać. Poczułam, jakbym stała na wielkiej trampolinie. Zaczęłam skakać, jednak w jednej chwili podłoga stała się sztywna, tak jak przedtem. Spadłam więc na twardą posadzkę i to już zabolało. Nagle zaczęły na mnie zlatywać karteczki. Na każdej był rząd cyfr, wyglądało to na numer telefonu.

Wspomnianych papierków spadło mnóstwo, jednak na niektórych pomiędzy cyframi dostrzegłam pojedyncze litery. Z początku, na jednej kartce, pomiędzy cyframi znalazłam literkę,,B”. Pomyślałam, że to jest jakaś wiadomość dla mnie i zaczęłam dokładnie przeszukiwać wszystkie kartki, znalazłam,,D”, , S”, , O”, , I”, , Ź”, , U”, , Ę”. Nie zajęło mi wiele czasu ułożenie z tych liter „OBUDŹ SIĘ”.

Bardzo chętnie spełniłabym to życzenie, gdybym wiedziała jak… No właśnie… Jak? Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, poczułam wiatr na twarzy i świeże powietrze, zobaczyłam park. Zawsze tam spędzałam czas, gdy miałam zły dzień, by pomyśleć lub po prostu odpocząć od stresu w szkole i codziennych obowiązków. Czasami przychodziłam tu z moim psem o imieniu Sonik, który był prześlicznym jamnikiem. Na myśl o moim najlepszym przyjacielu, którego już niestety nie ma przy mnie w tej chwili, zachciało mi się płakać, więc postanowiłam pójść dalej przez park i zobaczyłam parę nastolatków siedzących na ławce i rozmawiających ze sobą. Rozpoznałam moich rodziców z czasów szkolnych. Długo patrzyłam na tą parę, dopóki nie zauważyli mnie i poszli.

Poszłam dalej przez ścieżki, przez które przebiegałam wiele razy w dzieciństwie goniąc swojego przyjaciela Damiana. To sprawiło, że przypomniałam go sobie bardzo dokładnie, każdy rys jego twarzy Raz nawet policzyłam wszystkie piegi, które miał na nosie. Przypomniałam sobie również jego uśmiech, którym obdarzał mnie za każdym razem, gdy mnie widział… no, prawie każdym.

Idąc dalej przez park weszłam na mały mostek, pod którym płynęła sobie powoli mała rzeczka. Nagle drewno pod moim stopami złamało się, a ja wpadłam do wody. Wynurzając się z niej, nie ujrzałam już przyjaznego i ładnego parku, tylko mroczny, ciemny las. Wyszłam z lodowatej wody i trzęsąc się z zimna, poszłam w głąb puszczy. Zobaczyłam Damiana biegnącego z naprzeciwka, ucieszyłam się na widok przyjaciela. Po chwili zorientowałam się, że nie patrzy na mnie przyjaznym spojrzeniem, to był wrogi i pełen nienawiści wzrok. Przebiegając obok mnie popchnął mnie tak mocno, że przewróciłam się i wpadłam w krzaki, następnie staczałam się w dół, co chwilę obijając się o jakieś kamienie i patyki. Przypomniałam sobie zdarzenie na początku tej chorej przygody.

Gdy w końcu się zatrzymałam, poczułam ogarniający mnie lęk. Nie potrafię do końca powiedzieć przed czym dokładnie, może przed tym, że Damian wróci i zrobi mi krzywdę? Że ktoś mnie porwie lub jakieś zwierzę zaatakuje? Że nie wiem, gdzie jestem i nigdy nie wrócę do domu? Dużo było powodów do obaw, ale wiedziałam, że to jednak nie jest to, że jest jeszcze coś, co budzi we mnie grozę, coś, przed czym muszę za wszelką cenę uciec.

Zerwałam się w jednej chwili na równe nogi i zaczęłam biec, czułam, że to coś jest tuż za mną, że prawie mnie ma, serce biło mi jak szalone, a ja myślałam tylko o jednym, by to się już skończyło. Wbiegłam do zacienionego fragmentu lasu. Brak światła w tym obszarze dawał się we znaki i biegłam na oślep, nie zatrzymując się ani na chwilę, nie zwalniając, ponieważ czułam, że gdy ja choć troszkę spowolnię bieg, to coś momentalnie rośnie w siłę i jest coraz szybsze.

Czułam, że zaraz zemdleję, płuca odmawiały mi posłuszeństwa, mimo to, biegłam dalej. Nagle poczułam korzeń na mojej stopie, przewróciłam się znowu, lecz tym razem nie upadłam. Zaczęłam spadać w dół, prosto w ciemną przestrzeń, lecz tym razem nic nie było widać, w dodatku czułam, że to, czego się tak boję jest coraz bliżej mnie i zaraz mnie w całości pochłonie. Spadając zaczęłam przeklinać wszystko, zwłaszcza to, że tutaj zaraz zakończyć ma się moja historia, że to, przed czym tak rozpaczliwie uciekam zaraz mnie dorwie, że nigdy nie spełnię swoich marzeń, że ktoś, kogo uważałam za przyjaciela odwrócił się ode mnie w tak okrutny sposób. Zaczęłam odnosić wrażenie, że się o coś obijam bardzo boleśnie. Ucisk wywołany każdym uderzeniem stawał się stawał się coraz bardziej nie do zniesienia.

Przed oczyma mokrymi od łez zaczęło rozpościerać się światło, a niepokój wywołany tym, że kątem oka już praktycznie widziałam niewyraźny zarys sylwetki oraz złowieszcze, przekrwione oczy, które należały do goniącego mnie potwora wciąż, narastał. Zaczęłam spadać o wiele szybciej, nagle wpadłam w tę jasność.


Otworzyłam oczy, biorąc gwałtownie oddech. Zobaczyłam nad sobą oślepiające światło i nieznajomą twarz. Właścicielka tego oblicza zaczęła krzyczeć do innych oblegających mnie ludzi,,Obudziła się! Obudziła się!”. Wszyscy mieli na sobie białe kitle, siatki na włosy i maski na nosie i ustach. Kobieta, którą ujrzałam jaką pierwszą, wydawała się bardzo zmęczona. Poczułam na sobie mnóstwo rurek, maskę i innych dziwnych rzeczy. Łóżko, na którym leżałam zaczęło się przesuwać i po chwili ujrzałam znajome twarze, należały do moich rodziców. Oczy mamy były przeszklone i czerwone od łez, podobnie jak taty, widać, że bardzo się o mnie martwili, tylko dlaczego? Bali się, że to coś, mnie dorwie i zrobi mi krzywdę? Wytłumaczyli mi później, że lekarze w moim organizmie znaleźli substancje odurzające i przez długie godziny walczyli o moje życie.

Zostałam w szpitalu jeszcze tydzień, potem rodzice zawieźli mnie do domu. Nie musiałam długo myśleć nad tym, skąd te narkotyki znalazły się w moim brzuchu, proste, ktoś z tych, których uważałam za przyjaciół dosypał mi je do picia. Oni od początku traktowali mnie dziwnie, mogłam zareagować wcześniej i odejść od tej grupy. Następnym razem nie popełnię tego samego błędu.

~ Zuzanna Proksa

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу