Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Przepis na miłość

Oliwia Cieślak

Dzień w dzień od sześciu miesięcy słyszę: „Zakochałaś się!” od każdego, kogo napotkam, chociażby w lokalnym sklepie czy bibliotece. Mówią, że wyglądam lepiej, przybrałam na wadze (a to akurat dobrze), moje policzki nabrały ciepłego koloru i wydaję się być szczęśliwsza. Twierdzą też, że ubieram się lepiej i bardziej dbam o swój wygląd. Zwykle chodziłam w rozpuszczonych, poplątanych włosach, nieumalowana i z krzaczastymi brwiami. Teraz upinam włosy w luźny kok. Malując grubą kreskę wokół oka, podkreślam kolor moich zielonych oczu. Moje brwi nie tworzą już jednego, gęstego i podłużnego krzaka.

Zazwyczaj na te mało dyskretne opinie jedynie potakuję, następnie dziękuję i czym prędzej oddalam się na odległość co najmniej pięćdziesięciu metrów. Czasem ciekawi mnie, jak wyglądałaby ich mina, gdybym wyznała: „Nie jestem zakochana. Po prostu robię to, by wreszcie się zakochać.”.

Moje koleżanki od dawna już mają chłopaków. Nie wszystkie, ale liczne grono całowało się już przynajmniej raz. Często tworzą tajne zgrupowania i rechoczą do siebie jak żaby, że ten: „ma takie szerokie ramiona, ale wcale nie przytula się go tak fajnie…”, albo inny: „chodzi trzy razy w tygodniu na siłownię, a wcale nie widać efektów…”. Zazwyczaj nie włączają mnie do tych rozmów, bo nigdy nie widziały mnie z żadnym chłopakiem.

Myślałam, że chodzi o mój wygląd. Dziadkowie łapali się za głowy, twierdząc, że na pewno mam bulimię, bo jem za trzy osoby, a nie tyję. Raz przyłapałam babcię, jak podsłuchuje, co robię w łazience (na moje szczęście myłam tylko ręce). Rodzice za to martwili się czy nie popadłam w depresję, bo zwykle spędzałam czas w pokoju i często sięgałam po książki Barbary Rosiek. Żadne z nich nie pomyślało, że może po prostu lubię spędzać czas w ten sposób, a lubię i to nawet bardzo. Jednak nawet dla mojej rodziny, jeśli nie jestem stereotypową głośną nastolatką, to coś jest ze mną nie tak. A skoro o stereotypach mowa. Jaka jest stereotypowa miłość? Czytając książki i słuchając opinii koleżanek, nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Związek moich rodziców przypomina związek Ridge i Sydney z książki „Maybe Someday”. Uczciwe i dobre serce Ridge’a nie pozwalało mu zostawić ówczesnej dziewczyny dla nowej współlokatorki, Sydney. Moja mama też była w wieloletnim związku. Ze swoim ówczesnym chłopakiem planowali wspólne życie i wielkimi krokami dążyli do celu. Wtedy mój ojciec jak grom z jasnego nieba spadł pomiędzy nich i zawrócił mojej matce w głowie. Na początku nawet się nie lubili. Tak samo jak w „Maybe Someday” razem tworzyli muzykę, bo do melodii mojego ojca brakowało mu właśnie jej tekstu.

Historia mojej ciotki, Moniki, zupełnie odpowiada temu, co słyszałam z „tajnego zgrupowania”. Dużo spędzali ze sobą czasu. Niepowtarzalna i wyjątkowa przyjaźń przerodziła się w niesamowite uczucie, którego rzekomo nie da opisać się samymi słowami.

Kolejnym z moich „zanotowanych” rodzajów miłości jest ta mroczna i mało lubiana strona tego uczucia. Dwoje ludzi zakochuje się w sobie do szaleństwa. Ich raj na ziemi trwa do czasu, kiedy jedno nie zacznie za bardzo drażnić drugiego. Następnie cały zapał i płomień wygasa. Potem zostaje tylko przywiązanie i ciągłe kłótnie lub ciche dni. Następnie jedno rezygnuje ze wspólnego grona znajomych, wspólnych planów, a na koniec z samych siebie. Rozstają się.

Mogłabym wymieniać mnóstwo przykładów, rodzajów i opinii na temat miłości. Jednak bardziej interesuje mnie, którego jej typu ja doświadczę? Czy w ogóle zaznam miłości? W końcu nawet największa brzydula w mojej szkole ma u boku swojego Krzyśka, który jest na każde jej zawołanie. Tak, na pewno się zakocham. Jednak najbardziej w świecie chciałabym stworzyć nowy i niepowtarzalny rodzaj miłości, którego nie napotkam w żadnej książce, gazecie, ani nie usłyszę podobnej historii ze szkoły. Mój partner mógłby też mieć niepowtarzalny charakter i wygląd. Przyznaję się, jestem nudną osobą, ale od zawsze ciągnie mnie do ludzi pełnych energii, rozrywkowych i zwykle uśmiechniętych od ucha do ucha. W takim towarzystwie czuję się dobrze, dlatego chciałabym móc przebywać w nim jak najczęściej. Chciałabym właśnie takiego chłopaka. Rozpromienionego, odrobinę roztrzepanego, a jednocześnie bardzo inteligentnego, z własnymi, uzasadnionymi logicznie poglądami. Mógłby nie grzeszyć również urodą. Zawsze podobały mi się mięśnie i roztrzepane, brązowe włosy. Oczy najlepiej zimne, błękitne. Sporządziłam ten ideał na podstawie swoich ulubionych postaci z filmów. Swoimi mięśniami oczarował mnie Kellan Lutz w „Zmierzchu”, kiedy grał członka rodziny Cullenów. Wydawało mi się, że jego bicepsy sięgają sufitu, kiedy tak naprawdę był to zwykły fotomontaż. Natomiast roztrzepane i brązowe włosy zawróciły mi w głowie po obejrzeniu „Most do Therabithii”. Josh Hutcherson wydawał mi się wtedy najbardziej uroczym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek widziałam, ale zmieniłam zdanie, kiedy zobaczyłam zabójcze, jasnoniebieskie oczy Elijaha Wooda we „Władcy Pierścieni”. Czy kiedykolwiek spotkam swój ideał? To prawie niemożliwe, ale wciąż pali się we mnie iskierka nadziei.

Podsumowując cały ten mętlik, który kłębi się w mojej głowie, jestem odrobinę skołowana. Z jednej strony pragnę się wyróżnić i zaznać czegoś wyjątkowego. Z drugiej, najchętniej nie opuszczałabym swojego dobrze znanego mi kąta w moim życiu. Czy w ogóle dobrze zrobiłam zaczynając o siebie dbać, pokazywać swoją nową stronę? W oczach innych, tak. Mówią mi przecież, że wreszcie wyglądam dobrze, ale co z tego, kiedy czuję się jak w przebraniu? Idę do łazienki i zmywam grube kreski z moich powiek. Rozpuszczam włosy i przeczesuję je palcami, pozostawiając je w tym okropnym nieładzie, który w gruncie rzeczy naprawdę lubię. Odpuszczam sobie kwestię brwi, bo była to jedyna dobra decyzja, aby wreszcie je wyregulować.

Idę do szafy i przebieram się z obcisłych, czarnych dżinsów w luźną spódnicę do kostek, która jest jedną z moich ulubionych. Nie nosiłam jej przeklęte sześć miesięcy i wreszcie odczuwam ogromną ulgę i czuję się komfortowo. Zrzucam z siebie także ten ohydny, fioletowy sweter, który dorwałam za grosze w lumpeksie. Wyglądał tak, jak te wszystkie inne, które noszą dziewczyny z mojej szkoły. Zawsze mnie obrzydzały, ale w końcu to w nich zdobywały kolejnych chłopaków. Zakładam zwykły biały podkoszulek, po czym zapinam na szyi mój ulubiony, złoty wisiorek. Następnie schodzę na dół i zamieniam czarną, skórzaną torbę na workowatą koloru ciemnozielonego. Odsuwam stopą okropne, czarne, polakierowane buty i wskakuję w swoje ulubione szare trampki. Prostuję się przed lustrem i uśmiecham się do siebie. Jest to pierwszy szczery uśmiech, kiedy wychodzę z domu.

Wchodząc do biblioteki, od razu wyczuwam na sobie natarczywe spojrzenia, ale ignoruję je i zaszywam się między regałami. Kiedy wreszcie znajduję jakąś godną przeczytania książkę, gwałtownie odwracam się i wpadam na coś twardego, ale jednocześnie na tyle miękkiego, że odbijam się do tyłu i plecami wpadam na jeden z regałów. Słyszę jedynie trzask książek, spadających po drugiej stronie półki.

— Wszystko w porządku?

Długie palce oplatają moje przedramię i podciągają mnie do wyprostowanej pozycji. Otwieram powoli zaciśnięte powieki i widzę człowieka. Chłopaka. Całkiem przystojnego chłopaka. Co prawda nie ma opinających się w koszulce mięśni, ale jego ucisk jest zdecydowany i silny. Widzę delikatny, napięty wzgórek na jego koszuli, chociaż nie może on się równać z formą Kellana Lutza. Jego kolor włosów nawet nie podchodzi pod kasztanowy, ale blond chaos na jego głowie jest urzekający. Intensywne spojrzenie nie nosi zimnego odcienia, jakim jest mój wymarzony błękit, ale zastępuje go choinkowa zieleń, którą zdążyłam bardzo polubić. Nie wiem, jakim rodzajem zauroczenia jest ten, który właśnie przechodzę. Stan, w którym właśnie się znajduję, odwraca uwagę od bólu, który czuję w karku i na łopatkach. Chyba nabiłam sobie kilka siniaków, ale nawet się tym nie przejmuję.

Chłopak uśmiecha się, kiedy widzi moje rozbiegane po nim spojrzenie. Grzecznie przeprasza i ponownie zadaje pytanie, czy wszystko w porządku. Potakuję, a on proponuje, że mogłabym się zrewanżować tym samym. Wybucham głośnym śmiechem, po czym przykładam dłonie do ust, słysząc głośnie: „Cisza!” bibliotekarki.

Nigdy nie posądziłabym siebie o to, że kiedykolwiek spalę moje notatki dotyczące miłości. Byłam chyba bardzo zdesperowana, zapisując sobie te wszystkie głupoty. Tamtego dnia, kiedy poznałam Adriana, wróciłam do bycia szarą myszką, tym razem z ładnymi brwiami. Był kompletnym przeciwieństwem mojego ideału i nadal jest sprzeczny z moimi ówczesnymi wyobrażeniami. Tamtego dnia poszliśmy do kawiarni. Kupił na przeprosiny herbatę, bo kawy nie pijam. Okazał się być bardzo zabawny, a jednocześnie inteligentny. Nie jest jednak roztrzepany, ale bardzo uporządkowany, co idealnie pasuje do mojego roztargnienia. Najpierw zostaliśmy przyjaciółmi, potem parą. Razem idziemy na studia, ponieważ mamy podobne zainteresowania. Z każdym dniem jestem zaskoczona coraz bardziej tym, jak toczy się moje życie. Cały mój plan na przyszłość runął z hukiem i kompletnie nie byłam na to gotowa, ale radzę sobie, kiedy ku mojego boku jest ktoś, kto jest ponad moim ideałem.

Kubek czekolady

Wiktoria Dębkowska

Nareszcie nadszedł ten dzień. Dokładnie dzisiaj, 13 grudnia, w bibliotece miejskiej organizowane jest spotkanie z moją ulubioną pisarką Magdaleną Kordel, która niedawno wydała nową książkę:,, Anioł do wynajęcia”.

Po śniadaniu wyruszyłam z domu. Szłam powoli, rozmyślając o tym, co chciałabym jej powiedzieć i nagle poczułam ból w całym ciele. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że leżę na chodniku, a przy mnie ktoś klęczy.

— O, nie! Najmocniej przepraszam, nie chciałem pani potrącić.

— Jaka tam pani, mam dopiero 16 lat

Złapałam się jedną ręką za głowę a drugą chwyciłam dłoń przechodnia. Kiedy wstałam i spojrzałam na niego…. Wprost zaniemówiłam, Koło mnie stał chłopak i to nie byle jaki. Miał na sobie ciemne jeansy i czarną kurtkę idealnie pasującą do czarnych włosów. Wystarczyło, że spojrzałam w jego piękne brązowe i głęboko osadzone oczy, a świat zawirował. Wystraszyłam się na myśl, że pewnie się zarumieniłam, jednak głos nieznajomego przywrócił mnie do rzeczywistości.

— To świetnie, bo ja też mam 16 lat. Mam na imię Kuba.

— A ja jestem Maja. Miło Cię poznać. Dzięki, że podniosłeś mnie z ziemi. Miło było się z Tobą zderzyć — dopiero po wypowiedzeniu tych słów zrozumiałam, co przed chwilą powiedziałam Byłam pewna, że znowu oblałam się rumieńcem. Ale on tylko się uśmiechnął, odsłaniając białe zęby.

— Mnie również było miło, ale nic ci nie jest? Dosyć mocno upadłaś. Może pojedziemy do szpitala?

Przypomniałam sobie, że przecież mam zaraz bardzo ważne spotkanie.

— O nie! Nic mi nie jest. Musze już iść i to na prawdę szybko. Wiesz może która jest godzina? Chłopak spojrzał na zegarek:

— 15: 25

— Mam pięć minut. Muszę już lecieć. Do zobaczenia kiedyś i gdzieś… no.. no to pa!

— Zaczekaj! Dokąd idziesz? Ostrożnie, na chodniku jest lód! Nie poślizgnij się!

Usłyszałam tylko kawałek z tego, co mówił. Zajęłam się jak najszybszym dotarciem do biblioteki miejskiej, a Wrocław to nie małe miasteczko.

Otworzyłam wielkie drzwi i weszłam do środka. Od razu popędziłam schodami na górę.

Autorka już siedziała w dużym fotelu, a na widowni zebrało się pewnie kilkanaście osób.

Zdjęłam wierzchnie ubranie i podeszłam do ekspresu. Nalałam sobie gorącej czekolady, odwróciłam się i nagle… zobaczyłam przed sobą granatową koszulkę z wielką plamą po czekoladzie. Dlaczego zawsze to mi się przytrafiają takie rzeczy?

— No nie! Już drugi raz mnie dzisiaj stratowałaś.

Spojrzałam trochę wyżej i zatonęłam w brązowych oczach. Natychmiast odechciało mi się czekolady. Z brązowych oczu biło rozgrzewające ciepło. Poczułam się jakbym wypiła już co najmniej trzy kubki gorącego napoju.

— Kuba, to ty? Co ty tu robisz?

— Chciałbym o to samo zapytać ciebie. Śledzisz mnie czy jak? — zapytał z rozbawieniem.

— Hmm..…nie. Przyszłam tu na spotkanie autorskie.

— Popatrz, ja też.

— Przepraszam, nie chciałam.

— Nie ma sprawy, plama zejdzie Ty to umiesz dopiero rozgrzać człowieka. Mówię dosłownie: ten napój jest mega gorący.

Teraz to ja wybuchnęłam śmiechem. Usiedliśmy koło siebie na drewnianych krzesłach w dużej sali. W rogu stała choinka. Autorka zaczęła mówić jak powstają jej utwory i co ją zainspirowało do napisania świątecznej opowieści.

Spotkanie trwało mniej więcej godzinę. Potem było podpisywanie egzemplarzy powieści i zdjęcia z pisarką.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Kuba stanął naprzeciwko mnie.

— Tak naprawdę to nic o tobie nie wiem, ani ty o mnie. Nie uważasz, że dzisiejsza seria zderzeń i upadków nie jest wystarczającym pretekstem do tego, aby się spotkać i poznać trochę lepiej?

— Chyba masz rację.

— Czy byłabyś zainteresowana pójściem ze mną na gorącą czekoladę. Mam nadzieję, że tym razem trafi do moich ust a nie na koszulkę.

— Obiecuję, że tym razem nic ci nie zrobię. Nie planowałam tamtego zamachu na twoją bluzkę. Smutno mi z powodu twojej straty- wyrazy współczucia.

Kuba roześmiał się tak szczerze i głośno, że od razu zrobiło mi się weselej.

— To co? Idziemy? — zapytałam, uśmiechając się najszerzej jak umiałam.

— Oczywiście, madame.

Wziął mnie za rękę i ruszyliśmy ulicami Wrocławia. Kiedy tylko jego dłoń dotknęła mojej, Poczułam ciepło w całym ciele. Jak to możliwe, że mimo mrozu i śniegu ręka chłopaka była tak ciepła?

Po wejściu do kawiarni złożyliśmy zamówienie i pogrążyliśmy się w rozmowie.

— Wnioskuję, że lubisz czytać, skoro wybrałaś się na spotkanie autorskie.

— Owszem, uwielbiam czytać. Uważam, że to nie tylko sposób spędzania wolnego czasu, ale i sposób na oderwanie się od rzeczywistości.

— Też tak myślę. Czytam od dziecka. Oprócz tego gram na gitarze i pomagam ojcu w warsztacie samochodowym. Mam czworo rodzeństwa: dwie siostry bliźniaczki mają po pięć lat i dwóch braci jeden dziesięcioletni, a drugi ma trzynaście lat. Żyjemy sami. Moja mama zmarła, kiedy miałem jedenaście lat. Odtąd to ja i tata dbamy o rodzinę. Staram się mu pomagać, ile mogę. Bywa ciężko, ale radzimy sobie. Oprócz tego chodzę do liceum do klasy matematyczno- fizycznej. No to, w skrócie już mnie znasz, teraz twoja kolej, opowiadaj.

— Jestem jedynaczką, ale uwielbiam dzieci. Działam w wolontariacie jako opiekunka przedszkolna. Uwielbiam uczyć się historii i kocham malować. Piszę też własne książki i robię do nich ilustracje. Jestem fatalną sportsmenką … no może wyłączając hokej. Ta gra naprawdę mnie fascynuje, ale ograniczam się do lekcji w-f. Mieszkam we Wrocławiu od szóstego roku życia. Wcześniej mieszkaliśmy w Warszawie, ale mój tata dostał tutaj pracę i dlatego musieliśmy się przenieść.

— Powiedziałaś, że piszesz własne książki, opublikowałaś jakąś?

— Nie, jeszcze nie, ale mam to w planach.

— Po co zwlekać? Nie chcę cię poganiać. Wpadł mi do głowy pewien pomysł. Moja ciocia pracuje w wydawnictwie „Jaguar”. Mogłaby ci pomóc w wydaniu książki.

— Byłoby świetnie!

— Porozmawiam z nią. Polubiłem cię i nie mam zamiaru urwać z tobą kontaktu. Chyba że tego zażądasz.

— Ja też cię lubię.

Przynieśli nam dwa kubki z gorącą czekoladą.

— Powinienem się bać?

— Tak. Planowałam ten zamach od chwili gdy tu weszliśmy — zrobiłam sarkastyczną minę.

— Ha! Tak też myślałem. Jesteś naprawdę zabawna. Wiem, że to stała gadka wszystkich chłopaków, ale ja mówię to szczerze. Naprawdę różnisz się od dziewczyn, które znam. Jesteś zabawna, masz plany i marzenia oraz pasje, a nie tylko gapisz się w lustro i wstawiasz sweet focie na facebooka.

— To miłe.

Wypiliśmy ciepłe napoje, pogadaliśmy jeszcze chwilę i nastąpił czas pożegnania. Wymieniliśmy się mejlami i numerami telefonów oraz numerem skrzynki pocztowej.

Przez następne dni komunikowaliśmy się telefonicznie. Z niecierpliwością czekałam na kolejny telefon

23 grudnia dostałam paczkę. Jak się okazało od Kuby. Był w niej tekst napisanej przez niego piosenki wraz z nagraniem i list, w którym życzył mi wesołych Świąt i poprosił o spotkanie po przerwie świątecznej. Zaczęłam już odliczać dni. Ja również wysłałam mu prezent- finalny egzemplarz mojej książki, którą udało mi się wydać z pomocą cioci Kuby. Pomyślałam: jakie to wspaniałe, że przypadkowe zderzenie na ulicy sprawiło, że spełniłam swoje marzenie i poznałam fantastycznego chłopaka. Przekonałam się, że najwspanialsze rzeczy zdarzają się w najmniej spodziewanym momencie.

Cicha woda

Katarzyna Majorek

Miłość to piękne uczucie. Ważne by było ono prawdziwe, a nie tylko na pokaz, jak to często bywa wśród moich rówieśników. Na prawdziwie zakochaną parę patrzy się z przyjemnością. Mówi się, że między nimi jest chemia. Ehhh… Serio chciałabym poznać takie uczucie. Szkoda, że jedyną chemię, jaką znam to ta, której uczę się w gimnazjum.

Nie mogę zrozumieć, dlaczego wszyscy mają już drugie połówki, a ja nadal jestem sama. Wszyscy prowadzą ciekawe życie, a moje wygląda cały czas tak samo. Wszak nie jestem okularnicą, która prowadzi nudne szare życie bez znajomych. Czasem nawet zdarza mi się wyjść z przyjaciółmi na miasto.

Ale zacznijmy od początku. Mam na imię Izabela, ale wszyscy nazywają mnie ‘’Cicha woda’’. Szczerze, to nawet nie wiem dlaczego. Niby tłumaczą, że to dlatego, iż jestem cicha, ale jak już się odzywam to zawsze w punkt (chyba moje żarty i docinki też tego dotyczą). Tak jak już wspominałam, mam znajomych, ale mam też osobę, bez której może życie wyglądałoby zupełnie inaczej. To moja przyjaciółka- Natalka. Jest trochę zwariowana, na pozór nienormalna a nawet czasami wredna. No cóż, jeżeli chce się mieć przyjaciela, trzeba czasem pójść na kompromis. Ja też nie jestem święta. Pewnie dlatego tak dobrze dogaduję się z Natką. Ona wytrzymuje moje zachowanie a ja jej. Może nawet w pewnym sensie się uzupełniamy. Tylko jest jeden mały problem, ona ma chłopaka. Nie to, żebym go nie lubiła, bo jest naprawdę fajnym facetem i nawet się cieszę, że są razem, ale dobija mnie to, że ja nadal nikogo nie mam. Miałam już dosyć tego współczującego spojrzenia Natki: ‘’Szkoda że nadal nie znalazłaś sobie chłopaka’’ w sobotnie wieczory, kiedy wychodziła z Igorem (bo tak miał na imię jej chłopak) na randkę. Nie było mi smutno, tylko po prostu zaczęło mnie to irytować. Pewnego dnia postanowiłam coś zmienić. I tu rozpoczyna się historia.

Był pierwszy grudnia. Wstając z łóżka zobaczyłam, że poda śnieg. Uśmiech pojawił się na mojej jeszcze zaspanej twarzy, ponieważ naprawdę lubię śnieg, ogólnie całą zimę. To moja ulubiona pora roku, może dlatego że to właśnie w niej się urodziłam? Mniejsza z tym. Z dołu usłyszałam jak moja mama krząta się po kuchni.

— O, wstałaś już? To dobrze i tak miałam cię za chwilę budzić. — powiedziała, gdy zobaczyła jak przeszłam próg kuchni.

Odpowiedziałam krzywym zaspanym uśmiechem.

— Coś się stało, skarbie? — zainteresowała się mama.

— Nie, nic, Po prostu jestem zmęczona i niewyspana. — odpowiedziałam.

— A mówiłam, żebyś wcześniej kładła się spać, ale ty oczywiście musisz wiedzieć lepiej i siedzieć do późna przed komputerem. — odparowała.

Przyznałam jej tylko rację, bo już nie miałam ochoty tego komentować. Szczerze, trochę się tymi słowami zirytowałam, ponieważ ja wcale nie grałam na komputerze. Po prostu trochę czytałam, a później nie mogłam usnąć gdyż myślałam o jednym chłopaku. Mm na imię Błażej i chodzi do równoległej klasy, ale jak próbowałam nawiązać kontakt, to mnie brzydko mówiąc, olał. Trochę mnie to zabolało, ale cóż mówi się trudno i żyje się dalej. Z tych moich przemyśleń wywnioskowałam tylko tyle, że muszę sobie z nim dać spokój. No, ale miałam coś zmienić w swoim życiu. Chyba pierwszą rzeczą będzie odpuszczenie sobie Błażeja. Może teraz jak już przestanę o nim myśleć, zacznę zwracać uwagę na innych chłopców.

Po mniej więcej czterdziestu minutach byłam już gotowa i mama mogła mnie zawieźć do szkoły. W samochodzie powtarzałam sobie do sprawdzianu z matematyki. Gdy tylko przekroczyłam próg szkoły, zauważyła mnie Natka i miała mi tysiąc rzeczy do powiedzenia na raz. Przyzwyczaiłam się do tego, ponieważ zawsze w poniedziałki tak było.

— Nie uwierzysz, co się stało na randce! — powiedziała od razu, nie puszczając mnie z ramion.

— Tak, jest duże prawdopodobieństwo, że nie uwierzę — odpowiedziałam.- A tak w ogóle, to ja też muszę ci coś powiedzieć o Błażeju. — dodałam, niosąc kurtkę do szatni.

— Tak?! O nim?! Opowiadaj, umówiłaś się z nim? — Natka prawie skakała z radości.

— Spokojnie, chciałam ci tylko powiedzieć, że daję sobie z nim spokój.

Spojrzałam na jej twarz, i zauważyłam zaskoczenie. Ledwo, co powstrzymałam się od śmiechu.

— No, ale miałaś mi coś powiedzieć o tym, co wydarzyło się na twoim spotkaniu z Igorem -zdołałam tylko powiedzieć, nie wybuchając śmiechem.

— Izabeluś, to nie jest teraz ważne. Mów jak ci się udało odpuścić sobie twoją wielką miłość? — ciągnęła dalej Natalka.

No i musiałam jej wszystko opowiedzieć. Tylko najgorsze z tego wszystkiego jest to, że jak mamy już jakiś temat do obgadania, to on nie może czekać. W moim przypadku nic się nie stanie jak dokończymy jakiś temat na przerwie między lekcjami, ale przyjaciółka jest w gorącej wodzie kąpana i to przez nią dostałyśmy reprymendę od pani na biologii.

Po szkole Natalka uparła się, że musimy się zaraz spotkać i jeszcze pogadać. Zaprosiłam ją więc do mnie do domu, ponieważ i tak nie mieszkałyśmy zbyt daleko od siebie, a moi rodzice nie wrócili jeszcze z pracy. I jak zwykle, pogaduchy zamieniły się w kilkugodzinne rozmowy. Oczywiście, musiał być poruszony temat mojej drugiej połówki. Wyjaśniłam, że sobie poradzę, ale jak Nacia się na coś uprze, to już nie da rady się jej przekonać do zmiany zdania. Może to być śmieszne, ale w pewnym sensie za to właśnie ją lubię.

Następne dni mijały normalnie. Mikołajki były akurat w sobotę i namówiłam Natkę na pójście na lodowisko. Szczerze, naprawdę wiele mnie to kosztowało, gdyż ona serio nienawidzi jazdy na łyżwach, ja natomiast to uwielbiam. Poszłyśmy rano, mając nadzieję, że nie będzie dużo ludzi. Miałyśmy rację, byłyśmy tylko my, jakieś dwie rodziny z dziećmi i kilka innych osób. Po około trzydziestu minutach jazdy Natalka powiedziała, że już wymięka. Wyszła z lodowiska i czekała na mnie, aż mi się znudzi. Gdy podjechałam z nią do barierki, gdzie mogła wyjść, powiedziałam, że ja też już zaraz wyjdę. Kiwnęła tylko głową i zwróciła się w stronę ławki. Ja w tym czasie odwróciłam się i zaczęłam jechać tyłem. W tym momencie poczułam jak gwałtownie lecę do tyłu. Niechcący zawadziłam łyżwą o łyżwę i…. przewróciłam się. Zanim zdążyłam się podnieść, podjechał do mnie przystojny chłopak, mniej więcej w moim wieku, podał mi rękę i zapytał czy nic mi nie jest. Pomógł mi wstać, a ja odpowiedziałam, że nic mi nie jest. Późnej podziękowałam mu za pomoc i jeździłam dalej.

— Bardzo dobrze jeździsz ma łyżwach — usłyszałam obok siebie nieznajomy głos. To był ten chłopak, który pomógł mi wstać.

— Dziękuję. Ty też dajesz radę — powiedziałam z szerokim uśmiechem.

— Hmm, dzięki. A tak w ogóle czy mógłbym poznać imię piękności, której pomogłem wstać? — zapytał, a ja poczułam jak policzki zaczynają mi się czerwienić.

— Mam na imię Iza –odpowiedziałam.

— Miło mi cię poznać, ja jestem Kuba. No więc Iza, powiedz, co taka ślicznotka, jak ty robi sama na lodowisku w mikołajki? — ciągnął rozmowę Kuba, co było dla mnie bardzo miłe.

— Nie jestem sama, moja przyjaciółka chwilę przed moim upadkiem wyszła bo już nie chciała jeździć- odpowiadałam z coraz większym uśmiechem, czując jak moje policzki po prostu płoną.

Rozmowa trwała dalej, Natalka, gdy zobaczyła, że jeżdżę z jakimś chłopakiem, próbowała się nam przyglądać z ukrycia, jednak coś jej nie wyszło i wyglądała naprawdę komicznie, kryjąc się za filarem.. Po wyjściu z lodowiska byłam pełna pozytywnej energii. Natka oczywiście musiała się o wszystko dopytać, ale mnie to nie przeszkadzało. Gdy mówiłam o Kubie, czułam, że robi mi się ciepło i mimo woli uśmiecham się.

Wieczorem po powrocie do domu, po naprawdę udanych mikołajkach z moją przyjaciółką, włączyłam laptopa, żeby chwilę odpocząć. Sprawdzając portale społecznościowe, zauważyłam, że Kuba wysłał mi wiadomość. Odpisałam na nią, a późnej rozmowa ni z tego ni z owego zamieniła się w całonocną internetową rozmowę z chłopakiem poznanym na łyżwach. Kuba zaproponował spotkanie, ponieważ okazało się, że mieszkamy niedaleko siebie. Zgodziłam się. Położyłam się spać dopiero o świcie. Mama obudziła mnie na obiad, a gdy wstałam, zobaczyłam, że mam nową wiadomość. Sprawdziłam i tak jak myślałam, była o wiadomość od Kuby z pytaniem czy nadal chciałabym się spotkać. Odpisałam, że tak. Dodałam jeszcze, że mogę dziś o godzinie szesnastej. Odpowiedź uzyskałam natychmiast. Kuba napisał tylko, że już nie może się doczekać.

Ubrałam się i trochę ogarnęłam, po czym zeszłam na dół i wraz z rodziną zjadłam obiad. W miedzyczasie powiedziałam, że o szesnastej idę do Natalki, bo musimy zrobić razem projekt na geografię. Rodzice nie mieli nic przeciwko. Po obiedzie poszłam do łazienki się umyć. Ubrałam się w dopasowane czarne rurki i białą wzorzystą koszulę. Później napisałam do Natki wiadomość, że idę się spotkać z chłopakiem, a rodzicom powiedziałam, że idę do niej. Z jednej strony nie chciałam pisać do niej, bo wiedziałam, że zaraz będzie mnóstwo pytań, ale z drugiej strony lepiej było napisać na wypadek, gdyby moim rodzicom przyszło do głowy zapytać Natalkę czy rzeczywiście u niej byłam. Szczerze już wolę odpowiadać na pytania ciekawskiej przyjaciółki, niż mieć przechlapane u rodziców.

Za piętnaście czwarta wyszłam z domu. Z Kubą mieliśmy się spotkać obok dużego kamienia na poboczu. Idąc w jego stronę, myślałam tylko o tym, żeby nie zepsuć tego spotkania jakimś głupim nietrafionym komentarzem. Zbliżając się do umówionego miejsca, zauważyłam jakąś siedzącą tyłem postać. Gdy podeszłam bliżej, postać się odwróciła i szeroko uśmiechnęła. Wtedy już wiedziałam, że to był Kuba. Zobaczywszy jego uśmiech, nogi zrobiły mi się jak z waty.

— Hej piękna! — przywitał mnie chłopak.

— Cześć Kuba, miło cię widzieć- powiedziałam, cichym głosem.

— Może się przejdziemy? — zaproponował Kuba.

Byłam tak zdenerwowana, że nawet nie dałam rady odpowiedzieć głupio: ‘’Tak, z przyjemnością’’. Kiwnęłam tylko potwierdzająco głową. Chłopak uśmiechnął się szeroko i podał mi ramię. Trochę speszona podjęłam wyzwanie i ruszyliśmy na spacer. Początkowo szliśmy w ciszy, ale później Kuba zadawał mi pytania, a ja na nie odpowiadałam i odwrotnie.

— A tak w ogóle, dokąd idziemy? — zapytałam, już trochę bardziej pewna siebie.

— Niespodzianka, nic ci nie zdradzę, ale spokojnie, to już niedaleko- odpowiedział.

Po jakiś pięciu minutach dotarliśmy na miejsce. Była to mała łąka, na środku, której stał niewielki stolik. Gdy to zobaczyłam, wzruszyłam się. Usiedliśmy, zjedliśmy kanapki przygotowane przez Kubę.

— Przepraszam, że są to tylko kanapki i proszę wybacz mi, że w niedzielę wieczorem musisz siedzieć na środku łąki i marznąć. Zdaję sobie sprawę, że jest grudzień, ale musiałem zrobić coś wyjątkowego, dla tak wyjątkowej osoby jak ty- tłumaczył się chłopak.

— Nie przepraszaj, nie masz za co. To wszystko jest cudowne-powiedziałam prawie ze łzami wzruszenia w oczach.

Siedzieliśmy tam jeszcze trochę, po czym postanowiliśmy już wracać.

— Dziękuję! — powiedziałam nagle, przerywając milczenie.

— Za co? — zdziwił się chłopak

— Za wszystko! Za to, że nazywasz mnie ślicznotką, za to że to wszystko przygotowałeś i za to, że wczoraj pomogłeś mi wstać na lodowisku-odparowałam

— To powinienem dziękować tobie za to, że jesteś- dodał Kuba.

Resztę drogi szliśmy w ciszy, ale nie takiej krępującej ciszy, tylko takiej potrzebnej ciszy. Chłopak odprowadził mnie pod dom, a na pożegnanie przytuliłam go i pocałowałam w policzek.

Następne dni mijały wspaniale. Z Kubą codziennie się widywaliśmy. Moi rodzice dowiedzieli się o nim i nawet się ucieszyli. Szkoda, że jeszcze nie byliśmy parą, raczej przyjaciółmi.

W przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia Kuba zaprosił mnie na łyżwy. Zgodziłam się. Przed wejściem na lodowisko chłopak złapał mnie z rękę i przyciągnął do siebie. Gdy podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy, dostrzegłam coś intrygującego. Kuba ujął moją twarz w dłonie i delikatnie pocałował. Uśmiechnęłam się do niego.

— Przepraszam –powiedział zakłopotany.

— Nie nic się nie stało- odpowiedziałam.

— Kocham cię! — wyznał Kuba.

Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło, ale po chwili odpowiedziałam:

— Ja ciebie też!

Kuba uśmiechną się i chwycił mnie za ręce. Potem razem poszliśmy już jako para na lodowisko. Po powrocie do domu musiałam się wszystkim pochwalić, co się stało. Cała moja rodzina podzielała mój entuzjazm. Jestem ciekawa jak potoczy się dalej nasza historia.

Naucz się kochać!

KATARZYNA SMOLIŃSKA

— Do Ekscelencji przybył gość. Czy mam go wpuścić?

— Niestety, jestem zajęty, przygotowuję kazanie na jutrzejsze Święto Niepodległości.

Na obliczu starszego duchownego pojawił się lekki niepokój. Przekazał wiadomość gościowi, lecz ten siłą dostał się do gabinetu biskupa warszawskiego.

— Wuju! Wysłuchaj mnie!

Usłyszawszy głos bratanka, metropolita wstał i przemówił do kapłana, który chciał wyprosić natręta:

— Księże Tadeuszu, proszę go zostawić!

— Ależ Jego Ekscelencjo! Wbiegł nieproszony!

— Skoro tak uczynił, to znaczy, że ma ważną sprawę. Proszę nas zostawić samych.

Duszpasterz uczynił, jak mu nakazano, choć po jego zachowaniu można było wywnioskować, że nie jest zadowolony.

— Siadaj Radek i mów, co cię do mnie sprowadza.

— Odkąd wujek został biskupem, nie wiem jak się zwracać. Jego Ekscelencjo? Ojcze?

— Nie zgrywaj się, mam dużo pracy.

— Otóż, rodzice chcą mnie ożenić z Julią Jasiewicz. Chodzi mi o tę blondynkę, która była na urodzinach wujka. Rzecz w tym, że ona jest w ciąży, a ja jej już nie kocham, co mam zrobić?

— Dlaczego tego nie powiedziałeś rodzicom?

— Oni nic nie rozumieją. W głowie tylko te głupie zabobony, wiara w jednego Boga, a przecież człowiek powinien być wolny od wszystkich ograniczeń.

— Matka i ojciec martwią się o ciebie. Chcą tylko twojego szczęścia.

— Wciskając mi dziesięć przykazań? Czuję się niewolnikiem religii! Najważniejsza w życiu jest nauka, a także rozkosze, bo po śmierci nic nam nie zostanie. Niebo wymyślili sobie biedacy, którzy pocieszali się, że chociaż później sobie odetchną. Zwykłe brednie! Miłość?! Istnieje tylko zauroczenie, nie ma czegoś takiego. Poznałem mnóstwo dziewczyn, każda jest taka sama.

— Kogoś mi przypominasz z lat młodzieńczych. Też był naukowcem i to nie byle jakim, bo pracował z wielkimi osobistościami ówczesnego świata. Słynął z mądrości, wielkiego geniuszu, niczym Einstein czy Newton. Mimo tych wszystkich sukcesów, osiągnięć, wiesz czego mu brakowało?

— Przecież życie tego człowieka to istne marzenie, jak mogło nie być szczęśliwe?

— Odpowiedź na moje pytanie brzmi: miłość.

— A nauka? Czyż to nie odzwierciedlenie tego terminu?

— Jesteś w błędzie. Umiłowanie kogoś to najlepsza rzecz, jaka może przydarzyć się człowiekowi. Ten kto jej doświadczył, jest najbogatszą osobą na świecie.

— Co wiesz o tym? Przecież wujek od trzydziestu lat służy Bogu?

— Poznałem kiedyś kogoś, kto zrozumiał, że życie nie polega jedynie na badaniach naukowych oraz spotkaniach z dziewczynami.

— Masz na myśli tę osobę, która tyle osiągnęła?

— Tak. To był mój przyjaciel, którego historię chciałbym ci odpowiedzieć. Posiadał takie same cechy jak ty. Też pragnął się bawić oraz nie być odpowiedzialnym za nic. Jednak Bóg dał mu szansę naprawić ten błąd i pokazał, co to znaczy kochać. A nawet odnaleźć drogę do ludzkich serc.

— Mam nadzieję, że to nie są jakieś brednie, więc z ciekawości wysłucham.

— Ten mężczyzna nazywał się Piotr Bojanowski. Miał bogatych rodziców, matka pracowała jako lekarka, natomiast ojciec był posłem. Rodzice zapewniali mu wszystkie dobra materialne, dawali dużo pieniędzy, kupowali najdroższe ubrania, sprzęt elektroniczny, jednak nie umieli mu ofiarować najważniejszego… miłości oraz czasu, który powinni poświęcić na rozmowy z synem. Uważali, że geniusz nie potrzebuje czułości czy po prostu szczerej rozmowy. W klasie maturalnej z grzecznego, sympatycznego i uprzejmego chłopaka zamienił się w oschłego, zimnego dla bliźnich chłopaka. Nigdy nie zaniedbywał nauki, wręcz przeciwnie, pochłaniał ją nachalnie. Na dziewczyny niby nie miał czasu, traktował je protekcjonalnie, do pewnego momentu…

Zaczęło się od zauroczenia. Spodobała mu się nowa uczennica- Aniela. Spędzali dużo czasu ze sobą, łączyły ich wspólne pasje, takie jak tworzenie różnych programów komputerowych. Jego sympatia- bądź w każdym razie za taką uchodziła- nie wiedziała o tym, co robił za jej plecami. Pił alkohol palił, ale czuł, że coś się z nim dzieje, ale na razie tym się nie przejmował.

Świetnie napisał maturę, więc rodzice nie mieli podstaw do obaw, kupili mu mieszkanie, dając wolną rękę. Twierdzili, że jest już dorosły, wpłacali na jego konto niemałe sumy, więc nie musiał pracować. Wolny czas spędzał na badaniach, a także zabawianiem się z dziewczynami. Nie przeszkadzał mu fakt, że ma dziewczynę. Aniela wierzyła w każde jego słowo, bo myślała, że go dobrze zna. Zaczęła coś podejrzewać dopiero, gdy jej matka pokazała zdjęcie, na którym jej ukochany całował się czule z Olą. Była przerażona, ale chłopak wytłumaczył się, a ta naiwnie mu uwierzyła. Rozmowa nic nie zmieniła. Piotrek nadal uwodził dziewczyny. Jednak jak łatwo się domyślić, coś musiało się wydarzyć, skoro opowiadam ci tę historię.

Otóż nasz bohater zaczął romansować naraz z żoną i córką posła, który był przyjacielem rodziny. Gdy ojciec naszego Casanovy nakrył syna z żoną, wściekł się, lecz nie podjął żadnych konkretnych działań.

Natomiast z Piotrem zaczęło się coś dziać niepokojącego. Czuł, że to co robi z swoim życiem jest totalną porażką. Wydawało mu się, że słyszy wewnętrzny głos nawołujący do zmiany stylu życia. Był ateistą, więc zlekceważył niepokojące odgłosy.

Pewnej nocy dokończył badania nad nowym lekiem, który miał przynieść ulgę chorym na raka. Pochwalił się tym odkryciem zwierzchnikowi. Ten pochwalił chłopaka, ale chciał do współpracy zaangażować jeszcze kilku studentów, gdyż instytut otrzymał granty z Unii Europejskiej. Po długich dyskusjach Piotrek zgodził się na jednego pomocnika. Wybór padł na młodą, biedną, pochodzącą ze wsi, dziewczynę o imieniu Maria. Studentowi nie podobała się praca z tą studentką. Twierdził, że młodsza, nieśmiała dziewczyna będzie tylko przeszkadzać. Na początku odpychał ją od wszelkich badań, płacił jej za sprzątanie pracowni, a Maria zgadzała się, bo potrzebowała pieniędzy.

Przemiana nastąpiła w najmniej oczekiwanym momencie. W wypadku samochodowym zginęła matka. Ojciec rozpaczał, lecz szybko się pocieszył nową kobietą, nota bene dawną kochanką Piotrka. Student popadł w głęboką depresję, winił ojca za zaistniałą sytuację. Zrozumiał, że zbyt rzadko mówił mamie, że ją kocha. Na dodatek rozstał się z Anielą, praca naukowa też go nie cieszyła i ten wewnętrzny głos. Miał tyle planów na przyszłość, ale nie widział nadziei dla siebie. Myślał nawet o samobójstwie. Któregoś dnia gotów był to uczynić.

W prawej ręce trzymał szklankę z wodą, w lewej opakowanie środków nasennych. Już szykował się do połknięcia, gdy do drzwi zapukała Maria. Długa, wyczerpująca i szczera rozmowa z dziewczyną, odwiodła go od zbyt pochopnie podjętej decyzji. Odtąd prowadzili razem badania, które pozwoliły udoskonalić lek, stworzony przez Piotrka..

Pewnego dnia w szpitalu spotkali miłego, starszego pana, który zgodził się być pierwszym doświadczalnym pacjentem. Twierdził, że i tak nie ma nic do stracenia. Lekarze nie dowierzali, gdy okazało się, że dwójka młodych naukowców stworzyła coś, co może uratować setki ludzi, którzy myśleli, że czeka ich tylko śmierć.

Młodzi zaczęli ze sobą spędzać dużo czasu, więc musiało się pojawić uczucie. Jednak Maria nie chciała wiązać się z nim, bo znała jego niechlubną przeszłość. Traktowała go jak przyjaciela.

Niestety, w tym momencie do gry włącza się Aniela, która chce odzyskać sławnego już chłopaka.

W piątek młodzi naukowcy mieli spotkać się w kawiarni. Wcześniej pojawiła się jednak w tym miejscu była dziewczynę. Na wstępie spotkania wyznała Piotrowi miłość oraz czule go pocałowała. Maria była świadkiem sceny i wbrew pozorom nie zrobiła awantury. Podeszła do pary i życzyła szczęścia. Ale to nie koniec pouczającej historii.

Aniela wraz z kilkoma osobami założyła klub, gdzie zajmowano się także badaniami nad farmaceutykami. Bardzo im zależało na stypendium naukowym. Gdy okazało się, że zostanie przyznane Marii, grupa dopuściła się okropnego czynu. Porwali dziewczynę, pobili i zostawili w lesie. Leżała tam przez dwa dni, gdyż nikt nie mógł jej znaleźć. Niestety ci, którzy dopuścili się tego czynu, nie zostali ukarani, nawet nie byli wśród podejrzanych. Po tym zajściu nasi młodzi bohaterowie zrozumieli, że powinni być razem i wzajemnie się wspierać. Nie przepadali oboje za wierszami, czy sztuką, więc wieczory spędzali nad książkami naukowymi. Za namową dziewczyny, chłopak pogodził się z ojcem. Wydawało się, że tak zostanie na zawsze. Jednak nie zbadane są wyroki boskie. Marii zaproponowano pracę w Wielkiej Brytanii,. Oczywiście przyjęła tę propozycję, ale nie chciała się rozstawać z osobą, którą kocha. Postanowili wyjechać razem, lecz ktoś musiał odebrać nagrodę za zwycięstwo w konkursie, więc Piotr pozostał w kraju. Na lotnisku oboje się rozpłakali i obiecali sobie, że gdy Maria powróci, wezmą ślub. Na pożegnanie dziewczyna szepnęła mu do ucha: „Pamiętaj i kochaj”.

Drogi siostrzeńcu, ta opowieść to bajka, która nie zakończy się happy endem. Studentka zginęła podczas powrotnego lotu. W Londynie dokonała jeszcze istotnych odkryć, jednak to co się stało z naszym głównym bohaterem to inna historia.

— Wujku dokończ, proszę.

— Piotrek załamał się po śmierci ukochanej, powrócił do dawnych rytuałów, nic dla niego nie miało znaczenia. Wśród tego nieszczęścia odnalazł jednak wyjście z sytuacji.

— Zakochał się w innej?

— Nie. Nikogo tak nie kochał jak jej. Była dla niego wszystkim: oddechem, uśmiechem. To co ich łączyło, to nie tylko uczucie, ale coś więcej. Nie umiem tego nazwać, trzeba tego doświadczyć.

— Co się z nim stało?

— Wstąpił do seminarium, kształcił się na przyszłego kapłana.

— Jak to? A nie chciał założyć rodziny, mieć dzieci?

— Dzięki temu nieszczęściu, które go spotkało, dotarło do niego w końcu, że Bóg go wzywa i pragnie, aby służył ludziom.

— A nauka?

— Zrezygnował z niej, poświęcił się całkowicie Stwórcy.

— W czym ta głupia historyjka miała mnie uświadomić?

— Miłość jest jedna jedyna, niepowtarzalna. To ona nadaje sens naszemu życiu, dzięki niej Piotrek odkrył swoje powołanie.

— Jaki tam Piotrek, to wujek jest tym studentem.

— Kto wie, może i ciebie spotka taka przygoda.

— To co mam zrobić z Julią?

— Kieruj się tym, co ci przekazałem, a na pewno dobrze wybierzesz.

— Dziękuję wujku, już wiem co muszę zrobić. Kocham ją, skoro tak dużo przeżyliśmy, znamy się doskonale, jak Piotrek i Maria. To znaczy, że powinniśmy być razem.

— Idź do niej i powiedz jej o tym, a będzie szczęśliwa.

— Bóg zapłać.

Na twarzy Radka pojawił się uśmiech. Do gabinetu wszedł ksiądz Tadeusz:

— Jego Ekscelencja zawsze daje dobre rady.

— Wtajemniczyłem go w moją powiastkę. Czy mógłbym chwilę popracować?

— Tak, nie przeszkadzam.

Biskup w samotności zaczął mówić:

— Pamiętaj i kochaj, to ty nauczyłaś mnie tych słów i pomyśleć, że taki student jak ja zostanie metropolitą warszawskim co ty na to?

Przed jego obliczem stanęła młoda dziewczyna w bialutkiej tunice.

— Uczysz ludzi jak miłować. Szlachetny z ciebie człowiek, nigdy o mnie nie zapomnij.

— Tragiczna rozłąka, jednak muszę najpierw pomóc ludziom. Zaczekaj jeszcze na mnie. Wkrótce się spotkamy.

Adam

Martyna Pawłowska

Poznałam go w dzieciństwie. Nasi rodzice byli przyjaciółmi. Chodziliśmy razem do przedszkola. Tam zawsze trzymaliśmy się razem. Uwielbialiśmy ze sobą spędzać czas. Kilka lat później poszliśmy razem do jednej klasy.

W szkole podstawowej zaczęłam przyjaźnić się z Majką. Adam stał z boku. Nigdy nie umiał komunikować się z rówieśnikami. Zaufaniem obdarzał tylko mnie. Nauczyciele próbowali zachęcać go do zabawy i rozmowy z rówieśnikami. On jednak zawsze był sam. Różniliśmy się charakterami. Adaś był cichy i pilny. Zapewne dlatego został najlepszym uczniem. Odniósł wiele sukcesów. Szkołę podstawową skończył z wyróżnieniem. Ja byłam osobą bardzo energiczną. Wszędzie było mnie pełno. Uwielbiałam podejmować nowe wyzwania. Uczyłam się dobrze, ale nie byłam tak mądra jak on. W siódmej klasie szkoły podstawowej Adaś zaczął się otwierać na ludzi. Zaprzyjaźnił się z Marcinem, który był nowym uczniem w naszej klasie.

W liceum zaczęliśmy spędzać ze sobą więcej czasu. Chodziliśmy ze sobą na spacery, jeździliśmy na wycieczki rowerowe. Wspierał mnie w ciężkich chwilach. Zakochałam się w nim. Nie chciałam mu o tym mówić. Wiedziałam, że to może zniszczyć naszą wieloletnią przyjaźń. Ukończyliśmy liceum. Adaś poszedł na studia do Warszawy, ja postanowiłam zrobić sobie rok przerwy i pójść do pracy. W ciągu tego roku zaczęłam się spotykać z Dawidem. Byliśmy ze sobą dwa lata, ale każdego dnia myślałam o moim najlepszym przyjacielu. On był przy mnie, kiedy zerwał ze mną Dawid. Pocieszał mnie, wspierał i mogłam mu powiedzieć o wszystkim. Mój pierwszy związek był jednym wielkim nieporozumieniem. Byłam zaślepiona, słuchałam tego, co mówią inni, a nie tego co czuję. Wszyscy chwalili Dawida. Koleżanki mówiły mi, że to chyba ten jedyny. Szczęście znalazłam blisko siebie. Powiedziałam Adamowi, co do niego czuje. Bałam się jego reakcji. On jednak przytulił mnie, pocałował w czoło i powiedział szeptem:,,Ja też”. Nigdy wcześniej tak się nie czułam. Nie obchodziło mnie to, co pomyślą koleżanki, rodzice i dalsza rodzina. Byłam pewna, że spotkałam miłość swojego życia. Oświadczył mi się rok później, gdy byłam na trzecim roku studiów. On już pracował.

Nadszedł jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Powiedzieliśmy sobie:,,Tak” i przyrzekliśmy miłość do końca naszego życia. Kupiliśmy mieszkanie. Rok po naszym urodził się Antoś. Byliśmy w sobie bardziej zakochani i wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. Dwa lata później urodziłam córkę, której nadałam na imię Maria. Marysia i Antoni dawali nam jeszcze więcej szczęścia. Nasze życie upłynęło w miłości, cieple i radości. Każdego dnia mówiłam do Adama i dzieci:,,Kocham Was”. Czasami w innej formie, np.,,Załóż kurtkę”,,, Weź szalik”,,, Uważaj na siebie”.

Dzisiaj leżę na łóżku szpitalnym w zimnej sali, która kojarzy mi się z smutkiem i cierpieniem. Mam 60 lat, a obok siedzi mój kochany mąż Adam. Nadal jest taki sam jak kiedyś. Dla mnie zawsze będzie chłopcem z przedszkola, kolegą z ławki i najlepszym przyjacielem. Widzę swoją wnuczkę Zosię, córkę mojej Marysi i Kubę, syna mojego Antosia. Patrzę na moją synową i jej ciążowy brzuch, w którym kryje się moja druga wnuczka. Dzieci pomagają mi, abym nie traciła energii. A ja jako babcia staram się spędzić jak najwięcej czasu z moimi wnukami. Kochana Zosia przed chwilą podeszła do mnie i powiedziała:,,Babciu nie płacz”. Mój mąż ciągle szepcze do mnie słowa:,,Jesteś tak piękna jak kiedyś”. Jestem po chemioterapii, nie mam włosów, a on codziennie mówi, że mamy taką samą fryzurę. Zawsze poprawia mi to humor. I to jest właśnie miłość. Dobrze widzi się tylko oczami. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Będę walczyć i pokonam chorobę. Mam dla kogo.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу