Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Dla mojego męża za to, że służył mi radą i wsparciem zawsze, gdy tego potrzebowałam.

I za to, że nie pozwolił mi zrezygnować z marzeń.

Rozdział 1

Drasan ocknął się, gwałtownie otwierając oczy. Nie pierwszy raz śnił mu się już ten sam koszmar. Łagodnie wyplątał się z objęć śpiącej u jego boku dziewczyny. Nie wiedział jakim cudem wzięła się w jego komnatach. Mgliście przypominał sobie ucztę urodzinową, na którą jego przybrana matka zaprosiła wszystkie niezamężne panny. Ich ojcowie prześcigali się w przechwałkach, jakimiż to były świetnymi kandydatkami na przyszłe małżonki. Na swoje nieszczęście — był jedynym pretendentem do tronu Sheardon, przez co na każdym kroku wdzięczyły się do niego setki, lepiej lub gorzej urodzonych panien. Niektóre dałyby wszystko aby tylko znaleźć się w jego alkowie. Inne zaś marzyły o tym, by zaciągnąć go przed ołtarz i zmusić, przed obliczem kapłana, do wyznania dozgonnej miłości. Problem polegał na tym, że Drasan nie miał zamiaru się żenić. Niestety, jego matka — Waya, naciskała na niego coraz bardziej. Gdy skończył dwadzieścia jeden lat zaczynał odczuwać to coraz dotkliwiej. Im mocniej nalegała, tym on bardziej się jej sprzeciwiał.

Książę usiadł na brzegu łoża i spojrzał na widoczny za oknem księżyc w pełni. W taką noc nigdy nie mógł spać spokojnie. Wstał i sięgnął po ubranie, starając się robić jak najmniej hałasu. Niestety nie zdołał tego uczynić dostatecznie cicho.

— Dokąd idziesz? — Kruczowłosa piękność usiadła na łóżku, patrząc na niego z wyraźnym wyrzutem.

Drasan spojrzał na nią, nie przestając wiązać nagolenników. Zdążył się ubrać w połowie, nim dziewczyna spostrzegła jego nieobecność w łożu. Właśnie wkładał przez głowę kolczugę, gdy jednak zdecydowała się wstać. Zrobiła to dość nieporadnie usiłując zakryć to, czego nie zasłaniała półprzezroczysta halka.

— Drasanie? — Wpatrywała się weń rozszerzonymi ze zdziwienia, jasnozielonymi oczami.

Była nawet ładna, o ile ktoś lubił tak wątłe panienki o bladej skórze.

— Wychodzę — rzucił, wkładając skórzany kaftan. Nie zamierzał się jej tłumaczyć.

Po chwili, wreszcie sobie przypomniał kim jest owa niewiasta stojąca półnago w jego sypialni. Nazywała się Milenna Van Graven, a jedynym pragnieniem jej ojca, barona Hervarda Van Gravena było jak najlepiej wydać za mąż, przynajmniej jedną, z pięciu córek. Na uczcie, rzecz jasna, popłynęły całe rzeki najlepszych trunków jakie znajdowały się w królewskich piwnicach. Podano tyle wybornego jadła, że uginały się pod nim stoły, więc większość biesiadników szybko wylądowała na podłodze wśród psów i wszędzie walających się resztek. Jedynie wyjątek stanowiły damy, które bezskutecznie próbowały zwrócić uwagę następcy tronu, a to odważnymi dekoltami, a to wytwornymi fryzurami. Tak się jednak złożyło, że tej nocy młodzieniec miał zupełnie inne plany.

Spojrzał na dziewczynę i posłał jej jeden z tych swoich najpiękniejszych uśmiechów jakimi zwykł obdarzać te, które przygodnie znalazły się w jego łożu. Poprawił pas z mieczem tak, by znajdował się dokładnie ponad lewym barkiem.

— Milenno Van Graven, dziękuje ci za mile spędzony wieczór — ukłonił się teatralnie nie przestając się szczerzyć i zaczął się cofać w kierunku drzwi.

Dziewczyna stała jak skamieniała. Najwidoczniej miała nadzieję na coś więcej niż jedna noc spędzona w książęcej sypialni. Zignorował jednak niemy wyrzut w jej oczach, które zapewne za chwilę wypełnią się łzami, po czym wyszedł na korytarz. Gdy tylko udało mu się zamknąć za sobą drzwi z ciemnego kąta dobiegł go znajomy, melodyjny głos:

— Znów wymykasz się nocą? — z cienia wyłonił się wysoki i szczupły Mistrz Ashkan.

Drasan zamarł. Jego ręka nadal spoczywała na klamce. Wyglądał niczym włamywacz przyłapany na gorącym uczynku.

Korytarz był wąski z jednym tylko oknem wychodzącym wprost na pogrążone we śnie miasto. Drasan odwrócił się tak, że znalazł się twarzą w twarz ze swoim mentorem.

— Nie muszę ci się tłumaczyć, Mistrzu — odrzekł, starając się mówić pewnym siebie tonem, choć w ustach mu zaschło i nie był pewien czy to wypite na uczcie wino, czy też coś całkiem innego.

— Oczywiście, że nie — mężczyzna stanął naprzeciwko okna, plecami do Drasana tak, iż blask księżyca padał wprost na jego przystojną twarz, czyniąc ją upiornie bladą. — Jesteś następcą tronu i wszyscy w tym zamku muszą być posłuszni twoim rozkazom. Z jednym wyjątkiem — odwrócił się tak szybko, że Drasan nawet nie zdołał sięgnąć po miecz, kiedy to Ashkan dzierżył już swój, a jego zwieńczenie dotykało piersi księcia — jesteś moim najlepszym uczniem, ale nadal przewyższam cię umiejętnościami i samodyscypliną. Nigdy o tym nie zapominaj.

Młodzieniec odsunął ostrze, patrząc na Mistrza wyzywającym wzrokiem.

— Nie jestem już dzieckiem — warknął, czując w palcach uderzenie gorąca, jak zawsze, gdy ogarniał go gniew.

— Więc przestań się zachowywać jak rozkapryszony smarkacz — stwierdził spokojnie Ashkan, chowając miecz. — Na północy płoną wsie, a ty wymykasz się na nocne przejażdżki i ostentacyjnie drwisz sobie z każdego niebezpieczeństwa. Uważaj tylko, by ono nie zadrwiło z ciebie. — To powiedziawszy odszedł, wtapiając się w mrok opustoszałego korytarza.

Drasan z trudem uspokoił nerwy. To nie był pierwszy raz, gdy przy swoim mistrzu czuł się jak gołowąs, a przecież miał już dwadzieścia jeden lat. Mógł wychodzić, gdzie chce i kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Służba tylko czekała na jedno skinienie, a mimo to, nadal czuł te jedyne w swoim rodzaju zmieszanie, kiedy tylko przychodziło mu stanąć z nim oko w oko. Było to o tyle dziwne, że znał go od dziecka.

Spojrzał w stare lustro, które sam rozkazał wynieść na korytarz, by mieć więcej miejsca w komnacie. Tak, jak się spodziewał, ujrzał średniego wzrostu młodzika o prostych, czarnych, sięgających ramion włosach, pociągłej twarzy o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych. Wzdłuż linii szczęki nosił modną w ostatnich czasach, starannie przystrzyżoną brodę. Nic nadzwyczajnego. Wyjątek stanowiły jedynie oczy. Duże, o dziwnej, rzadko spotykanej oliwkowozielonej barwie, obramowane kurtyną gęstych, czarnych rzęs, co dodawało mu uroku i sprawiało, że żadna przedstawicielka płci pięknej nie potrafiła się oprzeć jego spojrzeniu. Codzienne ćwiczenia walki wręcz i strzelania z łuku wyrzeźbiły jego sylwetkę tak, że składa się wyłącznie z samych mięśni, bez grama tłuszczu. Jednak głównym powodem dla którego następca tronu Sheardon lekceważył każde niebezpieczeństwo był jego butny charakter i nieposkromiona żądza przygód.

Wymykanie się na nocne eskapady było jego specjalnością odkąd skończył trzynaście lat i Waya podarowała mu na urodziny pierwszego konia. Siwego ogiera, Gwenoga. Rumak zginął stając w obronie piętnastoletniego Drasana, gdy ten nieopatrznie wyzwał na pojedynek przywódcę lokalnej bandy rzezimieszków, nazywającego samego siebie szumnie Szczurem. Zbój, rzecz jasna, nie zamierzał walczyć uczciwie. Jedynie fakt, że wystrzelona z ukrycia zdradziecka strzała trafiła konia zamiast młodzieńca ocalił mu wówczas życie. Obecnie zaś książę posiadał przepięknego ogiera imieniem Ernil, o sierści czarnej niczym skrzydła kruka, który był podarunkiem dla królowej od elfów mieszkających w dolinie Michandrell.

W chwili, kiedy Ernil trafił do stajni Sheardon, Drasan miał siedemnaście lat. Powierzono mu okiełznanie półdzikiego konia. Z czasem księciu udało się pozyskać zaufanie młodego ogiera i od tamtej pory koń pozwalał się dosiąść tylko jemu. Od owej chwili upłynęło sporo czasu, jednak młodzieniec nie zamieniłby karosza na żadnego innego, choćby pochodził z najlepszych stadnin Antui czy Earden.

Drasan znał wszystkie tajne przejścia i wiedział, że najłatwiej i najszybciej dostanie się do stajni wąskim korytarzem, z którego zwykle korzystała służba. Prowadziło do kuchni, a stamtąd wiodły schody do stajni.

Zgodnie z jego przypuszczeniami, czekał tam na niego osiodłany Ernil, stojący spokojnie w boksie i patrzący na swego pana wielkimi, ciemnymi oczami. Drasan poklepał przyjaciela po szyi. W rogu boksu stał również długi łuk i kołczan ze strzałami, jeden z prezentów od mistrza Ashkana. Złapał za niego i przewiesił sobie przez ramie, podobnie uczynił z kołczanem. Następnie chwycił za wodze i już zamierzał wyjść ze stajni, gdy za plecami usłyszał znajomy głos:

— Wybierasz się dokądś, Wasza Wysokość?

Był to Yarred, królewski gwardzista, który niedawno został mianowany kapitanem.

Drasan uśmiechnął się pod nosem. Ponieważ znali się niemal od dziecka, wiedział dokładnie, że może się spodziewać reprymendy od starszego o dziesięć lat, przyjaciela. W przeciwieństwie do młodego księcia, Yarred nie grzeszył urodą. Najbardziej rzucała się w oczy jego bladość potem dopiero wątła sylwetka. Miał wiecznie rozczochraną strzechę jasnych jak słoma włosów, twarz usianą czerwonymi krostami, a na orlim nosie mnóstwo piegów. Duże, niebieskie oczy jak u dziecka i szczęki pokryte rzadkim, szczeciniastym zarostem zdawały się przeczyć powadze jego wieku. Nie przeszkadzało mu to jednak w byciu jednym z najlepszych przyjaciół młodego następcy tronu.

Książę odwrócił się do niego z szerokim uśmiechem, który jednak szybko zgasł na widok miny przyjaciela. Doskonale znał to spojrzenie.

— Witaj, Yarredzie — powitał go ostrożnie. — Gratuluję awansu. Doszły mnie słuchy, że zostałeś mianowany kapitanem królewskiej gwardii.

— Daruj sobie komplementy — w oczach świeżo mianowanego kapitana na moment pojawiły się wesołe iskierki dobitnie świadczące, że jest dumny ze swojej nowej funkcji. — Wreszcie ktoś docenił moje zasługi. To wszystko — dodał, wypinając pierś i ostentacyjnie strzepując jakiś niewidzialny pyłek ze swojego, nowego czerwonego kubraka.

— Ale ty? — pokręcił głową w sposób, w jaki zawsze to robił, gdy bezskutecznie próbował wybić coś przyjacielowi z głowy. — Drasanie znów cichcem wymykasz się z zamku. Nie pora na twoje nocne eskapady. Ostatnimi czasy słyszy się złe wieści z północy, o czarnych rycerzach. Podobno widziano ich niedaleko stąd, tuż przy granicy. Wypada bym ci towarzyszył, wiesz, tak dla większego bezpieczeństwa.

Książę roześmiał się serdecznie.

— Przecież w walce biję cię na głowę — odrzekł, z trudem zdobywając się na powagę. — Poza tym, chcę się tylko trochę rozejrzeć i obiecuje trzymać się z daleka od granicy — dodał po chwili.

Yarred nie był w nastroju do żartów, a na jego twarzy malowała się wyraźna troska.

— To nie jest odpowiednia pora na brawurę, Drasanie — powiedział z powagą

— Zaczynasz zrzędzić jak Mistrz Ashkan — zirytował się młodzieniec. — Dobrze wiesz, że nie noszę broni dla ozdoby. W całym królestwie nie ma nikogo, kto by mi dorównał zarówno w fechtunku, jak i walce wręcz.

Jego przyjaciel nie porzucił jednak tonu cierpliwej przestrogi.

— Powinienem jechać z tobą… tak dla pewności, że…

Nie, Yarredzie! — przerwał mu książę ostrym tonem. — Być może to ostatnia noc mojej wolności i naprawdę nie potrzebuje niańki — wyprostował się nagle wypinając pierś, a jego spojrzenie stwardniało. — Nie chcę ci przypominać kim jestem — warknął. — Zejdź mi z drogi!

Tak, jak się spodziewał, Yarred zesztywniał, a w jego oczach pojawiło się niedowierzanie, a następnie szczery żal. Nie mógł jednak zignorować rozkazu przyszłego króla i posłusznie odsunął się na bok.

— Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość — odrzekł, wykonując sztywny ukłon.

Drasan minął go nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem.

Ledwie wyszedł na dziedziniec, wskoczył się na siodło i pogalopował w kierunku bramy. Na widok księcia, pilnujący jej strażnicy zaczęli otwierać podwójne, okute spiżem wrota. Wbił pięty w boki wierzchowca i cwałem ruszył przez uśpione miasto, kierując się wprost do północnej bramy. Tam również rozpoczęła się gorączkowa bieganina, bo żaden z żołdaków nie chciał się narazić na gniew następcy tronu. Poczęli więc ściągać wielką stalową sztabę, która blokowała skrzydła wrót. Dojeżdżając do niej, książę zwolnił nieco, by dać im czas na otwarcie wysokich i ciężkich odrzwi. Po czym spiął konia i jak strzała pomknął w kierunku widniejącej na horyzoncie Wilczej Puszczy.

Nie był to zwykły las. W cieniu drzew tak wysokich, że ich wierzchołki zdawały się sięgać nieba, kryła się magia tak potężna, że nikt nie odważał się samotnie zapuszczać w te dzikie ostępy. Nawet w słoneczny dzień panował tam półmrok. Puszczę zamieszkiwały wilki. Setki, a może nawet tysiące tych stworzeń, dwukrotnie większych od normalnych. Przemykających niczym cienie i budzących lęk nawet wśród najdzielniejszych myśliwych. Drasan nie bał się ani samej zielonej twierdzy, ani strzegących jej bestii. Bo niby czego miał się bać? On, umiejący ustrzelić jelenia z odległości dwustu kroków, trafiając bezbłędnie w serce?

Na ścianach jego komnaty wisiały myśliwskie trofea. Polowanie było jego ulubioną rozrywką, a ponieważ strzelał z łuku nie gorzej od elfa, zawsze udawało mu się ubić dokładnie taką zdobycz, jaką sobie upatrzył.

Galopując wzdłuż brzegu ogromnego jeziora, którego nieruchoma tafla odbijała blask księżyca ujrzał majaczące w oddali mury miasta. Górujący ponad nim zamek, jaśniał białą fasadą. Za każdym razem, kiedy na niego patrzał miał dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę był tam tylko gościem. W głębi duszy przeczuwał, że wkrótce przyjdzie mu na zawsze opuścić to miejsce.

Dojechawszy do pierwszych drzew, ściągnął wodzę. Las zdawał się żyć własnym życiem. Wiatr szumiał w koronach wiekowych sosen i dębów, które kołysały konarami, wygrywając dziwnie posępną melodię. Przez te dzikie ostępy prowadziła tylko jedna droga, która z czasem tak zarosła, że zmieniła się w wąską ścieżkę, którą mógł jechać tylko pojedynczy jeździec. Drasan znał ją doskonale, nie raz wybierał się tędy na polowania. Mimo to, poczuł dziwny niepokój. Ernil też to wyczuł, bo zaparskał i zagrzebał kopytem w lekko wilgotnej ziemi. Książę pochylił się i poklepał wierzchowca po szyi.

— Spokojnie staruszku — wyszeptał. — Dla nas dwóch ten pradawny las nie ma żadnych tajemnic.

Ernil jednak położył uszy po sobie i zarżał. Jakby w odpowiedzi na jego niepokój gdzieś w głębi puszczy zabrzmiało wilcze wycie. Koń cofnął się, a książę wbił oczy w mrok zalegający między splątanymi konarami starając się dojrzeć błysk bursztynowych ślepi, ale nic takiego nie dostrzegł. Delikatnie trącił boki wierzchowca, ale ten po raz pierwszy zignorował polecenie swego pana i ponownie się cofnął.

— To tylko wilki — stwierdził Drasan, bardziej do siebie niż przerażonego towarzysza, ale również starając się nie myśleć o wielkich bestiach, które czaiły się gdzieś w mroku, gotowe rozszarpać każdego śmiałka, który zapuści się w głąb leśnej głuszy.

Wreszcie udało mu się nakłonić Ernila do wkroczenia na wąską drogę. Ledwie znaleźli się między drzewami, otoczył ich aksamitny mrok, tak gęsty, że młody mężczyzna z ogromnym trudem odszukał ścieżkę wijącą się pomiędzy grubymi pniami. Koń spokojnie wybierał drogę pomiędzy plątaniną korzeni. Młodzieniec pochylił się w siodle tak, by przypadkiem nie zawadzić głową o nisko zwieszające się gałęzie. Co jakiś czas przez mroczny baldachim przebijała się pojedyncza lanca księżycowego blasku, ale poza tym wszędzie panował mrok i cisza. W końcu udało mu się przedrzeć pomiędzy wyjątkowo gęstymi krzakami dzikich malin. Znalazł się na polanie skopanej w blasku miesiąca.

Ernil raptownie stanął, po raz drugi tej nocy, odmawiając posłuszeństwa. Zniecierpliwiony takim zachowaniem książę, raz po raz trącał jego boki piętami, ale uparty ogier ani myślał ruszyć dalej. Dawał mu wyraźne znaki, że coś tu jest nie w porządku. Drasan rozejrzał się. Polana wyglądała całkiem zwyczajnie, było tutaj cicho i spokojnie.

Zbyt spokojnie…

Mężczyzna zaklął zdając sobie sprawę, że jest już za późno. Za swoimi plecami wyczuł lekkie drganie powietrza. Magia! Musiał nieświadomie przejść przez barierę. W mroku, tuż przed nim zaczęli się wyłaniać zbrojni. Zanim zdążył choćby pomyśleć o ucieczce, był już otoczony.

— Imponujące — powiedział swobodnym tonem, uśmiechając się lekko. Miał nadzieję, że jego pewność siebie zbije z tropu bandę najemnych zbirów i ujawni ich herszta.

— Nie jesteś trochę zbyt hardy, jak na kogoś, kto właśnie wjechał w zasadzkę?

Ten głos. Pamiętał, że już gdzieś go słyszał.

Zza jego pleców wyjechała kobieta, o łęk siodła opierała kuszę z bełtem wycelowanym prosto w jego serce. Gdyby nie męski strój, mogłaby uchodzić za piękność. Proste kasztanowe włosy sięgały jej do połowy pleców, twarz o nieco ostrych i drapieżnych rysach, dowodziła, że wywodzi się z północy. Czarne niczym węgle oczy dodatkowo uwydatniały ten fakt. Dosiadała wielkiego bojowego ogiera i zdawało się, że to ona dowodzi tą zgrają.

Drasan sapnął zirytowany. Dopiero teraz w pełni zdawał sobie sprawę z błędu jaki popełnił ignorując instynkt swojego wierzchowca. Wpakował się w kłopoty, tylko nie wiedział jeszcze, jakiego rodzaju.

— Kim jesteś? — zapytał, starając się, by jego głos zabrzmiał władczo. — I co robisz na moich ziemiach?

To było bezsensowne pytanie, dranie wyglądali na zawodowców. Otoczyli go w mgnieniu oka i mieli w swoich szeregach maga. Bariera wokół polany sprawiała, że nawet gdyby zaczął krzyczeć i tak nikt by go nie usłyszał.

Kobieta, która w zamyśleniu bawiła się kosmykiem włosów, uśmiechnęła się do niego zaczepnie unosząc górną wargę.

— Daruj sobie gierki. Nikt nie wie gdzie jesteś i zanim się zorientują co się stało, będziemy już daleko stąd — stwierdziła, uśmiechając się lekko. — Jeśli jednak tak bardzo zależy ci na wzajemnej prezentacji to chętnie zdradzę ci moje miano. Nazywam się Ulrica, a wynajął mnie niejaki Boris — dodała jakby po krótkim namyśle.

Ulrica? Boris? Żadne z tych imion nic mu nie mówiło. Jednak zarówno jej głos, jak i rysy twarzy zdawały mu się skądś znajome. Czyżby to była owa tajemnicza wojowniczka, z którą rozmawiał zeszłej zimy? Ta sama która, na jego nieszczęście, stała się świadkiem zajścia w karczmie, kiedy pewien gbur tak go rozsierdził, że stracił nad sobą panowanie? Nie pamiętał wiele z tej nocy, poza dojmującym gniewem i uderzeniem gorąca. Musiał użyć magii niezależnie od swojej woli, bo po jego przeciwniku została jedynie kupka popiołu, pośrodku kręgu wypalonego w drewnianej podłodze. Sytuacje jak zwykle ocalił Mistrz Ashkan, wyprowadzając go stamtąd jednocześnie płacąc świadkom zajścia za milczenie. Ale owa kobieta o zmysłowym głosie zdążyła zniknąć.

— Więc to ty? — bardziej stwierdził niż zapytał. — I co teraz? Zażądasz za mnie okupu? — spytał, ściągając brwi.

— Kuszące… ale nie. Mój zleceniodawca ma nieco inne plany. I nie sil się na zbytnią skromność, książę. Dobrze wiem kim — a raczej czym — jesteś.

— Dość tego zwodzenia i dziwnych pokrętnych odpowiedzi. Powiedz wreszcie, kto cię przysłał, to może załatwię ci szybką, bezbolesną śmierć — warknął Drasan.

Starał się grać na zwłokę i równocześnie dowiedzieć się jak najwięcej o swoim przeciwniku.

— To ciekawe, że właśnie o to pytasz — kobieta uśmiechnęła się ukazując rząd małych nienaturalnie równych zębów. — Trzeba przyznać, że Wilczyca z Shardon nieźle się namęczyła, chcąc ci zapewnić jak najlepszą ochronę. Bardzo długo tuszowała każdy twój wybryk, tak iż nikt do końca nie wiedział kim jesteś tak naprawdę.

— Dość tych gierek! Kto cię wynajął?! — krzyknął. Czuł, że traci nad sobą panowanie.

— Po co te nerwy? — Ulrica wyraźnie dobrze bawiła się jego kosztem. — Chcesz wiedzieć kto jest moim zleceniodawcą? Proszę bardzo. Nie obce ci zapewne jest imię: Gaenor — przerwała na chwilę i z zaciekawieniem przyglądała się zaskoczeniu, malującemu się na twarzy młodzieńca.

— A więc to on przysłał do mnie swojego zbira, a ten zlecił mi bym cię schwytała. Obiecał sowitą zapłatę w szczerym złocie — kontynuowała, nie przestając się szyderczo uśmiechać. — Oczywiście, nie zjawił się tu osobiście tylko wysłał czarownicę. To ona dyktuje warunki.

Książę poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. Nie potrafił uwierzyć w słowa, które właśnie usłyszał. Gaenor chciał go dorwać? Ostatni żywy dowód na to, że w Lineland kiedyś były smoki. Przecież to niedorzeczne. Czego mógłby od niego chcieć ten zadufany w sobie gad?

— Tak trudno ci w to uwierzyć? Przecież chciałeś znać prawdę — szydziła dalej. — Musisz mieć coś, czego Gaenor pożąda. Najwyraźniej jest w stanie zapłacić za to każdą cenę. Wystarczyło wykorzystać twoją naiwność, twoją głupią dumę i pychę. Nie należało wystawiać na widok publiczny tego, co potrafisz. W karczmach nie brakuje ciekawskich oczu i uszu, a ich posiadacze potrafią sprzedać tę informację każdemu, kto sypnie nieco złotem.

Drasan nie wierzył jej. To nie mogła być prawda! Jego dar był utrzymywany w ścisłej tajemnicy. Nikt poza Wayą i Ashkanem nie znał tego sekretu. Ci, którzy przypadkiem się dowiedzieli, byli przekupywani lub — wyłącznie w sytuacji, gdy nie dało się ich kupić — likwidowani. Zresztą ta moc, nie podlegała jego woli i nie potrafił jej kontrolować. Pojawiała się jedynie w momencie silnego gniewu, bądź strachu. Nigdy też nie pamiętał, co właściwie zrobił. Zazwyczaj budził się we własnej komnacie dzień po incydencie, a nad sobą widział na poły zatroskaną, na poły zagniewaną twarz Ashkana i bladą, ale zaciętą twarz królowej. Nigdy nie wyjawiali mu szczegółów tego, co się dzieje, gdy nagle zamienia się w coś w rodzaju „żywej pochodni”.

Spojrzał w twarz najemniczki. Uśmiechała się w sposób, który niezbyt mu się spodobał. Wyglądała na zadowoloną i pewną swego. Mimowolnie poczuł złość na samego siebie. Mógł to przewidzieć. Jego talent sprawiał więcej problemów niż by tego chciał. Negocjacje z bandą zbirów, która miała za zadanie go pojmać, nie wydawała się sensownym wyjściem. Zwłaszcza, że nie wyglądali na skorych do rozmów. Pozostawała walka w pojedynkę i to z przeważającą liczbą przeciwników.

Ulrica najwyraźniej znudziła się tą zabawą. Jej oczy zabłysły złowieszczo, gdy powiedziała, akcentując każde słowo:

— Widzisz, miło mi się z tobą gawędzi, ale czas ucieka. Z tego, co słyszałam, jesteś bardzo utalentowanym szermierzem, ale nic ci po twoich umiejętnościach.Ci tam — wskazała brodą — to zawodowcy. Najlepsi w swoim fachu, więc takie wypieszczone książątko nie ma z nimi szans. — uśmiechnęła się, po raz kolejny prezentując idealnie białe zęby. — Lepiej więc, jeśli poddasz się bez walki, bo jeśli nie, to trochę przefasonujemy ci tę ładną buźkę nim ostatecznie odeślemy do Rosher.

Te słowa odezwały się echem w umyśle Drasana. Podjął już decyzję. Nie było odwrotu. Wiedział, że nie uniknie walki z bandą najemników. Spojrzał prosto w czarne oczy kobiety, splunął na ziemię, i jakby dla podkreślenia tego pogardliwego gestu, wyszarpnął miecz z pochwy znajdującej się na plecach.

Ulrica uśmiechnęła się, ale był to uśmiech zimny, pozbawiony emocji.

— Jak sobie życzysz — powiedziała, lekko kłaniając się w jego stronę, po czym zawróciła konia i odjechała w stronę swoich ludzi, którzy w milczeniu czekali na rozkazy.

Drasan obserwował ją czujne. Może i była ładna, ale za to nie za mądra. Najemników doliczył się dwudziestu, w większości rosłych mężczyzn. Wyglądali na takich, którzy zarabiają na życie odstraszając samym wyglądem. Tak naprawdę, tylko kilku z nich mogło się z nim mierzyć i jednie na nich musiał uważać. Reszta to jedynie grupa tępych osiłków, niemających pojęcia o prawdziwej walce. A zatem to nie miało go zastraszyć, tylko zająć na jakiś czas.

Widział jak Ulrica unosi rękę w milczeniu dając wynajętym zbirom sygnał do ataku.

Gotowy na wszystko zeskoczył z wierzchowca. Wiedział, że nie ma już szans na ucieczkę, pozostała mu tylko walka. Miecz leżał idealnie w dłoni, a jego ciężar dodawał mu pewności siebie. Najemnicy wyraźnie liczyli na to, że ich przewaga da im pewne zwycięstwo. Nie doceniali go i popełniali tym fatalny w skutkach błąd. Usiłowali go osaczyć niczym wygłodniała wataha wilków. Zbrojni byli w topory, krótkie miecze, zakrzywione szable i noże.

Drasan powoli gotował się do walki tak, jak go uczył Ashkan: starał się oczyścić umysł ze wszelkich myśli, zablokować emocje i skupić się tylko na wrogu. Stopniowo udało mu się wyciszyć i uspokoić, stopił się w jedno z lśniącą klingą miecza. Nie myślał — czuł i wiedział.

Pierwszy z napastników zaatakował z zaskoczenia… albo tak mu się tylko zdawało. Młodzieniec odskoczył w tył i cios zakrzywionej szabli trafił w powietrze. Książę zawirował w piruecie, ciął nisko po nogach. Usłyszał krzyk i poczuł zapach krwi, gdy ostra klinga gładko przecięła ścięgna najemnika. Kolejnego przeciwnika powalił w dwóch ruchach i zaraz przeszedł nad jego trupem, by zmierzyć się z innym. Chłopak wpadł w panikę, był młodszy od niego. Nie miał w tym starciu nawet cienia szans. Zanim zdołał choćby unieść miecz do obrony, mordercza klinga przecięła mu tętnicę z boku szyi. Strumień krwi obryzgał policzek księcia, kiedy obracał się, by stanąć twarzą w twarz z następnym przeciwnikiem. Ten był ogromny, ponad głowę wyższy od niego. Zamachnął się wielgachnym toporem. Książę uskoczył, o włos unikając ostrza. Siła ciosu jednak sprawiła, że najemnik na moment stracił równowagę. To wystarczyło, by wykonać błyskawiczne cięcie przez plecy. Potępieńczy wrzask bólu wyrwał się z piersi rannego. Upadł bez czucia, a młodzieniec ulżył cierpiącemu, wykonując płynny ruch miecza tym sposobem skracając go o głowę.

Drasan wciąż czuł na karku lodowaty powiew śmierci. Musiał skupiać się na każdym, nawet najmniejszym szczególe, by zareagować na ruch przeciwnika, zanim ten go wykona. To był taniec na krawędzi istnienia. Nieraz od tej cienkiej granicy dzielił go jedynie doskonały zmysł równowagi. Jednak gdy padał jeden z nich, reszta zdawała się atakować ze zdwojoną siłą. Byli niczym rozwścieczona sfora mająca w oczach żądzę mordu.

I nagle najemnicy zaczęli się wycofywać, odciągając na bok rannych towarzyszy. Książę zobaczył Ulricę, która jechała w jego kierunku. Korzystając z chwili wytchnienia, starł z twarzy krew i odgarnął mokrą od potu grzywkę.

— Widzę, że cię nie doceniłam. Wnioskuje, że nie poddasz się i nie złożysz broni — stwierdziła z pozornym spokojem. Była bowiem wściekła. Widział to w jej oczach.

Drasan nie odpowiedział. Wytarł ostrze o truchło najemnika. Nie schował go jednak, a lekko opuścił w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić. Stał ze spokojem. Jedynie leżące wokół niego trupy świadczyły o stoczonej niedawno walce.

Uliriea zirytowana brakiem odpowiedzi z trudem zdobyła się na spokój, gdy powoli cedziła słowa:

— Wybór należy do ciebie. Zostaje mi tylko dać znak oddziałowi wysłanemu przez Gaenora. Oni będą wiedzieli, jak się tobą zająć i wierz mi: nie chcesz by to oni cię dorwali. Daje ci ostatnią szansę.

Książę nadal milcząc spokojnie omiótł wzrokiem równą linię jeźdźców stojących z nim twarzą w twarz. Tworzyli zwarty, czarny mur składający się z ludzi i koni. Nie bali się śmierci. Wyszkolono ich tak, by nie okazywali litości i nie odczuwali strachu. Dla nich był to tylko kolejny rozkaz, który musieli wykonać, nie zważając na żadne przeszkody.

Jednak Ulrica nie wiedziała o tym, że Drasan został świetnie wyszkolony. Dla niego nie istniał przeciwnik nie do pokonania. Znał techniki walki, o jakich oni nawet nie słyszeli. Poruszał się lekko i zwinnie niczym kot. Potrafił zadać cios błyskawicznie, zanim ktokolwiek zorientuje się, co zamierza.

Równowaga jest najważniejsza, jeśli na moment ją stracisz to jesteś zgubiony.

Słyszał w myślach głos Ashkana, tak wyraźnie, jakby ten stał tuż obok niego.

— Widzę, że już podjąłeś decyzję — wycedziła. — W takim razie życzę miłej zabawy. — To powiedziawszy, zawróciła konia, a za nią ruszyli pozostali przy życiu najemnicy, porzucając ciała niedawnych towarzyszy broni.

Obserwując ich, książę zauważył dowódcę stojącego nieco z tyłu. Wyróżniał się tym, że nosił długi czarny płaszcz z kapturem, spod którego nie sposób było dojrzeć twarzy. Nie wydał rozkazu, jednak widać było, że milczący wojownicy są gotowi choćby zaraz ruszyć do ataku. Drasan patrzył ze spokojem, jak na jeden gest zakapturzonej postaci, z milczącego muru wyłamuje się dwóch jeźdźców, rozwijając między sobą sieć. Stopniowo rozpędzili konie do kłusa.

Drasan czekał na lekko ugiętych nogach, aż znajdą się wystarczająco blisko. Wbił miecz w ziemię i sięgnął po lekki łuk, który cały czas miał przewieszony przez ramię. Z kołczanu wyciągnął jedną ze strzał. I z zupełnym spokojem, jakby mierzył do jelenia naciągnął cięciwę, wycelował, po czym wypuścił strzałę. Jeden z jeźdźców padł na ziemię, ugodzony w sam środek piersi; spłoszony koń szarpnął łbem. Drugi stracił równowagę i wypuścił sieć. Czas, który poświęcił na opanowanie wierzchowca wystarczył księciu. Wypuścił kolejną strzałę. Tym razem trafił przeciwnika prosto w oko. Napastnik zwalił się na ziemię. Młodzieniec z wyrazem triumfu patrzył na dowódcę, jakby tym chciał go sprowokować. Ten jednak zdawał się przyjąć porażkę z całkowitym spokojem.

To stało się w ułamku sekundy. W żyłach młodzieńca nadal buzowała krew. Poczuł znajome mrowienie w palcach, które tym razem stopniowo ogarniało całe ciało. Wiedział co się za chwilę stanie. Jednak po raz pierwszy zachował niesamowitą klarowność umysłu. Ogarnęła go euforia, błyskawicznie przeradzając się w furię. Był pijany własną mocą, o której istnieniu dotąd nie miał pojęcia, choć teraz leniwie przepływała przez jego żyły, promieniowała przez skórę, tworząc na niej maleńkie, pełzające krwistoczerwone płomienie. Wystarczyło jej tylko użyć, by zniszczyć otaczających go wrogów. Czymże była ich broń, skoro w jednej chwili mogła się przemienić w pył, podobnie jak ich wątłe, nic nieznaczące ciała?

Drasan stał przez chwilę nieruchomy niczym posąg boga śmierci, przyobleczony w świetlistą aureole płomieni. Czuł się silniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Najpotężniejszy z wszystkich żywiołów, był teraz na jego rozkazy. I wtedy stało się to przed czym wielokrotnie ostrzegał go mistrz Ashkan, a nad czym już zupełnie nie panował. Energia ognia zawładnęła jego ciałem. W oka mgnieniu płomienie buchnęły wokół niego, tworząc tarcze, żywą i jakby obdarzona własną świadomością, napędzaną jego gniewem i żywiącą się nim.

Zaczęło się od nagłego wybuchu, który utworzył wokół Drasana krąg spopielonej trawy. Ogień, niczym wypuszczona z klatki dzika bestia, rzucił się na jego przeciwników. Powietrze wokół falowało od żaru, a potężny ryk niemal zagłuszał nieludzkie wycie palących się żywcem ludzi.

Jednak wszystko ma swój kres, również moce Drasana. Czuł jak wypalają się jego siły, jakby huczący wokół żywioł zabrał mu całą energię Padł na kolana. Wiedział, że kona, a ogień powoli aczkolwiek nieuchronnie wysysa z niego życie. Pociemniało mu przed oczami. Zrozumiał, że musi to przerwać, bo inaczej umrze pochłonięty przez nieposkromiony żywioł.

I wtedy, w momencie nieuchronnej agonii, spłynęło na niego zrozumienie. Uwolnił dar, pozwolił, aby moc go opuściła. Zrobił to instynktownie, ledwo zdając sobie z tego sprawę. W jednej chwili był bogiem obdarzonym niszczycielską silą, by zaraz potem stać się kruchym śmiertelnikiem niezdolnym choćby do tego, by podnieść się z klęczek. Nie wiedział, co to oznacza i wolał tego nie wiedzieć. Ta niewiedza stała się niczym ciepły i bezpieczny azyl, do którego powoli niczym rak, wycofywała się jego gasnąca świadomość.

Zmysły z wolna wracały do równowagi. Powoli docierało do niego, że to, co zrobił może mieć dla niego katastrofalne konsekwencje. Gdy tak klęczał pośrodku wypalonego do gołej ziemi kręgu, otoczony przez cuchnący dym i odrażający swąd przypalonego mięsa, zrozumiał, że popełnił błąd. Ci ludzie byli tylko zachętą, by użył swojego daru. To on miał go ostatecznie zmusić do kapitulacji i udało się. Wszędzie wokół widniało świadectwo destrukcyjnej mocy, którą uwolnił.

Kątem oka dostrzegł, jak przez dymiące zgliszcza jedzie dwóch jeźdźców. Jedynymi z ocalałych byli Ulrica w towarzystwie tajemniczego dowódcy oddziałów Gaenora. Najemniczka ostatecznie straciła zimną krew.

— Mówiłeś, że ten gnojek jest nieszkodliwy! Podobno, nie potrafi się posługiwać swoim darem! — wrzasnęła, wskazując na dymiące pobojowisko.

— Widocznie potrafi o wiele więcej niż się spodziewamy — odrzekł ze stoickim spokojem jej towarzysz.

— O wiele więcej?! — powtórzyła jak echo rozwścieczona. — To jakiś przeklęty wybryk natury!

Mężczyzna popatrzył na nią rozbawiony.

— Teraz za to jest unieszkodliwiony — stwierdził, wskazując na klęczącego Drasana.

— Chrzanić to — warknęła najemniczka, po czy dodała zimnym głosem. — Jeśli mi natychmiast nie zapłacisz, to poderżnę gówniarzowi gardło i zabawa się skończy.

Mężczyzna zaśmiał się nieprzyjemnie i odrzekł:

— Tylko spróbuj się do niego zbliżyć, ty najemna zdziro, a wyrwę ci serce i jeszcze bijące wepchnę do gardła.

Ulrica zamarła. Mimo że mówił to z takim spokojem, nie mogła nie dostrzec błysku w jego oku. To była groźba, którą należało traktować serio.

Mężczyzna podjechał do młodzieńca i spojrzał na niego z wysokości końskiego grzbietu.

— Wspaniałe przedstawienie. Ale zdaje się, że w końcu i tak przegrałeś — stwierdził chłodno.

Drasan uniósł głowę i spojrzał w kierunku z którego dobiegał ten głos — wciąż widział jak przez mgłę.

— Nie wy mnie pokonaliście — rzekł siląc się na słaby uśmiech. Nie był to najlepszy moment na brawurę, ale nie dbał już o to.

— Nie. Zrobiłeś to ty sam przy pomocy Energii Smoczego Ognia. Nie potrafisz jej jeszcze kontrolować, co mogło cię zabić. Na swoje szczęście okazałeś się dość silny — odrzekł mężczyzna tym samym, doprowadzającym księcia do szału chłodnym, acz racjonalnym głosem.

Drasan patrzył na niego, desperacko chcąc zachować resztkę przytomności. Wszystko, co go spotkało dzisiejszej nocy powoli układało się w logiczną całość. Do tej pory jego niezwykły dar nie objawiał się w postaci tak destrukcyjnej siły. Teraz, kiedy zdawał sobie sprawę, jak wielkie płynie z tego niebezpieczeństwo, poczuł ogromny wstyd i złość na samego siebie za to, że dał się sprowokować.

Najemniczka zeskoczyła z konia i podeszła do niego. Teraz wydawała mu się jeszcze wyższa. Książę spojrzał na nią z trudem ogniskując wzrok. Czuł się upokorzony i pokonany, a do tego był ledwie żywy. Wiedział, że to oni wygrali, ale zrozumiał jedno. Ta bitwa, pomimo że przegrana, uczyniła go jeszcze groźniejszym. Zdobył nowe doświadczenie, które nie może się równać z nawet najlepszym treningiem. I co najważniejsze, mógł się poszczycić nową wiedzą na temat Energi Smoczego Ognia. Wiedział już, jaki ma wpływ na niego. Widział jej niszczycielską potęgę i rozumiał w jaki zdecydowanie rozważniejszy sposób może ją wykorzystać. Zanim jednak zdecydował się na jakiekolwiek działanie, poczuł uderzenie w tył głowy, które pozbawiło go przytomności.

Rozdział 2

Yarred klęczał przed podwyższeniem, na którym spoczywał rzeźbiony, drewniany tron. Nawet nie próbował podnosić wzroku na królową. Po tym, jak odkryto nieobecność Drasana, jego pierwszego wezwano do sali tronowej. Wcale go to nie zaskoczyło. Wczorajszej nocy to on miał dopilnować warty przy bramach i przy okazji był najlepszym przyjacielem księcia.

— Kapitanie Cordydian? — odezwała się królowa. — To pan odpowiadał wczoraj za ochronę zamku i po raz ostatni widział księcia? — dodała jakby po chwili namysłu, a głos jej się załamał.

Yarred wiedział co teraz nastąpi, mimo to odpowiedział:

— Jego książęca mość wyruszył na nocną przejażdżkę, Wasza Wysokość.

— A ty mu na to pozwoliłeś? — w głosie królowej zabrzmiała groźna nuta.

Yarred wstał z klęczek i po raz pierwszy odważył się spojrzeć na swoją władczynię. Królowa onieśmielała urodą. Liliowa suknia z kosztownej materii doskonale uwydatniała to, na co mężczyźni zwykli najpierw zwracać uwagę. Długie, pofalowane blond włosy, które sięgały do pasa lśniły w blasku kaganków i olejowych świec. Miała twarz o łagodnych rysach i oczy w zdumiewającym, regularnym kształcie migdałów koloru płynnego złota.

I to właśnie te oczy wwiercały się teraz w kapitana, który zaskoczony swoją śmiałością, ponownie wlepił wzrok w podłogę i tym razem przemówił do swoich butów:

— Tak, Wasza Wysokość. Próbowałem go zatrzymać, ale nie chciał mnie słuchać.

— Ach, to typowe dla niego — warknęła odwracając się ze złością.

Yarred skulił się, słysząc znajomy ton głosu. Waya niezwykle rzadko wpadała w złość, ale gdy to już następowało — powodem jej rozsierdzenia niemal zawsze okazywał się Drasana.

— I cóż ja mam z nim począć? — przemówiła bardziej do siebie niż do niego.

Gdy Yarred odważył się na chwilę unieść wzrok, zauważył, że królowa dygoce. Zdumiał go ten widok ponieważ, Waya była kobietą dumną i władczą. Jej łzy przeraziły go bardziej niż wszystko to, co dotychczas widział w swoim życiu.

Władczyni tymczasem ciągnęła swój wywód:

— Zawsze taki sam… — wyszeptała łkając cicho. — Mam wrażenie, że nigdy nie dojrzeje na tyle, by przejąc moje obowiązki. Zbyt często przymykam oko na jego wybryki, powinnam już dawno wybrać mu stosowną narzeczoną i zmusić do ożenku.

Yarred słuchał jej z kamienną twarzą, po raz pierwszy widział swoją panią w takim stanie i za bardzo nie wiedział, jak ma zareagować. Wydawała się teraz krucha i delikatna.

Waya zdawała się go nie zauważać, z jej twarzy biło cierpienie. Nie mogąc znieść tego widoku, kapitan gwardii ponownie spuścił wzrok.

— Myślałam, że uczynię z niego króla. Pobłażałam mu, wierząc, że z czasem dojrzeje do roli władcy. Czekałam aż przejdą mu młodzieńcze fantazje i wśród tych pięknych dam odnajdzie w końcu tę, która stanie się jego żoną, a w przyszłości królową — westchnęła głęboko. — Jestem już stara, Yarredzie… Starsza niż to sobie wyobrażasz. Marzę o dniu, w którym złoże odpowiedzialność za losy królestwa na barki kogoś, kto będzie tego godny. Przez lata przygotowywałam do tego Drasana, możesz więc sobie wyobrazić jak wielki ból sprawia mi jego lekkomyślne zachowanie.

Yarred milczał, bo niby co miał powiedzieć? Jego przyjaciel naprawdę nie był wzorem książęcych cnót. Prawdę mówiąc, Drasan robił wszystko byle tylko wymigać się od obowiązków, dokładnie tak, jak mówiła królowa. Co gorsza, kapitan miał stuprocentową pewność, że zaraz wkroczy do sali tronowej z tym swoim bezczelnym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Może też dlatego nie zdziwił się, gdy nagle po drugiej stronie rzeźbionych wrót wybuchło niemałe zamieszanie. Ktoś zażarcie kłócił się z wartownikami, którzy otrzymali rozkaz niewpuszczania nikogo do środka. Królowa podniosła zaczerwienione od płaczu oczy i wbiła udręczony wzrok w drzwi. Chwilę później otwarły się z hukiem i do komnaty jak burza, wdarł się wysoki i smukły elf o srebrzystych włosach sięgających mu do połowy pleców. Gdy energicznie kroczył w stronę podwyższenia, w jego stalowoszarych oczach buzował gniew.

Yarred obserwował go czujnie, bo choć w duchu był pewien, że nie zamierza skrzywdzić królowej, to jak przystało na kapitana gwardii miał obowiązek interweniować, kiedy sprawy potoczyłyby się nie tak, jak powinny. Zerknął tylko na osłupiałych strażników, którzy pospiesznie zamknęli odrzwia.

Tymczasem Mistrz Ashkan — gdyż to on właśnie wdarł się do komnaty — który wbrew powszechnym opiniom nie był elfem, a jednorożcem. Tę postać przybierał tylko wtedy, gdy wymagały tego okoliczności. Przemówił do królowej miękkim, melodyjnym głosem, w którym jednak dawało się wyczuć subtelną nutę złości:

— Drasan zniknął. Nie stawił się na poranny trening. Nigdy dotąd go nie opuścił. Służba nie widziała go od wczoraj, a od stajennego dowiedziałem się, że po kolacji rozkazał mu zostawić w stajniach osiodłanego konia. Jesteś mi winna wyjaśnienia, pani.

Czując rosnące napięcie, Yarred stanął po lewej stronie podwyższenia tronu, gotów w każdej chwili zasłonić królową własną piersią. Kątem oka dostrzegł, że królowa wstała i ponownie dostrzegł w niej tą samą dumną i stanowczą władczynię — Wilczycę z Sheardon.

— Mistrzu Ashkanie, w innych okolicznościach zapewne wezwałabym straż i rozkazała wyprowadzić cię z sali — w głosie Wayi zabrzmiał gniew. — Szanuję cię i twoją pozycję. W zamian wymagam tego samego. Tak, jak mi nakazałeś, strzegłam tego chłopca przez dwadzieścia jeden lat, zapewniając mu najlepszą ochronę na jaką było mnie stać.

— I przyszedł czas, by powiedzieć mu prawdę. Musi wiedzieć, kim jest — naciskał jednorożec. — Jego zachowanie zbyt często wymyka się spod kontroli, a do głosu dochodzą emocje, które zagłuszają mu zdrowy rozsądek. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, co to oznacza. Jeżeli się zdradzi o jeden raz za dużo, ona natychmiast się o tym dowie. Wszędzie ma swoich szpiegów.

Prawdę? Yarred z niepokojem zerknął na królową. Jaką prawdę? Z tego, co pamiętał jego dziadek, lord Cordydian, był wówczas kapitanem gwardii. Którejś nocy Ashkan zjawił się w zamku, niosąc na rękach nieprzytomną kobietę w ciąży, która miała na ciele kilkanaście ran wyglądających na ukąszenia wilków. Postawiono na nogi wszystkich uzdrowicieli na zamku jak i w mieście. Trzeba było działać szybko, aby wydobyć dziecko, zanim jej serce przestanie bić. Na szczęście na jej brzuchu było tylko kilka niewielkich zadrapań. Już wtedy szeptano, że to nie mogło być zwykłe zwierze, a ugryzienia nie były przypadkowe. Ponieważ kąsania ominęły wszystkie główne arterie. Ktoś chciał wykończyć matkę, ale ocalić nienarodzone dziecko. Tylko dlaczego? Serce kobiety stanęło chwilę po tym, jak uzdrowiciele wydobyli z jej łona maleńkiego chłopca. Gdy było po wszystkim, pochowano matkę w bezimiennym grobie, a noworodkowi nadano imię Drasan. Bezdzietna dotąd królowa, zaadoptowała go, czyniąc tym samym następcą tronu. Wszystkim, którzy byli świadkami tych dziwnych wydarzeń zakazano o tym mówić pod karą śmierci. Dziadek Yarreda, opowiedział mu o tym dopiero na łożu śmierci, wymuszając na nim przysięgę, że nikomu się nie zdradzi, zwłaszcza księciu. Kapitan zdawał sobie sprawę, że książę może przeżyć szok na wieść o tym, że jego matkę zamordował jakiś potwór. A teraz Mistrz Ashkan żądał, by królowa wyjawiła Drasanowi prawdę? Coś tu było nie w porządku.

— Nie mogę tego zrobić — oznajmiła po długiej chwili ciszy. — Prawda go zniszczy, Ashkanie.

— Wiesz, że im dłużej to przed nim ukrywamy, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo? — zapytał Ashkan, a spojrzenie jego stalowych oczu nieco złagodniało.

— Więc ty mu to powiedz! — wybuchła Waya. — Jeżeli ja to zrobię, znienawidzi mnie! Jak mogłabym mu wyznać, że od zawsze był okłamywany, że ukryłam jego istnienie przed całym światem! Albo, że pochowałam jego matkę w nieoznakowanym grobie, choć dobrze wiedziałam kim jest!

— Ayla oddała za niego życie. To najwyższa ofiara. Jeśli nadal będziesz to przed nim ukrywać, jej poświęcenie pójdzie na marne — powiedział Ashkan cicho, ale dobitnie.

— Dlaczego nie pozwolisz mu na życie, które dla niego wybrałam? — po policzkach królowej zaczęły cieknąć łzy. — Mógłby się ożenić! Mógłby być szczęśliwy, dożyć sędziwego wieku otoczony gromadką wnucząt!

Yarred czuł się coraz bardziej niezręcznie. Jakaś część jego duszy pragnęła odejść stąd i zostawić królową samą, ale obowiązek trzymał go na miejscu.

— Wiesz, że nie takie jest jego przeznaczenie. Musisz mu pozwolić odejść — Ashkan przemawiał kojącym głosem. — Zrobiłaś wszystko co mogłaś. Zapewniłaś mu spokojne dzieciństwo i nauczyłaś wszystkiego. Na tym kończy się nasze zadanie. Dalej musi sobie radzić sam.

Yarred słuchał tego z rosnącym niepokojem. Jakiż to straszliwy sekret był ukrywany przed Drasanem przez tyle lat?

— Jesteś pewien, że on jest tym, o którym mówi przepowiednia? — zapytała cicho, ocierając łzy jedwabną chusteczką.

Jej słowa przeszyły Yarreda niczym lodowata lanca. Przepowiednia?

— Wszystko na to wskazuje — odrzekł Ashkan.

Kapitan słuchał w całkowitym osłupieniu. Drasan miał być Wybranym? Przecież to niemożliwe! Znał go niemalże od dziecka.

Nie dane mu było jednak dłużej się nad tym zastanawiać, ponieważ nagle drzwi otwarły się na oścież i do sali wszedł, a raczej wbiegł, zdyszany posłaniec. Na jego głowie widniała paskudna rana i cały był obryzgany krwią.

— Wasza Wysokość…! Czarni rycerze przeszli przez rzekę…! Zaatakowali twierdzę Garbon…! — wydyszał, po czym padł zemdlony na podłogę.

Yarredowi krew odpłynęła z twarzy. Twierdza Garbon leżała przy wschodniej granicy, zaledwie staje od miasteczka Athar, a to właśnie tam — kapitan był tego pewien — pojechał Drasan.

— Pani — zwrócił się do królowej, czując rosnącą grudę w gardle. — Książę pojechał wczoraj w kierunku wschodniej granicy.

Królowa popatrzała na dowódcę straży rozszerzonymi ze strach źrenicami.

— Jesteś tego pewien? — zapytała lekko drżącym głosem.

Yarred wolał nie odpowiadać, ale spojrzenie bursztynowych oczu Wilczycy z Sheardon było przeszywające na wskroś.

— Tak, Wasza Wysokość — odrzekł bezbarwnym tonem, spuszczając wzrok.

— Pani — odezwał się Mistrz Ashkan po długiej, pełnej napięcia ciszy. — Ten atak to jedynie zasłona dymna. Przyszli po niego… Przyszli, by dokończyć swoje dzieło sprzed dwudziestu jeden lat.

Gdy tylko do Yarreda dotarł sens tych słów, poczuł jak po plecach przebiega mu zimny dreszcz. Oczami wyobraźni zobaczył swojego przyjaciela leżącego w kałuży krwi. Uniósł wzrok i dostrzegł odbicie wszystkich swoich lęków, w tych pozbawionych źrenic, stalowych oczach.

— Co Mistrz ma na myśli? — to pytanie wyrwało mu się mimo woli.

Jednorożec spojrzał na niego, a usta wykrzywił mu lekki ironiczny uśmieszek.

— Nie zabiją go, kapitanie Cordydian. Jeśli go schwytają, czeka go los o wiele gorszy od śmierci. Znacznie cenniejszy jest teraz żywy niźli martwy.

Yarred nie zrozumiał. Co mogło być gorszego od śmierci?

— Wierz mi Yarredzie, że jeżeli czekałby cię ten sam los, w tej właśnie chwili przebiłbyś się własnym mieczem. Istnieją rzeczy po stokroć gorsze od śmierci.

Po raz pierwszy w życiu kapitan poczuł paraliżujący lęk. Czuł się całkowicie bezsilny. Spojrzał na królową, która ukryła twarz w dłoniach, a później na leżącego w kałuży krwi młodzieńca.. Wtedy podjął decyzję. Cokolwiek zagrażało Drasanowi, on zrobi wszystko, co w jego mocy, by go przed tym ocalić.


* * *


Powrót do przytomności nie należał do najprzyjemniejszych. Drasan dowiedział się między innymi tego, że ma z tyłu głowy wielki pulsujący guz. Wykręcone do tyłu ręce rwały nieprzyjemnie, a obtarte do krwi nadgarstki niemiłosiernie piekły. Otworzył oczy i skrzywił się boleśnie. Czuł się tak, jakby ktoś przez całą noc okładał go kijem. Zmuszenie zdrętwiałego i obolałego ciała do ruchu okazało się jednak niemożliwe. Choćby bardzo się starał, nie mógł zmienić pozycji, bo ktoś go spętał niczym barana. Leżał więc nieruchomo czekając na to, co nastąpi. Nie widząc lepszego rozwiązania spróbował przywołać swoją dość kapryśnie działającą moc. Bezskutecznie. Wiedział już, że go nie zabiją. Tajemnicą pozostawało jednak to, kto zlecił porwanie, gdyż w bajki o Gaenorze nie zamierzał wierzyć. Kłopot polegał na tym, że osób, które chętnie pozbyłyby się następcy tronu Sheardon znalazłoby się na pęczki. Jednak tylko kilkoro z nich byłoby stać na wynajęcie czarownicy. Kiedy tylko uda mu się cało z tego wyjść, każe przesłuchać wszystkich. Tymczasem musiał grać na zwłokę. Leżał spokojnie starając się sprawiać wrażenie jakby pogodził się z losem, ale w myślach nieustannie układał sobie plan działania. Jednak nie dane mu było zaznać nawet chwili wytchnienia. Nagle zauważył jakiś ruch, a po chwili dostał solidnego kopniaka w bok. Jak się okazało otrzymał go od najemniczki. Kobieta podniosła go do pozycji siedzącej, usiadła naprzeciwko i przez chwilę obserwowała go spode łba. Drasan nigdy nie przyzwyczaił się do takiego traktowania, a już tym bardziej przez płeć piękną. Kobiety zazwyczaj się do niego wdzięczyły. Najemniczka zaś wyraźnie miała do niego żal. To nieważne, zawsze mógł skorzystać ze swojego naturalnego uroku. Nie zaszkodzi spróbować — pomyślał, po czym odchrząknął i powiedział:

— Zdaje się, że wiesz kim jestem.

Posłała mu ponure spojrzenie, ale nic nie odrzekła.

— Jestem jedynym, prawowitym dziedzicem tronu Shaerdon — ciągnął niezrażony brakiem odpowiedzi. — Mam duże wpływy i dość złota. Jeśli mi pomożesz…

— Milcz — syknęła.

— Chyba nie zrozumiałaś — wycedził. — Kiedy zjawi się tu oddział królewskiej straży, żeby mnie odbić, wszyscy którzy…

— To ty czegoś nie rozumiesz, wasza wysokość — przerwała mu. — Nikt nie przybędzie ci z odsieczą. Zanim zorientują się co tu się wydarzyło będziemy już daleko. Na razie mają inne, ważniejsze sprawy na głowie. Więc posłuchaj życzliwej rady i siedź cicho.

Książę uśmiechnął się jedynie i odrzekł:

— Nie wierzę w te bajki o Gaenorze… — urwał w pół zdania, bo oto zza zakrętu wyłoniło się kilkunastu jeźdźców.

Na czele, na wielkim karym ogierze noszącym ozdobiony dwoma rogami hełm, galopował ów tajemniczy towarzysz Ulricy. Tym razem jego twarzy nie zacieniał kaptur, a w ciepłych promieniach porannego słońca z daleka wyraźnie było widać, szpecącą jego twarz, podłużną szramę. Blizna, która bez wątpienia ostała się pamiątką po cięciu mieczem bądź szablą. Przebiegała przez niemal całą jej długość. Zaczynała się bowiem na czole, przecinała w poprzek nos, lewy policzek i kończyła się tuż przy linii żuchwy. Na paskudną gębę opadały mu strąki tłustych, czarnych włosów, z których część dokładnie zasłaniała lewe oko. Jakby czytając w jego myślach, mężczyzna niedbałym ruchem odrzucił grube kosmyki z czoła, odsłaniając tym, ziejącą w miejscu lewego oka, otchłań pustego oczodołu. Uśmiechnął się, co nadało jego obliczu jeszcze bardziej makabryczny wygląd.

Zatrzymał konia i gestem polecił to samo swoim podwładnym. Kiedy zsiadał, Drasan zobaczył kołyszący się przy jego pasie miecz — jego własny! Zawrzała w nim wściekłość, która jeszcze się pogłębiła, gdy nieznajomy rzekł, nawet się nie do niego nie odwracając:

— Nie spodziewaj się odsieczy, książę — po czym oddał wodzę jednemu ze swoich podwładnych i podszedł do niego.

Drasan obserwował go uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół rysów jego twarzy. Wiedział już, że nie ma szans na ucieczkę. Przynajmniej dopóki ten osobnik przebywa w obozie. Wyczuwał w nim coś dziwnego, miał wrażenie, że chyba nie do końca jest człowiekiem.

Zauważywszy strach na twarzy młodzieńca. „Przystojniak” przekrzywił głowę raz w jedną raz w drugą stronę i rzekł:

— Uprzedzę twoje następne pytanie. Nie obchodzi mnie, kim jesteś ani ile masz złota. Szukałem cię zbyt długo, by teraz wypuścić za garść błyskotek — mówiąc to pochylił się tak nisko, że Drasan wyczuł bijący od niego smród — woń krwi, śmierci oraz końskiego potu.

Książę cofnął się zdjęty grozą. Mężczyzna wyszczerzył zęby i wtedy dostrzegł, że wcale nie przypominają one ludzkich. Szczególnie kły, długie i zakrzywione, podobne do wilczych. Nieznajomy musiał być wilkołakiem.

— No dalej — warknął cicho — krzycz. I tak nikt cię teraz nie usłyszy. Muszę przyznać, że pachniesz całkiem smakowicie, a pulsowanie krwi w twoich żyłach dźwięczy niezwykle kusząco.

— Jeśli myślisz, że się ciebie przestraszę to jesteś w błędzie — wycedził książę.

Wilkołak zaśmiał się cicho.

— Ty już się boisz — rzekł tym samym tonem, z tym, że teraz brzmiała w nim nuta szyderstwa. — Cuchniesz strachem, smoczy pomiocie.

Drasan bezskutecznie spróbował się uspokoić. Serce waliło mu jak młotem, krew pulsowała w żyłach. Nigdy dotąd nie widział wilkołaka, ale wiedział jak je rozpoznać. Ten mężczyzna nosił w sobie bestię, i co zaskakujące, potrafił trzymać ją w ryzach. W starciu z nim na nic była wszelka broń, chyba że wykonano ją ze srebra i wzmocniono magią.

— Zwą mnie Boris — mruknął mężczyzna, siadając naprzeciwko młodzieńca. — Dobrze sobie zapamiętaj to imię, smarkaczu, bo od tej chwili będziesz robił dokładnie to, co ci każę.

Pomimo paraliżującego go strachu, Drasan skwitował to wybuchem śmiechu.

— Jestem przyszłym królem. Nie mam zamiaru słuchać zwierzaka, który niewątpliwie jest czyimś sługusem — wycedził, nie spuszczając wzroku z twarzy mężczyzny.

Kreaturze nawet nie drgnęła powieka.

— Jesteś hardy — warknął. — Jak ta suka, twoja matka.

Momentalnie uśmiech spełzł z twarzy księcia. Jego matka? Nagle zapomniał o tym, gdzie jest i kogo ma przed sobą. Zawrzał w nim gniew.

— Nie waż się lżyć mojej matki — wycedził. — Nie jesteś godzien nawet…

— Nie miałem na myśli królowej, tylko twoją prawdziwą matkę — Boris odrzekł z niewzruszony. Po raz kolejny odgarnął włosy z czoła ukazując koszmarną dziurę zdobiącą twarz. — To jej robota — dodał.

Drasanowi zaschło w ustach. Nie znał swojej matki, Waya powiedziała mu, że zmarła przy porodzie. Od zawsze wiedział, że został przygarnięty, jednak od pamiętnej rozmowy, gdy królowa mu to powiedziała, nigdy więcej o to już nie pytał. Owszem, czasem usiłował sobie wyobrazić jak wyglądała, jednak zawsze pozostawało to jedynie w sferze rozmyślań.

— Rozjuszyła mnie tym, więc rozerwałem jej pierś. Jednak nim dokończyłem zadanie, zjawił się jej jednorogi obrońca — uśmiechnął się pokazując szpecącą jego twarz bliznę. — To on mnie tak urządził. Byłem pewien, że ta dziwka jest już martwa, jak widać niewiele się pomyliłem…

Słuchając go, Drasan nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć. Te słowa wywracały jego świat do góry nogami. Kim była jego matka? Kto chciał ją zabić, nim wydała go na świat? Te i setki innych pytań kłębiły się mu pod czaszką..

— Szukałem jej, ale tak jakby zapadła się pod ziemie i nagle na sheardońskim dworze pojawia się znikąd dziecko… chłopiec. Wiek się zgadza, ale moja Pani postanawia zaczekać aż szczeniak trochę podrośnie i zaczynie ujawniać niezwykłe zdolności — uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Porwanie smarkacza z królewskiego dworu jest zbyt ryzykowne. Pada więc kolejna propozycja, by zaczekać aż książę nieco dojrzeje. Wywabienie cię z zamku okazało się dziecinnie proste, a później poszło jeszcze łatwiej. Użyłeś Energii Smoczego Ognia w bardzo nieodpowiedzialny sposób. I znowu byłem pewien, że już jesteś martwy, ale okazałeś się silniejszy niż się spodziewałem.

Drasan czuł, jak grunt osuwa mu się spod nóg. Ten osobnik wiedział o nim więcej niż on sam. To rzutowało nieco więcej światła na wydarzenia ostatniej nocy. Wszystko, co dotąd wydawało mu się czystym absurdem, nagle stawało się całkiem logiczne. Kimkolwiek była kobieta nazywana przez Borisa „panią”, stanowiła klucz do rozwiązania zagadki.

— Kim jest twoja Pani? — zapytał cichym, ochrypłym głosem.

Boris uraczył go krótkim spojrzeniem.

— Niedługo ją poznasz — rzucił krótko.

Drasan wiedział, że zadawanie kolejnych pytań jest bez sensu. Boris wyraźnie stracił chęć do rozmowy. Nagle podniósł się i spojrzał na siedzącą obok Ulrice, jakby dopiero teraz ją zobaczył.

— Zwijamy się — rozkazał. — Księcia wsadzimy na Demona. On słucha wyłącznie mnie, więc nie ruszy się póki mu nie każę.

— Zaraz — warknął książę pokazując swoje skrępowane ręce. — Mam jechać konno ze związanymi na plecach rękoma.

Boris nie odpowiedział. Zamiast tego skinął na dwóch osiłków stojących najbliżej. Jeden z nich wyciągnął nóż. Drasan cofnął się odruchowo. Potężny mężczyzna podszedł do niego i bez słowa rozciął krępujące więzy. Następnie chwycił młodzieńca za kołnierz i postawił. Po tych dość brutalnych zabiegach, obaj nawet nie wyrzekłszy słowa, zaprowadzili go do najbliżej stojącego drzewa. Jeden z drabów pchnął go tak mocno, że plecami boleśnie uderzył w pień, podczas gdy drugi stanął z tyłu wykręcając mu ręce tak mocno, iż poczuł jak trzeszczą mu stawy.

Boris na chwilę zniknął w gęstwinie, by wrócić po chwili z tym, że tym razem ciągnął za sobą wspaniałego, karego ogiera.

Demon… Tak, to imię do niego pasowało. Czarny niczym noc, pięknie umięśniony, gęsta grzywa opadająca kaskadą na długą szyję, lśniąca sierść. Koń nosił na sobie osobliwą zbroję składającą się z rogatego hełmu i nabitego kolcami napierśnika. Wilkołak z uwielbieniem pogładził swojego wierzchowca po umięśnionym karku. Widać było, że jest dla niego o wiele więcej wart niż ludzie, którymi dowodził.

— Co to ma znaczyć? — zapytał Drasan.

— To takie małe zabezpieczenie — odrzekł spokojnie Boris. — Na wypadek, gdybyś mimo wszystko próbował uciec. — To mówiąc wyciągnął spod płaszcza niewielkie zawiniątko. Rozwijał je, powolnym niedbałym krokiem zbliżając się do unieruchomionego młodzieńca. Wewnątrz znajdowały się trzy przedmioty: dwie fiolki — jedna z jadowicie fioletowym, a druga z bladoróżowym płynem oraz niewielki sztylet o bardzo cienkim ostrzu.

— Co to jest? — zapytał Drasan.

Boris nie odpowiedział, tylko niedbale machnął ręką, a jeden z trzymających Drasana osiłków szybko dobył krótkiego noża, którym rozciął kaftan, kolczugę, a następnie koszulę księcia, jakby jego odzienie wykonano z cienkiego pergaminu. Książę odetchnął dopiero, gdy ten schował broń i szarpnięciem odsłonił jego nagą pierś.

Wilkołak uśmiechnął się prezentując długie kły.

— Ciekawe, prawda? — rzekł pokazując obie fiolki, po czym dodał. — W jednej z tych fiolek jest trucizna. Prawdziwe cudo. Wystarczy tylko draśnięcie, a ofiara umiera w ciągu dwóch dni, nawet nie wiedząc co ją zabiło. Ty jesteś pół-smokiem, więc zdechłbyś w przeciągu trzech, góra czterech dni. A to — wskazał na fiolkę z jasnoróżowym płynem — jest niezwykle rzadkie antidotum na tę truciznę. — To powiedziawszy schował flakonik z antidotum za pazuchę i odkorkował drugą.

— Zaczekaj — powiedział Drasan. Serce już waliło mu gdzieś w okolicy jabłka Adama. Jeśli to naprawdę była trucizna to nie miałby wyjścia, musiałby jechać tam, dokąd udawał się też i ten potwór.

— Przecież chcecie mnie żywego! Przeprawa przez góry potrwa kilka dni, więc…

— Nie potrzebujemy kilku dni — przerwał mu niecierpliwie wilkołak. — Będziemy w Rosher przed zachodem słońca. Moja Pani zabierze nas stąd magicznym portalem.

„Magiczny portal?” — pomyślał Drasan przerażony, ale zarazem podniecony. Dotąd tylko o tym czytał. Portale okazały się niezwykle trudne do stworzenia. Trzeba było bardzo dużo energii żeby uformować tunel łączący dwa odległe punkty i utrzymać na tyle długo, by ktokolwiek zdołał się nim przedostać na drugą stronę.

— Nie musisz tego robić — powiedział Drasan cichym, ochrypłym głosem, ponieważ nagle zaschło mu w gardle.

Wilkołak uśmiechnął się tylko, po czym zanurzył cienkie ostrze w wypełniającym fiolkę płynie. Uśmiechając się nieprzerwanie, szybkim ruchem rozciął skórę na piersi księcia. Zapiekło, jednak już po chwili rana zasklepiła się tak, iż został po niej jedynie różowy ślad. Sztylet i naczynko zniknęły, a dwóch osiłków puściło Drasana. Młodzieniec z niedowierzaniem oglądał swoją pierś. Po chwili po rozcięciu nie pozostał nawet ślad. Boris gestem nakazał pomagierom by się cofnęli, po czym przeciął krępujące młodzieńca więzy i szerokim gestem wskazał na otaczający go las.

— Droga wolna — rzekł.

Książę nawet nie drgnął. Nie zamierzał ryzykować. Jeżeli wilkołak mówił prawdę, to właśnie został otruty, a co za tym idzie, pozostało mu trzy góra cztery dni życia. Niespodziewanie pojawiło się pytanie. Co jeśli odsiecz się nie zjawi? Może rzeczywiście mają coś innego do roboty. Spojrzał w stronę lasu, a potem na Borisa. Nie miał wyjścia.

Większość ludzi wilkołaka siedziała już w siodłach. Nachmurzona Ulrica nadal stała opodal łypiąc na niego spode łba. Boris wrócił do swojego konia i znów zaczął gładzić go po szyi, celowo nie patrząc w stronę księcia. Nagle rozległo się, dobrze znane Drasanowi, rżenie i spomiędzy drzew wyłoniło się dwóch potężnych mężczyzn siłując się z wierzgającym Ernilem, który raz po raz stawał dęba. Ogier dzielnie stawiał opór, jednak widać było, że jest wyczerpany. Jego szyję i pierś obryzgała piana wydobywająca się z pyska. Widok ukochanego wierzchowca sprawił, że Drasan podjął decyzję. Jeśli będzie dość szybki dotrze do Ernila nim ktokolwiek zdąży zareagować. Być może wtedy uda mu się uciec.

Ruszył naprzód, ale po chwili zmienił zamiar. Zatrzymał się i spojrzał na grupkę najemników, żaden z nich nawet nie drgnął. Patrzeli na niego w ponurym milczeniu, jakby byli ciekawi czy się odważy. Jednakże Drasan nie był głupcem.

Odwrócił się w stronę Borisa i spostrzegł, że ten się uśmiecha. Zupełnie jakby dobrze wiedział co się dzieje w głowie księcia. Pół-smok po raz ostatni spojrzał tęsknie w stronę gąszczu, mając w pamięci wizję długiej agonii, zdecydował, że na razie pojedzie z wilkołakiem. Może nadarzy się bardziej sprzyjająca okazja do ucieczki. Ku jego zaskoczeniu, Boris nawet słowem tego nie skomentował. Po prostu podszedł bliżej ciągnąc za cugle wielkiego ogiera i wskazał mu miejsce w siodle. Drasan oparł rękę na łęku i bez wysiłku wspiął się na grzbiet konia.

— Możemy ruszać — oznajmił Boris pozostałym, chwytając za luźne wodze swojego wierzchowca.

Jednak Ulrica nie ruszyła się z miejsca.

— A co zrobimy z jego koniem? — zapytała wskazując na Ernila, który nadal dzielnie stawiał opór.

Wilkołak zerknął zdrowym okiem na parskającego wściekle ogiera, po czym spojrzał na księcia i powiedział przesadnie uprzejmym tonem.

— Wasza Wysokość raczy rozwiązać problem, inaczej wpakuje mu bełt między oczy.

Wiedząc, że nie ma wyjścia, Drasan spojrzał w oczy swojego konia, po czym wyszeptał kilka słów, których nauczył go Ashkan. Ogier natychmiast przestał się szarpać i pozwolił się poprowadzić zdyszanym mężczyznom. Zadziałała magia wpajana królewskim koniom już od źrebięcia. Uczono je między innymi reagowania na kilka uspokajających zaklęć wypowiadanych w starożytnym języku. Pozwalało to jeźdźcowi na zachowanie kontroli nad przerażonym zwierzęciem, nim te rzuci się do ucieczki. Dlatego reakcja książęcego rumaka nie zrobiło na wilkołaku najmniejszego wrażenia. Bez słowa i cienia strachu podszedł do Ernila. Ogier położył uszy po sobie i ostrzegawczo kłapnął zębami. Z gardła Borisa wydobył się cichy warkot i już po chwili zaczął się zmieniać. Stanowiło to widok mrożący krew w żyłach. Proces przemiany wykrzywił, wciąż ludzkie rysy, grymasem niewyobrażalnego bólu. Podczas gdy członki rosły, ubranie pękało z donośnym trzaskiem, a spod skóry wyrosło gęste buro-czarne futro. Na koniec wydłużyła i rozciągnęła się twarz, tworząc wilczy pysk, który momentalnie pokrył się czarną szczeciną. W efekcie bestia przypominała stojącego na tylnych łapach wilka, wielkości sporego niedźwiedzia.

Na widok przerażonej miny Drasana, pysk Borisa, który podobnie jak w ludzkiej postaci przecinała podłużna szrama, rozciągnął się w szerokim uśmiechu, ku zaskoczeniu zarówno księcia, jak i osłupiałej Ulricy, przemówił nieco ochrypłym, ale zdecydowanie ludzkim głosem:

— Szkoda tracić cenny czas. Musimy się dostać do portalu zanim zaskoczy nas towarzystwo wojsk wysłanych przez Wayę.

To mówiąc podszedł do swojego konia, który nie okazał cienia strachu — chwycił za wodze i bez ostrzeżenia ruszył w kierunku gąszczu. Ulrica z trudem opanowała swojego rumaka, który szarpał się i rżał. Wściekła najemniczka warknęła pod nosem kilka przekleństw i podążyła w ślad za wilkołakiem.

Boris wiódł ich w sobie tylko znanym kierunku, potężnym cielskiem torując sobie drogę — łamiąc grube konary, jakby to były cienkie gałązki. Dzięki temu, pomimo że drzewa rosły dość gęsto, poruszali się ze znaczną szybkością. Za nimi jechała kobieta, a pochód zamykało pięciu wojowników Gaenora. Pozostałych pięciu wilkołak wysłał przodem na zwiad.

W pierwszej chwili Drasan nie zrozumiał dlaczego przedzierają się przez bezdroża, skoro niedaleko stąd biegnie ubity trakt, którym można by było bez trudu dojechać do granicy. Boris obrał jednak kierunek na północ, w stronę rzeki. Nie kierował się jednak do brodu ani mostu, bo nieznacznie skręcał na wschód. Księciu zdawało się to nieco dziwne. Dopiero kiedy las znacznie się przerzedził i można było jechać w wyprostowanej pozycji, odważył się zapytać:

— Po co przedzieramy się przez puszczę, skoro mogliśmy jechać wygodnie i szybciej, gościńcem?

Ku jego jego zaskoczeniu Boris zatrzymał się i odrzekł:

— Owszem, mogliśmy jechać gościńcem, ale nie chciałem ryzykować spotkania z twoimi przyjaciółmi. Idąc przez las mogę tego uniknąć. Dopóki nie ma tu tej wiedźmy Wayi, nikt nie jest w stanie mi przeszkodzić w wykonaniu zadania. Nawet ty, zajmując mnie rozmową. W porównaniu z umiejętnościami, jakie posiadłem przez te wszystkie lata, kiedy uczyłem się panowania nad moją drugą naturą, twoje są mizerne. Gdybym chciał już byłbyś martwy i na nic by się zdały jej nauki. Nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem, szczeniaku, więc radzę ci: siedź cicho i nie próbuj opóźniać marszu swoimi dziecinnymi gierkami — to warknąwszy ruszył dalej.

Drasan zacisnął szczęki, czując upokorzenie i wstyd. Jak mógł być tak naiwny? Swoją bezmyślnością naraził zarówno tych, których kochał, jak i całe królestwo. A teraz pozostał bezsilny w rękach tego potwora. Po raz pierwszy strach rzucił cień na jego myśli. Co z tego, że zablokują gościńce, skoro Boris najwyraźniej wiedział jak te blokady ominąć? Okazał się o wiele sprytniejszy, niż książę przewidywał. Pozostało mu tylko czekać na to, co nastąpi i pogodzić się z faktem, że jest teraz jeńcem.

Boris najwyraźniej obrał sobie za cel jak najszybsze wyjście z lasu. Wciąż poruszał się tym samym tempem, nieustannie nastawiając uszu — jakby w oddali słyszał odgłosy zbliżającej się pogoni. Ulrica jechała za nimi, pochylona nisko w siodle, by głową nie zawadzić o niskie gałęzie i raz po raz klęła pod nosem, niezadowolona z drogi jaką obrał.

Wreszcie wilkołak stanął, gestem zatrzymując swojego konia. Uniósł wielki, trójkątny łeb i zaczął węszyć, a jego oko zalśniło. Puścił wodzę i zaczął się z zawrotną prędkością wspinać na pobliskie drzewo. Gdy znalazł się tak wysoko, że mógł rozejrzeć się po okolicy, ujrzał rzekę, a nad nią dwóch żołnierzy lekkiej jazdy. Poczuł jak wzbiera w nim chęć zasmakowania krwi, której nie kosztował od dawna. Pierwotny wilczy zew odezwał się w nim z ogromną siłą — chęć zapolowania. Wiedział, że tylko dzięki temu, iż potrafił w znacznym stopniu panować nad naturą stał się nieocenionym narzędziem zniszczenia w rękach pięknej czarownicy. Nadarzała się wspaniała okazja, by pokazać temu gnojkowi, że nie warto zgrywać bohatera. Najpierw jednak musiał poskromić głód tak, by łatwiej przyszło wykonać powierzone mu zadanie. Ogarnięty tą myślą, zeskoczył z drzewa, zgrabnie lądując na czterech łapach. Kasztan Ulricy stanął dęba, omal nie wysadzając jej z siodła. Zirytowana kobieta starała się nad nim zapanować, patrząc na Borisa z odrazą.

— Jesteśmy już blisko. Zaraz wyjdziemy na otwartą przestrzeń — oznajmił im z wyraźną radością.

Drasan nie zrozumiał dziwnego podniecenia w jego głosie. Chociaż domyślał się, co może być jego powodem. Zapewne w wilkołaku odezwała się mordercza natura i zamierzał jej ulec.

— Jeśli zamierzasz zrobić to o czym myślę wiedz, że tak mnie nie złamiesz. Widziałem śmierć wiele razy i nie przeraża mnie ona tak bardzo, jak ci się wydaje — odezwał się młodzieniec sam zaskoczony swoimi słowami.

Potwór obrócił się do niego i odpowiedział.

— Nawet gdybyś podwoił swoje wysiłki, nie zdołasz mnie odwieść od tego, co zamierzam. Od dawna nie miałem okazji skosztować ludzkiego mięsa, a teraz nadarzyła się ku temu świetna sposobność. Ponadto chce się trochę zabawić. Czerpię z zadawania śmierci taką samą rozkosz, jak ludzie z cielesnych uciech. Obserwowanie jak gaśnie światło życia w oczach moich ofiar napawa mnie euforią. Wiem, że nie boisz się śmierci — zaśmiał się nieprzyjemnie — ale jeszcze zaczniesz… szybciej niż ci się wydaje.

Po tych słowach, jakby nic się nie wydarzyło, wznowił marsz obierając ten sam co uprzednio kierunek.

Las rzedł, jechali więc swobodnie gęsiego. Po pewnym czasie, który zdawał się wiecznością, przedarli się przez gąszcz i wyjechali na otwartą przestrzeń. Przed nimi rozciągała się rzeka, która płynęła wijąc się meandrami, szumiąca lekko. Boris znowu się zatrzymał. Zdawał się odczuwać jeszcze większe podniecenie gdyż jego szerokie nozdrza drgały. Bezustannie też strzygł uszami. Wreszcie powiedział do Ulricy:

— Pilnuj go dobrze. Tylko pamiętaj, że włos nie może mu spaść z głowy, inaczej zapłacisz za to… życiem. Możecie rozbić tu obóz. Tylko bez żadnego ognia — zrobił przerwę i spojrzał wymownie na księcia — nie chcemy by nasz jeniec znów spróbował skorzystać ze swojej mocy. Strzeż też jego broni. Jest bardzo cenna i ma razem z nim trafić w ręce Dhalii. Nikt, prócz mnie nie ma prawa jej dotykać. — Omiótł groźnym spojrzeniem pozostałych po czym dodał — czy wyrażam się dość jasno i wszyscy zrozumieli co mają robić?

— Jak słońce — odparła kobieta głosem pozbawionym emocji, po czym dodała. — Na twoim miejscu nie zostawiałabym jeńca, który jest tak cenny. A co jeśli w okolicy pojawi się jakiś zbłąkany oddział Wayi?

— Wtedy ich zabijecie. Byle po cichu. Książę do mojego powrotu ma pozostać związany i w razie potrzeby zakneblowany. Jeszcze jakieś pytania? — Boris spojrzał po twarzach swoich ludzi, ale tym razem nikt się już nie odezwał.

Ulrica z nieco nadąsaną miną podeszła do ogiera należącego do Borisa, z Drasanem na jego grzbiecie. Książę zmierzył ją obojętnym spojrzeniem.

— Zsiadaj! — rozkazała mu ostrym tonem.

Drasan początkowo nie zareagował, obserwował tylko jak potwór znika między gęsto rosnącymi drzewami, jednocześnie zastanawiając się, czy właśnie nie nadarza się jedyna okazja do ucieczki. Jednak mina mu szybko zrzedła, gdy zobaczył wykrzywioną grymasem wściekłości twarz najemniczki, która wyraźnie nie była zachwycona rolą powierzoną przez wilkołaka.

A więc nici z ucieczki — pomyślał, po czym pogodzony z losem posłusznie zsunął się z siodła.

Kobieta uśmiechnęła się drwiąco i powiedziała:

— Wreszcie jakieś postępy. Nie radzę ci próbować żadnych sztuczek ze mną. Nie dam się zwieść.

Zignorował ją, choć w środku aż gotował się ze złości.

Ulrica popchnęła go w stronę najbliższego drzewa, tak, iż plecami boleśnie uderzył o gruby pień. Przyglądając się mu czarnymi jak dwa węgle oczami, powoli oblizała wargi. Drasan już wiedział, co zaraz nastąpi, lecz zanim zdążył zaprotestować przywarła do jego ust, wpijając się w nie z zadziwiającą siłą. Oszołomiony próbował się wyrwać, ale kobieta przyległa do niego całym ciałem, jedną dłonią wczepiając się w jego włosy. Pod cienkim materiałem, wyczuwał wyraźnie krągłości jej ciała. Gdy wreszcie go puściła w jej spojrzeniu błyszczał tryumf i pożądanie. Patrząc na niego z lekkim uśmiechem wyszeptała:

— Szkoda, że nie możemy się lepiej poznać. Mam przeczucie, że jesteś niezły również w innych dziedzinach.

Książę już miał coś powiedzieć, ale położyła palec na jego wargach.

— Milcz! — syknęła po czym dodała już swobodniejszym tonem. — Nie psuj tej chwili. Zapamiętaj ją sobie dobrze, bo może to być ostatnie przyjemne doznanie w twoim życiu.

Drasan patrzał na nią zaciskając zęby. Gdyby tylko nie czuł się tak słaby to pokazałby tej żmiji, co naprawdę myśli o tym pocałunku. Splunął na ziemię. To był błąd. Najemniczka uderzyła go otwartą dłonią w twarz, rozcinając mu tym wargę. Z ukrytej na lewym udzie pochwy wyciągnęła niewielki sztylet i błyskawicznie przystawiła go mu do gardła, sycząc jak rozjuszona kotka.

— Uważaj szczeniaku. Bo mimo gróźb Borisa, wyłupie ci tę butę z oczu. Zapomnij o odsieczy i ucieczce. Nim zajdzie słońce znajdziesz się w Rosher, a tam już nauczą cię dobrych manier.

Po tych słowach puściła go i schowała ostrze. Młodzieniec poczuł ulgę, ponieważ przez chwilę był pewien, że najemniczka spełni swoją groźbę. Tymczasem ona pchnęła go ponownie na drzewo i zaczęła przywiązywać go do niego grubym sznurem, zaciskając więzy mocniej niż to konieczne. Gdy skończyła raz jeszcze na niego spojrzała i rzekła jadowitym tonem.

— Wierz mi, że to, co cię czeka w Kahaer jest znacznie gorsze od śmierci. Twardsi od ciebie płaczą na torturach jak małe dzieci. Niewielu to wytrzymuje i zdecydowana większość traci zmysły. Jeśli masz choć odrobinę zdrowego rozsądku to ulegnij, zanim stracisz wszystko co ci drogie.

— Nigdy — warknął Drasan. — Dopóki starczy mi sił będę walczył. Aż do ostatniego dnia mojego życia — wycharczał.

Ulrica uśmiechnęła się szyderczo.

— Wciąż jesteś urzekająco naiwny. Jeszcze nic nie zrozumiałeś? Okłamano cię. Nie jesteś tylko zwykłym gnojkiem, który ma talent do wpadania w tarapaty. Wielu cię szukało, ale Waya potrafi ukrywać dowody. Przed wszystkimi zataiła fakt twoich narodzin. Pochowała twoją matkę w bezimiennym grobie, tak, by nikt jej nie szukał. I przez lata karmiła cię kłamstwem o tym, że nie znała jej pochodzenia. Jest czarownicą, znała ten fakt na długo przed twoim poczęciem. Zrozumiała kim jesteś i dlatego…

— Zamilcz! — krzyknął, nie mogąc dłużej tego znieść. To było boleśniejsze niż cios w twarz. Kobieta, która go wychowała i kochała jak własnego syna… miałaby go okłamywać? To nie mogło być prawdą. Nie byłaby w stanie skrzywdzić go w ten sposób. A jednak im bardziej o tym myślał, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że Waya zawsze unikała rozmów o jego rodzicielce. Gdy zadawał zbyt wiele pytań, zbywała go wymijającymi odpowiedziami. Wiedział tylko tyle, ile według niej, powinien wiedzieć.

— To proste, Drasanie. Gdybyś wiedział, ona nie miałaby nad tobą kontroli. Jesteś od niej znacznie potężniejszy. Tylko twój talent nie jest jeszcze ujarzmiony. Stanowisz zagrożenie dla siebie i najbliższego otoczenia, a Waya doskonale o tym wie — rzekła najemniczka nie przestając go obserwować.

Młodzieniec spojrzał na nią. Czuł się pokonany, rozbity.

— Odpowiedź mi na jedno pytanie; Dlaczego ja?

Ulrica spojrzała mu prosto w oczy.

— Już jutro spotkasz tę, która zna odpowiedzi na te i wiele innych dręczących cię pytań — powiedziała ściągając siodło ze swojego wierzchowca i ustawiając je pod drzewem. — A teraz skorzystaj z mojej dobrej rady i spróbuj się zdrzemnąć dopóki masz okazję.

To powiedziawszy oparła głowę o kulbakę i przymknęła oczy dając mu tym samym do zrozumienia, że rozmowa właśnie dobiegła końca.


* * *


Boris zaczaił się tam, gdzie drzewa rosły blisko rzeki i ze swego miejsca obserwował dwóch gwardzistów, którzy rozbili obóz nad brzegiem. Ich konie pasły się nieopodal, rozsiodłane i puszczone luzem. Broń złożyli blisko siebie, by w razie potrzeby móc szybko po nią sięgnąć. Wyraźnie rozluźnieni toczyli między sobą dyskusje. Wilcze zmysły potwora łowiły zapach pieczonej na ogniu dziczyzny. Stopniowo wzbierała w nim chęć mordu, ale czekał cierpliwie ukryty wysoko w koronie potężnego dębu rosnącego blisko obozowiska. Z doświadczenia wiedział, że najlepiej jest atakować z zaskoczenia, wtedy ofiara nie ma żadnych szans. Uśmiechnął się na myśl o zbliżającym się posiłku.

Wreszcie mężczyźni zdecydowali się położyć. Na to czekał. Zeskoczył z drzewa i zaczął się po cichu skradać, tak by ich nie obudzić. Gdy wreszcie znalazł się przy swoich ofiarach, wydał z siebie niski gardłowy warkot. Uwielbiał to robić. Obserwowanie ich twarzy zastygłych w przerażaniu sprawiało mu dodatkową satysfakcję.

Na widok wilkołaka gwardziści zerwali się na nogi, sięgając po ostrza, ale było już za późno. Boris z ogromną siłą cisnął jednego na bok i potężnym chwytem zmiażdżył krtań drugiego, po czym rozszarpał mu pierś i brzuch tak, że wszystkie wnętrzności wylały się na ziemie. Drugiego, tego który jeszcze żył, chwycił za gardło, błyskawicznym ruchem uzbrojonej w ostre pazury łapy wyszarpał mu z piersi serce i patrząc na jego zastygłą w przerażeniu twarz, wepchnął je sobie do pyska. Odrzucił truchła na bok, uniósł w górę trójkątny łeb i zawył głośno, triumfalnie. Zaspokoiwszy żądze mordu, rzucił się na ciała zabitych i zaczął je łapczywie pożerać.


* * *


To, co Drasan usłyszał, na zawsze zapadło mu w pamięć. Nawet Ulrica zerwała się na równe nogi słysząc dźwięk mrożący krew w żyłach. Żadne zwierze nie wydaje takich odgłosów, żadne poza… Oboje domyślali się co oznaczał. Boris polowanie zakończył sukcesem. Za chwile, gdy już skończy ucztować, zjawi się tu z uwalanym krwią pyskiem i wyda rozkaz do wymarszu. Młodzieniec czuł obrzydzenie do tego potwora, ale jednocześnie się go bał. Nie mógł zaprzeczyć, że jego siła i przerażająca żądza mordu nawet i jego napawają lękiem. Ulrica szybko odzyskała równowagę i na jej usta powrócił uśmiech. Nawet zdecydowała się na swobodną rozmowę.

— Widzę, że jesteś tym głęboko wstrząśnięty. Cóż Boris to tylko narzędzie zniszczenia w rękach Dahlii. Jest jej ślepo posłuszny, chociaż szczerze nią gardzi. Dlatego nie odważy się cię tknąć — powiedziała, patrząc księciu prosto w oczy.

Drasan spuścił wzrok i wymamrotał cicho:

— To już nie ma znaczenia. Wychowałem się w kłamstwie, a osoba, której bezgranicznie ufałem… zawiodła mnie.

Ulrica uśmiechnęła się smutno.

— Jesteś młody i naiwny. Nie wiesz jeszcze co cię czeka. A kiedy się dowiesz każdego dnia będziesz marzył o śmierci — odrzekła, a w jej czarnych oczach Drasan po raz pierwszy ujrzał smutek. — Ona zmusi cię do posłuszeństwa, jak setki lat temu zmuszono mnie.

Młodzieniec nie miał pojęcia, co ta kobieta może mieć na myśli, ale czuł, że jego sytuacja z minuty na minutę jeszcze się pogarsza.


* * *


Gdy dzień miał się już ku końcowi, a słońce zabarwiło wody rzeki na złoto, zobaczyli zbliżającego się pojedynczego jeźdźca. Boris w swojej ludzkiej postaci wracał do obozu, z zarzuconym na nagie ramiona purpurowym płaszczu. Na jego piersi widniały zaschnięte plamy krwi, podobnie jak na czarnych skórzanych spodniach. Zatrzymał rosłego, gniadego ogiera i bez zbędnych wstępów rozkazał:

— Przyprowadźcie księcia i mojego konia.

Trzech wojowników natychmiast ruszyło wypełnić rozkaz swojego dowódcy. Jeden z nich wrócił po chwili ciągną za cugle wielkiego karosza. Pozostałych dwóch osiłków zajęło się rozwiązywaniem krępujących Drasana więzów, pozostawili mu jedynie skrępowane nadgarstki. Jeden z nich mocnym, zdecydowanym szarpnięciem postawił go na nogi, a drugi popchnął do przodu. Boris czekał tam już na niego z uśmiechem samozadowolenia na szpetnym obliczu.

— Mam nadzieje, że nasz gość się nie nudził i zapewniliście mu godziwą rozrywkę — powiedział z nutą sarkazmu.

Demon zagrzebał niecierpliwie kopytem.

Kontynuując to żenujące przedstawienie, Boris skłonił się ironicznie i powiedział, naśladując ton pokornego sługi:

— Zapraszam, wasza wysokość.

Milczący dotąd wojownicy ryknęli śmiechem. Drasan mógł się zdobyć tylko na harde spojrzenie prosto w pokiereszowaną twarz potwora. W jego sercu zaczynała wzbierać nienawiść. Na wilkołaku nie zrobiło to żadnego wrażenia i dalej ciągnął tę farsę:

— Zapewne miałeś zapewnione wszelkie wygody — zrobił dłuższą przerwę pozwalając swoim podwładnym wyśmiać się do woli, po czym chwycił młodzieńca za przód koszuli i przysunął ku sobie. Zniżył głos do szeptu, tak by nikt poza nimi tego nie usłyszał. — To zaledwie pierwsza lekcja, wyniosły szczeniaku. Dobrze ją sobie zapamiętaj, bo od tej chwili będziesz mnie słuchał, czy tego chcesz, czy nie.

Po tych słowach puścił księcia, nie przestał go jednak uważnie obserwować swoim jedynym okiem.

Drasan wytrzymał jego spojrzenie, ale w duchu postanowił, że nie ugnie się przed nim. Może go upokorzyć i traktować brutalnie, ale nie zmusi go tym do posłuszeństwa. Tak, jak poprzednio pomimo skrępowanych rąk bez problemu wspiął się na siodło. Jednak tym razem Boris zajął miejsce tuż za nim.

— Dla bezpieczeństwa zadania pojadę sam. Wy zostaniecie tu. Pod moją nieobecność to Ulrica wydaje rozkazy. Jeżeli ktoś się pojawi, obojętnie — żołnierz chłop czy dziwka — to po prostu go zabijcie. Absolutnie nikt nie może się tędy przedostać. — Boris mówił głosem nieznoszącym sprzeciwu, a wszyscy byli w niego wpatrzeni — poza tym wiecie co robić.

Po jego przemowie wszyscy się rozeszli i wrócili do swoich zajęć, jedynie Ulrica pozostała na swoim miejscu. Patrzała księciu prosto w oczy, jakby chciała mu przekazać milczące ostrzeżenie. Boris obrócił konia na zachód i ruszył wąskim piaszczystym brzegiem, który oddzielał rzekę od lasu. Jechali stępa posuwając się blisko linii drzew, jakby wpasowując się w rzucany przez nie cień. Demon zostawiał wyraźne, głębokie ślady kopyt na mokrym piasku. Drasan domyślił się, że wszystko co zaplanował ten potwór jest dokładnie przemyślane, z rozmysłem wybierał takie miejsca, gdzie rzeka była tak głęboka, że nie sposób było się przez nią przeprawić konno, a las rósł tak gęsto, iż stali się właściwie niewidoczni. Samotnego jeźdźca było o wiele trudniej wytropić. I to dlatego postanowił jechać tylko z księciem na jednym wierzchowcu.

Powoli zapadał zmrok, wkrótce widoczność ograniczyła się zaledwie do kilku stóp przed koniem. Dotarli do miejsca, gdzie rzeka tworzyła szerokie rozlewisko. Boris skierował wierzchowca w tamtą stronę, tym samym brodząc w wodzie aż po strzemiona. Znaleźli się na czymś w rodzaju wyspy, która utworzyła się pośrodku, w miejscu gdzie woda odcięła kawałek lądu. Wyspę porastały gęste szuwary i niskie krzaki, a na samym jej brzegu sięgając korzeniami wody rosła wierzba. Wilkołak przesunął się w jej kierunku prowadząc konia wzdłuż pasa mielizny, który biegł dookoła skrawka lądu. Drasan dopiero teraz zauważył, że pośród zarośli przewija się cieniutkie pasmo ogniskowego dymu. Boris zsunął się z siodła i pociągnął wierzchowca w tamtą stronę. Kiedy znaleźli się na stałym lądzie w pobliżu potężnego pnia drzewa, rozkazał księciu:

— Zsiadaj!

Mając w pamięci niedawne groźby, Drasan posłusznie zszedł z siodła i ruszył za nim przedzierając się przez gęste krzaki w stronę zauważonego wcześniej dymu. Znaleźli się na małej polance pośrodku wyspy. Rzeczywiście było tam niewielkie ognisko, nad którym nabity na rożen piekł się nieduży zając. Zapach świeżej pieczeni poraził nozdrza młodzieńca, uświadamiając mu jak bardzo jest głodny. Przy ognisku siedziała kobieta, o długich do pasa czarnych włosach. Kiedy się do nich odwróciła, Drasan aż westchnął z zachwytu. Nigdy wcześniej nie widział piękniejszej istoty. Miała duże jasnoniebieskie oczy i pełne, doskonale kontrastujące z porcelanową cerą krwistoczerwone usta. Idealnie harmonijnej figury nie zdołała zamaskować nawet prosta, męska tunika, wyraźnie odznaczały się pod nią zarówno piersi, jak i krągłe biodra. Szczupłą talię opasywała szeroka czerwona szarfa, a obcisłe skórzane spodnie wpuszczone miała w długie jeździeckie buty.

Nie wydawała się zaskoczona ich widokiem. Ze spokojem i ciekawością przyglądała się księciu, uśmiechając się lekko i prezentując tym samym równe zęby, połyskujące w blasku ognia niczym sznur pereł.

— Spóźniłeś się — odezwała się kierując te słowa do Borisa. — Ale jak widzę wypełniłeś powierzone ci zadanie.

Boris nic nie odpowiedział, zdradzało go jednak pełne pogardy spojrzenie. Drasan od razu zrozumiał, że tych dwoje nie darzy się sympatią.

— Rozwiąż go. W mojej obecności więzy są zbędne — rozkazała, a jej oczy błysły złowieszczo.

Potwór nie ugiął się pod tym spojrzeniem.

— Sama go rozwiąż — warknął w odpowiedzi.

Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi i przymknęła oczy. Więzy opadły same.

Książę zaczął rozcierać zdrętwiałe i poranione nadgarstki. Boris popchnął go w kierunku ogniska, po czym znowu warknął z pogardą w głosie:

— Dość tych przechwałek, czas nas goni. Musisz otworzyć nam teleport do Rosher.

Kobieta zignorowała go całkowicie i zwróciła się do Drasana z niesamowitą uprzejmością.

— Usiądź książę, musisz być głodny.

Zapach pieczeni, który już od jakiegoś czasu drażnił nozdrza księcia sprawił, że z chęcią przyjął jej zaproszenie. Rozsiadł się przy ognisku, oderwał sobie spory kawałek mięsa i zaczął go łapczywie pożerać. Kobieta przyglądała mu się z pobłażliwym uśmiechem. Gdy już zaspokoił głód, klasnęła w dłonie, a resztki tego, co zostało z pieczeni natychmiast zniknęły.

— A teraz pozwól, że ci wyjaśnię dlaczego tu jesteś — zaczęła patrząc mu głęboko w oczy. — Będzie to dłuższa opowieść, musisz więc uzbroić się w cierpliwość.

Drasan spokojnie przyjął wygodniejszą pozycje, nie spuszczając wzroku z gibkiego ciała czarownicy. Miała w sobie coś, co go pociągało i przerażało zarazem. Naraz przypomniał sobie dlaczego do tej pory nie skorzystał ze sposobności ucieczki i postanowił wykorzystać tę niespodziewaną uprzejmość.

— A co z trucizną, którą podał mi ten drań? — zapytał, ruchem głowy wskazując na Borisa. — Przecież nie zadaliście sobie tyle trudu żeby mnie pojmać żywcem tylko po to, żebym skonał w drodze.

Kobieta przyjrzała mu się z namysłem, po czym niespodziewanie roześmiała się w głos.

— Rzekoma trucizna, którą zaaplikował ci mój podwładny, to jedynie nieszkodliwy eliksir uspokajający z odrobiną fluorescencyjnego proszku. — rzekła rozbawionym tonem. — Nie przejmuj się tym jednak, jego działanie jest krótkotrwałe. — dodała wyraźnie zachwycona widokiem jego zaskoczonej miny.

Drasan zacisnął dłonie w bezsilnej złości skierowanej przeciwko samemu sobie. Dał się zwieść niczym dziecko! Nie tylko wziął na poważnie groźby Borisa ale w dodatku pozwolił się tu przywieść. A mógł uciec w każdej chwili! Wystarczyło wykorzystać do tego chwilową nieobecność wilkołaka. Wszak kilku najemników nie stanowiło dla niego żadnej przeszkody.

— Skoro wyjaśniliśmy już sobie kwestię twojego otrucia, chciałabym żebyś w zamian spokojnie wysłuchał tego co mam ci do powiedzenia. — powiedziała czarownica uśmiechając się do niego w ten nieco denerwujący pobłażliwy sposób. — Jak się zapewne domyślasz, nie jesteś człowiekiem. Twoją matką była księżniczką Shantaryanu, Ayla ojcem zaś Smok imieniem Caerhaellen. Shantaryanie uważają się za wyższą rasę, bo w ich żyłach częściowo płynie krew elfów i mieszanie się z innymi rasami uważają, za coś obrzydliwego. Dlatego wygnali twoją matkę z wyspy. Myśleli, że zginie, a wraz z nią przepadnie ich hańba. I tak się stało, rzeczywiście umarła, przedtem jednak zdążyła wydać na świat ciebie. Początkowo sądziłam, że należy cię zgładzić z powodu przepowiedni, o której zapewne słyszałeś. Później jednak dotarło do mnie, jak wielki masz potencjał. Ten mały popis, który dałeś nim Boris cię pojmał to nic w porównaniu do tego, co będziesz umieć po pierwszej przemianie.

Młodzieniec słuchał tego z niedowierzaniem. W tym, co mówiła nie było sensu. Miałby być półsmokiem? Totalna bzdura! Nie czuł się jakoś szczególnie. Wyjątek stanowił ten dar, a może jednak przekleństwo. W końcu omal nie pozbawiło go to życia i zmusiło do kapitulacji. A jego matka? Co tak naprawdę o niej wiedział? Tylko tyle, że zmarła przy porodzie. Ojciec? Nawet o nim nie słyszał. Ale żeby zaraz Smok? Nie, to brzmiało zbyt absurdalnie.

— Nie jestem tym o kim mówisz — odrzekł, uśmiechając się z lekkim zażenowaniem. — To pomyłka.

— Okłamano cię Drasanie. Waya wolała to zachować w sekrecie, nawet przed tobą. Na świecie nie ma zbyt wiele półsmoków, dlatego ciężko jest zgadnąć jaką mocą dysponują. Dopóki nie dojrzeją do przemiany, ich zdolności są niebezpieczne zarówno dla otoczenia, jak i dla nich samych — o czym zresztą już się przekonałeś. — Ponownie się uśmiechnęła, prezentując swoje olśniewające zęby.

— On i tak ci nie uwierzy — prychnął Boris. — Ta wiedźma zbyt głęboko zaszczepiła swoje kłamstwa w jego sercu.

— To kwestia czasu — stwierdziła kobieta. — Smoki zwykle osiągają dojrzałość w wieku dwudziestu lat, ale on jest tylko półsmokiem dlatego zajmie mu to trochę więcej czasu.

— Tracicie tylko czas — odrzekł na to Drasan, wstając i patrząc na nich wyzywająco. — Ten dar, cokolwiek to jest, nie ma nic wspólnego ze Smokami. Nie jestem tym, którego szukacie.

— Usiądź Drasanie — powiedziała spokojnie. — Wszystko ci wyjaśnię. To jasne, że mi nie wierzysz. Wychowała cię Wilczyca z Sheardon, wmawiając ci zapewne, że twoje umiejętności nie mają żadnego znaczenia. Tymczasem, nie jesteś byle kim i na pewno nie znalazłeś się tu przypadkiem. To twoje przeznaczenie

— Nie wierzę w przeznaczenie — rzucił nadal stojąc.

Boris również wstał, a żyłka na jego skroni zaczęła mocno pulsować. Był wściekły.

— Siadaj szczeniaku! — warknął przez zaciśnięte zęby.

Dhalia zgromiła go spojrzeniem jak nieposłusznego psa.

— Borisie, co to za maniery względem naszego gościa? Nie życzę sobie agresji w moim towarzystwie. Wystarczy delikatna perswazja — powiedziała chłodno, ale zaraz na powrót uśmiechnęła się do księcia. — Możesz wierzyć w co chcesz, ale nie zaprzeczysz temu, że jesteś tu i ze mną rozmawiasz. A ja wiem, że tak właśnie miało być.

Drasan zmarszczył brwi. Nasunęło mu się na myśl jedno pytanie.

— Kim jesteś?

— Wiedziałam, że w końcu o to zapytasz — stwierdziła nie przestając się uśmiechać. Było w tym coś złowieszczego. — Na imię mam Dhalia i jak się zapewne domyśliłeś jestem czarownicą… Posiadłam też znacznie głębszą wiedzę na temat arkanów magii niż twoja opiekunka, Waya. Nie ma nas zbyt wiele, bo jak się domyślasz, toczyłyśmy między sobą walki o władzę. Teraz ten dar niemal całkiem zanikł wśród kobiet.

Młodzieniec słyszał opowieści krążące o tych mrocznych adeptkach magii, tak bardzo rozmiłowanych w pragnieniach własnego ciała i ogarniętych żądzą władzy nad światem. Podobno dysponowały potężną mocą magiczną i mogły żyć setki lat, jednocześnie zachowując młodość. Nie miał pojęcia ile z tego jest prawdą, ale patrząc na Dhalię, która wydawała się tak idealnie piękna, że niemal nierealna, powoli zaczynał rozumieć, że przynajmniej część tego to nie bajka, a wręcz przeciwnie — straszna rzeczywistość.

— Nadal nie rozumiem, po co to wszystko? — stwierdził.– Nie jestem tym za kogo mnie uważasz. A nawet gdybym był, nie przystałbym do ciebie.

Dhalia roześmiała się perliście.

— W tej chwili jesteś dla mnie marnym przeciwnikiem, Drasanie. Wyczerpałeś w walce większość sił. Nawet gdybym wręczyła ci miecz, nie byłbyś w stanie z niego skorzystać.

— Lepiej mnie nie prowokuj — książę uśmiechnął się paskudnie.

Boris też skrzywił usta w coś w rodzaju uśmiechu. Drasan nie mógł się oprzeć wrażeniu, że cała ta sytuacja ogromnie go bawi.

— Starczy tego gadania. W Rosher, Gaenor już z niecierpliwością oczekuje naszego gościa. Poza tym, wkrótce Waya odkryje mój mały fortel. Dlatego czas się stąd zbierać — powiedziała wstając i przeciągając się leniwie, świadoma spojrzenia młodzieńca.

— I co? Zaciągniecie mnie tam siłą? — zapytał hardo Drasan.

— Jeśli zajdzie taka potrzeba. Więc radzę ci iść po dobroci — Boris uśmiechnął się jeszcze paskudniej, obnażając przy tym pożółkłe zęby.

Dahlia zamknęła oczy i zaczęła bezgłośnie wypowiadać jakieś formuły. Palcem prawej dłoni nakreśliła w powietrzu okrąg, który rozjarzył się fioletowym blaskiem i zaczął się poszerzać, aż osiągnął taki rozmiar, że mógł ich swobodnie pomieścić. Kiedy to się stało, jego powierzchnia stała się gładka jak lustro, a w jego głębi można było wyraźnie zobaczyć pustynie Rosher z majaczącymi w oddali Górami Jednorożców. Boris bez słowa popchnął Drasana w kierunku przejścia. Przechodząc przez lustrzaną tafle, książę poczuł przenikliwe zimno. Przypominało to kąpiel w lodowatej wodzie. Po chwili stanął po drugiej stronie, mając przed oczami bezkresne pustkowie. Boris wyłonił się zaraz za nim ciągnąc za sobą swojego karego ogiera. Jako ostatnia przeszła Dhalia, a zaraz za nią portal zamknął się, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Mężczyzna stał w milczeniu, przyglądając się ponuremu krajobrazowi. Tutaj nie miał szans na odsiecz. Całe Rosher aż po góry przebywało pod panowaniem Gaenora. Nikt nie mógł mu pomóc. Był zdany tylko na siebie.

Rozdział 3

Wilcza Puszcza istniała od niepamiętnych czasów. Widziała chyba wszystkie wojny, jakie miały miejsce w tym świecie. Jej nazwa wzięła się od setek zamieszkujących ją wilków. Nie były to jednak zwykłe zwierzęta. Opowieści głosiły, że strzegły najmroczniejszych tajemnic. Ich Pani, Waya, często sama przybierała postać srebrnej wilczycy. Dlatego nazywana była Wilczycą z Sheardon. To ona wychowała Drasana jakby był jej własnym dzieckiem, czuwając nad jego bezpieczeństwem, dopóki wrodzona duma i buntownicza natura nie wpakowały go w kłopoty.

Królowa wiedziała, że nadchodzą mroczne czasy i nic już na to nie może poradzić. Jej czary chroniły tego chłopca tak długo, jak tylko znajdował się w granicach królestwa. Teraz jednak był zdany na siebie.

Nie była to łatwa decyzja. Waya przywiązała się do Drasana, miała nadzieje, że pewnego dnia to właśnie on zastąpi ją na tronie Sheardon. Mimo nalegań Mistrza Ashkana nie chciała, aby dowiedział się prawdy. Teraz żałowała, że mu nie powiedziała. Może wówczas wszystko potoczyłoby się inaczej.

— Pani — pokorny głos służącego, oderwał kobietę od ponurych rozmyślań.

Królowa westchnęła.

— Słucham Klaudiusie — odrzekła, odwracając się w jego stronę.

— Wrócił Mistrz Ashkan i prosi o audiencję — powiedział, zginając się w ukłonie.

Waya przyzwalająco kiwnęła głową.

— Niech wejdzie.

Klaudius skłonił się ponownie, podszedł szybkim krokiem do wielkich dębowych drzwi i otworzył je. Ashkan wkroczył do komnaty, w jego szarych oczach królowa dostrzegła smutek. Zrozumiała, co się stało jeszcze zanim się odezwał.

— Boris pojmał Drasana. J e j nigdzie nie widziałem, ale jestem pewien, że była w pobliżu. Wyczułem obecność czarnej magii.

Waya spuściła wzrok i jakby machinalnie przygładziła fałdy swojej czerwonej sukni.

— To moja wina — powiedziała zdecydowanym głosem. — Powinnam była mu powiedzieć dawno temu. A teraz pozostaje mieć nadzieje, że okaże się dość silny, by się jej oprzeć.

Jednorożec podszedł do niej bliżej. Jego twarz niczego nie wyrażała.

— Z pewnością zabierze go do Rosher, a tam już nie możemy mu pomóc. To będzie dla niego test siły, charakteru i umiejętności. Od tej pory musi sobie radzić sam.

Waya spojrzała mu w oczy. Wiedziała, że jest całkowicie bezsilny. Zadziałały siły przeznaczenia. Nie miał prawa im się przeciwstawić. Był mistrzem i członkiem Rady Starszych — musiał przestrzegać ustanowionych zasad.

— Ona go nie zabije. Zna przepowiednie lepiej niż ktokolwiek i wie jakie ma zdolności. Będzie się starała przeciągnąć go na swoją stronę — mówił spokojnym głosem, choć dla niego również było to bolesne.

Waya w milczeniu pokiwała głową.

— Musisz rozesłać wojsko by chronić mieszkańców. Niewykluczone, że Gaenor wkrótce wypowie nam wojnę. Ta wiedźma przez lata zatruwała jego serce, teraz jest przepełnione nienawiścią do ludzi. Jeśli i z Drasanem jej się to uda, będziemy zgubieni.

— Drasan jest inny — stwierdziła kobieta, podnosząc na niego wzrok. — Ma hart ducha swojej matki i serce ojca. Nie ulegnie jej tak łatwo.

Ashkan pokiwał głową w zamyśleniu, a na jego gładkim zwykle czole utworzyła się pojedyncza zmarszczka, co oznaczało, że jest on niezwykle zmartwiony zaistniałą sytuacją. Nie sądził, że kiedyś przyjdzie mu wybierać pomiędzy życiem tego chłopca, a posłuszeństwem wobec Rady.

Nie przestając wpatrywać się w krajobraz za oknem zamku, Waya rzekła w zamyśleniu:

— Trzeba powiadomić Yarreda. Od lat przyjaźni się z Drasanem, więc powinien wiedzieć.

— Ty to zrób. Ja muszę udać się w Góry Jednorożców by zasięgnąć rady Thoretta. Jest najstarszy i najmądrzejszy. Konieczne będzie też zwołanie narady, by ustalić co dalej — odrzekł Ashkan.

Waya patrzała na niego niewidzącym wzrokiem. Zdawała się nie do końca zrozumieć to, co jednorożec właśnie jej powiedział. W jej oczach zalśniły łzy, a po chwili już płakała wtulona w jego ramiona, a on machinalnie gładził ją po włosach.

Od tak dawna nie mieli okazji by być sam na sam. Jednak w głębi serca królowa wiedziała, że ten związek jest niemożliwy. Mimo to ciepło i spokój bijące od ukochanego ukoiły ból i żal.

— Wyruszam jeszcze dziś — powiedział, gdy uspokojona odsunęła się od niego. — Muszę się spieszyć, bo każda chwila jest niezwykle cenna.

Pokiwała głową na znak, że zrozumiała. Ashkan pochylił się, pocałował ją w czoło, po czym opuścił komnatę.

Waya została sam na sam ze swoimi myślami. Wiedziała, że jej panowanie wkrótce dobiegnie końca i być może widzi jednorożca po raz ostatni. Mimo to nie potrafiła się zdobyć na odwagę, by wyznać mu co do niego czuje. To była jej wielka wada — bała się, że nie potrafi ochronić tych, na których jej zależy. Dlatego straciła Drasana i obawiała się, że w ten sposób straci również Ashkana.


* * *


Yarred jak co dzień wykonywał swoje obowiązki. Ubrany w szary mundur, z narzuconą na niego lekką kolczugą i czerwonym kaftanem z wytłoczonym herbem królestwa — przedstawiającym wilczy łeb. Przy pasie miał długi miecz, a na plecach kuszę. Dosiadał rosłego, gniadego ogiera imieniem Bruen.

Robił właśnie przegląd oddziału, zebrawszy wszystkich na zamkowym dziedzińcu. Jego podwładni ustawili się w szeregu, każdy dosiadał równie wspaniałego rumaka. Wypolerowane hełmy i napierśniki lśniły w blasku poranka. Z wypiętymi naprzód piersiami wpatrywali się w swego dowódcę, oczekując na rozkazy. Mężczyzna był z nich bardzo dumny, wszyscy jak zawsze gotowi oddać swe życie za królową.

— Przed chwilą otrzymałem polecenie wyruszenia do wschodniej części królestwa. Mamy chronić mieszkańców tamtejszych miast i osad — rzekł spokojnie wiodąc spojrzeniem po twarzach wiernych mu gwardzistów. — To sprawa najwyższej wagi i liczę, że sprawicie się tak jak zwykle.

— Ku chwale królestwa! Niech żyje Królowa! — odpowiedzieli mu zgodnie.

— Wyjeżdżamy natychmiast by nie tracić cennego czasu. Część oddziału pojedzie wraz ze mną na północ, a pozostali ruszą na południe i wschód. Doszły nas wieści o tym, że widziano nieprzyjacielskie siły u brzegów Loony. Niewykluczone więc, że czeka nas bitwa.

Gwardziści w milczeniu słuchali jego słów.

— Niestety, niepomyślne wiadomości zjawiają się parami. Wróg pojmał i uprowadził naszego księcia. Ubolewam nad tym, lecz otrzymałem rozkaz by trzymać się z daleka od granicy Rosher. Każdy, kto nie posłucha zostanie potraktowany jak zdrajca. Naszym obowiązkiem jest ochrona królestwa i jego mieszkańców — powiedział wiodąc wzrokiem po swoich podkomendnych.

— Ku chwale królestwa! Niech żyje Królowa! — odpowiedział mu chór, lecz już z przygaszonym entuzjazmem.

Yarred wiedział, że wielu z nich nie rozumie decyzji swojej władczyni. Nie śmieli jej jednak kwestionować. Drasan był jej ulubieńcem, a mimo to zamierzała porzucić go na pastwę Gaenora. Coś tu było nie tak i zamierzał dowiedzieć się — co. Teraz jednak wzywały go obowiązki.

Oddział ruszył. Mijając bramę rozpędzili konie do galopu. Przeszło dwusetka dzielnych rycerzy, po raz pierwszy opuszczała mury zamku, którego przysięgli bronić.


* * *

Karczmarz purpurowy na twarzy wymachiwał skórzaną sakiewką przed nosem młodej dziewczyny.

— Tylko tyle?! — zapytał.

Mara spojrzała mu hardo prosto w małe, świńskie oczka. Mimo pokrywającej twarz grubej warstwy brudu widać było, że dziewczyna jest wyjątkowej urody. Płomiennorude włosy opadały kaskadą sięgając pośladków, duże jasnoniebieskie oczy błyszczały niezwykłym ogniem. Suknia, którą miała na sobie zapewne kiedyś była kremowa, teraz podarta i brudna opinała niezwykle ciasno jej szczupłe ciało, podkreślając wszystkie jego krągłości.

— Nie dał mi więcej — odrzekła.

— Ty plugawa, mała dziwko! — wrzasnął grubas, pryskając jej śliną w twarz.

— Nie jesteś warta jednego szeląga! I coś ty u diabła zrobiła z tą sukienką?!

Dziewczyna wydęła usta.

— Spytaj jednego z tych twoich wiecznie pijanych, śmierdzących łajnem klientów — odparła.

Tego już staremu karczmarzowi było za wiele. Wymierzył jej siarczysty policzek, ta od ciosu upadła na jeden ze stołów. Dysząc niczym rozjuszony byk złapał ją za włosy, obrócił tyłem do siebie i przycisnął do drewnianego blatu. Teraz w jego oczach błyszczała już tylko żądza. Opuścił spodnie i podciągnął jej sukienkę do góry. Nawet gdyby chciała się bronić, to nie miałaby żadnych szans. Ten tymczasem zaczął już ruszać biodrami siłą się w nią wdzierając, przy tym coraz mocniej przygniatał ją do krawędzi. Na karku czuła jego cuchnący oddech, a na piersiach jego szorstkie dłonie. Wreszcie zdecydował się puścić swoją ofiarę. Podciągnął spodnie i klepnął ją mocno w pośladek.

Opuszczając sukienkę, Mara bardzo starała się nie rozpłakać. Dobrze wiedziała, że tłusty właściciel karczmy tego nie znosi. Odkąd tylko pamiętała, żyła na ulicy i parała się drobnym złodziejstwem tylko po to żeby przeżyć. Gdy miała zaledwie czternaście lat, przyłapał ją na kradzieży chleba. Wtedy po raz pierwszy ją zbił i zgwałcił. Od tamtego czasu sprzedawał ją komu popadnie, a gdy przynosiła za mało pieniędzy, używał pięści.

Jak zawsze wymknęła się cichcem z zaplecza i przedarła się przez zatłoczoną karczmę, świadoma pełnych żądzy spojrzeń. Wyszła na zewnątrz, odetchnęła mocno rześkim, nocnym powietrzem i cicho, tak by nikt tego nie słyszał, rozpłakała się. Łzy płynęły po jej twarzy, żłobiąc bruzdy w warstwie brudu i skapując na sukienkę. Kiedy była mała, zawsze marzyła o tym, że pojawi się ktoś, kto odmieni jej los. Już w to nie wierzyła. Nie pamiętała swoich rodziców. Nie wiedziała, czy jest na świecie mężczyzna, który byłby zdolny ją pokochać. Poza karczmą i zanieczyszczonymi uliczkami miasteczka nie znała innego świata. Tylko czasem słyszała opowieści o magii i sprawiedliwych władcach. Jej światem rządziło bezprawie oraz niesprawiedliwość, gdzie silniejszy mógł stłamsić słabszego i nie czekała go za to żadna kara, gdzie panowała samowola, którą nikt zbytnio się tym nie przejmował. Lata spędzone na ulicy nauczyły ją, że aby przeżyć trzeba myśleć wyłącznie o sobie i dbać o własne bezpieczeństwo. Nie przeczuwała jeszcze, że jej los wkrótce odmieni się na zawsze…


* * *


Yarred odetchnął głęboko nocnym powietrzem i poprawił się w siodle. Z niewielkiego pagórka roztaczał się widok na rozrzucone w dolinie osady, wśród których królowało miasteczko, do którego zmierzał. Kapitan wiedział, iż to najbardziej zakazane miejsce w całym królestwie i to właśnie tam spodziewał dowiedzieć się czegoś o porwaniu swojego najlepszego przyjaciela. Drasan często się tam zapuszczał, szukając wszelkich nieprzystających księciu form rozrywki. Znali go niemal wszyscy mieszkańcy tej dziury.

Stojąc tak, walczył sam ze sobą. Pojechać tam oznaczało złamać rozkazy, które otrzymał od samej królowej. Czuł jednak, że musi się tam udać, choćby tylko po to, by potwierdzić słowa Mistrza Ashkana. Wiedziony tą myślą, trącił lekko boki wierzchowca i zaczął powoli zjeżdżać ze zbocza. Nie było to łatwe, gdyż jego stok gęsto porastał sosnowy młodniak, a rozmokła po niedawnych deszczach glina była niebezpiecznie śliska. Dlatego Yarred postanowił całkowicie zdać się na konia. Ufał, że zwierzę samo wybierze bezpieczną drogę w dół.

Znalazłszy się na prostym trakcie, kapitan przynaglił wierzchowca do szybszego biegu. Minął kilka krytych strzechą chat, gdzie przywitało go ujadanie psów. Posuwając się wciąż tym samym tempem dotarł do bramy miasteczka. Ogradzająca je palisada była nowa, z czego wywnioskował, iż do niedawna w ogóle jej tu nie było. Nie dziwiło go jednak to, że mieszkańcy się o nią postarali, miasto leżało niebezpiecznie blisko granicy z Antuą, a tam jak wieść niosła, pojawiły się odziały czarnych rycerzy z Rosher. Sheardon jako niezależne i neutralne królestwo nie posiadało armii. Mieli do dyspozycji garstkę rycerstwa, która nie była w stanie chronić granic przed najeźdźcą. Stąd każde większe miasto i osada postarała się o ostrokół, a co bogatsi również o grupkę najemników, która strzegła ich siedzib po zapadnięciu zmroku. Tak było i tutaj.

Pilnujący bramy, barczysty strażnik, zmierzył Yarreda podejrzliwie, jakby nie wierzył w prawdziwość wymalowanego na tarczy herbu i czerwonego kaftana, który zwykli nosić jedynie królewscy oficerowie. Wreszcie mrucząc coś pod nosem, co brzmiało jak przekleństwo, zdecydował się otworzyć solidne wrota opatrzone żelazną sztabą. Kapitan wjechał, starając się utrzymywać postawę, nieustannie czując na sobie świdrujące spojrzenie małych oczek osiłka.

Miasteczko Athar nie sprawiało miłego wrażenia — było wyjątkowo brzydkie. Pomimo późnej pory, jego wąskimi uliczkami snuła się dzieciarnia w różnym wieku. Na progu jednego z budynków siedział całkiem bezzębny staruszek i na całe gardło wyśpiewywał sprośną piosenkę. Dwie uliczne dziwki, przeciętnej urody, stojące w progu jednego z wyglądającego na najtańszy zamtuz, starały się zachęcić go do bliższego poznania, obnażając swoje piersi. Jednak Yarred był na służbie i nie zamierzał się zatrzymywać. Przynajmniej dopóki nie znajdzie tego, czego szuka. Poza tym, jego niezwykle wyczulony zmysł węchu z trudem znosił unoszącą się tu gamę zapachów. W nozdrza wyraźnie uderzał odór moczu, taniego piwa i gówna, nie tylko końskiego, bo mieszkańcy pozbywali się nieczystości wylewając zawartość nocników wprost na bruk. Stąd też drogę pokrywała gruba warstwa fekaliów.

Kapitan zmarszczył nos i starając się nie zwracać uwagi na smród, zagłębił się w jedną z wąskich uliczek. Ta, tak jak się spodziewał, doprowadziła go do największego budynku w mieście. Karczma przypominała trochę kamienny chlew z dachem pokrytym glinianą dachówką. Przy wejściu na zardzewiałym łańcuchu kołysał się drewniany szyld, który głosił, że lokal nosi nazwę — „Pod Złamaną Strzałą”. Zbliżając się do miejskiego „ośrodka rozrywki”, Yarred słyszał coraz to wyraźniej gwar rozmów toczonych w różnych językach. Przez brudne okna sączyło się światło, rzucając dziwną poświatę na pusty plac. Kapitan Cordydian znał ponurą sławę tego miejsca. Można tu było spotkać zarówno płatnych zabójców, jak i kupców podróżujących z wozami pełnymi rozmaitych towarów. Zaglądali tu też różni magowie i uzdrowiciele zwabieni możliwością łatwego zarobku.

Dziś u koniowiązu stało mnóstwo wierzchowców różnych ras i maści; od wielkich pociągowych koni po krępe kuce. Kapitan uwiązał swojego ogiera blisko wejścia, tak, by w razie potrzeby szybko ulotnić się stamtąd, po czym śmiało ruszył w stronę drzwi. Pchnął je zdecydowanie i aż cofnął się zaskoczony, zanim jeszcze przekroczył próg — tak mocno uderzył go panujący w pomieszczeniu zaduch, pomieszany z nieprzyjemnym odorem przetrawionego piwa, dymu z kominka, moczu i gotowanej kapusty. Izba była raczej obskurna. Pomiędzy podpierającymi sklepienie drewnianymi belkami poustawiano dość toporne stoły, przy których siedziała zbieranina różnych klas społecznych. W głębi lokalu znajdował się kontuar, przy którym uwijał się stary karczmarz, tłusty niczym wieprz. Pomiędzy nimi, zbierając talerze i puste kufle, lawirowały trzy młode dziewczyny. Co jakiś czas, któryś z mężczyzn mocno rozochoconych dużą ilością gorzałki, chwytał jedną z nich za tyłek albo przyciągał do siebie, rycząc przy tym z uciechy.

Spojrzenie Yarreda przyciągnęła, bardzo młoda i stanowczo zbyt urodziwa jak na taki lokal rudowłosa, młódka. Zachowywała się tak, jakby była w transie, nie zważając na pijanych klientów, którzy wciąż ją podszczypywali rechocząc rubasznie, lawirowała zręcznie między stołami. W pewnym momencie ich spojrzenia się spotkały. Spłoszona szybko odwróciła wzrok. Wydawała się jeszcze dzieckiem, a mimo to, prosta poszarzała sukienka, sięgająca jej do pół łydki opinała hojnie obdarzone ciało w taki sposób, że nie podobna było oderwać od niego wzroku. Kapitan zauroczony ruszył ku niej szybkim krokiem. Nim zdążyła mu umknąć, chwycił za ramię i delikatnie posadził na krześle.

Zanim jednak otworzył usta by zapytać ją o imię, dało się słyszeć donośny głos starego karczmarza:

— Młodzieńcze, jeśli chcesz się z nią zabawić to najpierw musisz zapłacić!

Reakcja Yarreda była natychmiastowa. Wyszarpnął miecz z pochwy i w mgnieniu oka znalazł się przy ladzie. Końcówką ostrza dźgnął starego w gardło i warknął niczym rozjuszony brytan:

— Jestem królewskim oficerem i z rozkazu jej wysokości, nakazuje ci puścić tę dziewczynę wolno! Według obowiązującego kodeksu, nikt nie ma prawa rządzić życiem innej osoby.

— Czego ty chcesz? — zapytał karczmarz, nawet nie siląc się na uprzejmość, jednak nie ważąc się drgnąć. — To zwykła złodziejka. Musi jakoś mi płacić za żarcie i dach nad głową, a inaczej jak dupą nie zarobi — dodał, wskazując na dziewczynę.

— Nie tobie jest dane osądzać ją i karać za popełnione występki — stwierdził mężczyzna, patrząc gniewnie na tłuściocha. — Puść ją wolno! — powtórzył przyciskając ostrze do szyi mężczyzny.

Stary, pomarszczony karczmarz najwyraźniej wyczuł, że nie ma wyboru więc wykrztusił:

— A zabieraj ją sobie.

Kapitan schował miecz, ale nie zamierzał jeszcze zakończyć porachunków z karczmarzem. Oparł łokcie na ladzie i pochyliwszy się ku niemu powiedział najciszej jak potrafił, tak by dosłyszał go wyłącznie właściciel lokalu:

— Potrzebuję informacji.

W jednej chwili w gwarnej, tętniącej życiem karczmie zapadła cisza przerywana tylko trzaskiem płomieni w kominku. Wszyscy wlepili oczy w dziwnego gościa, nawet wylegujący się na gzymsie rudy kot.

— Od kiedy to królewscy potrzebują informacji od takich jak my? Hę? — zapytał chytrze nie kryjąc pogardy.

Yarred był jednak przygotowany na taką odpowiedź. Zza pasa wyciągnął sporej wielkości sakiewkę, która zabrzęczała cicho uderzając o ladę, tuż przed samym nosem karczmarza.

Chciwość zwyciężyła. Mężczyzna natychmiast ją pochwycił i zważył w dłoni, nie spuszczając wzroku z młodego kapitana, jakby się spodziewał, że wyciągnie drugą.

— Wiele osób się tu przewija, ale na pewno kojarzysz Drasana, królewskiego wychowanka. Chcę wiedzieć kiedy był tu ostatnio i czy z kimś się spotkał — powiedział Yarred.

— Ach, to ten przystojny, czarnowłosy, o niezwykłych oczach — odezwała się jedna z obecnych przy ladzie kobiet.

Yarred obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. Nie była już młoda i nie grzeszyła urodą. Poprzetykane siwizną brązowe włosy związane miała w niewielki kucyk. Twarz miała zbrązowiałą od namiętnego palenia fajki, którą to teraz zaciągała się z lubością. Jej jasnobrązowe oczy błyszczały w półmroku.

— Znasz go, Pani? — zapytał ostrożnie.

Zaśmiała się.

— A któż go tu nie zna? — odpowiedziała pytaniem na pytanie. — Zna go chyba każda dziewka w tym mieście — dodała, po czym zaciągnęła się fajką i wypuściła z ust kłąb gryzącego dymu.

— Zamilcz, stara wiedźmo — syknął karczmarz.

— To ty się ucisz, Redgarze. Wszyscy wiedzą, że nie znosiłeś naszego księcia, bo zabawiał się z twoimi panienkami nie płacąc ci ani sztuki złota — odrzekła starucha, po czym ponownie zwróciła błyszczące oczy na Yarreda. — Był tu, nie dalej jak dwa tygodnie temu z jakąś kobietą. Młoda, dość ładna, jasne włosy, niebieskie oczy, typowo alikorniańska uroda. Zwracała uwagę bardzo wyzywającym strojem, bo u nas dziewki rzadko się tak noszą, nie sposób jej zapomnieć. Myślałam, że to kolejna dziwka, ale zachowywała się bardziej niczym szpieg niż kurtyzana. I znała się na magii.

Czarownica? Kapitan zesztywniał. Jeśli w grę wchodziły czary to niewiele mógł zdziałać.

— Poza tym, zadawał się z Dariusem — ciągnęła, raz po raz zaciągając się dymem. — To drobny złodziej, zawsze tu przesiaduje. Zwykle siedzi tam — wskazała stolik w głębi izby.

Yarred spojrzał we wskazanym kierunku. W najciemniejszym kącie, na stołku siedział tak niski człowieczek, że stopami nie dotykał podłogi, ale nie tylko wzrost go wyróżniał. Posiadał bowiem wyjątkowo odpychającą powierzchowność. Miał tłuste, sięgające do ramion włosy, bladą, ziemistą cerę i wytrzeszczone jasnoniebieskie oczy, nadające mu wygląd świeżo wyjętej z wody ryby. Obrzydzeniem napawał też jego strój — brudny, połatany i byle jak skompletowany. Majtające się nad podłogą stopy, miał bose. Gdyby kapitan nie wiedział, że to człowiek, uznałby go za stertę brudnych szmat.

Yarred Cordydian leniwym ruchem położył sakiewkę na ladzie i ruszył w kierunku pokracznej postaci, czując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Minął stolik, gdzie czterech kupców grało w karty oraz staruszka pykającego w fajkę. Dotarł do miejsca gdzie zostawił osłupiałą dziewczynę, która wpatrywała się w niego wzrokiem spłoszonej sarny.

Miała niesamowicie piękne, niebieskie oczy.

Nagle dotarło do niego, że jest przerażona. W sumie nic dziwnego, bo karczmarz przekazał ją jakiemuś obcemu mężczyźnie. Kierowany tym przeczuciem, Yarred pochylił się ku niej i rzekł najłagodniejszym głosem, na jaki mógł się zdobyć:

— Spokojnie, już nikt cię nie skrzywdzi. Nazywam się Yarred i jestem kapitanem królewskiej gwardii. Jak ci na imię?

Dziewczyna spłonęła rumieńcem aż po cebulki swoich bujnych, rudych włosów.

— Mara — bąknęła wpatrując się w swoje stopy.

— To śliczne imię — stwierdził kapitan uśmiechając się i starając nie patrzeć na mocno zasznurowany gors sukienki, który opinał dwie krągłe piersi. Dziewczyna miała się czym pochwalić. — Zaczekaj tu na mnie. Muszę się z kimś rozmówić i zaraz do ciebie wrócę — dodał pospiesznie odwracając wzrok od tego rozkosznego widoku. Był na służbie.

Upewniwszy się, że dziewczyna jest bezpieczna, kapitan zaczął się przeciskać pomiędzy stolikami. Biesiadnicy widząc scenę z karczmarzem, co prędzej ustępowali mu miejsca. Wreszcie, gdy znalazł się już blisko celu, mały człowieczek zerwał się ze swojego miejsca i rzucił się do ucieczki, z zadziwiającą zręcznością lawirując między stolikami. Yarred nie czekając, ruszył za nim w pogoń. Lecz kiedy karzeł był już blisko wyjścia, drogę zagrodziła mu kobieta, celując z kuszy prosto w jego głowę.

Mężczyzna patrzał zaskoczony to na nieznajomą, to na karła, który jak mu się zdawało, skurczył się jeszcze bardziej. Tymczasem kobieta opuściła kusze i spojrzała wprost na niego. W przeciwieństwie do Mary, była wyraźnie w pełni świadoma swoich wdzięków. Ciemne oczy podkreślone miała ostrym makijażem, długie kasztanowe włosy zaplecione w warkocz. Nawet jej strój choć prosty — wąskie bryczesy, luźna koszule, ciasno zasznurowany szkarłatny kaftan, długie do kolan buty ze srebrnymi ostrogami — podkreślał każdy, nawet najdrobniejszy atut jej figury.

— Jestem Ulrica — przedstawiła się, ponownie unosząc kuszę i celując nią w stojącego nieruchomo karła — i zdaje się, że to mnie szukasz. — Dodała.

Yarred odruchowo położył dłoń na głowicy miecza, mierząc kobietę od stóp do głów. Już miał coś powiedzieć, gdy ta go uprzedziła.

— Zanim mnie osądzisz, wysłuchaj najpierw co mam do powiedzenia — odrzekła, podchodząc bliżej i odkładając kuszę na jeden z wolnych stołów. Po czym, nie czekając na odpowiedź, wolnym krokiem ruszyła w głąb izby.

Yarred rozejrzał się po sali. Teraz obserwowali go już wszyscy, nawet stary karczmarz zamarł w oczekiwaniu na jakąś reakcję, w końcu jako królewski oficer powinien ją zaaresztować i odstawić do pałacu.

Pieprzyć to — pomyślał, wyciągając zza pasa nóż. Podetknął go karłowi pod nos.

Darius wyraźnie zrozumiał, że nie ma wyjścia i wolno powłócząc krótkimi nogami powrócił do uprzednio zajmowanego stołu, gdzie już zdążyła się rozgościć urodziwa najemniczka — bo teraz Yarred już nie miał wątpliwości co do tego, kim ona jest.

Gdy już wszyscy zajęli miejsca, kapitan również klapnął na drewnianą ławę na wszelki wypadek kładąc przed sobą ostrze.

— A teraz słucham — powiedział patrząc kobiecie prosto w oczy. — Kim jesteś i co masz wspólnego z porwaniem mojego przyjaciela?

— Spokojnie — odrzekła Ulrica, przysuwając sobie w połowie pełny kufel karła, pociągnęła z niego łyk, skrzywiła się i pociągnęła znów. — Wszystko ci wyjaśnię, kapitanie. Najpierw jednak radzę uzbroić się w cierpliwość, bo to może potrwać.

Yarred usiadł, nie przestał jednak świdrować wzrokiem kobiety.

— Ciebie to też dotyczy, padalcu — rzuciła w kierunku Dariusa.

Karzeł wykonał polecenie, mamrocząc coś do siebie.

Dopiero wtedy Ulrica odprężyła się.

— Posłuchaj mnie uważnie, kapitanie Cordydian — zwróciła się do Yarreda. — Na razie Drasan jest bezpieczny. Gaenor będzie starał się przekonać go by do niego dołączył — przerwała i pociągnęła tęgi łyk z glinianego kufla. — Jeśli nie ulegnie mu od razu, na pewno będzie chciał go do tego zmusić stosując rozmaite, niekoniecznie przyjacielskie, formy perswazji. Jednak na twoim miejscu nie tym bym się zamartwiała, bo książę to twarda sztuka — uśmiechnęła się lekko i ciągnęła dalej. — Problemu jednak nie stanowi smok. To jedynie pionek w tej grze i zachowuje pozorną władzę. Prawdziwym zagrożeniem jest czarownica. To ona pociąga za sznurki. Jeśli dobrze zrozumiałam to twój przyjaciel jest w niebezpieczeństwie, bo jeśli ta suka nie zdoła go złamać, a będzie się starała osiągnąć to wszelkimi dostępnymi metodami, to pozbawi go czegoś więcej niż tylko wolności… — zawiesiła na chwilę głos, w zamyśleniu gładząc ucho kufla — zechce go pozbawić… wolnej woli.

Yarred oparł łokcie o brudny blat stołu i nieufnie przyglądał się, jak Ulrica wyciąga pomięty, zawinięty w rulon kawałek pergaminu, który wyglądał na bardzo stary. Widząc jego zaciekawione spojrzenie postanowiła wyjaśnić:

— To mapa pokazująca wszystkie przejścia, którymi można się dostać do Rosher.

— Przecież służysz Gaenorowi. Nie możesz tak po prostu tam wejść? — spytał Yarred ściągając brwi.

Miał niejasne przeczucie, że coś tu śmierdzi. Ta kobieta najpierw pomogła schwytać Drasana, a teraz ma zamiar pomóc mu go odbić. To było co najmniej dziwne.

— Nie — odrzekła niecierpliwym tonem, po czym postukała palcem w mapę i jakby nigdy nic, ciągnęła. — Jest sześć przejść. Cztery z nich są pilnie strzeżone, pozostałe dwa są tak niebezpieczne, że przeprawa nimi przez góry jest niemal niemożliwa.

— Więc po co o nich mówisz?

— Ponieważ z nami siedzi ktoś, kto tego dokonał — odparła, wskazując na karła.

Yarred spojrzał na Dariusa, który wciąż jeszcze przerażony trząsł się jak galareta.

— On pokonał Góry Jednorożców? — zapytał z niedowierzaniem.

Ulrica patrzała na małego człowieczka jak na karalucha.

— Taaak — powiedziała. — Ten kłamliwy gad przedostał się do Rosher i uszedł stamtąd z życiem.

Karzeł głośno przełknął ślinę i widząc, że nie ma wyjścia zaczął mówić łamiącym się głosem:

— To prawda. Przypadkiem znalazłem jedno z niestrzeżonych przejść będące w Górach Jednorożców. Rzeczywiście… jest bardzo niebezpieczne. To stroma ścieżka, wąska i śliska, prowadząca tuż nad przepaścią. Jeden fałszywy ruch i można runąć w otchłań. Tylko cudem uniknąłem tam śmierci, a ocalił mnie szczęśliwy zbieg okoliczności.

— A w jaki sposób, taki mały robaczek jak ty, pokonał Wielki Wodospad? Podobno drożyna prowadzi tuż za nim — zapytała Ulrica.

— Przy wodospadzie jest wąska, skalna półka, a w niej szczelina, którą może przecisnąć się tylko jedna osoba. Prowadzi ona do jaskiń w głębi góry. Tamtędy można się dostać do Rosher, ale trzeba mieć wyjątkowo dużo szczęścia — odrzekł Darius.

Yarred w zamyśleniu bawił się nożem. Ulrica wpatrywała się w karła, jakby wzrokiem chciała go przebić na wylot.

— To wszystko? — zapytała.

Coś jej nie pasowało w tej opowieści. Mały człowieczek energicznie pokiwał głową, zerkając nerwowo na boki, jak szczur schwytany w pułapkę.

— Dobrze więc — najemniczka odchyliła się na oparcie krzesła. — Wiem, że jesteś kłamliwym sukinsynem, który sprzedałby własną matkę, gdyby tylko ktoś zechciał ją kupić. Ale widząc jak trzęsiesz się ze strachu, tymczasowo zawierzę twoim słowom. W takim razie posłużysz nam za przewodnika.

— Nam? — powtórzył zaskoczony Yarred. — Dlaczego miałbym ci ufać Pomogłaś pojmać mojego przyjaciela, zrobiłaś to dla garści złota…

— Ratowałam własną skórę! — Urlica wpadła mu w słowo. — Tobie jest łatwo strugać bohatera, bo nigdy wcześniej nie znalazłeś się w takiej sytuacji jak ja. Gdybym tego nie zrobiła, czekałaby mnie śmierć z ręki Borisa. Wykonałam zadanie, wzięłam pieniądze i chciałam zniknąć. Niestety, sumienie nie pozwoliło mi na to, dlatego postanowiłam cię znaleźć.

Yarred zamyślił się. Nie wiedział jeszcze, czy ta kobieta nie szykuje podstępu, ale możliwość dostania się do Rosher, by chociaż spróbować wyrwać przyjaciela z łap Gaenora wydawała mu się warta ryzyka. Wciąż jednak dręczyło go jedno pytanie:

— Skąd wiedziałaś o mnie? Nie sądzę, by Drasan coś ci powiedział, a jeśli nie on to kto?

— Boris wspomniał o waszej przyjaźni. Nie mówił za wiele, ale dokładnie cię opisał. Śledzę cię od momentu, gdy wyjechałeś z Sheardon. Czekałam na moment, aż będziesz sam — odrzekła kobieta. — Uwierz mi, jestem po twojej stronie.

— Nawet gdybym ci zaufał, jaką mam gwarancję, że to nie jakaś chytra sztuczka. Wszak skoro zwiodłaś Borisa, to w równym stopniu możesz zdradzić i mnie — powiedział kapitan.

— Mogę ci dać jedynie moje słowo, choć wiem, że w twoim mniemaniu niewiele jest ono warte — odparła.

— Słusznie sądzisz. Nie tak łatwo mnie zwieść. Skoro jednak mamy wspólną sprawę to tymczasowo zawierzę temu, co mówisz. Będę cię jednak uważnie obserwował — rzekł kapitan, akcentując każde słowo.

Spojrzał na Dariusa, a ten skulił się tak, że zza stołu wystawał tylko czubek jego głowy.

— Komu służysz, podły sprzedawczyku? — warknął. — Nie mam wątpliwości, że maczałeś palce w schwytaniu mojego druha. Drasan często tu przychodził, na pewno dobrze mu się przyjrzałeś. Z pewnością nie raz słyszałeś jego przechwałki i pomyślałeś, że można na tym zarobić. Wystarczyło tylko wystawić dzieciaka komu trzeba. Nie wątpię też, że to był cel twojej wyprawy do Rosher.

— To t-t-t-ta czarownica omamiła mnie wizją bo-g-g-ac-twa — wyjąkał karzeł, po czym wziął głęboki oddech. — Wystarczyło wskazać jej kogoś, kto mógł mieć opisane przez nią zdolności. Słyszałem o kilku podejrzanych zajściach z udziałem księcia, byłem nawet świadkiem jednego z nich…

Yarred nie dał mu dokończyć. Rzucił się szczupakiem przez stół i złapał go za poły poplamionej kamizelki.

— Ty podły zdrajco! — warknął rozwścieczony. — Obiecuję ci, że zawiśniesz! Sam tego dopilnuje. Na razie wskażesz nam drogę do Rosher, a twój pan Gaenor, pewnie się ucieszy z wizyty.

— B-b-błagam, tylko nie t-t-to — zajęczał Darius. — Gdy poszedłem upomnieć się o swoją nagrodę, ona wygnała mnie precz. Powiedziała, że jeśli wrócę… rozerwie mnie na strzępy.

— Na twoim miejscu martwiłabym się, by on jej teraz nie wyręczył — stwierdziła Ulrica.

Kapitan nieco ochłonął, puścił karła i ponownie usiadł na ławie. Jego twarz powoli odzyskiwała naturalną barwę.

— Sądzę, że Gaenor nie jest głupi. Na pewno ma tu swoich szpiegów. Musimy dostać się tam niepostrzeżenie, najlepiej przy pomocy czarów, a później wydostać, korzystając z tunelu odkrytego przez tego małego, obślizgłego robala — spojrzał na Dariusa.

— Znam jedną czarownicę — kobieta uśmiechnęła się — mieszka niedaleko stąd. Obawiam się jednak, że zażąda zapłaty.

— Mam złoto — odrzekł Yarred, wyciągając spod płaszcza sakiewkę.

— Nie takiego bogactwa pożąda. Za swe usługi żąda czegoś znacznie cenniejszego. Sama decyduje, co bierze w zamian — rzekła najemniczka.

Yarred sposępniał. Nie tego się spodziewał. Co prawda znał opowieści o czarownicach. Ich uroda i zdolności były niemal legendarne. Wiele z nich potrafiło tak omotać mężczyznę, że spełniał każde ich życzenie. Niektórzy byli gotowi zrobić dla nich wszystko — nawet umrzeć.

— Co jeśli zażąda czegoś tak cennego, że nie będę mógł jej tego dać? — zaniepokoił się.

— Na przykład twojej woli? — zakpiła Ulrica. — Nie wierz starym bajkom. Z pewnością zechce posiąść przedmiot, który jest ci drogi. Gorzej, jeżeli nie posiadasz nic na tyle cennego, by chciała to mieć.

Mężczyzna zamyślił się. Nie wiedział już w co ma wierzyć. Do tej pory nigdy nie miał styczności z magią, a tu nagle zjawiła się ta dziwna kobieta, wywracając do góry nogami jego uporządkowany świat. On miałby stać się bohaterem? Nigdy dotąd nawet by o tym nie pomyślał. Zawsze starał się po prostu wykonywać to, co do niego należy. To Drasan był typem żądnego przygód awanturnika, wiecznie wplątanego w jakąś aferę i za nic mającego wszelkie zasady. A teraz jego przyjaciel miał poważne kłopoty, a on kombinował, jak go z nich wyciągnąć. Pchał się prosto w paszczę bestii zamiast, jak zwykle, ominąć ją z daleka.

— Najlepiej zrobimy wyruszając już teraz — Ulrica wyrwała go z ponurych rozmyślań.

Kapitan podniósł na nią wzrok i rzekł:

— Ruszymy dopiero jutro z samego rana, bo mam tu jeszcze coś do załatwienia — urwał po czym dodał. — I będzie nas czworo.

— Czworo? — powtórzyła zaskoczona kobieta, pytająco unosząc brwi.

— Tak — potwierdził Yarred. — Zabieramy ze sobą jeszcze kogoś.

— Można wiedzieć kogo? — spytała.

Yarred ruchem głowy wskazał jej rudowłosą dziewczynę siedzącą kilka stolików dalej.

— Tę smarkulę? A na cóż ci ona? — zapytała poirytowana najemniczka.

— Nie zostawię jej w tej spelunie, by dalej odgrywała rolę popychadła. Pojedzie z nami — odrzekł kapitan głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Ulrica zrezygnowała z dalszych protestów. Widziała jak Yarred patrzy na tę dziewkę. Rzeczywiście była nawet ładna. Gdyby tak wykąpać i porządnie ubrać to nieszczęsne stworzenie to byłoby ozdobą niejednego salonu. Wiedziała już, że nie tylko odpowiedzialność za jej los podyktowała mu, by się nią zaopiekował, ale jeszcze coś innego. Takie panienki zazwyczaj są wdzięczne swoim wybawcą i nader chętnie wskakują im do łoża. Czasem nawet szlachetne pobudki mogły być podyktowane, inną niż serce, częścią ciała. W końcu kapitan był mężczyzną. Nie zamierzała się z nim dzielić swoimi przemyśleniami, ona też zachowała w sekrecie własne pragnienia.

Rozdział 4

Twierdza wyrastała wprost ze skały, na której stała. Wyglądała niczym przedziwna bestia, która zamarła w bezruchu wpatrując się kamiennym wzrokiem wprost na południe. W niczym nie przypominała księciu zamku Sheardon, w którym się wychował. Z masywnych murów na kształt potężnych zębów wyrastały wieże strażnicze. Gdy znaleźli się bliżej, Drasan zauważył, że widziany z daleka wypolerowany, czarny kamień, z którego zbudowano tę warownię to po prostu ogromne bloki granitu. Budziło to w nim zarówno podziw, jak i lęk. Wiedział, że żaden człowiek nie zdołałby stworzyć czegoś tak wielkiego i majestatycznego zarazem. Utwierdzało go to w przekonaniu, że Gaenor zbudował ją sam przy użyciu magii.

Gdy podjechali do żelaznej bramy, dwóch olbrzymich strażników naparło na nią i z mozołem zaczęli ją otwierać. Wjechali na dziedziniec pełen posągów stworzeń, których Drasan nigdy wcześniej nie widział. Wiele z nich było groteskowo powykrzywianych, inne budziły zarówno lęk, jak i obrzydzenie. Stały w dwóch równych rzędach, jakby na straży rzeźbionych, hebanowych wrót. Te niby pchane niewidzialną siłą, otwarły się bezszelestnie, ukazując wielki plac wyłożony marmurowymi płytami. Boris zeskoczył z konia. Dahlia zrobiła to samo, więc książę, nie mając wyboru, też z wolna zsunął się z siodła. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawili się dwaj chłopcy stajenni o identycznych pustych oczach. Skłonili się uniżenie i zabrali wierzchowce by poprowadzić je w kierunku, w którym, jak się książę domyślał, musiały być stajnie.

Wilkołak spojrzał na niego i powiedział:

— Chodźmy, wasza wysokość. Gaenor nie lubi długo czekać na swoich gości. — Brutalnie chwycił go za ramię i pociągnął w kierunku wejścia do zamku, które również samoistnie otwarło się przed nimi. Za wrotami były schody ciągnące się w górę i niknące gdzieś dalej w ciemnościach wąskiego korytarza. Boris wziął jedną z pochodni i ruszył naprzód, jednocześnie wlekąc młodzieńca za sobą. Dhalia szła krok za nimi.

Na końcu znajdował się korytarz, zaś na jego krańcu widniały drzwi podobne do tych, którymi weszli. Te były pilnowane przez dwóch potężnych osiłków o identycznie pustych, czarnych oczach jakie zobaczyli u chłopców stajennych. W milczeniu otwarli je przed przybyłymi.

Z początku, gdy Drasan wszedł na salę, oślepił go blask tysiąca pochodni. Komnata była ogromna, podparta sześcioma przepięknie zdobionymi kolumnami, które mieniły się złotem, srebrem i drogimi kamieniami. Posadzkę wyłożono przepastnymi, marmurowymi płytami; wypolerowanymi tak, że lśniła niczym lustro. Gdy uniósł wzrok, ujrzał sklepienie, które również połyskiwało w ciemnościach. Wyglądało niczym rozgwieżdżone niebo. Jego zachwyt nie trwało długo. Boris pchnął go tak, że upadł obijając sobie przy tym oba kolana. Zauważył, że zarówno on, jak i Dhalia klękają pochylając uniżenie głowy. Dopiero wtedy dostrzegł coś jeszcze, na co wcześniej nie zwrócił uwagi.

Na kamiennym tronie siedział Gaenor. Po chwili uświadomił sobie, dlaczego go nie dostrzegł. Jego hebanowoczarna skóra zlewała się z wypolerowanym granitem. Poza tym był on zupełnie inny niż go sobie wszyscy wyobrażali. Głowę miał ogoloną na łyso, twarz o ostrych rysach wyglądała jakby wykuto ją z brązu, a oczy zaś przymknięte. Wyglądał jakby spał. Nie nosił ubrania poza przepaską na biodrach wykonaną z czarnego jedwabiu i kryzy wokół szyi składającej się z klejnotów — od pięknie błyszczących krwistą czerwienią rubinów po błękit szafirów. Nagle uniósł powieki. Drasan zobaczył przerażające oczy gada, o pionowych źrenicach w kolorze jadowitej żółci. Władca powoli podniósł się i spokojnie ruszył w kierunku klęczącej trójki. Poruszał się majestatycznie. Przypominał tym dzikiego kota.

Książę nie spuszczał z niego wzroku. Był zaskoczony widokiem tyrana, którego tak wszyscy się bali. On natomiast zobaczył jedynie wielką, łysą małpę obwieszoną świecidełkami.

Gaenor zatrzymał się przed nim, a na jego gładkim czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Uniósł dłoń i zaczął ją powoli zaciskać. Jednocześnie Drasan poczuł, jak lodowate palce zwarły się na jego gardle, powoli ciągnąc go do góry tak, że dotykał podłoża czubkami butów. Nie mógł złapać tchu, przed oczami pojawiły się mu kolorowe plamy. Rozpaczliwie próbował zachować przytomność, i wtedy w myślach usłyszał zimny głos:

Śmiesz mi patrzeć w oczy.

Młodzieniec czuł, że ogarnia go lepka ciemność i niespodziewania uścisk zelżał. Zwalił się na posadzkę łapczywie chwytając powietrze w spragnione tlenu płuca.

Gaenor wrócił na swój tron.

— Nie brak ci charakteru, jesteś też bezczelny i arogancki. Sądzisz, że mnie czymś zaskoczysz? — powiedział zimnym, pozbawionym emocji głosem. — Nikt ci jeszcze nie wyjaśnił, po co tu jesteś?

— Sądziłem, że ty to zrobisz — wycharczał Drasan, powoli podnosząc się z posadzki. W ustach czuł smak krwi.

— Stul pysk szczeniaku! — warknął Boris. I już miał powiedzieć coś jeszcze, ale umilkł skarcony wzrokiem Gaenora.

— Doprawdy? — zapytał Smok, mrużąc oczy.

— Przywieziono mnie tu wbrew mojej woli, nie podając żadnych sensownych wyjaśnień, prócz bajek, w które miałem uwierzyć. Może ty, wasza wysokość, powiesz mi wreszcie, dlaczego tu jestem? — odrzekł książę, ani na chwilę nie spuszczając z tonu.

Gaenor zignorował go i zwrócił się do Dhalii.

— Wytłumacz mi, proszę, dlaczego nie wyjaśniłaś naszemu gościowi, po co się tu znalazł?

Czarownica wstała i podeszła do tronu.

— Wybacz Panie, ale nie uwierzył mi. Utrzymuje, że się pomyliliśmy, a w jego żyłach nie płynie nawet kropla smoczej krwi — powiedziała.

— To ciekawe — stwierdził Smok. — Więc może m n i e uwierzy. Nawet w tym kruchym, ludzkim ciele widzę silnego, młodego smoka.

Drasan już miał coś powiedzieć, ale nie mógł z siebie wydobyć żadnego dźwięku.

— Nie pozwoliłem ci zabrać głosu, więc milcz i słuchaj — rzekł Gaenor. — Istnieje stara przepowiednia mówiąca o tym, że śmiertelniczka urodzi dziecko o smoczym sercu. Waya sprytnie zataiła twoje narodziny, ale nie mogła też ukryć wszystkiego. Gdy trochę podrosłeś… — przerwał i spojrzał mu prosto w oczy — wydało się kim jesteś, bo zaczęły się w tobie ujawniać zdolności zarezerwowane wyłącznie dla smoków.

Książę z konieczności milczał, tylko w jego oczach palił się gniew, który Gaenor demonstracyjnie ignorował.

— Emocje — prychnął pogardliwie. — Czynią cię słabym i podatnym na manipulacje. To wyłącznie ludzka cecha. Nie jesteś człowiekiem, Drasanie. Wmówiono ci to, by zataić prawdę. Należysz do szlachetniejszej rasy i z czasem się o tym przekonasz.

Po tych słowach młodzieniec odzyskał zdolność mowy i odezwał się z trudem panując nad gniewem:

— To ty jesteś słaby! Wielki Gaenor chowający się w ludzkiej powłoce. Pokaż swoje prawdziwe ja, bo nie zamierzam drżeć na widok obwieszonego biżuterią błazna.

Ku jego zaskoczeniu Smok wstał z tronu i odrzekł:

— Masz cięty język i butę w oczach. Nie brak ci odwagi, to pewne. Zapominasz jednak, że tutaj jesteś nikim. Jeśli zechcę, mogę kazać wyłupić ci oczy i wyciąć język. Co ty na to?

Mówił to tak spokojnie, że Drasan po raz pierwszy poczuł jak oplatają go zimne macki strachu.

— Nie masz władzy nade mną — powiedział, jednak jego głos nie brzmiał już tak pewnie.

— Czyżby? — zapytał kpiąco Smok. — O ile mi wiadomo, to moi ludzie schwytali cię, odebrali ci broń i przyprowadzili tutaj. Czyż nie?

Drasan nie odpowiedział. Czuł, że opuszczają go resztki pewności siebie. Gadzie oczy przewiercały go na wylot, obnażając wszystkie jego lęki. Zdawało mu się, że się kurczy, podczas gdy Gaenor rośnie w siłę. Do tej pory miał nadzieje, że zdoła uciec, teraz wiedział, iż tylko się niepotrzebnie łudził. Twierdza, do której trafił była nie do zdobycia. Jeśli nawet Waya wyśle na odsiecz wszystkie siły — rozbiją się o nią jak fala o skałę. Sam nie miał szans się stąd wydostać. Niemal każdych drzwi pilnowała uzbrojona straż.

— Masz słuszność — wygrałeś bitwę, ale przegrasz wojnę, bo pomimo twoich sztuczek pozostanę nieugięty. Prędzej zginę niż pozwolę z siebie zrobić niewolnika. Nie straszne mi tortury, głód i zimno. Poniosłeś klęskę, wasza wysokość. Nie będę ci służył.

Po jego słowach zapadła brzęcząca cisza. Oczy wszystkich zwróciły się w kierunku władcy, który zdawał się przyjąć te obelgi z zupełnym spokojem. Patrząc na Drasana zrobił coś, czego nikt z obecnych się nie spodziewał — zaczął klaskać, a na jego kamiennej twarzy pojawił się delikatny cień uśmiechu.

— Brawo — rzekł, powoli zstępując ze swojego tronu. — Podziwiam twoją odwagę. Obawiam się jednak, że na nic ci się to nie zda. Nadal jesteś zbyt słaby, by rzucać mi wyzwanie. Gdybym chciał, uciszyłbym cię jednym gestem, ale bawią mnie twoje popisy. Wewnątrz drżysz ze strachu, zastanawiając się, czy już odkryłem twoje lęki, ale starasz się tego po sobie nie pokazać. Naiwnie łudzisz się, że nie skorzystam ze swojej wiedzy. Jesteś w błędzie. Wiem, że nie boisz się śmierci. Obawiasz się o los tych, których darzysz przyjaźnią — stanął naprzeciwko księcia. — Może zaczniemy od Yarreda, a może od Wayi, no i jest jeszcze twój ukochany mentor: Ashkan. Wybierz, kto pierwszy ma za ciebie zginąć.

Drasan poczuł jak krew odpływa mu z twarzy, w mgnieniu oka przeszył go lodowaty dreszcz. Wyobraźnia zaczęła formować coraz to straszniejsze wizje. Przed sobą widział tylko parę żółtych oczu, które przewiercały go na wylot.

— Chcesz bym wymieniał dalej? — spytał Smok. — A może masz ochotę rzucić kolejną obelgę? Gdzie się teraz podziewa twoja pewność siebie? Hę?

Młodzieniec milczał spuściwszy wzrok. Tymczasem Władca ciągnął dalej:

— Potrafię wymusić posłuch wykorzystując każdą słabość. Twoją są ludzkie emocje. Odczuwasz: gniew, strach, miłość. Dlatego jeśli nie będziesz posłuszny to cię do tego zmuszę, zadając cierpienie twoim bliskim i przyjaciołom. Powiedziałeś, że poniosłem klęskę, przeciwnie — właśnie odniosłem druzgocące zwycięstwo.

Drasan wiedział już, że nie ma wyjścia. Nie zamierzał jednak się poddać, jeszcze nie teraz.

— Mocne słowa — rzekł, podnosząc wzrok. — Ale jakoś nie kulę się u twoich stóp, skamląc o litość.

Gaenor zachował kamienną twarz, ale w jego oczach dostrzegł błysk gniewu.

— Zważaj lepiej na słowa, bo możesz ich gorzko pożałować — warknął. — Zabrać go sprzed moich oczu — zwrócił się do Dhalii.

Kobieta skłoniła się i podeszła do księcia.

— Chodź ze mną, Drasanie — powiedziała, a w jej oczach widać było chłód, który zmroziłby niejedno serce.

Mężczyzna nie ugiął się pod tym spojrzeniem, dumnie uniósł głowę i odrzekł:

— Zobaczymy, kto tego pożałuje.

Tego dla Borisa już było za wiele. Chwycił go za ramię i zaczął wlec w kierunku wyjścia z sali, a czarownica szła za nimi. Gdy znaleźli się za drzwiami, kobieta przyparła Drasana do ściany i wysyczała akcentując każde słowo:

— Prowadzisz niebezpieczną grę, mój drogi. Wierz mi, że na twoim miejscu nie byłabym taka chełpliwa.

— Już ja nauczę tego szczeniaka pokory — stwierdził Boris, szczerząc pożółkłe zęby i już przymierzał się do zadania ciosu, ale Dhalia powstrzymała go stanowczym gestem.

Wilkołak warknął wściekle, wycofując się.

Czarownica uśmiechnęła się złośliwie i powiedziała:

— Chodźmy, książę. Na pewno chcesz odpocząć po dniu pełnym wrażeń.

Drasan nie odpowiedział. Stał sztywno, gdy Boris zawiązywał mu oczy i krępował ręce na plecach, mocno zaciskając więzy. Gdy go pchnął, ruszył chwiejnym krokiem przed siebie czując na karku jego gorący oddech. Szli tak dłuższą chwilę, po czym zatrzymali się. Usłyszał szczęk klucza w zamku. Wilkołak wepchnął go do środka i teraz szli wolniej po wąskich schodach, które wiły się stromo pod górę. Ponownie stanęli pod jakimiś drzwiami. Tym razem zabrzmiało ciche kliknięcie i skrzypnęły zamki w otwieranych wrotach. Szturchnięcie między łopatkami uświadomiło go, że ma wejść. Odrzwia trzasnęły i w tej też chwili usłyszał głos Dhalii:

— Teraz cię rozwiążę, ale ostrzegam, nie próbuj żadnych sztuczek, bo będzie to miało bolesne konsekwencje.

Więzy i opaska znajdująca się na oczach opadły bezszelestnie na podłogę. Oczom księcia ukazało się proste wnętrze dość dużej komnaty, zaś jedyne okno było zakratowane. Tuż pod nim stało zwyczajne drewniane łóżko, obok niego niewielki stolik i krzesło, a na ścianie, naprzeciwko wejścia wisiało ogromne lustro w złoconej ramie.

Dhalia minęła go i podeszła do zwierciadła uwodzicielsko kręcąc biodrami. Młodzieniec patrzał na nią jak zahipnotyzowany. Świadoma jego spojrzenia uśmiechnęła się i niedbałym ruchem odrzuciła włosy.

— Widzę, że twój mistrz nauczył cię blokowania dostępu do myśli i wspomnień — rzekła spokojnie, przyglądając się krytycznie swemu odbiciu. — Mimo to wiem, że mnie pożądasz — dodała uśmiechając się w sposób, który sprawił, że po plecach księcia przybiegł zimny dreszcz. — Przemawia do mnie twoje ciało, twoje spojrzenie. Nie potrafisz go zdyscyplinować na tyle, bym tego nie zauważyła.

Drasan stał jak sparaliżowany. Miała rację. Wodził za nią wzrokiem jak wygłodniały pies, któremu ktoś rzucił pod nogi soczysty sarni udziec, uwiązawszy go uprzednio na zbyt krótkim łańcuchu. Pożądał jej, każdym nerwem w swoim ciele. Walczył z tym starając się zachować spokój, ale nie mógł ukryć tego, co się z nim działo. Był pewien, że rzuciła na niego jakiś urok.

— Co mi zrobiłaś? — zapytał cicho, całą siłą woli zmuszając się do pozostania w miejscu.

Czarownica roześmiała się w odpowiedzi.

— Nic złego. Chcę ci podarować odrobinę rozkoszy i zapomnienia. Uwierz mi nie będziesz żałował — odrzekła rozwiązując czerwoną szarfę. Chwilę później lekka materia wylądowała na podłodze, a w ślad za nią zsunęła się koszula i buty, i spodnie… Stanęła przed nim zupełnie naga i tak piękna, że samo patrzenie na nią bolało.

Drasan czuł jak wali mu serce, w uszach słyszał jedynie szum krwi. Drżał jakby w gorączce jednocześnie cały zlany potem. Nadal powstrzymywał się przed tym, by jej nie pochwycić i nie rzucić na łoże.

Czarownica podeszła do niego tak blisko, że owionął go oszałamiający zapach jej ciała. Musiał użyć całej siły woli, by nie odpowiedzieć na ten zew.

— Zostaw mnie — jęknął, wiedząc, że dłużej nie zdoła się opierać czarom.

— Ciii — powiedziała, kładąc mu palec na ustach.

Zanim zdołał się powstrzymać, już całował jej dłoń, podczas gdy ona drugą z niesamowitą wprawą rozsznurowywała jego kaftan. Wkrótce był już półnagi, a Dhalia obejmowała go mocno, przyciągając do swojego ciała. Sprawiła, że pragnął jej tak bardzo, iż nie potrafił się powstrzymać. Jego ręce i usta niecierpliwie błądziły po jej ciele. I w momencie, gdy już na niej leżał gotów oddać się słodkiemu zapomnieniu, przypomniał sobie słowa Wayi: Czarownice używają najniższych zwierzęcych żądz zamieszkujących męskie serca. Swą urodą i magią posługują się tak, jak pająk tkający pajęczynę. Naprawdę przewagę zyskują dopiero poprzez zbliżenie. Wówczas ofiara staje się zupełnie bezbronna.

Te słowa otrzeźwiły go na tyle, że odepchnął od siebie kobietę zrywając się na równe nogi, dysząc przy tym jak po długiej i wyczerpującej walce.

— Nie zbliżaj się do mnie — warknął, czując znajome uderzenie gorąca. — Przejrzałem twoje gierki, podła żmijo.

Dhalia wstała. Już się nie uśmiechała. Zniknął też czar, który roztaczała, a jej piękną twarz wykrzywiał teraz grymas gniewu.

— Nawet nie próbuj — syknęła i wtedy dostrzegł falujące wokół niej powietrze. — Bo gorzko tego pożałujesz.

Drasan cofnął się, starając się zachować bezpieczny dystans. W uszach nadal mu szumiało, a w ustach czuł dziwny słodkawy posmak — prawdopodobnie efekt rzuconych na niego zaklęć. Jednocześnie próbował powtórzyć to, co mu się udało na polanie w Wilczej Puszczy. Jednak tym razem jego dar — o ile się nie wypalił tamtej nocy — odmówił posłuszeństwa.

Czarownica zaśmiała się.

— Nie masz dość sił, by skorzystać z energii ognia. Nie zdołasz wskrzesić nawet jednej iskierki — rzekła. — A teraz do rzeczy — dodała poważniejąc. — Chciałam skłonić cię do zmiany decyzji po dobroci, ale widzę, że wybrałeś tę bolesną. Będziesz mój, tak czy inaczej.

— A co jeśli nie zdołam się przemienić? — zapytał cicho książę.

— Jeszcze nie jesteś gotów. Przyjdzie na to czas — odparła zagadkowo.

— Wolę śmierć — warknął Drasan. Efekt czaru zniknął i czuł już tylko zimną wściekłość.

— Nie ty o tym decydujesz — odrzekła Dhalia, uśmiechając się w sposób, od którego cierpła skóra. — A teraz radzę się przespać. Może to być twoja ostatnia spokojna noc przed wkroczeniem do krainy koszmarów.


* * *


Dhalia weszła bezszelestnie do komnaty oświetlonej setkami czarnych świec ułożonymi w kształt okręgu. Po środku, ubrany jedynie w czarną przepaskę na biodrach, siedział Gaenor. Miał zamknięte oczy. Całe jego ciało pokrywały jasnoniebieskie płomienie. Nagle buchnęły w górę, tworząc słup ognia, a gdy opadły, przed nią znajdował się ogromny gad o długiej szyi, na końcu której osadzona była głowa zwieńczona dwoma długimi rogami. Czarna łuska, która pokrywała całe jego ciało lśniła w blasku płomieni. Wielkie skrzydła złożył na grzbiecie. Po chwili zniżył łeb tak, że patrzał prosto na nią swoimi jadowicie żółtymi ślepiami. Po czym odezwał się pozbawionym emocji głosem:

— Zajrzałaś w jego myśli?

— Tak — odrzekła Dhalia. Widziała już nieraz przemianę Gaenora i nie budziło to w niej lęku. — Jest pełen niepewności i strachu, ale też buty i uporu. Nie będzie łatwo na niego wpłynąć. Po dobroci na pewno nie zgodzi się na współpracę.

— Znalazłaś coś, co go osłabi? — zapytał, unosząc głowę i z zainteresowaniem przyglądając się kopulastemu zwieńczeniu sufitu.

Czarownica pokręciła głową.

— Jest bardzo silny. Nie ulegnie mi tak łatwo.

— Dopóki się nie przemieni jego siła nie ma większego znaczenia. Nie wie jeszcze, do czego jest zdolny, nie zna pełni swoich możliwości. Gdyby to wiedział, już dawno by nas tu wszystkich pozabijał. Póki co, zajmij się nim najlepiej, jak tylko potrafisz — Smok zdawał się całkowicie pochłonięty oglądaniem delikatnych rzeźbień na ścianie komnaty.

— Na razie sprowadziłam na niego sen. Jutro się nim zajmę — odpowiedziała.

— Zacznij od koszmarów. Znajdź w jego umyśle najgorsze lęki i wykorzystaj je przeciwko niemu. Spraw, by to było dla niego realne. Niech cierpi. To będzie dlań ważna lekcja — powiedział Gaenor, a w jego żółtych oczach błysło zadowolenie.

— Zrobię jak zechcesz.

Dhalia uśmiechnęła się w duchu, wiedząc już w jaki sposób zmienić sny młodzieńca tak, by wydawały mu się koszmarną rzeczywistością. Z tą myślą opuściła komnatę i udała się z powrotem w kierunku celi, gdzie spokojnie spał książę, całkowicie nieświadomy tego, co miało go spotkać.


* * *


Drasan ocknął się gwałtownie, czując przenikliwe zimno jednocześnie słysząc dziwny chrzęst. Z przerażeniem stwierdził, że komnata zniknęła. Leżał na kamiennej płycie, a wokół niego wszędzie pełzały węże. Ślizgały się po jego ciele sycząc wściekle. Nie atakowały go, zupełnie jakby na coś czekały. Wreszcie dostrzegł ogromnego gada, który sunął w jego kierunku. Był całkiem czarny. Jego żółte oczy błyszczały w mroku. Zasyczał gniewnie, obnażając dwa nasączone jadem kły. Trójkątny łeb kołysał się na boki w hipnotyzującym tańcu. Zmrożony strachem nie mógł się ruszyć. Chłód posadzki przenikał go do szpiku kości. Chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle, a wielki wąż bez ustanku przewiercał go spojrzeniem, wciąż kołysząc łbem. Sprężyste sploty owijały się coraz ciaśniej wokół jego ciała. Wszechobecny szelest narastał, gdy kolejne kreatury sunęły ku niemu wyłaniając się z ciemności. Stwór na jego piersi wpatrywał się zimno prosto w jego oczy, jakby świadomie napawając się jego klęską. Śmierć była tak blisko, niemal słyszał jak go woła po imieniu. Nie mógł się ruszyć przygnieciony tysiącem oślizgłych ciał, które powoli, ale skutecznie wysączały z niego życie…

Obudził się, zlany zimnym potem i z ulgą odkrył, że znowu jest w swojej celi. Nigdzie nie było śladu podłych stworzeń. Wciąż przerażony realistycznością snu z zaskoczeniem dostrzegł siedzącą na brzegu pryczy Dhalię, która wpatrywała się w niego beznamiętnie. Na jej ustach błąkał się szyderczy uśmiech. Książę ponownie opadł na poduszki, próbując uspokoić przyspieszone bicie serca i wypchnąć ze świadomości resztki koszmaru.

Dahlia przyglądała mu się z zaciekawieniem.

— Miałeś zły sen? — zapytała, uśmiechając się pogodnie.

Drasan spojrzał na nią, zaskoczony tym pytaniem.

— Skąd wiesz o czym śniłem? — odpowiedział pytaniem na pytanie.

W odpowiedzi czarownica zaśmiała się. Był to bardzo nieprzyjemny śmiech.

— Koszmary są moim dziełem. Kiedy śpisz mogę dowolnie wpływać na twoją podświadomość i sprawić, że choć będziesz chciał to się nie obudzisz — rzekła, patrząc mu prosto w oczy.

Książę poczuł jak przechodzi go zimny dreszcz. Ona nie żartowała.

— Tak niczego nie zdziałasz! — warknął.

— Spokojnie Drasanie, to była tylko rozgrzewka. Mała próba — uśmiechnęła się. — Później może trochę zaboleć, bo chcę zobaczyć jak zareagujesz na tortury.

Drasan oddychał ciężko, mierząc czarownice wściekłym spojrzeniem. Czuł nieodpartą chęć zaciśnięcia palców na jej gardle.

— Radzę ci ostudzić swoje zamiary. Nie zapominaj o tym, że czytam w twoich myślach — oznajmiła chłodno.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Chcesz mnie torturować? Proszę bardzo — odrzekł drżącym z wściekłości głosem.

Zaśmiała się cicho.

— To jeszcze nie są tortury, mój drogi — odpowiedziała. — Na dużo większą dawkę bólu jeszcze przyjdzie czas. A teraz skup się.

Gdy tylko wypowiedziała te słowa ponownie ogarnęła go senność. Przez chwilę próbował walczyć z opadającymi powiekami, ale tę potyczkę w końcu przegrał. Tym razem był już przygotowany. Dlatego widok pozbawionego życia pustkowia nie wywołał spodziewanego wstrząsu, a jedynie obrzydzenie. Wszędzie wokół niego walały się stosy zmurszałych kości. Naprzeciwko widniały ruiny tego, co niegdyś musiało być miastem, teraz zaś obróciło się w stertę gruzu.

Zdusił w sobie lęk, który podpowiadał mu co właśnie widzi, i zadał w myślach pytanie:

— To wszystko na co cię stać?

Wizja pustkowia natychmiast się rozpłynęła, a on sam znalazł się na kamiennym ołtarzu. Był rozebrany do pasa, ręce i nogi skuto mu grubymi, żelaznymi obręczami. Nad nim, w zwartym kręgu, stały zakapturzone postaci. Każda w identycznym, czarnym płaszczu z kapturem zacieniającym rysy twarzy.

— Kim jesteście? Czego ode mnie chcecie? — jego pytanie odbiło się echem.

Nikt nie odpowiedział. Postaci spoglądały na niego w milczeniu. Ogarnięty coraz większym przerażeniem próbował wyszarpnąć się z okowów, jednak trzymały go zbyt mocno.

W myślach w kółko powtarzał: „To tylko sen”

Jedna z postaci opuściła towarzyszy i podeszła bliżej. Z rękawów obszernej szaty wysunęły się dwie blade, pokryte liszajami dłonie. Jedną z nich przycisnęła do piersi księcia, a drugą zacisnęła na jego gardle. Ból, który poczuł, przypominał dotyk rozpalonego żelaza. Chciał krzyczeć, ale z jego ust nie wydobył się ani jeden dźwięk.

Śmiertelny strach całkowicie go sparaliżował. Z każdym uderzeniem jego bijącego jak szalone serca, ból jeszcze się wzmagał. W myślach błagał, by ten koszmar się skończył. Kolejne istoty dołączały do swojego towarzysza, kładąc trupie dłonie na jego ciele. Miał ochotę wyć z bólu, ale nie potrafił wydać z siebie niczego poza ochrypłym rzężeniem. Czuł, że kona. Jego ciało nie było w stanie znieść tak wielkiej potworności. Odpływał…

Ponownie zerwał się siadając na wąskiej pryczy. Wciąż czuł na ciele chłód kamiennego ołtarza. Słyszał swoje serce tłukące się pod żebrami. Starał się wyprzeć koszmar ze świadomości, ale śmiech Dhalii był przerażająco realny. Nie będąc w stanie wyrzec nawet słowa, książę tylko patrzał na nią z nieukrywaną nienawiścią.

— Strach to jednak nie wszystko, co można znaleźć w twojej głowie. Jest tego więcej, tylko trzeba dobrze poszukać. A ból pomaga mi uzyskać dostęp do twoich najgorszych wspomnień. Dzięki temu mam mnóstwo możliwości. Więc na pewno zaboli i to nie raz — kontynuowała z uśmiechem, ignorując rosnącą w jego oczach wściekłość.

Wreszcie Drasan nie wytrzymał i z rykiem rzucił się do przodu. Chciał ją dopaść i zadać jej tyle bólu ile tylko zdoła. Czarownica to przewidziała. Nie przestając się uśmiechać lekceważąco machnęła ręką. W powietrzu natychmiast pojawiła się lśniąca lina, która oplotła go, skutecznie krępując mu ręce.

— Doprawdy, zdumiewa mnie twój brak wyobraźni. Myślałam, że już wiesz, iż ta gra toczy się na moich zasadach? — zapytała.

— Jeżeli myślisz, że tak łatwo się poddam, to się mylisz — warknął. — Torturuj mnie, ile chcesz! Nie zmusisz mnie do przemiany!

— Mylisz się. Znam twoją przyszłość i widziałam moment przemiany. Nie zdołasz już tego zatrzymać, jest za późno — odrzekła, a na jej twarzy na powrót pojawił się szyderczy grymas.

Drasan na chwilę zwątpił. To, co mówiła miało sens. Od pamiętnej nocy, gdy go schwytano czuł się inaczej. Wcześniej nie rozumiał co to oznacza. Dopiero jej słowa sprawiły, że to do niego dotarło. W chwili, gdy poczuł w sobie potęgę ognia, zaszły w nim nieodwracalne zmiany i choć jeszcze nie wydawał się gotowy do przemiany, wiedział, że nadejdzie dzień gdy to się stanie.


* * *


Yarred wyszedł przed karczmę by odetchnąć świeżym powietrzem. Cały czas starał się zachować czujność i trzeźwość umysłu. Plan wymyślony przez Ulricę wydawał mu się czystym szaleństwem, a jednak wiedział doskonale, że to może być ostatnia szansa dla Drasana. Wizja tego, co może mu zrobić Gaenor…

Z ponurych myśli wyrwały go ciche kroki. Mara podeszła do niego nieśmiało. Wciąż miała na sobie tę samą brudną i podartą sukienkę. Jej łagodne spojrzenie wprawiało go w zakłopotanie.

— Chciałabym ci podziękować, Panie, za to, że mnie ocaliłeś — przemówiła do swoich stóp — I za to, że zabierasz mnie ze sobą… — Urwała, a policzki jej poczerwieniały — … obiecuję nie być dla ciebie ciężarem.

Kapitan uśmiechnął się. Pomyślał, że ta dziewczyna to najbardziej niewinna i bezbronna istota, jaką kiedykolwiek zdarzyło mu się spotkać. Jednak pomimo wyjątkowej urody nadal zdawała się być dzieckiem. Skrzywdzonym, przerażonym i brudnym. Nie widział w niej kobiety, lecz kogoś, kim winien się zaopiekować.

Westchnął i odpowiedział:

— Możesz się zwracać do mnie po imieniu.

— Jesteś bardzo szlachetny, kapitanie Cordydian — stwierdziła nadal nie podnosząc wzroku. — Nie spotkałam nigdy kogoś takiego… — urwała, najwyraźniej przerażona swoją śmiałością.

Yarred postanowił nieco ją ośmielić.

— Nie musisz się już obawiać, Maro — rzekł najdelikatniejszym głosem, na jaki potrafił się zdobyć. — Dopilnuje, by nikt więcej cię nie skrzywdził — zmarszczył brwi, po czym zapytał. — Ile ty właściwie masz lat?

— Zeszłej wiosny ukończyłam szesnaście — odrzekła, płonąc jak piwonia.

Bogowie — pomyślał Yarred. — A więc w istocie to jeszcze dziecko wykorzystane w podły sposób tylko dlatego, że posiada wyjątkowy typ urody. Postanowił pytać dalej w nadziei, że dowie się czegoś więcej.

— A gdzie są twoi rodzice?

— Jestem sierotą — odrzekła, po raz pierwszy unosząc głowę i patrząc na niego wielkimi, niebieskimi oczami. — Tutaj, przy granicy, żyjemy zdecydowanie inaczej niż ci bliżej zamku. Gdy umarła moja mama musiałam zacząć sobie radzić sama… — westchnęła i znowu spuściła wzrok. — Jedynym moim atutem była uroda. Karczmarz obiecał zapewnić mi dach nad głową i strawę w zamian za pracę. Wówczas nie wiedziałam, że na chleb będę zarabiać właśnie w taki sposób — gdy to mówiła, po jej brudnych policzkach toczyły się słone łzy.

— W Sheardon nie ma…

— Proszę nie wspominaj mi o prawie i kodeksie. Tutaj rządzą inne zasady — przerwała mu. — Słyszałam o czym rozmawialiście. Skoro uprowadzono księcia w jego własnym królestwie, to jakie znaczenie ma brudna sierota. Kto będzie się nią przejmował.

— Ja — zadeklarował jej spokojnie. — Przysięgałem przestrzegać kodeksu i pozostaje wiernym poddanym królowej. Ten człowiek za swoje uczynki powinien trafić pod katowski topór, a jednak daruję mu życie. Wystarczy sowite wynagrodzenie w złocie lub dobytku, które oczywiście trafi do osoby poszkodowanej. Wybrałem już stosowny podarunek dla ciebie, Maro. W stajni tego padalca, ku swemu zaskoczeniu znalazłem eardeńską klacz wyjątkowej urody. Od dziś stała się twoją własnością. Będzie ci potrzebna, skoro wybierasz się z nami do Rosher.

Dziewczyna osłupiała nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa. Nagle rzuciła się kapitanowi na szyję, łkając w jego pierś. Yarred stał jak skamieniały, nie wiedząc co powinien uczynić. Jej ciało było takie ciepłe i miękkie. Wyraźnie czuł wypukłe krągłości pod cienkim materiałem. Wreszcie delikatnie poklepał ją po plecach. Uradowana Mara puściła go i jakby nieco zażenowana swoim zachowaniem bąknęła: „dziękuję”, po czym czmychnęła do izby.

Kapitan Cordydian słyszał w uszach dziwny szum, a serce waliło mu jak młotem. Już dawno żadna kobieta — z wyjątkiem jego matki — nie obejmowała go w tak serdeczny sposób. Jednak Mara, nawet pomimo kobiecych kształtów, nadal była dla niego dzieckiem, niewiele starszym od Mirell, jego siostry. Wiedział co prawda, że wielu ojców wydaje swoje córki za mąż nawet w wieku trzynastu wiosen, ale jednak rodzice wpoili mu Kodeks, w którym wyraźnie napisano, że panna jest gotowa do ożenku dopiero w momencie, gdy ukończy szesnaście lat.

Mara była dojrzalsza, ponieważ wychowała ją ulica. Gdyby miał więcej czasu zawiózłby dziewczynę na dwór swoich rodziców, by nabrała ogłady i jak wszystkie panny w jej wieku przygotowywała się do roli żony i matki. Nie mógł jednak tego uczynić. Zatem musiał ją zabrać ze sobą na najbardziej niebezpieczną wyprawę w swoim życiu.


* * *


Ulrica w zamyśleniu obserwowała, jak stary karczmarz burcząc coś pod nosem, szykuje im prowiant na drogę. Myślami była daleko. Wspominała wszystko, co do tej pory ją spotkało, aż do czasu, gdy poznała Drasana. Zauroczył ją, a nie należała do kobiet łatwo ulegających męskiemu urokowi. Wiedziała, że oddając go w ręce Gaenora popełnia błąd, ale nie miała wyboru. Chodziło o jej życie. Teraz nagle pojawiła się sposobność, by się zemścić na tym potworze, który wymordował cały jej lud.

Ciągle miała w pamięci wszystko, co się stało w Ardanie, jednej z krain nad północnym morzem. Gaenor przybył tam razem ze swoim wojskiem. Pokonał i zabił władcę Ardańczyków, a potem zażądał bezwarunkowego posłuszeństwa. Każdego, kto śmiał mu się sprzeciwić… zabijał. Z ciał wszystkich pomordowanych kazał utworzyć olbrzymie stosy. Była wówczas bardzo młoda. Paraliżował ją strach. Musiała patrzeć na śmierć rodziców, rodzeństwa oraz wszystkich mieszkańców wioski. Oddziały bezwzględnych Doarów niszczyły wszystko na swojej drodze, zupełnie jak szarańcza. Ulrica cudem ocalała z tej masakry tylko dzięki wyjątkowemu u jej rasy darowi… polegającemu na zmianie wyglądu. To było jeszcze przed tym, jak Rosher za sprawą klątwy jednorożców, zmieniło się w jałowe pustkowie, a niebo zasnuły ciężkie chmury tak, iż na zawsze zapanował tam półmrok.

Zamyślona kobieta nie od razu dostrzegła Marę. Zwróciła na nią uwagę, dopiero kiedy ta odważyła się odezwać:

— Pani, kapitan kazał ci przekazać, że wyruszamy skoro świt.

Ulrica uniosła wzrok, a jej brwi utworzyły jedną linię. Dostrzegała w tej z pozoru kruchej istocie dziwną siłę. Jakby pomimo tego, co ją spotkało nadal wierzyła w przychylność sił przeznaczenia.

— Kapitan kazał ci przekazać — powtórzyła z wymuszonym uśmiechem. — To wspaniale. Najwyższy czas, bo już dość go zmarnowaliśmy siedząc tutaj. Jeśli to wszystko, co masz do powiedzenia, smarkulo, to zejdź mi z oczu.

Mara bynajmniej nie zamierzała odejść. Wpatrywała się w najemniczkę tak intensywnie, że ta nie była w stanie dłużej jej ignorować.

— Czego jeszcze chcesz? — zapytała opryskliwie.

— Nie lubisz mnie, prawda? — stwierdziła dziewczyna, krzyżując ręce na piersiach.

Ulrica westchnęła zrezygnowana.

— Posłuchaj mnie uważnie. Nie znam cię i nie mam podstaw do tego, by stwierdzić jednoznacznie czy cię lubię, czy też nie — irytowała się. — Jeśli jednak nadal będziesz zawracać mi głowę, to na pewno cię nie polubię. A teraz wynoś się i daj mi w końcu pomyśleć.

Ku zdenerwowaniu najemniczki, Mara, zamiast sobie pójść, usiadła obok niej.

— Kim jest Drasan? — zapytała, przyglądając się z ciekawością rękojeści miecza, który Ulrica miała przy pasie.

Tym razem najemniczka ostatecznie straciła cierpliwość, której zresztą nigdy nie miała zbyt wiele.

— Cóż, smarkulo…

— Na imię mam Mara — oburzyła się dziewczyna.

— Hmm… Maro… — Ulrica przywołała na twarz wymuszony uśmiech — …z konieczności ci coś wyjaśnię, bo nie zamierzam dłużej znosić twojego wścibstwa. Nie przepadam za dziećmi…

— Nie jestem już dzieckiem — zaprotestowała Mara.

Tym razem Ulrica miała już dość.

— Zjeżdżaj stąd wścibska, ruda smarkulo, bo spiorę cię na kwaśne jabłko! — krzyknęła, ostatecznie tracąc nad sobą panowanie­

Dziewczyna zerwała się na równe nogi i jak rażona piorunem wybiegła z karczmy.

Postanowiła udać się do stajni, gdzie spodziewała się odszukać kapitana. Tylko on zdawał się patrzyć na nią przychylniej, a jego ciepłe spojrzenie sprawiało, że czuła się wyjątkowo. Poza tym było w nim coś, co budziło zaufanie.

Znalazła go tam, gdzie się spodziewała. W boksie, w którym stała Luna. Najpiękniejsze zwierze, jakie kiedykolwiek spotkała. Często przychodziła do niej tylko po to, by wtulić się w aksamitną sierść i doznać choć odrobiny ciepła. Czasami patrząc w jej wielkie, mądre oczy rozmawiała z nią i miała wrażenie, że klacz wszystko rozumie. Yarred zajęty był przygotowywaniem wierzchowca do drogi, więc nie zauważył jej, gdy oparta o drzwi boksu patrzyła jak dopina popręg.

Luna, która dostrzegła ją pierwsza, zarżała na powitanie. Wówczas kapitan odwrócił się i ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się jakby chcąc dodać jej otuchy.

— To ta klacz, o której ci mówiłem. Zdecydowanie pochodzi ze stajni Eardenów — powiedział, delikatnie klepiąc konia po szyi.

— Od zawsze marzyłam, że kiedyś jej dosiądę i obie stąd uciekniemy — powiedziała podchodząc bliżej, by dotknąć jej chrap.

Yarred zaśmiał się i popatrzał jej w oczy.

— Masz więc okazję, by to zrobić. To wspaniały koń i zasługujesz na niego jak nikt inny — mówiąc to oddał jej wodze, a sam podszedł do swojego gniadosza.

Kapitan poklepał go po szyi, po czym bez wysiłku wskoczył na siodło, Mara także zwinnie dosiadła klaczy i oboje ruszyli w stronę wejścia do karczmy.

Na pustym placu czekali już na nich Ulrica razem z Dariusem, dosiadającym małego, kudłatego kuca. Podjechali do nich swobodnie. Widok przepięknej klaczy zaparł im dech w piersiach. Yarred wysunął się na przód i powiedział:

— Od tej chwili musimy być ostrożni. Nikomu z nas nie wolno wypowiedzieć imienia Drasana ani też wspominać o Gaenorze czy Rosher. Musimy zachować to w ścisłej tajemnicy.

Wszyscy poparli to skinieniem głowy. Czwórka jeźdźców z kopyta wyruszyła z placu przed karczmą, kierując się na zachód.

Jaśniały właśnie pierwsze promienie świtu, barwiąc na złoto ściany budynków i wlewając się przez brudne szyby do karczmy. Stary oberżysta siedział przy jednym stole z tajemniczym mężczyzną odzianym w czarny płaszcz. W miarę jak rozmowa się rozwijała na twarzy przybysza pojawiał się dziwny grymas, który miał być uśmiechem…

Rozdział 5

Na pustkowiu pozbawionym życia zerwał się gwałtowny wiatr porywając ziarenka piasku i zmuszając je do wirowania w dziwnym tańcu. Ołowiane sklepienie nieba zwiastowało nadciągający deszcz. Żadna istota zdawała się nie zamieszkiwać tego niegościnnego miejsca. Rosły tu jedynie skarłowaciałe krzewy kurczowo trzymające się suchej, spękanej ziemi.

Pojedynczy jeździec pędzący przez pustynie zdawał się widmem. Koń wyglądał jakby lada chwila miał pod nim paść — z pyska kapała mu piana, a z ran zadanych ostrogami obficie sączyła się krew. Posłaniec zmierzał w kierunku czarnych murów twierdzy. Kiedy do niej dotarł ogromna brama bez przeszkód stanęła przed nim otworem. Galopując wjechał na dziedziniec. Na spotkanie wybiegli mu stajenni, którzy odebrali od niego wodzę. Nie tracąc ani chwili, mężczyzna udał się na tyły zamku, gdzie miał spotkać swojego dowódcę.

Na dziedzińcu jak zawsze odbywały się ćwiczenia. Dowódca dumny ze swoich żołnierzy przechadzał się przyglądając toczonym, pozorowanym walkom. Nazywał się Drako Haleven. Był mężczyzną o potężnej budowie ciała — twarz o ostrych rysach dodawała mu powagi, a czarne oczy zwieńczone krzaczastymi brwiami nadawały mu wygląd drapieżnika. Od zawsze golił głowę na łyso. Swoich podwładnych traktował surowo i z dystansem. Mało kto miał ochotę wchodzić mu w drogę. Nosił podobnie jak pozostali czarną zbroję, spośród innych mu podobnych wyróżniał go tylko purpurowy płaszcz. Od przeszło pięćdziesięciu lat dowodził armią Gaenora, liczącą piętnaście tysięcy zbrojnych Doarów. Była to rasa ludzi odznaczających się gwałtownością, brutalnych i dzikich. Dzięki tym trzem cechom połączonym z miażdżącą siłą i zręcznością, a przy tym zupełnym brakiem litości czy współczucia, stali się czymś w rodzaju „pupilków” Gaenora. Służyli mu już od stuleci.

Na widok posłańca wracającego zapewne z położonych na południu krain, zmarszczył brwi. Nie spodziewał się tak szybko raportu. Młodzieniec prędko do niego podszedł i zasalutował. Drako kiwnął głową na znak, by mówił.

— Generale, coraz więcej barbarzyńców z południa zaczyna zbierać swoje wojska. Wygląda jakby szykowali się do wojny. Część z nich gromadzi zapasy i zbrojnych w przygranicznych twierdzach. Zdaje się, że boją się najazdu na ich ziemie — wyrzucił z siebie posłaniec.

„I słusznie” — Drako w zamyśleniu potarł brodę, po czym odrzekł:

— Niech więc uderzą. Połamią sobie tylko zęby na tej twierdzy. Gaenor już dawno postanowił, że wkrótce najedziemy jedno z południowych królestw. Czeka tylko na odpowiednią ku temu sposobność. Poza tym, mamy ich wybrańca, więc kto ich niby poprowadzi? To banda nieudaczników, którzy nawet nie potrafią określić granic swego królestwa? Elfy im nie pomogą. Te brudasy zza gór na południu też nie. Jednorożców jest zbyt mało. Nie mamy się czego obawiać. Nasza armia jest liczna i zaprawiona w boju. Oni nie mają regularnego wojska, tylko niezbyt liczne oddziały gwardii. Więc jak chcą z nami walczyć, skoro nawet nie mają żołnierzy?

Posłaniec z uznaniem spojrzał na swojego dowódcę. Wiedział, że nie ma nikogo bardziej godnego czci. Człowiek surowy i odważny, dla którego nie istniały żadne granice niemożliwe do przekroczenia. Przykład do naśladowania dla każdego wojownika.

— Sami się proszą o zagładę. Zresztą, dość tej bezczynności. Dziś poproszę o pozwolenie do szturmu na Sheardon. Nie mają następcy tronu ani też zbrojnych. Z łatwością ich podbijemy. Dla innych będzie to stosowna nauczka — dopowiedział generał, patrząc z wyższością na przybyłego.

— Z przyjemnością przekażę twoje rozkazy, generale — odrzekł, skłaniając nisko głowę.

Surową twarz dowódcy rozjaśnił uśmiech.


* * *


Dhalia szła jednym z wąskich korytarzy lochu, szeleszcząc jedwabiem czarnej sukni. Włosy dla większej swobody upięła w kok. Piękna i zabójcza — tak najczęściej ją określano i w tych dwóch słowach była zawarta cała prawda o niej. Przymierze z Gaenorem sprawiło, że stała się okrutna i przebiegła. Zawsze dążyła do celu wszelkimi możliwymi sposobami. Marzyła o stworzeniu potężnego imperium podległego tylko jej. Dlatego właśnie schwytała i uwięziła Drasana. Z nim u boku zdobyłaby wreszcie to, czego pragnie. Boris zdał jej dokładną relację z tego, co się wydarzyło, kiedy zastawił na niego pułapkę. Jego umiejętności budziły słuszny szacunek. Jedyne czego potrzebowała, to znaleźć złoty środek i podporządkować go swojej woli zanim będzie zdolny do przemiany. Niezwykle intrygowała ją jego odporność na czary. Przypisywała to w większości jego smoczemu pochodzeniu. Drażniło ją jednak to, że nie potrafi go omotać tak, jak to uczyniła z Gaenorem. Dlatego kazała go przenieść do lochów i na kilka dni pozbawić jedzenia. Była ciekawa czy zimno i głód go zmiękczy.

Pomimo jego oporu, czarownica nie zamierzała zrezygnować. Żałowała jedynie tego, że jej moc została okupiona bezpłodnością. O ile prościej by było, gdyby mogła urodzić jego dziecko. Niestety.

Zagłębiając się w kolejny tunel lochów położonych głęboko pod Kahaer, nagle poczuła na skórze przenikliwe zimno. Uśmiechnęła się do siebie. Książę nie miał dotąd okazji poznać do czego jest zdolna, ale szybko się o tym przekona. Pod drzwiami zastała strażnika, który posłusznie zszedł jej z drogi. Dhalia otworzyła drzwi kluczem, który zawsze nosiła na szyi i przekroczyła próg celi.

W świetle jedynej pochodni, którą zaczarowała tak, by paliła się przez cały czas, zobaczyła księcia siedzącego na kupce słomy. Od pierwszego dnia pobytu w twierdzy jego wygląd drastycznie się zmienił. Przystojną twarz okalała teraz gęsta, czarna broda, z której wyłaniały się jedynie nos i para oczu. Włosy, niegdyś starannie zaczesane i związane na karku, teraz zmieniły się w tłuste i brudne strąki uparcie opadające na czoło i zacieniające policzki. Ubranie, które miał na sobie przeistoczyło się w brudne szmaty. Schudł i zmizerniał. Trudno było uwierzyć w to, że to ten sam człowiek, jaki jeszcze przed kilkoma dniami był pełen dumy i odwagi a, który z jej rozkazu został pojmany i uwięziony.

Dhalia uśmiechnęła się do niego.

— Jak ci się podoba w lochach, mój książę? — zapytała głosem przesyconym jadowitą słodyczą. — Sam widzisz, że nie warto mnie lekceważyć.

Drasan nie odpowiedział. Bardzo chciał, by jego spojrzenie zabijało. Jedynie na tyle mógł się teraz zdobyć, bo został przykuty do ściany grubym łańcuchem. Więc teraz patrzał na nią z nienawiścią.

— Moja dieta, jak widzę, nie za bardzo ci służy — szydziła. — Nie przejmuj się, nie mam zamiaru cię zagłodzić. W najbliższym czasie będziesz mógł się posilić.

Wydawała się tak bardzo rozbawiona całą tą sytuacją, że mężczyzna z trudem utrzymywał emocje na wodzy. Drażniło go jej zadowolenie, ale postanowił nie odezwać się ani słowem, choćby go prowokowała na wszelkie możliwe sposoby.

— Nie jesteś dzisiaj zbyt rozmowny, mój drogi. Czyżby forma buntu? — zaśmiała się nieprzyjemnie. — Jeżeli chcesz wiedzieć, to znam bardzo skuteczne sposoby na to, by rozwiązać ci język.

Mówiąc to, podeszła bliżej do niego i pochyliła się tak, że dekolt jej sukni znalazł się naprzeciwko jego oczu. Ujęła go pod brodę i zaczęła mówić szeptem.

— Posłuchaj, bo drugi raz nie powtórzę. Czy ci się to podoba, czy nie, jesteś teraz w mojej władzy. Zdobędę to czego chcę. Nie powstrzymasz mnie. Już teraz jesteś bliski kresu sił, Drasanie. Wiesz, że nikt poza tobą nie może ci pomóc. Jeśli przysięgniesz mi wierność to wszystko się skończy. Razem możemy zdobyć władzę i potęgę o jakiej ci się nawet nie śniło.

W końcu książe zdobył się na odwagę by odpowiedzieć.

— Za nic nie stanę u twojego boku. I nie pozwolę ci osiągnąć tego, czego chcesz. Równie dobrze możesz od razu mnie zabić.

Roześmiała się patrząc mu w oczy.

— Wiesz, myślałam, że uda mi się odwrócić to, co jest ci przeznaczone. Widziałam twoją śmierć, Drasanie. Jeśli chcesz, pokażę ci ją. Choćby zaraz?!

Uśmiechnął się pomimo powagi sytuacji.

— Próbujesz mnie zastraszyć? — zapytał.

Dhalia natychmiast spoważniała. W jej lodowato błękitnych oczach Drasan ujrzał odbicie swojej twarzy i wzdrygnął się mimo woli.

— Nie wiesz nawet jak wielką posiadasz moc. Ale to już nieistotne. Będziesz mi posłuszny! Choćbym miała cię do tego zmusić. Jeśli jeszcze się nie boisz to wkrótce zaczniesz — gdy to mówiła w jej głosie brzmiała wściekłość.

Drasan uniósł głowę najwyżej jak potrafił i odrzekł:

— Żadna z twoich metod nigdy nie będzie skuteczna. Nie jesteś w stanie mnie do niczego zmusić. Więc śmiało, wezwij swoich mistrzów tortur. Niech pokażą co potrafią.

Czarownica nie uśmiechnęła się. W jej zimnych oczach dostrzegł jak bardzo ją rozwścieczył.

— Pożałujesz tego — wycedziła, po czym wyszła z celi i zamknęła ją na klucz.

Książę usłyszał jeszcze jak ostrym tonem wydaje rozkazy pilnującemu drzwi strażnikowi.

Drasan nie wiedział ile minęło od wyjścia Dhalii. W ciemnym lochu ciężko było zachować poczucie czasu. Wiedział jedynie, że miała racje — jeśli zostanie tu dłużej z pewnością go złamią. Najbardziej ze wszystkiego dokuczał mu chłód i samotność. Próbował się choć trochę zdrzemnąć, ale głód szarpiący trzewia skutecznie mu to uniemożliwiał. Zastanawiał się więc, ile prawdy było w tym, co powiedziała na temat wizji jego śmierci. Może chciała go tylko zastraszyć? Przez całe życie pragnął dowiedzieć się kim jest i skąd pochodzi, a teraz tego żałował. Skoro tak wyglądała prawda to wolałbym jej nie znać — pomyślał z goryczą. Oznaczało to bowiem, że ci którym ufał, okłamali go.

Odgłos otwieranych drzwi wyrwał go z rozmyślań. Do celi weszło dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn. Wyglądali na takich, co raczej nie zadają pytań. Pierwszy był zupełnie pozbawiony szyi, miał małe, świńskie oczka i głowę w całości ogoloną. Ubrany był w skórzaną kamizelkę i wąskie skórzane spodnie, na przegubach jego rąk widniały metalowe bransolety naszpikowane ostrymi kolcami. Drugi miał kwadratową szczękę, zaczepnie wysuniętą do przodu, przez co dostrzegł, że brakowało mu w niej połowy zębów. Malutkie oczka niemal zupełnie ukryły się pod gęstymi, krzaczastymi brwiami, a nad górną wargą dumnie prezentowały się ogromne, sumiaste wąsy. Na jego ubiór składał się czarny kaftan, spod którego wyłaniał się owłosiony tors. Nosił spodnie schowane w wielkich buciorach sięgających do połowy łydek.

Na widok więźnia uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. Nic nie mówili, to ich wygląd mówił za nich. Zanim Drasan zdążył otworzyć usta, rozkuli go i wywlekli na pusty korytarz. Książę nigdy wcześniej nie był wyprowadzany ze swojej celi. Dopiero teraz miał okazję rozejrzeć się po labiryncie wąskich korytarzy. Wszystkie były identyczne, co zupełnie uniemożliwiało orientację. Szli szybkim, marszowym krokiem, mijając po drodze rząd identycznych cel. Wreszcie zatrzymali się naprzeciwko podwójnych drzwi. Młodzieniec został wepchnięty do okrągłego pomieszczenia, w którym z miejsca rozpoznał salę tortur. Stała tu całkiem spora kolekcja różnych narzędzi do zadawania cierpienia, a z niskiego sklepienia zwieszały się łańcuchy poplamione zakrzepłą krwią. Pośrodku zaś stał kamienny stół i to właśnie w jego kierunku go poprowadzono. Wtedy zauważył stojącego za nim karła ubranego w obszerny, czarny płaszcz, który skrywał całą jego niewielką posturę. Małe paciorkowate oczy przewiercały go na wylot, a twarz pokryta bliznami po poparzeniach nadawała mu wygląd postaci z sennego koszmaru.

Drasan nie spuszczał z niego wzroku, brawurowo udając, że nie czuje bólu w ramionach skrupulatnie wykręcanych przez osiłków. Miał niezmierną ochotę splunąć w twarz tej kreaturze. Zanim jednak zdołał to zrobić, karzeł wymierzył mu siarczysty policzek, zostawiając na jego twarzy trzy krwawe pręgi.

— Obiecałem Dhalii, że nie uszkodzę za bardzo jej zdobyczy — wysyczał. — Ale nie myśl, że będę się z tobą obchodził łagodniej niż z innymi. Nazywają mnie tu „Mistrzem Tortur”. Wyciągam informacje i szczycę się tym, że żaden wiezień nie potrafi wytrzymać ze mną dłużej niż dwa dni. Po tym czasie zwykle albo udaje mi się zdobyć to, czego chcę, albo czeka go bardzo powolna i bolesna śmierć.

Kiedy mówił, Drasan widział w jego oczach dziwny błysk. Ten niski człowieczek uwielbiał zadawać ból.

— Może zaczniemy delikatnie — powiedział, w zamyśleniu przyglądając się napiętym mięśniom Drasana, a dwóm pomagierom rozkazał. — Rozbierzcie go do pasa i przykujcie do krzesła.

Dwóch osiłków w mgnieniu oka wykonało jego polecenie. Najpierw zerwali z młodzieńca ubranie, a następnie pchnęli w kierunku niewinnie wyglądającego drewnianego siedziska z wysokim oparciem. Jednak z bliska okazało się, że zarówno poręcze, jak i skórzane pasy służące do przymocowywania rąk i nóg najeżone są ostrymi kolcami, które pokrywała gruba warstwa zaschniętej krwi. Zdając sobie sprawę, że jakiekolwiek próby oporu w niczym nie pomogą, pozwolił się przykuć. Nie zdołał jednak powstrzymać syku, gdy komplet kolców wbił mu się w nadgarstki i kostki.

Źrenice karła natychmiast się rozszerzyły z podniecenia.

— Jak sam już zapewne zauważyłeś, ten mebel jest swego rodzaju środkiem do delikatnej perswazji. Każda próba wyswobodzenia się kończy paskudnymi ranami. — powiedział wkładając na dłonie rękawice okute stalowymi guzami. — Zwykle, zanim zacznę, knebluje delikwenta, by nie słuchać jego wrzasków, ale dla ciebie zrobię wyjątek — uśmiechnął się paskudnie podchodząc do krzesła, na którym wyprężony jak struna siedział więzień. — Nigdy jeszcze nie torturowałem półsmoka.

Książę popatrzał na niego ze złością.

— Nie wiem co ci powiedziała ta wiedźma — Drasan stwierdził cicho patrząc prosto w oczy oprawcy — ale nie jesteś w stanie mnie złamać. Ona tego nie dokonała korzystając ze swojej magii to i tobie, tym bardziej, się nie uda.

Karzeł zaśmiał się nieprzyjemnie i odrzekł:

— Nie zaczniemy od łamania. To zostawimy sobie na sam koniec. Dhalia powiedziała mi, że masz właściwą smokom zdolność przyspieszonej regeneracji. To może być bardzo ciekawe doświadczenie — westchnął zadowolony, po czym zacisnął jedną z drobnych pięści i podstawił Drasanowi pod nos. — Wiesz co to jest? — spytał cicho i nie czekając na odpowiedź dodał, gładząc pieszczotliwie metalowe wyrostki. — Darujmy sobie teorię, przejdźmy do praktyki. Ten przyrząd służy do łamania kości i jest zadziwiająco skuteczny.

Drasan robił co mógł, byle nie zdradzać swojego przerażania. Starał się zagłuszyć palący ból, który czuł. Musiał zdyscyplinować ciało i rozluźnić mięśnie, ale na próżno. Nigdy wcześniej nie poddawano go takim zabiegom, a rany otrzymane dotychczas wydawały się przy tym szczenięcymi otarciami. Żałował, że nie jest w stanie zagłuszyć targającym nim uczuć. Jedyne co mu pozostało to z całej siły zacisnąć zęby w oczekiwaniu na ból. Ten jednak wciąż nie następował. Zerknął przelotnie na swojego oprawcę, ale ten jedynie wpatrywał się w niego, lekko przekrzywiając głowę.

— Nie jesteś w stanie przygotować na to, co dla ciebie przygotowałem, synku. Już za chwilę przeniesiesz się do krainy koszmarów.

— A więc przestań paplać i zaczynaj — warknął.

Rozwścieczony karzeł walnął go w szczękę tak, że aż sam sobie przygryzł wargę. Zdarzyło się to tak nagle, że książę nie zdołał się przygotować. Przed oczami zatańczyły mu kolorowe plamy, zaś z rozciętej wargi pociekła krew. Kiedy odzyskał ostrość wzroku, ujrzał karła ściągającego rękawicę całą umazaną we krwi.

— A teraz sprawdzimy jak bardzo jesteś odporny na ból — rzekł, podchodząc i stając naprzeciwko niego.

Drasan spojrzał mu prosto w oczy. Bardzo się starał, by ten okrutny, mały kat nie dostrzegł w jego oczach choćby cienia strachu. Jednak widok przyrządu, który ten dzierżył w ręku sprawił, że serce mu gwałtownie przyspieszyło, w gardle poczuł nieznośną suchość. Karzeł uśmiechnął się, unosząc drobną dłoń z niewielkim metalowym przedmiotem przypominającym miniaturową gilotynę.

— Wiedziałem, że ci się to spodoba. To może… — zawiesił głos wykrzywił usta na widok rozszerzonych ze strachu oczu swojej ofiary. — … wybierzesz, od której dłoni zaczniemy — dodał rozkoszując się każdą chwilą.

Drasan bardzo się starał, by wycofać się gdzieś w głąb siebie. Niestety nie potrafił oderwać wzroku od maleńkiego urządzenia.

Jego oprawca uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach błysnęło czyste okrucieństwo. Chwycił prawą dłoń młodzieńca i nie przestając patrzeć w rozszerzone z przerażenia oczy, wsunął gilotynkę na najmniejszy palec niczym jakąś groteskową parodię pierścienia i…

Trzask!

Odgłos łamiącej się kości i towarzysząca temu eksplozja bólu niemal ogłuszyły Drasana. Musiał bardzo mocno zacisnąć zęby, by nie krzyknąć.

Tymczasem karzeł wsunął gilotynkę na następny palec i…

Trzask!

Tym razem półsmok zawył jak zranione zwierze. Momentalnie pociemniało mu przed oczami, a czoło zrosiły krople potu, bo z całej siły napinał wszystkie mięśnie.

— Radziłbym się trochę rozluźnić — zimny głos oprawcy dobiegał do niego jakby zza grubego muru. — Dopiero zaczynamy zabawę. Nie licz na to, że pozwolę ci zemdleć… — dalszych słów, nawet jeśli nastąpiły, Drasan już nie usłyszał, bo zagłuszył je jego wrzask.

Mistrz Tortur przerwał na chwilę. Jak przez mgłę zobaczył, że odchodzi gdzieś na bok, by po chwili wrócić i… wylać mu wiadro lodowatej wody na głowę. Szybko odzyskał ostrość widzenia. Lecz i tak bał się choćby zerknąć na swoją prawą dłoń.

— Mówiłem, że nie pozwolę ci tu zemdleć. Połamałem ci dopiero cztery palce, bohaterze — prychnął zirytowany. — Spodziewałem się po tobie czegoś więcej.

Drasan podniósł na niego wzrok. Z włosów, na pierś, skapywały mu stróżki wody. Musiał zebrać resztki odwagi, żeby wyrzec jedno słowo:

— Nie.

— Co, nie? — spytał szyderczo mały kat. — Wrzeszczysz jak baba. Jeszcze chwila i zaczniesz wołać matkę.

— Nie przysięgnę jej wierności — wyszeptał Drasan. — Rób ze mną co tylko chcesz, ale i tak nie zdołasz mnie złamać, ani zmusić, bym to zrobił.

Tak jak się spodziewał, twarz karła wykrzywił grymas wściekłości.

— No dobrze, bohaterze — warknął. — Koniec przerwy…

I znowu ból zagłuszył jego słowa. Jego oprawca był bezlitosny. Kiedy kat już nie mógł znieść wrzasków, kazał zakneblować więźnia, a gdy tylko widział, że jest bliski omdlenia, wylał mu na głowę kolejne wiadro lodowatej wody.

Nie istniało chyba nic, co pomogłoby ulżyć jego mękom. Żadna z wyuczonych technik. Co jakiś czas jego oprawca przerywał tortury, tylko po to, by zadać jedno pytanie — Poddajesz się? Lecz za każdym razem słyszał w odpowiedzi — Nie.

Tak działo się przez kolejne dni. Wleczono go do celi tylko po to, by ponownie zabrać go do sali tortur, gdzie „mały oprawca” czekał z niecierpliwością na kolejną rozgrywkę. Po jakimś czasie Drasan stracił rachubę. Nie potrafił też stwierdzić, którą część ciała najbardziej udręczono.

Dhalia już go nie odwiedzała. Brał to za dobrą monetę. Oznaczało to, że wciąż ma w sobie dość hartu ducha aby stawiać opór. Jednak w chwilach słabości płakał jak małe dziecko. Wiedział, że dłużej nie wytrzyma tego koszmaru. Pomagała mu jednak świadomość, że jak dotąd odnalazł w sobie dość sił, by wszystko znieść — najpierw koszmary, potem głód, zimno i tortury. Obawiał się jednak, że na tym nie poprzestaną.


* * *


Gaenor z wściekłością krążył po wielkiej sali. Tym razem ubrany był w złotą tunikę, a na jego nagim torsie spoczywał ogromny rubin zawieszony na złotym łańcuchu. Dhalia w jedwabnej, czarnej sukni stała pośrodku wodząc za nim wzrokiem. Doskonale wiedziała, co wprawiło go w tak podły nastrój. Pogłoski o tym, że Otto pomimo najbardziej wyrafinowanych metod nie zdołał złamać Drasana, rozeszły się po Kahaer szybciej niż się tego spodziewała.

Władca nagle zatrzymał się i donośnym głosem ryknął na całą komnatę:

— Przyprowadźcie tu tego szczeniaka! Najwyższy czas, by dostał porządną nauczkę!

Czarownica skinęła głową, a na jej ustach ponownie zagościł uśmiech. Drasan mógł być odporny na czary i tortury, jednak Gaenor dysponował o wiele większą mocą. Wiedziała, że półsmok albo dobrowolnie ulegnie, albo zostanie do tego zmuszony.

Rozkaz Smoka został szybko wykonany. Dwóch strażników przywlekło Drasana i rzuciło go do stóp swojego władcy. Młodzieniec wyglądał koszmarnie. Jego nagi tors szpeciły blizny, a dłonie z koszmarnie powykręcanymi nadgarstkami wyglądały karykaturalnie. Skrajnie wyczerpany leżał u stóp smoka, zwinięty w kłębek, kwiląc przy tym niczym dziecko. Dhalia pomyślała, że z bólu pewnie postradał zmysły. Jednak książę był przytomny. Koszmar, jaki przeżył w ciągu ostatnich kilku dni, pozostawił w jego świadomości znamiona nie do zatarcia, ale nadal nie zamierzał się poddać. Z trudem dźwignął się na kolana i spojrzał na Gaenora.

Smok, na którego twarzy nie widać było śladu emocji, odezwał się ze spokojem:

— Jak widzę, zastosowane metody nie robią na tobie wrażenia. Niestety, muszę cię rozczarować. To nie koniec. Pozwól, że w tajemnicy coś ci powiem… Wkrótce, na mój rozkaz, Boris ruszy do królestwa twojej ukochanej Wayi i zrówna je z ziemią tak, że pozostaną po nim jednie zgliszcza. Mogę ci jednak obiecać, że wszyscy, których kiedykolwiek znałeś, będą umierać powoli i w męczarniach. Chyba że teraz, w tej chwili, przysięgniesz mi wierność.

Drasan nie odpowiedział, choć w jego wycieńczonym umyśle pojawiały się straszliwe wizje. Wciąż pamiętał nauki Ashkana, o tym, że musi być silny bez względu na wszystko i nie wolno mu wobec wroga okazać nawet cienia słabości.

— Wiem, że tortury mocno nadwątliły twoje siły. To jednak może się szybko skończyć. Oszczędzę twoich przyjaciół. Wystarczy tylko, że wypowiesz słowa przysięgi — głos Gaenora brzmiał, jakby wydobywał się zza grubego muru.

Młodzieniec z wysiłkiem podniósł wzrok, aby spojrzeć w gadzie oczy smoka i odpowiedział słabym, ledwie dosłyszalnym szeptem:

— Nigdy!

Ledwie to wypowiedział, a potężna siła uderzyła go w klatkę piersiową odrzucając na wyłożoną czarnym marmurem ścianę. Na gładkiej jak lustro płycie w miejscu, gdzie uderzyło w nią jego bezwładne ciało pojawiła się pajęczyna pęknięć. Smok z ogromną siłą przyciskał go do kamienia. Rzucając iskrami z wściekłych źrenic:

— Wiedziałem, że jesteś głupcem, ale nie sądziłem, że tak wielkim — powiedział.

Osłabiony zarówno pobytem w lochach, jak i torturami, nie miał siły odeprzeć ataku. Każdy mięsień jego ciała drżał z wyczerpania i bólu, a zmęczony umysł nie był w stanie ogarnąć tego, co się właśnie wydarzyło. Kiedy Gaenor opuścił ramię bezwładnie zwalił się na podłogę, dysząc ciężko. Czuł się bardzo słaby i w jego myślach coraz częściej pojawiał się obraz śmierci. Niemal widział, jak wyciąga ku niemu rękę. Tak bardzo chciał za nią chwycić, by odejść do krainy zmarłych. Jednak cierpienie przywróciło go do rzeczywistości. To Gaenor pochwycił go za włosy i przysunął do siebie.

— Nie pozwolę ci umrzeć. Jeszcze nie — wydyszał, patrząc mu prosto w oczy.

Kiedy go puścił, ponownie zwalił się na marmurową posadzkę, w ustach miał słony smak krwi. Wypluj ją, krztusząc się i kaszląc. Przed oczami wciąż tańczyły mu kolorowe plamy.

Smok przemówił ponownie:

— Wciąż jesteś słaby. Nie przeżyłbyś przemiany. Dam ci jeszcze trochę czasu. Jednak zanim każe cię odprowadzić do celi, powiem ci co zrobię. Wkrótce zjawią się tu twoi przyjaciele — prychnął pogardliwie. — Mogą okazać się użyteczni, więc pozwolę im tu wejść. Kiedy już tu trafią wpadną prosto w moją pułapkę, a ty będziesz gościem honorowym podczas ich egzekucji.

Drasan bardzo starał się nie pokazywać tego, co robiły z jego sercem te słowa. Cierpiał, walczył z odruchem płaczu, niestety uczucie to okazało się silniejsze. Załkał, po czym zwinął się w kłębek. Jego ramiona drżały w takt cichego szlochu.


* * *


Dhalia cały czas stała z boku. Bacznie obserwowała półsmoka. Widziała jak drży i z trudem utrzymuje przytomność. Jej plan wreszcie zaczynał dawać rezultaty. Drasan był niemal pokonany. Nie miał siły się jej już dłużej przeciwstawiać była pewna, że w końcu ulegnie jej mocy. Bez wysiłku czytała jego myśli, które ogarniały wątpliwości i strach.

Kiedy pojawiło się dwóch strażników, nie stawiał oporu, bez trudu dał się poprowadzić do celi.


* * *


Drasan nie wiedział dokładnie ile czasu minęło od rozmowy z Gaenorem. Powróciły też koszmary zacierające granice między snem a rzeczywistością. W rezultacie czuł się coraz gorzej. Codziennie strażnik, przez szparę pod drzwiami, wsuwał mu skąpe posiłki i miskę mętnej wody. Głód, który już od dłuższego czasu palił jego trzewia odbierał mu racjonalność myślenia. Pochłaniał więc łapczywie wszystko, co tylko dostawał.

Dawno już przestał myśleć o ucieczce. Domyślił się, że nie ma najmniejszych szans wydostania się z tych lochów. Już nie wiedział dlaczego jeszcze nie postradał zmysłów. Dhalia nie pojawiała się od dłuższego czasu, więc w rezultacie jedynymi jego towarzyszami były szczury. Zarośnięty i brudny przestał przypominać siebie. Powyłamywane palce zagoiły się, jednak nadal czuł w nich rwący ból, zaś po poparzeniach nie było śladu. Z ubrania, które miał na sobie w momencie porwania, pozostały mu tylko spodnie. Zwykle spał na niewielkiej kupce słomy zwinięty w kłębek. Smród odchodów wymieszanych ze szczurzymi, przestał mu już przeszkadzać, podobnie jak ten. który wyziewał z jego niemytego ciała.

Odgłos klucza w zamku sprawił, że podniósł głowę. Wiedział, że ma go jedynie Dhalia. Kiedy więc przekroczyła próg, nie był zaskoczony. Dziś miała na sobie błękitną suknie z aksamitu z wyjątkowo dużym dekoltem, który wspaniale podkreślał jej walory. Długie, czarne włosy swobodnie rozpuściła. Wyglądała jakby wybierała się na przyjęcie.

— Czego chcesz? — zapytał chrapliwym głosem.

Czarownica uśmiechnęła się błyskając bielą zębów.

— Przyszłam zobaczyć, jak się miewasz — odrzekła. — Wiedz, że moja propozycja jest nadal aktualna. Siedzisz tu już dwa miesiące i wciąż jesteś nieugięty. To postawa godna podziwu, ale w twojej sytuacji świadczy jedynie o głupocie.

— Moja odpowiedź nadal brzmi: n i e! — przerwał jej, na powrót zwijając się w kłębek i zamykając oczy w płonnej nadziej, że to zniechęci Dhalię do dalszego dręczenia go.

Jednak czarownica bynajmniej nie zamierzała odejść.

— Drasanie — powiedziała głosem tak zimnym, że wstrząsnął nim dreszcz. — Złamanie cię jest tylko kwestią czasu. Dobrze o tym wiesz.

Półsmok wiedział to, ale postanowił milczeć. Dopóki nie zdradzi choćby cienia słabości istniała nadzieja, że pewnego dnia ktoś zjawi się z odsieczą. Może to będzie Yarred, a może Mistrz Ashkan, nie mógł się więc poddać jeszcze nie teraz…

— Nadal liczysz na to, że ktoś ci pomoże — szydziła, bezczelnie czytając mu w myślach. — Nie łudź się, że tak będzie. Nikt kto tu wszedł nie ujrzał więcej światła dziennego. Wszyscy zostali zapomniani, a ich kości gniją w tych lochach.

— Nie wierzę ci — warknął Drasan, zdając sobie sprawę, że to jedynie puste słowa.

Czyżby naprawdę stracił wiarę w to, że ktokolwiek w ogóle go szuka?

— Nie ma innej drogi, Drasanie — odrzekła cichym, łagodnym głosem. — Przysięgnij mi wierność, a to wszystko się skończy. Będziesz potężniejszy niż kiedykolwiek przedtem. To twoje przeznaczenie od chwili narodzin i nie uciekniesz przed nim.

— Nigdy — odrzekł Drasan zdobywając się na odwagę patrząc jej prosto w oczy. — Nigdy mnie nie dostaniesz, wiedźmo. Choćbym miał zdechnąć jak pies w tej cuchnącej celi. Nie przysięgnę ci wierności! — ostatnie słowa wykrzyczał z satysfakcją obserwując jak na jej pięknej twarzy pojawia się grymas wściekłości.

— W takim razie powinieneś się dowiedzieć w jaki sposób umrzesz — odrzekła głosem ociekającym jadem.

Ledwie to powiedziała, a jej oczy stały się mlecznobiałe, choć usta poruszały się w inkantacji zaklęcia nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.

Raptem Drasan poczuł się dziwnie lekki, jakby nagle przestał cokolwiek ważyć. Cela zawirowała, a gdy jego wzrok ponownie nabrał ostrości. Zobaczył, że znajduje się w zupełnie obcym mu miejscu:

Znajdował się chyba w świątyni o ścianach z białego marmuru. Przed nim stał Gaenor ubrany w czarną zbroję. Wielki miecz tkwił wciśnięty za pas. Mimochodem spojrzał na siebie i zobaczył, że również ma na sobie zbroję. Odruchowo sięgnął ponad lewy bark i zacisnął palce na chłodnej rękojeści swojego miecza. Wyszarpnął go jednym ruchem, a czysta pieśń stalowej klingi napełniła go pewnością siebie.

Gaenor nie ruszył się z miejsca, ale w jego oczach Drasan widział żądze mordu. Na ustach pojawił się nieprzyjemny grymas przypominający szyderczy uśmiech.

— To się dzisiaj zakończy — powiedział Smok. — Nie możesz wiecznie uciekać przed swoim przeznaczeniem — powiedział.

— Masz rację, Gaenorze. Dziś zakończę twoje życie — odrzekł Drasan.

— Wiesz przecież, że ze mną nie wygrasz, głupcze. Obiecuję ci jednak, że tym razem zrobię to porządnie. Zostanę tu i poczekam aż skonasz.

Gaenor wyciągnął swoje ostrze, którego złowrogi brzęk odbił się echem od ścian świątyni i uniósł go na wysokość piersi. Książę stanął w lekkim rozkroku. Lewą nogę cofnął, by móc się z niej wybić i zadać śmiertelny cios. Miał zamiar szybko zakończyć tę walkę.

Gaenor zaatakował go błyskawicznie ciosem ze skosu. Wielka klinga minęła bark młodzieńca o włos. W ostatniej chwili zdołał zrobić unik. Smok uniósł wielki miecz i ponowił atak. Z trudem sparował ten cios. Ostrza zwarły się krzesząc iskry. Książę odskoczył i zawirował w piruecie. Chciał ciąć płasko mierząc w miejsce niechronione przez zbroje, ale smok był szybszy. Zanim młodzieniec zdołał zadać cios, ten szybkim ruchem wytrącił mu miecz, przejeżdżając końcem ostrza po wewnętrznej części jego nadgarstka. Drasan ryknął z bólu. Wypuszczony z dłoni oręż wylądował parę stóp od niego.

Smok odrzucił własny miecz, podszedł do niego i potężnym ciosem w pierś pozbawił go tchu. Zanim zdołał złapać haust powietrza, kopnął go w udo z taką siłą, że ugięły się pod nim kolana. Przeciwnik nie poprzestał na tym. Dosięgnął jego zdrową rękę i silnym szarpnięciem wyłamał bark ze stawu. Przeraźliwy wrzask bólu wypełnił całą świątynie. Drasan już wiedział, że Gaenor chce go zabijać powoli, rozkoszując się każdą sekundą jego agonii. To był koniec, został pokonany.

— Szkoda — powiedział smok, stając nad nim. — Nadal masz jeszcze szanse się do mnie przyłączyć. Wystarczy, że przysięgniesz mi wierność.

— Nie — jęknął młody półsmok, próbując chwiejnie unieść się na jedynej ręce, którą był w stanie poruszyć bez zadawania sobie dodatkowego bólu.

Gaenor kopnął go w bok, po czym obrócił na plecy i stanął jedną nogą na piersi, wyciskając z jego płuc powietrze.

— Wciąż jesteś zbyt naiwny. Myślałeś, że twoje poświęcenie pozwoli zachować Linelandczykom wolność. Ty beznadziejny głupcze, zrównam to twoje wojsko z ziemią. Wymarzę twoje nazwisko z ksiąg i pamięci. Pożałują, że odważyli mi się przeciwstawić. Kiedy już cię zabije, nic nie stanie na przeszkodzie, bym zapanował nad tym skrawkiem ziemi. Więc po co ten upór, powiedz?

Drasan nie odpowiedział.

— Zadałem ci pytanie — syknął smok, kopiąc jego pierś tak mocno, że mężczyzna usłyszał chrupot pękających żeber. Ból i rany płuc były tak ogromne, że zaparło mu dech. Dusił się własną krwią.

Gaenor zdjął nogę z jego piersi. Książę natychmiast wypluł z ust posokę zmieszaną z wymiotami. Czuł, że śmierć wyciąga w jego stronę swe obmierzłe łapska.

Gaenor postanowił dodatkowo poprawić sobie humor i poszydzić z Drasana. Przybrał skruszony, wręcz zatroskany wyraz twarzy. Jego ton złagodniał. Przykucnął przy księciu i położył dłoń na jego wyłamanym barku.

— Możesz mi powiedzieć, co cię skłoniło do tak głupiej decyzji? — zapytał.

Książę milczał. Tamten znudzony, choć może zawiedziony marnym skutkiem swojego zagrania, z całej siły zacisnął dłoń na barku Drasana, czując jak przemieszczają się pogruchotane kości i ścięgna. Widząc ból na twarzy młodzieńca smok obnażył zęby w szerokim uśmiechu.

— Umrzesz tu, w tej świątyni. Nikt cię przed tym nie ocali. Sam tu przyszedłeś. Choć wiedziałeś, że idziesz na śmierć.

— Nie — wychrypiał Drasan.

Gaenor uśmiechnął się.

— Tak, Drasanie — powiedział zimno, brutalnie łapiąc go za włosy i podnosząc do pozycji siedzącej jednocześnie opierając o ołtarz. — A teraz wstawaj! Chce żebyś zginął jak na smoka przystało! Nie zniosę zniewagi jaką przyniesie mi zabicie cię czołgającego się u moich stóp.

Drasan z wysiłkiem uniósł głowę i splunął mu na buty krwią.

Smok złapał go za włosy i zbliżył swoją wykrzywioną szaleństwem twarz do jego.

— Wstawaj! Miej chociaż odrobinę godności swego ojca i walcz! — warknął. — Chce cię zabić w walce, a nie zatłuc jak psa.

Półsmok odpowiedział mu z wysiłkiem:

— Boisz się ugodzić leżącego?

— Mam swoją dumę. Chcę, żebyś błagał o śmierć. I jeśli będzie trzeba, wytrę tobą podłogę, ale przysięgam, że będziesz umierał powoli. Dlatego musisz wstać. Masz być godnym mnie przeciwnikiem.

Drasan z trudem dźwignął się z podłogi podpierając się zdrowszą ręką. Zachwiał się, ale w ostatniej chwili przytrzymał się ołtarza. Spojrzał na Gaenora, który podniósł jego miecz i zaczął go oglądać z wielkim zainteresowaniem.

— To wspaniała broń — bąknął bardziej do siebie niż do niego — znakomicie wyważona, z kutej na zimno stali. Ironia losu umrzeć od własnego miecza.

Książę patrzał na niego półprzytomnym wzrokiem. Złamana ręka zwisała bezwładnie, z rany na nadgarstku spływała krew barwiąc biel ołtarza na czerwono.

Gaenor wolno do niego podszedł i zanim Drasan zdążył zareagować, pociągnął ostrzem po nogach ofiary. Ostra klinga gładko przecięła skórę lewej nogi, rozrywając mięśnie i rysując kości. Książę wydał z siebie przepełniony bólem jęk. Wsparł się na ołtarzu, a dłonią zwisającej bezładnie ręki próbował tamować obficie lejącą się z rany krew. Smok uderzył go rękojeścią miecza w bok. Zgiął się wpół z jękiem, opadając na zimną kamienną płytę.

Gaenor uniósł jego brodę tak, by móc patrzeć mu głęboko w oczy. Chciał być przy tym kiedy będzie konał. Po czym pchnął go ostrzem przebijając mu serce. Drasan nie krzyknął, ale z ulgą powitał śmierć. Smok obserwował, jak życie gaśnie w jego oczach. Krew obficie spływała z rozerwanych arterii…

Przed oczami Drasana świątynia zaczęła się rozmazywać i nagle uprzytomnił sobie, że krzyczy w swojej celi klęcząc przed Dhalią. A potem wszystko pochłonęła ciemność…

Rozdział 6

Góry Jednorożców były największym pasmem w Lineland. Ciągnęły się niemal do samego morza, a ich szczyty niknęły w chmurach. Nie znalazło się wielu śmiałków, którzy odważyliby się je przebyć w pojedynkę. Zwłaszcza dlatego, że Linlandczycy wierzyli w potężne czary, które je miały chronić. W miejscu tym panowały długowieczne Jednorożce, obdarzone wielką mądrością i magiczną mocą. Nikt nie wiedział jak naprawdę wyglądały. Posiadały bowiem zdolność przybierania postaci dowolnej żywej istoty — nawet ludzkiej. Ci, którym udało się spotkać te owiane legendą stworzenia, opowiadali o niezwykłej urody koniach z sierścią jaśniejszą niż księżyc i długim spiralnym rogiem umieszczonym pośrodku czoła. Czasami byli też i tacy, którzy przysięgali, że widzieli piękną kobietę o białych włosach i skórze jasnej jak alabaster. Jednak nikt nigdy nie zapuszczał się w góry, tak głęboko, by sprawdzić wiarygodność tych niestworzonych historii.

Ashkan po raz kolejny rozejrzał się po okolicy. Choć dla bezpieczeństwa przybrał ludzką postać, to jednak wrodzona ostrożność kazała mu sprawdzić jeszcze raz czy gościniec jest pusty. Kiedy się upewnił, że droga jest bezpieczna, bezzwłocznie ruszył dalej. Nieliczne, mijane wsie straszyły wędrowca zabitymi na głucho domostwami. Mieszkańcy uciekli już dawno, zabierając ze sobą tylko najpotrzebniejszy dobytek. Wieści o planowanym ataku Gaenora szybko się rozchodziły, dlatego też wszyscy gorączkowo uchodzili na południe, byle znaleźć się jak najdalej od Gór Jednorożców.

Postać żebraka, którą mistrz przybrał, sprawiła, że nieliczni maruderzy nie zwracali na niego najmniejszej uwagi. Każdy dbał tylko o swoje życie, nie przejmując się cudzym. Linlandczycy wiedzieli, że wojna wisi w powietrzu, a skłóceni ze sobą królowie nie dawali im żadnych złudzeń. Nieliczne rycerstwo, nie potrafiło w żaden sposób utrzymać porządku, więc wszędzie panował chaos i samowola. Góry, które rzucały cień na położone u ich podnóża osady i miasta, teraz wydawały się ponure i niegościnne, dlatego nikt nawet nie myślał o tym, żeby szukać tam schronienia.

Kiedy Jednorożec dotarł do wąskiej przełęczy — jednego z niewielu przejść prowadzących na drugą stronę gór — nie zaskoczył go widok dwóch strażników stojących zaraz przy wejściu. Z ulgą przybrał swoją naturalną postać, a tamci natychmiast ugięli przed nim kolana.

Witaj Mistrzu Ashkanie. Rada z niecierpliwością oczekiwała twego przybycia.

Mentalne powitanie nie zaskoczyło Ashkana. Zamiast jednak odpowiedzieć, jedynie pochylił głowę i minął ich, zdając sobie sprawę z tego, że przecież nie uprzedzał, iż przybędzie do Sanktuarium. Tak, więc Rada Starszych postanowiła się zebrać nie racząc go o tym poinformować, a to wróżyło kłopoty.

Myśl o tym, że wiedzą już o jego niedopatrzeniu wywołała nieprzyjemny dreszcz. Przez tyle lat udało mu się, w ścisłej tajemnicy, utrzymać istnienie talentów Drasana. Skąd więc wiedziała o tym Rada? Przecież powiedział im tylko tyle, ile uznał za stosowne, nie wyjawiając faktu, że jego matka miała na palcu smoczy pierścień. Gdyby Starszyzna jednorożców dowiedziała się, że ukrył przed nimi mieszańca miałby nie lada kłopoty. Pół-smok stanowił poważne zagrożenie. Mimo to Ashkan nie potrafiłby zabić chłopca, nawet wiedząc, że gdy dojrzeje do przemiany stanie się gorszy od Gaenora. Człowiek i Smok w jednym ciele równało się zniszczeniu przekraczającemu wszelkie wyobrażenia. Zwłaszcza w rękach kogoś takiego jak Dhalia.

Ashkan o tym wiedział, podobnie jak zdawał sobie sprawę z faktu, że czarownica przez wiele lat niestrudzenie poszukiwała chłopca, w którego żyłach płynie smocza krew. Gdy go znalazła, nie wahała się, zabiła jego rodzicielkę, byleby tylko dostać w swoje ręce noworodka. Ukrycie przed nią faktu, że mimo śmierci matki, dziecko przeżyło, kosztowało go sporo energii, a i to w końcu też zawiodło. Oboje z Wayą zawiedli…

Rada Dwunastu Starszych zbierała się tylko w szczególnych okolicznościach. Sam był jej członkiem, choć uchodził raczej za młodzieńca, licząc sobie zaledwie trzysta lat, podczas gdy pozostali byli od niego dużo starsi i obdarzeni szczególną mądrością, którą nabywali przez lata. Mistrz cenił sobie mędrców, ponieważ to oni zwykle decydowali o losach świata. Tylko jednorożce wciąż wierzyły w wartość Starego Prawa, które zostało spisane jeszcze przed pojawieniem się ludzi. Wtedy Elfy były młodą rasą. W tamtym okresie, w Lineland panowały smoki, istoty mądrzejsze i posiadające moc większą niż jednorożce. To one stworzyły Prawo i dzięki nim przez wiele stuleci panował pokój. Do czasu. Gdy pierwsi ludzie przybyli do Lineland i zaczęli z nimi prowadzić wojny w celu zdobycia bogactw i władzy.

Po setkach lat bitew, Smoki w swej mądrości, postanowiły zawrzeć z nimi sojusz i odejść na zawsze z Lineland, pozostawiając po sobie jedynie Prawo spisane na kartach pradawnej księgi. Na mocy sojuszu, wybrali spośród ludzi królów, którzy mieli rządzić mądrze i sprawiedliwie. Jednak złoty wiek, w którym ludzie przestrzegali ustawionego przez nie prawa szybko minął, a do władzy doszli samozwańczy władcy, za nic mający sobie pokój. Nowi rządzący stali się chciwi i butni, zaczęli też toczyć ze sobą wojny o bogactwa i ziemie. Jednorożce postanowiły usunąć się w cień by nie patrzeć na upadek starego porządku.

Jednak jeszcze w czasach, gdy panował pokój i dobrobyt, jedna z widzących przepowiedziała powrót sprawiedliwych rządów. Miał je przywrócić ten, w którego żyłach płynie smocza krew. Jednorożce, jak wszystkie inne rasy, z nadzieją czekały na jego nadejście. Wierzyły bowiem w Wybranego, który zjednoczy na powrót wszystkie nacje. Ashkan wiedział, że ten czas właśnie nadszedł i wybranym jest Drasan. Urodził się i wychował pośród ludzi, ale Mistrz zawsze wpajał mu Stare Prawo i choć utrzymywał jego pochodzenie w tajemnicy, to bezustannie nakierowywał chłopca na jego przeznaczenie. Ufał, że ta wiedza wkrótce mu się przyda.

Jednorożce od wieków żyły z dala od ludzi. Wielki zawód, jaki im sprawili był ponad ich siły. Ludzkie serca były przeżarte chciwością i żądzą władzy. Nie dbali o nic poza własnymi interesami. Dlatego Ashkan wiedział, że przekonanie ich, by stanęli do walki u boku ludzi nie będzie należało do łatwych. Tak, jak kiedyś smoki, jednorożce chciały odejść z Lineland na zawsze i pozostawić rasę ludzi jej własnemu losowi. Jedynie wiara w Wybranego trzymała ich na miejscu. Niestety teraz, kiedy los Drasana był niepewny, Mistrz nie wiedział jak Rada Starszych zadecyduje. On sam żył pośród ludzi i widział, że wciąż istnieje szansa na powrót starego porządku, ale decyzja nie należała do niego. Głos jednostki się nie liczył, gdy szło o los całego świata.

Sanktuarium mieściło się na szczycie jednej z gór nazwanej Album Core. Zbudowane zostało z wielkich bloków marmuru bielszego niż śnieg. Osiem potężnych kolumn wspierało sklepienie dachu z okrągłym otworem pośrodku. Pod nim stał doskonale wpasowany ołtarz. W oknach tkwiły szklane witraże ozdobione wizerunkami kwiatów i drzew. Wykonano je ze złota i srebra. Lśniły w blasku tysiąca świec osadzonych w złotych świecznikach i ustawionych wokół ołtarza. Pośrodku zebrali się Starsi, a każdy przybrał, podobnie jak Ashkan, swoją prawdziwą postać. Przewodniczący rady i zarazem najstarszy spośród nich — Thorret, był wyższy od pozostałych jednorożców. Długa srebrzysta grzywa sięgała niemal do ziemi, a róg mienił się wszystkimi kolorami. Białe oczy, które od wieków widziały jedynie mrok, błyszczały niczym wypolerowane diamenty.

To on jako pierwszy wyszedł na spotkanie Ashkanowi. Ten zaś na jego widok zgiął w pokorze kolana i skłonił się mu nisko.

Thorret przemówił mentalnie niskim, głosem:

Witaj, Mistrzu Ashkanie. Przebyłeś długą drogę by móc uczestniczyć w naszym zgromadzeniu.

Ashkan wstał i spojrzał w oczy mędrca, które zdawały się sięgać aż do największych głębin jego istoty.

Tak Mistrzu, przebyłem tę drogę aby przekazać wam wieści i wysłuchać tego, co Rada ma mi do powiedzenia — odrzekł z pokorą.

A więc już wiesz po co się zebraliśmy? — ku ogromnej uldze Ashkana w głosie starego jednorożca nie było czuć gniewu. — Wiedz, że nie pochwalam tego co zrobiłeś, ale również cię nie potępiam i pozwolę złożyć stosowne wyjaśnienia. Po raz pierwszy jednak staniesz przed Radą Starszych jako oskarżony o zdradę, a to bardzo poważny zarzut.

Wiem Mistrzu… Jestem gotów ponieść konsekwencje — odrzekł z pokorą Ashkan.

Tego się właśnie spodziewał. Mimo to postanowił wyjaśnić powody, dla których postąpił tak, a nie inaczej. Przesłał więc Thorretowi swoje myśli i uczucia, tak by Mistrz zrozumiał, to co on pojął dwadzieścia jeden lat temu. Gdy skończył, ponownie pochylił głowę i czekał na reakcję starego jednorożca.

Więc, według ciebie, ten chłopiec j e s t Wybranym — Thorret westchnął ciężko. — Twierdzisz też, że pojmała go Dhalia.

Tak.

Ta sama Dhalia, która doprowadziła do upadku Rosher?

Niestety tak.

A ty chcesz skorzystać ze zwierciadła, by go wyciągnąć z twierdzy Gaenora?

Tak, Mistrzu.

Stary jednorożec ponownie ciężko westchnął.

Mistrzu Ashkanie. To, o co prosisz wymaga zgody całej Rady. Opowiesz więc starszyźnie to samo co mnie.

Tak, Mistrzu.

Thorret pokiwał głową, po czym spojrzał na wejście do Sanktuarium.

Wszyscy się już zebrali, czekają jedynie na nas — rzekł, ruszając powoli w stronę złotych wrót.

Ashkan wiedział, że nie ma wyjścia. Za chwile usłyszy, jak Rada wydaje na niego wyrok. Karą za zdradę stanowiło wygnanie bez możliwości powrotu. Choć niemal całe swoje życie spędził wśród ludzi, perspektywa tego, iż miałby nigdy więcej nie zobaczyć Gór Jednorożców przerażała go na tyle mocno, że nawet nie chciał o tym myśleć. Jednak, jeśli taka będzie wola Starszyzny, przyjmie ją z pokorą.

Thorret tymczasem stanął w środku świątyni. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu, gdy przemówił:

To pierwsza nasza rada od stuleci. Jej założenia jednak nie zmieniły się od czasu ostatniego zgromadzenia. Na początek chciałbym podziękować za tak liczne przybycie. Wszyscy członkowie już są, najwyższy czas zacząć.

Przez wpatrzony w niego okrąg przebiegł szmer aprobaty. Wszystkie Jednorożce słuchały uważnie słów najstarszego członka Rady.

Zaczniemy od sprawy, która wielu z nas bardzo zasmuciła. Jeden z nas dopuścił się zdrady. Złamał prawo i musi zostać osądzony. Najpierw jednak, jeśli pozwolicie, chciałbym mu udzielić głosu.

Nikt się nie sprzeciwił, jednak atmosfera znacznie się zagęściła.

Ashkan spuścił głowę, czując na sobie setki spojrzeń. Thorret dalej wysyłał myślowy przekaz, lecz on już go nie słuchał. Za chwilę przyjdzie mu opowiedzieć wszystkim o tym, jak dwadzieścia jeden lat temu ocalił chłopca, którego powinien uśmiercić.

Thorret zakończył swoją przemowę, wymownie patrząc na Ashkana. Wówczas zrozumiał, że teraz jego kolej by przemówić. Wyszedł więc na środek i ze spuszczoną głową zaczął opisywać to, co wydarzyło się dwadzieścia jeden lat temu.


* * *


Yarred z niepokojem przyglądał się miejscu, w które przyprowadziła ich Ulrica. Zbliżali się do wioski, na której skraju stał dom z nieociosanych, drewnianych bali. Nie wyglądał nadzwyczajnie. W dachu widniało kilka niechlujnie połatanych dziur, szyby w oknach były brudne, a obejście zaniedbane. Na szerokim ganku wylegiwał się rudy kot, obserwując ich leniwie zielonymi oczami. Ulrica jadąca u jego boku nie wydawała się zaskoczona. Śmiało zajechała na podwórze. Yarred, Mara i Darius pojechali za nią. Zeskoczyli z koni i uwiązali je przy zagrodzie.

Dom wyglądał na opuszczony. Przez brudne szyby ledwo było widać zarys tego, co znajduje się w środku, a jednak w kominku palił się ogień. Ulrica zapukała żelazną kołatką w kształcie wilczej głowy. Wewnątrz dały się słyszeć kroki i po chwili w drzwiach stanęła kobieta. Bardzo piękna kobieta — jak ocenił Yarred — o długich, jasnych włosach i oczach barwy miodu. Miała na sobie suknię w kolorze ciemnej zieleni z głębokim dekoltem, który odsłaniał znacznie więcej niż powinien. Wcale nie wydawała się zaskoczona ich widokiem. Wręcz przeciwnie, uśmiechnęła się pogodnie, jakby od dawna ich oczekiwała i powiedziała melodyjnym głosem:

— Witajcie. Czekałam na was. Jestem Tanara.

Yarred z wielkim trudem oderwał wzrok od kształtów kobiety i spojrzał w jej twarz o niezwykle łagodnych rysach.

— Skąd wiedziałaś o naszym przybyciu? — zapytał podejrzliwie, gdy tylko przypomniał sobie, że ma przed sobą czarownicę.

Ta jedynie uśmiechnęła się i gestem zaprosiła ich do środka.

— Wejdźcie i rozgośćcie się.

Weszli posłusznie rozglądając się ciekawie. Mara po obejrzeniu rudery od zewnątrz, szeroko otworzyła oczy na widok przepychu, z jakim został on urządzony wewnątrz. Naprzeciwko kominka stał wielki fotel pokryty aksamitem. W rogu znajdowały się schody prowadzące na piętro. Przy jednym z okien stał stół wykonany z hebanu, którego nogi wyobrażały szpony orła. Na południowej ścianie ustawiono regał sięgający sufitu i w całości zapełniony księgami. Na niemal wszystkich ścianach wisiały obrazy w złoconych ramach, a na podłodze, pośrodku izby, rozłożono niedźwiedzią skórę.

Tanara zajęła miejsce w fotelu i wskazała gościom kilka małych puf, również pokrytych tą samą materią. Z niewielkiego stoliczka wzięła karafkę z bursztynowym trunkiem i rozlała do uprzednio przygotowanych pucharów. Siedziała tak przyglądając się im badawczo i uśmiechając się zagadkowo. Wreszcie odezwała się patrząc w oczy najemniczki.

— Ostatnia z ludu Alamaris. Szkoda waszych zdolności.

— Zauważyłaś więc — Ulrica nie wydawała się zaskoczona tym stwierdzeniem.

— Wiedziałam o was jeszcze zanim przybyliście do mojego domu. Nie znam tylko celu waszej wizyty — odrzekła czarownica, z kolei patrząc w oczy Mary.

Dziewczyna zawstydzona jej badawczym spojrzeniem, szybko spuściła wzrok.

— Skosztujcie wina — zachęciła ich, wskazując na puchary.

Yarred popatrzał podejrzliwie na złocisty trunek i odrzekł:

— Skąd mamy mieć pewność, że to nie trucizna.

— Kapitanie Cordydian — Tanara odchyliła się wygodnie w fotelu — dysponuję tak dużymi umiejętnościami telepatycznymi, że wiem, co chce pan powiedzieć jeszcze zanim te słowa wyjdą z pańskich ust. Naprawdę sądzi pan, że użyłabym czegoś tak subtelnego jak trucizna?

Yarred otworzył usta jakby miał zamiar coś odpowiedzieć, ale szybko je zamknął.

— Tak, więc — powiedziała sięgając po jeden ze złotych pucharów i pociągając z niego łyk — co sprowadza w moje progi kapitana sheardońskiej gwardii, najemniczkę, złodzieja i… — jej oczy na moment spoczęły na Marze — … antuańską księżniczkę o pewnych niepospolitych, magicznych zdolnościach.

Oczy Mary zrobiły się wielkie jak spodki.

— Że… że… niby kim ja jestem…? — wykrztusiła zaskoczona dziewczyna.

— W twoich żyłach płynie królewska krew, moja droga, i to nie byle jaka. Ale… — oblizała wargi i wbiła wzrok w Yarreda — … zdaje się, że nie w tym celu tu przybyliście. Więc w jakim?

Ulrica spojrzała na czarownice i powiedziała:

— Potrzebujemy twojej pomocy.

Tanara klasnęła w dłonie tak gwałtownie, że Mara aż podskoczyła.

— Dobry początek, a jednak… — zawiesiła głos wbijając wzrok w najemniczkę — … chyba wiecie, że nie ma nic za darmo. — Dodała lekko.

— Mamy złoto — wtrącił pospiesznie Yarred.

Oczy Tanary zabłysły na moment, jednak gdy się odezwała, w jej głosie nie słychać było gniewu, a raczej pobłażliwość.

— Kapitanie Cordydian. Czy patrząc na mnie i na wnętrze tego domu naprawdę sądzi pan, że potrzebuje złota? — czarownica roześmiała się perliście, kiedy już żadne z obecnych nie miało nic do dodania. — Cóż, tego się właśnie spodziewałam szczególnie po kimś tak sceptycznie nastawionym do magii. Odpowiem więc słowami starego porzekadła: „Nie wszystko złoto co się świeci”.

Ulrica obrzuciła Yarreda szybkim spojrzeniem, jakby chciała przekazać mu bezgłośnie — A nie mówiłam, po czym ponownie skupiła się na Tanarze. Ta uśmiechała się tajemniczo w zamyśleniu gładząc nóżkę pucharu.

— Domyślam się, że nie macie nic, czego bym mogła zażądać w zamian za moje usługi — rzekła cicho i jakby do siebie.

— A co, jeśli powiem, że jednak mamy coś, co jest wiele warte — rzuciła jakby od niechcenia Ulrica.

— Cóż to takiego? — oczy czarownicy rozbłysły pożądliwie.

Najemniczka skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na nią wyzywająco.

— Informacje, które cię zainteresują — odrzekła.

— Informacje? — powtórzyła czarownica, po czym ponownie pociągnęła łyk z pucharu. — Zależy jakie to informacje, Alamaris — dodała szybko.

— Z pewnością są wartościowe, bo dotyczą twojej siostry i tego, którego zwą Wybranym — wszystko to przekazała teatralnym szeptem, łypiąc na siedzącego w kącie Dariusa, który udawał, że śpi, a w gruncie rzeczy cały czas pilnie podsłuchiwał rozmowę.

— Ach, więc to znów moja droga siostra namieszała. Cóż, zawsze miała nie po kolei w głowie. Ale Wybraniec? Hmmm… — zawiesiła głos, jakby ważąc w myślach wartość tej informacji — … to może być ciekawe — rzekła. — A czego chcecie w zamian?

— Chcemy byś pomogła nam dostać się do Rosher — wyrzucił z siebie Yarred, starając się nie patrzeć prosto w oczy czarownicy.

Tanara wolno pokręciła głową.

— Nie uda się wam nawet z pomocą moich czarów. To miejsce jest przeklęte. Cała ta ziemia to jedno wielkie pustkowie, a Gór Jednorożców jeszcze nikt nie pokonał…

— Mnie się udało — wpadł jej w słowo Darius. Teraz nie w głowie mu było spanie. — Udało mi się znaleźć bezpieczne przejście prowadzące na drugą stronę.

— Nawet jeśli to prawda, trzeba być albo bardzo odważnym, albo głupim żeby w ogóle próbować się przedostać przez góry. W Rosher nie ma nawet kropli wody, to jałowa pustynia, a twierdzy Gaenora pilnują znakomicie wyszkolone wojska.

— My musimy chociaż spróbować — stwierdził stanowczo Yarred. — Drasan to mój przyjaciel i wiem, że on zrobiłby dla mnie to samo bez chwili wahania.

Tanara zmarszczyła brwi i spojrzała na Marę, która od jakiegoś czasu wydawała się całkowicie nieobecna duchem. Wpatrywała się w przestrzeń niewidzącymi oczami. Wydawało się, że zupełnie straciła kontakt z rzeczywistością. Nagle zamrugała gwałtownie, rozglądając się dookoła po przerażonych twarzach swoich towarzyszy.

— Miałam dziwny sen, bardzo realny. Widziałam loch, tak dokładnie jakbym w nim siedziała… — urwała i spojrzała na Tanarę.

Czarownica uśmiechnęła się ze zrozumieniem i ujęła jej dłonie w swoje.

— Jesteś wyjątkowa, Maro — powiedziała, patrząc jej głęboko w oczy. — Masz niespotykany dar, potrafisz podświadomie łączyć się z czyimś umysłem. Ponadto należysz do królewskiego rodu moja droga, twoim ojcem jest Valden z rodu Middelmare, król Antui.

Mara ze zdziwienia szeroko otworzyła oczy. Nigdy nawet w najśmielszych snach nie odważyłaby myśleć o sobie jako o księżniczce.

Nie mniej zaskoczony tym wszystkim Yarred odważył się wreszcie odezwać:

— Co to wszystko znaczy? Kim jesteś i skąd tyle o nas wszystkich wiesz?

Czarownica zignorowała jego pytanie i zwróciła się wprost do Ulricy.

— Wiem, że Gaenor wybił cały twój lud ponieważ nie zgodzili się mu służyć. Musiałaś więc przysiąc mu wierność, a w zamian za to darował ci życie. Powinnaś wiedzieć, że niewierność jest karana śmiercią.

— Wiem, że zginę — odparła Ulrica, wzruszając ramionami, jakby uznawała ten fakt za nieistotny.

— Zgaduje więc, że dowiedziałaś się tego od innej widzącej. Może nawet od mojej siostry.

— Widzącej?! — powtórzył jak echo Yarred, spoglądając to na jedną, to na drugą.

— Niektóre z nas potrafią odgadywać przyszłość — wyjaśniła Tanara w zamyśleniu nawijając na palec pasmo swoich jasnych włosów. — To jednak rzadka umiejętność i posiada ją bardzo niewiele czarownic.

— To znaczy, że… że ona potrafi przewidzieć przyszłość? — zapytał porucznik.

Czarownica pokręciła głową.

— Nie. Widzące mają wizje tego, co może się zdarzyć. Jednak przyszłość cały czas jest w ruchu i zawsze może się coś zmienić — odpowiedziała tak spokojnie jakby rozmawiali o pogodzie.

Yarred popatrzał po twarzach swoich towarzyszy. Poza Ulricą wszyscy byli zaskoczeni tym, co przed chwilą usłyszeli. Tajemnicza postać Tanary, kobiety, która dzięki swojej magii żyła z dala od świata bardzo intrygowała Yarreda. Do tej pory nie spotkał nikogo podobnego. Ale wiedział też, że należy być ostrożnym.

— Pomożesz nam dostać się do Rosher? — Urlica zapytała ponownie. Tanara nie odpowiedziała. Dłuższy czas patrzała w zamyśleniu w płomienie trzaskające wesoło w kominku. Wreszcie oznajmiła:

— Postaram się. Nie wiem tylko czy moje zdolności okażą się na tyle wystarczające by przedostać was do Rosher. Nie szkodzi jednak spróbować, prawda?

— Nie wydajesz się przekonana — stwierdziła rzeczowo Ulrica.

— Wiem, że próbujecie wyciągnąć z Rosher tego, który może lecz nie musi być Wybranym — oznajmiła im niespodzianie wstając i wygładzając suknię. — Moja siostra lubi się otaczać silniejszymi od siebie sługami. Ma już w swoich szponach jednego smoka, ale pół-smok, hmm… to bardzo ciekawe. Zaiste, musi być potężny.

— Drasan? — prychnął Yarred. — O ile się orientuje, to nie ma żadnych magicznych zdolności. On: pół-smok? — roześmiał się nerwowo. — Przecież to niedorzeczne.

Uśmiech spełzł mu z twarzy, kiedy spostrzegł, że nikt nie podziela jego wesołości. Nawet siedzący w kącie Darius.

Tanara obrzuciła kapitana badawczym spojrzeniem, po czym powiedziała:

— Kapitanie Cordydian, może to jest dla pana nieprawdopodobne, ale pański przyjaciel j e s t pół krwi smokiem i wbrew temu, co pan sądzi, posiada pewne niepospolite zdolności, o których może w wolnej chwili opowiedzieć panu obecna tu Ulrica — wszystko to powiedziała wolnym i spokojnym tonem, zupełnie jakby przemawiała do dziecka.

— Nie czas na to — stwierdziła Ulrica ignorując pełne niedowierzania spojrzenie Yarreda. — Jeżeli chcemy mieć jakąkolwiek szanse na ocalenie Drasana, musimy działać już teraz.

Tanara spojrzała na Marę, której ubiór nadal pozostawiał wiele do życzenia i powiedziała:

— Najpierw doprowadzę do porządku tą oto młodą damę. Ruszymy o świcie. Wszystkim z pewnością przyda się odrobina odpoczynku.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу