Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Naszą pracę dedykujemy pani Magdzie, naszej polonistce, która zawsze jest dla nas wzorem i inspiracją.

BAJKA NA DOBRANOC
Lidia Borgosz

„Ale najlepszym dowodem, jaki posiadamy na to, że podróż w czasie nie jest możliwa i nigdy nie będzie, jest to, że nie przeżywamy dziś najazdu hord turystów z przyszłości.” — Stephen Hawking

Podkręcił ogrzewanie. Tegoroczna zima była wyjątkowo sroga, a temperatura na zewnątrz osiągała nawet minus 12 stopni. Wrzucił wyższy bieg i przyspieszył. Chciał jak najszybciej dotrzeć do domu. Wiatr owiewał jego brunatną czuprynę, na której pojawiały się pierwsze oznaki siwienia. Biała weranda przed domem zawsze przypominała mu o szczęśliwej przeszłości, która już nigdy do niego nie wróci. Mieszkał w bogatej dzielnicy, w ogromnym domu, który bez niej wydawał się taki pusty. Już nigdy nie usłyszy tego ciepłego powitania, kiedy wraca z pracy… Już nigdy nie weźmie jej w ramiona, ani nie posmakuje tej wiecznie przypieczonej wieprzowiny, którą tak uwielbiała przyrządzać. Nie zobaczy też tego uśmiechu za każdym razem, kiedy wsiadała na swój wymarzony motocykl. Zacisnął mocno powieki. Rozbity kask, połamany płot i wybuch. Każdego dnia przed oczami przeżywał swój dramat na nowo, choć z każdą chwilą coraz łatwiej przychodziło mu zmierzenie się z prawdą.

Uśmiech Agatki zawsze rozpromieniał jego dzień. Pożegnał opiekunkę, zdjął płaszcz i usiadł przy stole w jadalni.

— Tato, tato! Zobacz, jaki ładny. Myślisz, że mamie by się spodobał? — spytała się Agatka. Rysunek przedstawiał czerwone Ducati Supersport. Piękna maszyna kusiła niegdyś jego żonę do długich wypraw, kiedy znikała Bóg wie gdzie, aby po kilku godzinach, wrócić jak gdyby nigdy nic i usiąść w swoim czerwonym fotelu. Kochała czerwony.

— Na pewno słoneczko, a teraz powiedz, co robiliście dziś w przedszkolu? — W najgorszych koszmarach nie wyobrażał sobie siebie i córki samych, bez niej. Agatka tak bardzo ją przypominała. Miała te same ciemnoniebieskie oczy, niczym galaktyka, które nawet w największym snobie wywołałyby choć odrobinę radości. Te same czarne włosy, tak aksamitne i błyszczące. Ta sama dobroć i sympatia wobec innych, niewiarygodna smykałka do wypieków cukierniczych, no i rzecz jasna, bezgraniczne zamiłowanie do motoryzacji.

— Śpiewaliśmy piosenki, zbieraliśmy truskawki w ogródku, a i tato, tato jest dla Ciebie ciasto! Sama upiekłam! — krzyknęła radośnie Agatka.

— Tak? Pani Paulinka Ci nie pomogła? — spytał podchwytliwie. Wzruszała go. Zawsze w obronie tych, których kocha, dbająca o ich dobro i mająca więcej oleju w głowie niż większość dorosłych… a miała tylko 5 lat.

— No...Może odrobinkę, na pewno będzie dobre! Przyniosę Ci.- pobiegła do kuchni.

— Dasz radę wyjąć talerz? Szafka jest wysoko. — spytał z troską. Sekundę później usłyszał trzask talerza. — Wszystko w porządku? — spytał zaniepokojony.

— Tak, tatusiu. — odpowiedziała z uśmiechem.

— Słońce ty moje, nie strasz mnie tak. — powiedział, po czym wyjął zmiotkę i zaczął sprzątać.

— Tato…? — zaczęła niepewnie.

— Tak?

— Opowiesz mi o podróży w czasie? -spytała z nadzieją. Nie potrafił jej odmówić.

Chwilę później byli już w jej pokoju. Ona leżała w łóżku. Oddychając powoli, przygotowywała się do snu. Przytulała czerwony beret, który Agnieszka zwykła nosić codziennie. Usiadł na małym, czerwonym krzesełku Agatki, westchnął i z uśmiechem zaczął.

— Ludzie zawsze zastanawiali się, co było przed nimi, a co będzie kiedy ich zabraknie. Nie interesowała ich niedawna przeszłość czy przyszłość, tylko to co jest dalej. Podróże w czasie są też w pewnym sensie jego cofaniem, choć dotychczas żadna z tych rzeczy się nie udała…

— A jak to zrobić? Ja chcę się cofnąć w czasie. — powiedziała z nadzieją i lekkim smutkiem w głosie. Popłynęły potoki łez. Przyniósł chusteczki i przytulił Agatkę. Podróż w czasie była zagadnieniem, nad którym Agnieszka pracowała od lat. Była to jej druga pasja.

— Ludzie chcą wracać do tych dobrych momentów i przeżywać chwilę radości i pociechy od nowa, ale chcą też powstrzymać bieg tych złych wydarzeń. Podróże w czasie byłyby możliwe tylko gdyby każda chwila i moment istniał równolegle do siebie… — usłyszał dyskretny chichot. Obejrzał się na Agatkę.

— A ty, szkrabie, z czego się śmiejesz? — zaczął ją łaskotać. Chwila uśmiechu, wytchnienia, to zawsze im pomagało, kiedy ją wspominali…

— Tato, mów po ludzku. — powiedziała z uśmiechem i troską.

— Gdybyś chciała się cofnąć do momentu, kiedy się ze mnie śmiałaś, urwisie mały… — pogłaskał ją delikatnie po głowie… — tamta chwila musiałaby istnieć na jawie i dziać się w innym świecie w tej samej chwili. Rozumiesz? — spytał pilnie.

— Rozumiem, ale czy to znaczy, że w innym świecie mamusia żyje? — spytała z nadzieją.

— Tak, kochanie, ale to nie jest świat, w który możemy się przenieść… — odpowiedział z przykrością. Zobaczył jej smutną minę. — ...ale przecież istnieje nadal w naszych serduszkach i wspomnieniach. Nie smuć się, kochanie. Bądźmy jak mama, zawsze uśmiechnięci. Okej?

— Dobrze. — odpowiedziała z uśmiechem, po czym rzuciła się mu w ramiona i mocno przytuliła. — Będziemy dzielni tatusiu, dla mamusi.

— Zuch dziewczyna! — krzyknął radośnie. — A teraz kładź się spać, urwisie mały. Kocham Cię, całusy!!!

— Ja Ciebie też, buziaki.


Jego życie nie było idealne, ale niczyje takie nie jest. Napotkali przeszkodę, z którą trzeba się zmierzyć. Mówią, że czas leczy rany, ale to pokaże dopiero upływ miesięcy, może i lat. Cokolwiek by się nie wydarzyło, trzeba iść do przodu.

ŚWIETLIKI ŚWIĘTOJAŃSKIE
Rose Froemer

„Narwali bzu, naszarpali

Nadarli go, natargali,

Nanieśli świeżego, mokrego,

Białego i tego bzowego.’’

fragment z wiersza „Rwanie bzu’’ autorstwa Juliana Tuwima

W drodze do położonego na wzgórzu kościoła, lekki, jesienny deszcz padał na moje wilgotne już policzki. Nie odróżniałam łez od kropli deszczu. Od piętnastu lat nie byłam w tym pachnącym kadzidłem miejscu. Już tyle lat minęło od kiedy weszłam tu w mojej cienkiej białej haftowanej sukni z koronkowymi rękawami i zrobionym przez moją babcię bukietem z dzikiego fioletowego bzu. Idealnie pasował do wianka na moich długich włosach. Dzień był wtedy wyjątkowo słoneczny…

Gdy weszłam przez ciężkie, drewniane drzwi, przedstawiające sceny Starego Testamentu, kościół był pusty. Żadnej duszy, żadnego dźwięku, tylko głucha cisza. Zerkając na moją ponurą suknię, szłam w kierunku ołtarza. Jedynym źródłem światła były zaświecone po prawej stronie nawy świeczki, które tworzyły żałobny nastrój. Dziesiątki świeczek migały niczym świetliki świętojańskie, przypominając o potrzebach i prośbach wiernych. Jeszcze bardziej mnie przygnębiły.

Spokojnie usiadłam na ławce i zdjęłam przemoknięty czarny kapelusz. Zamknęłam oczy. Czułam wciąż kadzidło. Moje myśli krążyły wokół Artura… Tego dnia miał na sobie czarny, lekko za duży garnitur. Tylko ja i on wiedzieliśmy, że garnitur należał do nieżyjącego już stryja Franciszka, brata mojej mamy. Stał przed ołtarzem wyprostowany z błyszczącymi ze szczęścia oczami i przyglądał mi się w skupieniu. Jego zielone oczy błyszczały tego dnia jaśniej niż gwiazdy. Tak jak teraz, wtedy również łzy płynęły po moich policzkach.

Nagle zaczęły bić dzwony kościelne. Miały inny dźwięk, niż piętnaście lat temu… Przynajmniej tak mi się wydawało. Wystraszyłam się. Dźwięk był tak uciążliwy, że zagłuszył moje wspomnienia i myśli o Arturze.

Poznałam go nad jeziorem Hańcza, w majowy, zimny poranek. Po kłótni z siostrą wybiegłam z płaczem z domu i nie myśląc o niczym pobiegłam wprost przed siebie, docierając do tafli błękitnego jeziora, porośniętego ze wszystkich stron szerokolistnymi tatarakami. Było piękne, ale ja wciąż myślałam o nieszczęśliwie zakochanej siostrze, która nie dostrzegała, jakim nieuczciwym człowiekiem był jej narzeczony Aleksander.

Szłam zamyślona wzdłuż jeziora dopóki nie usłyszałam lekkiego pochrapywania i ciężkiego oddechu. W blasku porannego słońca na trawie pod dębem leżał on. Na jego piersi unosiła się pięknie oprawiona złotymi napisami książka. Nie mogłam dostrzec tytułu. I to moja ciekawość sprawiła, że zbliżając się, nieudolnie stanęłam na wystający suchy kij. Głośny trzask obudził, jeszcze tylko przez chwilę nieznajomego mi mężczyznę. Jego oczy uwiodły mnie od pierwszego spojrzenia. Cofnęłam się, lecz nic więcej nie byłam w stanie zrobić. Odezwał się pierwszy. Nie pamiętam już, o co pytał. Ten dzień skończył się późno. Do domu wróciłam z bukietem pachnącego bzu i nie pamiętałam już nawet o kłótni z siostrą.

Dźwięk otwieranych ciężkich drzwi wyrwał mnie z zamyślenia. Usłyszałam kroki chyba bliskich mi osób. Moja głowa była tak ciężka, że nie byłam w stanie jej odwrócić. Czekałam aż pojawią się w zasięgu mojego wzroku i pragnęłam, aby do mnie nie podeszli. Spuściłam wzrok ze stojącej przed ołtarzem trumny.

Dźwięk kroków przypomniał mi jego niespodziewane odwiedziny. Stałam wtedy odwrócona tyłem do drzwi i wyrabiałam ciasto na szarlotkę. Na szarlotkę dla niego. Gdy posypywałam ciasto cynamonem, bukiet bzu pojawił mi się niespodziewanie przed oczami. Zapachniało bzem i cynamonem, a męskie ramię objęło moją talię…

W kościele zrobiło się duszno. Odwróciłam się i ujrzałam wśród czarnych postaci tylko jedną drobną osóbkę biegającą pomiędzy ławkami i chyba nieświadomą całej sytuacji. Niebieskie oczka uśmiechnęły się do mnie. Przypomniały mi słowa mojego ukochanego:,, Twoje oczy są jeszcze piękniejsze na tle tego błękitnego jeziora”. Te słowa powtarzał mi bardzo często, gdy spędzaliśmy tam każdą wolną chwilę, upajając się magią tego miejsca.

Do kościoła przyszli już chyba wszyscy, ponieważ przed ołtarzem ujrzałam nagle duchownego. Od tej chwili czas jakby stanął w miejscu…,,(…) Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, /Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba, /A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi, /Aż przed oblicze Boga Najwyższego (…)’’.

Otworzyłam oczy, pierścionek na moim palcu przypomniał mi o przysiędze małżeńskiej:,,(…) i że Cię nie opuszczę aż do śmierci’’.

CUD
Ewa Kurowska

„Zaw­sze kiedy ro­bię pla­ny na przyszłość, zas­ka­kuje mnie teraźniejszość” — Paulo Coelho

Przyszła na świat wczorajszej nocy. Nigdy nie widziałam czegoś tak dziwnego. To nieprawdopodobne, że ten mały człowieczek jest naprawdę mój. Przeszłam wiele, aby tylko mógł istnieć, a teraz leży sobie otulony w miniaturowy kocyk tuż obok mnie. Nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie w roli matki, właściwie teraz też: a jednak właśnie tak się stało.

Ciekawi mnie, jak będzie wyglądać. Póki co jest najmniejszą istotką na ziemi, calutka czerwona, zapłakana i pomarszczona. Oby odziedziczyła urodę po tacie, ja nigdy nie lubiłam swojego wyglądu. Lekko kręcone włosy o kolorze, w którym ja widziałam szary zaś wszyscy inni delikatny brąz. Blada cera, twarz o małych, smutnych oczach, opisywanych przez rodzinę i znajomych jako jasnozielone choć według mnie były one po prostu piwne. Ponoć ostre rysy twarzy, ładnie zarysowana szczęka i kości policzkowe, ale to wszystko tylko słyszane od innych. Ja sama nigdy nie potrafiłam tego odnaleźć i nie wiem, czy problem leżał w tych wszystkich ludziach, czy we mnie samej. Mój mąż to coś zupełnie innego. Zawsze podobały mi się najmniejsze elementy jego twarzy, takie jak lekki zarost, duże oczy, prosty nos czy pełne brwi. Nieco ciemniejszą karnację podkreślają prawie czarne włosy, a wąskie usta często układają się w szczery uśmiech. Lubię sposób, w jaki się uśmiecha, za każdym razem lekko unosząc lewy kącik w górę. Mam nadzieję, że nasze dziecko będzie bardziej przypominać jego.

Już nie mogę się doczekać aż zacznie dorastać. Mieszka z nami zaledwie dwa tygodnie, a powitanie dostała najlepsze, na jakie było nas stać. Otrzymała własny pokoik, prawie tak malutki jak ona sama. Jasnoróżowe, choć ciepło stonowane ściany i dopasowanie białych mebli sprawia, że wszystko wygląda jak z bajki o księżniczkach. Pewnie niedługo będzie takie oglądać. Obyśmy trafili w jej gust. To ja wybrałam dla niej łóżko. Póki co nadal śpi w łóżeczku dla bobasów, jednak za jakiś czas przeniesie się do większego. Między podłogą a materacem jest sporo miejsca, wystarczająco, aby mogła się tam wczołgać. Może zrobi tam miejsce dla swoich skarbów, które oczywiście będą wielką tajemnicą. Albo będzie tam trzymać swój pamiętnik, w którym zapisane będą najważniejsze sekrety tego świata, jej świata. Przy wyborze łóżeczka kierował mną sentyment. Ja sama spałam na podobnym, gdy byłam w jej wieku i do tej pory pamiętam, jaką uciechę miałam kryjąc się pod nim podczas gry w chowanego. Czy też, gdy co wieczór odkładałam pod nie ulubioną książkę na zaznaczonej stronie, mając pewność, że nikt jej tam nie znajdzie. Minęło ponad dwadzieścia lat, a ja nie mam problemu z odnajdywaniem w pamięci takich drobnostek.


Czas tak szybko mija, a ona ma już roczek. Obawiam się, że urodę ma jednak w większości po mnie. I co dziwne, mimo mojej niechęci do własnego wyglądu nie uważam, że to źle. Zauważam podobny kształt oczu i ust, a jej włoski chyba zaczynają się kręcić. Idealnie prosty nos to na pewno cecha po tacie. Mimo naszego podobieństwa i tego, co myślę o mojej prezencji jedyne, co dostrzegam w moim dziecku to piękno. Dziwne, że patrząc na jej twarz, widzę moją własną, ale patrząc na siebie nie spostrzegam tego, co tak bije od niej. Dzięki niej zaczynam zauważać te wszystkie małe rzeczy w moim wyglądzie, o których przez całe życie słyszałam, ale nigdy nie dostrzegałam. I chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę podoba mi się to, co rano widzę w lustrze, a obserwowanie mojej córki sprawia, że coraz mocniej kocham ją i nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale — także siebie.

Nie ma dnia, bym o niej nie myślała. Jej przyszłości i jak jej się ułoży. Czy szybko znajdzie przyjaciół, czy będzie odludkiem. Na jaki kierunek studiów się wybierze, czy będzie tak ambitna jak jej tatuś, czy w większym stopniu nie przejmie się szkołą. Ja i mój mąż poznaliśmy się już w liceum. A kiedy ona znajdzie pierwszą miłość? Czy dożyję wnuków? Nie mogę przestać wyobrażać sobie scen, które mogą się wydarzyć. Jak kończy szkołę, urządza pierwszą imprezę urodzinową, zaprasza koleżanki, idzie na pierwszą randkę, znajduje pracę i tak dalej. Modlę się, aby wszystko poszło po myśli i jej się udało. Tak bardzo chcę żeby była szczęśliwa, ale która matka nie życzy tego swemu dziecku? Jest też różnica między ‘życzyć’ a ‘oczekiwać’. Muszę pamiętać o tej linii i nigdy jej nie przekraczać. Mam mętlik w głowie, wyobrażając sobie jej życie i przypominając stale o tym, że nie mogę wywierać na niej presji. To w końcu jedynie marzenia matki, a to nie jest moje życie i nie ja będę o nim decydować. Jedynie na początku, inaczej mała dziewczynka sobie nie poradzi. Wyprowadzę ją na odpowiednią ścieżkę, a dalej pójdzie już sama.

Jutro idzie do szkoły. Pamiętam dobrze mój pierwszy dzień podstawówki. Bałam się z kimkolwiek rozmawiać, a pod samą klasę odprowadziła mnie babcia, mama nie mogła z powodu pracy. Myślała chyba, że mając babcię dam sobie radę, była jednak w wielkim błędzie. Nikt przecież nie zastąpi mi mamy i pewnie dlatego czułam się wtedy taka samotna. Nie zamierzam popełnić teraz tego błędu i pomogę mojej córeczce, w czym tylko będę mogła. Mówi, że sama się spakowała, ale nie mogę oprzeć się pokusie przejrzenia jej tornistra. Oczywiście zapomniała zapakować piórnika, ale nie pisnę o tym ani słowa. Odnajduję piórnik i dyskretnie wsuwam go do bocznej kieszeni. Wyprasowałam jej sweterek i wypolerowałam granatowe buciki dopasowane do sukienki. Rano zaplotę jej włosy w dwa warkocze, aby nie przeszkadzały niesforne loczki. Czy to możliwe, że denerwuję się tym dniem bardziej niż ona sama? Widzę nerwowość w jej twarzy, ma w niej coś nowego, czego nigdy do tej pory nie miałam okazji zauważyć. Mimo wszystko promienieje, wiem, że bardzo się cieszy. Do tej pory rzadko bawiła się z dziećmi. Próbowałam zapisać ją do przedszkola, ale nie chodziła tam dłużej niż dwa miesiące. Nie mogłam patrzeć, jak płacze codziennie z tęsknoty do domu, chyba była trochę za mała na takie przygody. Teraz trochę podrosła i modlę się, aby nie miała już takich problemów. A więc wychodzimy.

Czwarty rok szkoły podstawowej. Nie mogę uwierzyć, jak szybko minęły ostatnie trzy lata. Moja córka znalazła przyjaciółki, a ja zapoznałam się z ich mamami. Gdy małe bawią się na placu zabaw my, dorosłe, idziemy na kawę. Koleżanki z klasy mojej córeczki są przemiłe, chociaż obawiam się kilku z nich. Znam całkiem dobrze ich imiona, ale nigdy nie mogę zapamiętać najbliższej przyjaciółki. Jedyną cechą rozpoznawczą są śliczne niebieskie oczy i berecik w moim ulubionym, czerwonym kolorze. Ja sama, gdy byłam jeszcze malutka, marzyłam o podobnym. Dziwne, że z ową dziewczynką nie zdążyłam zamienić ani słowa, pomijając obowiązkowe ‘dzień dobry’ i ‘do widzenia’. Zastanawia mnie, czy zostaną przyjaciółkami na całe życie, tak jak w przypadku mnie i dwóch najbliższych mi osób. Perspektywa tego jest cudowna, ale równocześnie przeraża mnie, bo sprawia, że czuję się jeszcze starsza.

Zauważam, jak podobne i różne do siebie jesteśmy. Widzę, w jaki sposób odnosi się do ludzi z zewnątrz, znajomych, przyjaciół i rodziny, jakie sprawy dotykają ją bardziej czy mniej, w jakie gry lubi się bawić czy o czym najczęściej mówi. Z tego co pamiętam zupełnie nie zachowywałam się tak, jak ona, gdy byłam w jej wieku. Przypominam sobie, jak celowo spóźniałam się do szkoły i starałam się zwolnić z lekcji przy każdej okazji, zaś ona płacze przy najmniejszych spóźnieniach, a szkoła i nauka to dla niej świętość. Największą rzeczą, jaka mnie przejmowała, było czy mama pozwoli mi iść do kina w weekend, kiedy ona stale myśli o swoim przyszłym liceum, będąc w czwartej klasie podstawówki. Nie wydaje mi się, bym w jej wieku wiedziała, czym jest liceum! Martwi mnie trochę, że lubi plotkować, mnie przecież zupełnie nie przyciągały sprawy innych ludzi, ale to chyba naturalna rzecz, prawda? Bo kto w tych czasach nie plotkuje. W zasadzie cieszę się z tego, co nas różni. Obserwowanie i wychowywanie całkowicie innej ode mnie osoby jest ciekawym doświadczeniem. Dzięki niej codziennie staję się kimś lepszym i uczę się w każdej chwili mojego życia. Zawsze będę wdzięczna za cud posiadania dziecka.

Niedługo pójdzie do gimnazjum, a później liceum. W tym wieku poznałam jej tatusia, choć wtedy oczywiście jeszcze o tym nie wiedziałam. Dziwne jak to ludzie różnie kończą.


Leżąc teraz w sali szpitalnej, patrzę na moje dziecko i myślę co dalej. Wszystko to były tylko moje wyobrażenia, a prawda jest taka, że nie wiem, czy rzeczywistość będzie choć trochę do nich podobna. Nasza historia trwa i życie cały czas się toczy. Mogę zastanawiać się nad przyszłością mojej córki całymi godzinami, ale nie zmieni to tego, że nie zależy ona ode mnie, ale od niej samej. Marzę i snuję domysły, choć nic tym nie osiągnę. Przygotuję moją córkę najlepiej jak mogę, ale sama wyruszy w podróż i niedługo będzie zupełnie samodzielna. Żaden człowiek nie jest w stanie przewidzieć przyszłości i każdy boryka się z podobnymi problemami. Ale tylko niektórzy działają, by móc ją zmienić. Ja i moja rodzina pracujemy nad naszą wspólną historią, ale mnie niedługo pozostanie tylko obserwować rozwijające się pokolenia. Nie wiem, jak potoczy się los mojej córki, ale jednego jestem pewna. Czas wszystko pokaże.

OSTATNIE CHWILE
Anna Gołuńska

„Człowiek ma dwa życia. To drugie zaczyna się wtedy, gdy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno” — autor nieznany

Po przespaniu kolejnego wykładu o prawach mediów, Alex wraz z całym tłumem studentów opuścił budynek uczelni, wskoczył na rower i ruszył przez centrum miasta w kierunku siłowni. Rzadko zdarzało mu się ćwiczyć długo, ale to zdecydowanie nie był jego dzień. Nie miał na nic siły, więc po czterdziestu minutach był ponownie na swoim starym rowerze, jadąc do mieszkania. Po drodze, jak zawsze, zatrzymał się w taniej chińskiej restauracji po jedzenie na wynos. W mieszkaniu zastał bałagan, lecz wcale go to nie zdziwiło — Przecież rano też tak to wyglądało — pomyślał. Na sofie leżał jego współlokator Filip z puszką CocaColi oglądający mecz piłki nożnej.

— Zostawiłem ci kawałek — powiedział Filip, wskazując ruchem głowy na karton po pizzy leżący pod stolikiem.

— Ty to wiesz, co dobre — uśmiechnął się Alex.

— Nie bez powodu jestem twoim najlepszym kumplem, co nie Frodo? — pseudonim ten Alex zawdzięcza swojej niskiej budowie, nigdy nieuczesanym włosom i niesamowicie niebieskim oczom. –Jutro idziemy z chłopakami do miasta. Powiedziałem im, że będziesz.

— Filip, przecież już ci mówiłem, że jutro nie mogę. Obiecałem małej, że ją odwiedzę, a nie chcę jej zawieść.

— Ta twoja mała siostra to ma dobrze. Taki starszy brat to skarb!

Kolejna nieprzespana noc spowodowana nieustającymi bólami kręgosłupa. Rano Alex pojechał rowerem do parku na spotkanie ze swoją młodszą siostrą. Zapowiadał się bardzo miły dzień, do momentu aż wracając rowerem do mieszkania stracił równowagę i przewrócił się na chodnik. Ten mały wypadek spowodował, że ból w plecach znacznie się nasilił. Po otrząśnięciu się z całej sytuacji, Alex wsiadł ponownie na rower i udał się do lekarza, gdzie opowiedział o zdarzeniu i poskarżył się na częste problemy z kręgosłupem. Gdy wrócił do mieszkania, nikogo nie było w środku, więc postanowił odgrzać pizzę, a następnie położył się na sofie i włączył telewizor. Po pewnym czasie zasnął, mimo bolących pleców.

Tydzień później Alex dostał wiadomość ze szpitala, że jego wyniki badań są już gotowe do odbioru. Wsiadł więc do autobusu i pojechał w bardzo dobrym humorze, pewien, że dostanie jakieś leki przeciwbólowe i nie będzie się już męczył. Podczas rozmowy doktor Miller nie był tak żartobliwy, jak w czasie ostatniego spotkania, co dosyć zdziwiło Alexa. Nie podejrzewał on jednak, że usłyszy coś niepokojącego.

— Skarżył się pan na bóle kręgosłupa głównie nasilające się w nocy oraz urazy po wypadku. Morfologia w normie. Po wykonaniu rezonansu magnetycznego wykryto obecność nerwiaka osłonkowego znajdującego się pod mięśniem lędźwiowym, co w dużym stopniu tłumaczy pańskie objawy… — doktor nagle przestał, gdy zrozumiał po wyrazie twarzy pacjenta, że nie wie, co się do niego mówi.

— Chyba się pogubiłem. Czy coś jest ze mną nie tak?

— Proszę zobaczyć. Ten guz wzdłuż kręgosłupa to nerwiak osłonkowy.- powiedział lekarz, pokazując zdjęcie.

Alex spojrzał na niego ze zmieszaną miną.

— To nowotwór. — zniżony głos doktora nie mógł świadczyć o niczym dobrym.

— Nowotwór?

— Nerwiak osłonkowy to złośliwy nowotwór osłonek nerwów obwodowych.

Alex poczuł jak zalewa go nagła fala potu i na chwilę przestaje słyszeć, co mówi do niego doktor, a przed oczami wszystko jest mgliste i rozmyte. Po chwili głos lekarza zaczyna ponownie do niego dochodzić.

— Przed ewentualnym wykonaniem operacji musimy go zmniejszyć. Uprzedzam, że ciężko przewidzieć, w jaki sposób pana organizm zareaguje na chemioterapię.

Po ustaleniu daty kolejnego spotkania, Alex przytłoczony całą sytuacją wrócił do mieszkania, gdzie czekał na niego Filip z jedzeniem w papierowym pudełeczku. Nie było mowy o utrzymaniu choroby w tajemnicy przed przyjacielem, więc Alex po zjedzeniu od razu streścił całą wizytę. Było po nim widać, że sam nie dowierza swoim słowom, a to, co mówi, traktuje jako cytowanie nieznajomo brzmiących słów lekarza.

— To znaczy, że nie wiesz, ile zostało ci czasu? — zapytał w pewnej chwili bardzo zmieszany Filip.

— W internecie piszą, że ciężko to określić. Podobno operację przeżywa około połowa pacjentów. Wszystko zależy od tego, jak przyjmie się chemioterapia.

Tej nocy Alex też nie mógł spać. Tym razem nie było to spowodowane bólem, lecz ciągłymi pytaniami pojawiającymi się w jego głowie. Nie wiedział, co powinien zrobić ze swoim życiem. Ciągle bił się z myślami. Z jednej strony nie powiedziano mu, że niedługo umrze, więc powinien żyć normalnie, a chemioterapię uznawać za rzecz codzienną, lecz z drugiej strony może jego czas się już kończy? Jeśli tak, to przecież nie może on marnować życia na chodzeniu na wykłady, z których i tak wiele nie wynosi. Powinien skupić się na rodzinie, na jego ukochanej siostrze, na Filipie. Jest tyle miejsc, które chciałby zobaczyć, tyle rzeczy, których jeszcze nie zrobił.

— Jak się czujesz Frodo? — zapytał go Filip rano, gdy zdobył wystarczająco sił, żeby wstać z łóżka.

— Nawet nie pytaj… Całą noc nie spałem. Nie mam najmniejszego pojęcia, co mam ze sobą zrobić.

— Słuchaj! Nie wiemy, ile masz jeszcze czasu.

— Co masz na myśli? — zapytał zakłopotany Alex.

— Ale co wiemy na pewno, to że nie możesz go zmarnować na użalanie się nad sobą. Musisz korzystać z tego, co masz.

— Może masz rację — powiedział po dłuższej chwili zastanowienia.

— Jasne, że mam! Dlatego dzisiaj zabieram cię z chłopakami na mecz. Przypomnisz sobie co, to dobra zabawa.

Kolejne tygodnie nie różniły się szczególnie od poprzednich. Jedyną nowością były ciągłe zabiegi, którym Alex musiał się poddawać. Objawy choroby nie nasilały się, a efekty leczenia nie były widoczne, co poskutkowało negatywnym nastawieniem Alexa i poczuciem straty czasu. Dalej wychodził on z kolegami do baru na mecze, spotykał się z siostrą, a wykłady były wciąż tak samo nudne i nie stały się nagłą inspiracją do życia. Rozmowa z rodzicami na temat choroby w rzeczywistości przebiegła spokojniej niż mogło się wydawać, choć wiadomość o zagrożeniu życia syna bardzo nimi wstrząsnęła. Jedynym problemem dla Alexa była rozmowa z jego młodszą siostrą, która była najważniejszą dla niego osobą. Zupełnie nie wiedział, jak ma podejść do tematu, lecz dziesięciolatka wykazała się niesamowitą dojrzałością.

Po wielu godzinach spędzonych w szpitalu Alex zapoznał się ze Stefanem — osiemdziesięcioletnim inżynierem z tą samą dolegliwością. Ze względu na wiek, nie wychodził on ze szpitala po każdym badaniu, lecz zostawał tam na stałe. Pewnego dnia, gdy razem z Alexem siedzieli w jednej ze szpitalnych sal, odwiedziła go wnuczka. Była przepiękną dziewczynką o bardzo delikatnych rysach twarzy, błękitnych oczach, z berecikiem na głowie. W jednym momencie Stefan stracił przytomność i osunął się z krzesła. Dziewczynka była przerażona. Alexem też to wstrząsnęło. Zanim cokolwiek zrobił, lekarze zabrali pacjenta na oddział intensywnej opieki medycznej. W tej samej chwili chłopak zauważył, że dziewczynka siedzi pod ścianą, ściskając w rękach swój berecik, a jej twarz cała pokryta jest łzami.

— Nic mu nie będzie — cicho wydusił z siebie bardzo niepewnym głosem.

Dziewczynka uniosła wzrok, a chwilę później wstała, podbiegła i przytuliła się do Alexa. Nagle poczuł się odpowiedzialny za dziewczynkę i obiecał, że poczeka z nią w szpitalu, aż nie będzie przy niej ktoś z rodziny.

— Jak masz na imię? — zapytała bardzo dziecięcym i wesołym głosem.

— Alex.

— A ty też niedługo umrzesz?

Nastąpiła długa cisza. Chłopak zamarł na chwilę, a potem zaczął się poważnie zastanawiać nad odpowiedzią. Już dawno nie myślał o swojej chorobie w ten sposób. Bardzo zabolało go gdy dotarło do niego, że jego siostra może niedługo siedzieć na miejscu tej dziewczynki.

Po opuszczeniu budynku szpitala Alex wsiadł w pierwszą złapaną taksówkę i pojechał do mieszkania. Nie witając się nawet z Filipem, zamknął drzwi do swojego pokoju i bezsilnie opadł na łóżko. Była to kolejna noc bez zmrużenia oka. W momencie, gdy nic nie wydawało się być straszniejsze od poprzedniego dnia, rano w mieszkaniu zadzwonił telefon. Była to wiadomość ze szpitala o nagłej śmierci Stefana. Od tego zdarzenia Alex zmienił się nie do poznania. Stał się bardzo skryty, zamknięty w sobie i wszystko go drażniło. Nawet Filip nie był w stanie go rozśmieszyć, a o wyjściu do miasta nawet nie było mowy. Z każdą chwilą mówił coraz mniej, a czasami potrafił nawet nie jeść cały dzień. Było to po nim widać. Stał się wychudzony i blady, a fioletowe sińce spod oczu nie znikały nawet na chwilę.

Zarówno zaniepokojeni rodzice, jak i lekarze ze szpitala oferowali mu pomoc psychologa, lecz wizyty nie poskutkowały, więc Alex szybko z nich zrezygnował. Dla bliskich stawał się obcym człowiekiem. Zachowywał się tak, jakby jego nadchodząca śmierć była czymś pewnym. Całymi dniami myślał tylko o tym, jak bardzo nienawidzi siebie za to, że zostawi swoją małą siostrę zupełnie samą. Nie mógł znieść myśli, że będzie tak smutna jak wnuczka Stefana i za całą sytuację obwiniał wyłącznie siebie samego.

Dzień operacji zaczął się wbrew pozorom wesoło. Alex pierwszy raz od śmierci szpitalnego przyjaciela widział się z rodzicami, od siostry dostał laurkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia, a Filip był przy nim cały czas. Zmiany w zachowaniu Alexa bardzo nim wstrząsnęły i nie wyobrażał sobie życia bez niego, ale mimo wszystko nie tracił nadziei. Gdy nadszedł czas udania się do sali operacyjnej, Alex zaczął płakać. Nic nie mógł poradzić, bo łzy zaczęły samowolnie płynąć po jego policzkach.

— Mamo, od tak dawna myślałem, że jestem gotowy, ale teraz czuję, że to jeszcze nie czas. — to jedyne słowa, jakie zdołał wypowiedzieć po raz ostatni, ściskając dłoń matki siedzącej przy łóżku.

Filip wraz z rodziną Alexa cały dzień spędzili w szpital, u nerwowo czekając na wieści od lekarza. Operacja znacznie się przedłużyła, co bardzo wszystkich zaniepokoiło. Późno w nocy lekarz opiekujący się Alexem opowiedział szczegółowo o przebiegu operacji i polecił rodzicom udać się na noc do domu. Filip pożegnał się i oświadczył, że mogą bez obaw jechać, ponieważ on będzie czuwał przy swoim przyjacielu całą noc.

— Ja też zostaję! Nie zostawię tak braciszka.

— Ależ kochanie, przyjedziemy rano. Nie możesz tu zostać, bo nikt się tobą nie zaopiekuje. — spokojnie wytłumaczył dziewczynce ojciec.

— Jeśli państwo się zgodzą, to mogę popatrzeć na małą w nocy. Wiem, że jest ona bardzo ważna dla Alexa i myślę, że chciałby ją mieć teraz przy sobie. — zasugerował Filip.

Rodzice po krótkiej rozmowie zdecydowali się zgodzić na tę propozycję i zapewnili, że pojawią się w szpitalu z samego rana.


Gdy na dworze było jeszcze ciemno, dziewczynka obudziła się, lecz zobaczyła, że w pokoju leży jej brat, a Filipa nigdzie nie ma. Po chwili się uspokoiła, gdy zobaczyła, że wraca z kubkiem gorącej czekolady dla niej i kawą dla siebie. I tak siedzieli w zupełnej ciszy przez godzinę, wpatrując się w śpiącego Alexa. Nagle usłyszeli cichy szept. Oboje automatycznie zerwali się z krzeseł i zbliżyli się do łóżka.

— Wody — wyszeptał Alex tak cicho, że ledwo dało się go zrozumieć.

Przez następne kilka dni Alex był osłabiony i powoli dochodził do siebie. Nie była to jednak ta sama osoba, co przed operacją. Był jak nowo narodzony i sam mówił, że dostał od losu drugie życie. Choć ciężko w to uwierzyć, uśmiech nie znikał z jego twarzy i mimo fizycznego osłabienia tryskał energią. Ciągle był przy nim Filip lub siostra, a rodzice przyjeżdżali gdy tylko mogli. Ku jego zdziwieniu zaczęli go odwiedzać znajomi z uczelni, dostarczając między innymi notatki z wykładów, które nagle wydawały się czymś niezwykle pasjonującym.

OCZY
Nadia Mizgalska

„Nie zapominajmy o tym, że to, co się dzieje dzisiaj, to już przeszłość, do której w przyszłości będziemy wracać w marzeniach.” — Jeremy Clarkson

Jak zawsze obudziłam się w środku nocy. Odkąd skończyłam 70 lat mam duży kłopot ze spaniem. Pamiętam jeszcze z moich młodzieńczych lat, że nigdy nie rozumiałam, dlaczego moja babcia zawsze w nocy krzątała się po domu, a czasem nawet zaczynała gotować obiad o czwartej nad ranem. „»Starzy ludzie już tak mają«”- powtarzała za każdym razem, gdy ktokolwiek zapytał się o powód jej nocnych wędrówek. W tym momencie rozumiem ją aż na zbyt dobrze. Jest 3:05. Ociężale podniosłam się, siadając powoli na łóżku, słysząc przy tym skrzypienie i strzelanie wszystkich moich kości i stawów po kolei. Samo wstawanie z łóżka zawsze zajmowało naprawdę sporo czasu, głównie przez moje chore kolano. — Ah, to kolano — pomyślałam i zanim jeszcze wstałam, zaczęłam wspominać każdą z kolei operację, a było ich na pewno ponad dwanaście. Założyłam jedną z pięciu par moich okularów i powolnym krokiem udałam się do łazienki.

Mieszkanie, do którego wprowadziłam się niedawno po sprzedaniu mojego rodzinnego domu, od początku wydawało mi się za ciasne i za małe, co bardzo mi przeszkadzało, bo byłam przyzwyczajona do otwartej przestrzeni. Teraz, z perspektywy czasu dom wydaje mi się balastem, który zrzuciłam z pleców, a moje małe mieszkanko z uroczym ogródkiem pewnego rodzaju odskocznią lub nawet kołem ratunkowym. — Jestem tu szczęśliwa — powtarzałam sobie każdego poranka, nie wiedząc, czy mówię to do siebie, czy do zawsze towarzyszącego mi psa. — Znowu odbiegłam myślami od rzeczywistości… po co ja tu przyszłam — pomyślałam, stojąc w drzwiach małej łazienki. — Chyba zakupię dodatkowo leki na sklerozę — powiedziałam wesoło do psa i podeszłam do umywalki. Jestem jedną z tych osób, które w szafce za lustrem trzymały różnego rodzaju leki, w moim przypadku te typowe, babcine, kolorowe tabletki na stawy, serce czy ciśnienie. Moim skromnym zdaniem, gdybym miała w tym momencie położyć się do trumny, to nawet tabletki we wszystkich kolorach tęczy, „działające” na każde schorzenie świata mi nie pomogą. Zawsze wyróżniałam się podejściem do spraw śmierci spośród moich koleżanek. Jedne zaczynały gorliwie się modlić, inne nabawiały się nagle hipochondrii i co tydzień były u lekarza, a to wszystko z panicznym strachem przed upływającym czasem. Ja jako jedyna wręcz kpiłam z nadchodzącej śmierci, a czasowi… Jemu pluję w twarz. Gdy już wzięłam dzienną dawkę tabletek „na nic”, postanowiłam zaparzyć sobie moją ulubioną herbatę i ponownie spróbować zasnąć. Popatrzyłam na zegarek. Była 4:00. -Na starość czas mija wolniej. — Myślałam, że od mojego wstania z lóżka minęło około 2 godzin. Po zaparzaniu herbaty położyłam się z powrotem, z cichą nadzieją ponownego zaśnięcia, lecz po godzinie bezsensownego leżenia przekonałam się, że moje nadzieje były co najmniej złudne. Sięgnęłam więc po mój ulubiony zabijasz czasu — krzyżówki. Nie jeden raz, można powiedzieć, ratowały mi skórę w takich sytuacjach. Mogłam je rozwiązywać godzinami i tak też się stało. Zanim jeszcze wybiła szósta, rozwiązałam połowę książeczki. Pies już od dłuższego czasu siedział przy łóżku, trącając moją rękę i wręcz błagając o spacer. Było lato, więc za oknem było już jasno. Zapowiadała się piękna pogoda, więc z chęcią, lecz znów tak ociężale, jak o pamiętnej trzeciej w nocy, próbowałam zwlec się z łóżka. Znów podeszłam do lustra w łazience, tym razem nie biorąc już leków. Umyłam zęby, które jak na mój wiek były w wyjątkowo dobrej kondycji, a potem przez chwilę stałam i po prostu patrzyłam na swoje odbicie. Z powodu mocnego oświetlenia w łazience oraz promieni słonecznych wpadających przez szybkę w drzwiach, uwydatniała się każda moja zmarszczka, znamiona, jakie pozostawił po sobie upływający czas. W każdej z nich widziałam moją historię. Każda pojedyncza odznaczała się bardzo wyraźnie i obrazowała różne chwile mojego życia oraz czas, jaki spędziłam na ziemi. Niczym drzewo. Wiek drzewa można poznać po pierścieniach w jego pniu, podobnie jest u ludzi starszych. Niektórzy wstydzą się zmarszczek, lecz moim zdaniem, tak jak ja powinni być z nich dumni, ponieważ to właśnie one najlepiej przywołują wspomnienia, które czasem na starość niestety znikają. Na jednej mogłam niemal dostrzec mnie, tańczącą w kwiecistej sukience na mojej pierwszej potańcówce, a na innej małą, zlękniętą dziewczynkę ze zbitym kolanem. — Czas nie jest jednak takim draniem — mówię do siebie, chcąc w głębi duszy podziękować komuś za każdą z moich zmarszczek. Wpatruję się dalej. Jedyne, co się nie zmieniło, to oczy. Tak, zdecydowanie oczy mam takie same. Mimo wieku nadal pełne blasku, błękitne niczym niebo w najcieplejszy dzień lata, przenikliwe, z charakterystycznym błyskiem przyciągającym każdego. Znowu przyłapałam się na uciekaniu w przeszłość. Teraz ponownie przypominałam sobie słowa mojej świętej pamięci babci -„starzy ludzie tak mają”. Po długim czasie spędzonym w łazience w końcu ubieram się i wychodzę na upragniony przez psa spacer.

Gdy wróciłam, zastałam w domu małą niespodziankę. Dosłownie małą. Moja wnuczka siedziała na kanapie i grzecznie, jak nigdy, czekając na mój powrót. Lubiłam gdy przychodziła. Przy niej mogłam bezkarnie „bawić się czasem”, wracając do najodleglejszych wspomnień zawartych w mojej głowie. Patrząc na nią, cichutko pijącą herbatkę ze swojego kubeczka, a potem wybiegającą na ogród pobawić się z psem, widziałam siebie. — Berecik ci się przekrzywił — powiedziałam, podchodząc do niej i delikatnie poprawiając jej czerwone nakrycie głowy, które prawie spadło. Szkoda byłoby, gdyby taki ładny berecik się pobrudził, zwłaszcza, że mała nigdy się z nim nie rozstawała. Nosiła go zawsze, podobnie jak ja, gdy byłam w jej wieku. Teraz nawet nie wiem czy nie był on taki sam. Popatrzyłam w jej oczy. Zawsze mówiono, że jest ona do mnie nadzwyczaj podobna, lecz dopiero spoglądając głęboko w jej oczy, zobaczyłam dosłownie siebie. Czułam się, jakbym przeniosła się w czasie. Taki sam odcień oczu, ten sam przenikliwy wzrok i ten błysk, który przyciągał każdego. Resztę dnia patrzyłam na moja wnuczkę nie widząc tylko jej, ale także siebie. W duszy dziękowałam za nią i za to, że dzięki niej mogę znowu wrócić do przeszłości, za zmarszczki, które kocham, oraz za upływający czas i przyjemność, jaką mi daje.

SPLOT WERSÓW
Jadwiga Cicha

„Historia się nie powtarza, lecz rymuje” — Mark Twain

19 grudnia 1912, godzina 15:22. Pierwszym moim wspomnieniem są oczy zegarmistrza przyglądające mi się z zachwytem. Były to oczy człowieka starego i zmęczonego życiem. Był znakomity w swym fachu, stworzył mnie solidnie, bym przetrwał pokolenia, a zarazem nadał mi pewien rodzaj unikalnej elegancji. Kupił mnie zamożny dżentelmen imieniem Fryderyk. Był to dla mnie bardzo pamiętny moment, gdyż właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem zewnętrzny świat. Miasto tętniło życiem, słychać było nieustanny szmer ulicy, stukot końskich kopyt, nawoływanie sprzedawców, konwersacje przechodniów i wiele innych odgłosów, których pochodzenia bliżej nie potrafiłem określić. Fryderyk zaniósł mnie do domu, gdzie dumnie pochwalił się mną rodzinie. Jego mieszkanie było szykowne, z ogromnych okien zwisały złote kotary, na wysokim suficie zawieszony był pokaźny kryształowy żyrandol, a cały pokój zdobiły złocone meble z gustownymi rzeźbieniami. Żona Fryderyka ubrana była w powłóczystą sukienię z dużą ilością guziczków i kameliową broszką. Tamten świat wspominam jako pełen dystynkcji i klasy. Funkcjonowałem wtedy zgodnie z rytmem życia Fryderyka, który sprawdzał czas przed wszystkimi ważnymi zdarzeniami. Tę idyllę niczym z bajki przerwało jedno straszne słowo: wojna.

6 czerwca 1914, godzina 12:14. Kilka tygodni po rozpoczęciu działań wojennych Fryderyk dostał wezwanie do wojska. Jego wyjazd przepełnił rozpaczą rodzinę i bliskich, a on sam nie mógł w to uwierzyć, przecież jeszcze wczoraj jego życie było tak cudowne, a już jutro musiał się zmierzyć z bezlitosnym wrogiem i walczyć na śmierć i życie w nieznanej mu krainie. Dzień wyjazdu był pełen grozy. Z rana, jeszcze przed wschodem słońca, na dworcu zebrał się tłum mężczyzn przygnębionych, cichych, czekających na wyrok za nieznaną im zbrodnię. W czasie spędzonym na poligonie Fryderyk znalazł wielu przyjaciół, z którymi więzi umacniały się bardzo szybko, w skutek wzajemnego zrozumienia. Od czasu wyjazdu dbał o mnie jak nigdy, byłem jedyną rzeczą przypominającą mu o domu, rodzinie, i to właśnie ja dawałem mu nadzieję na lepsze jutro i podnosiłem go na duchu. Stałem się wtedy niezwykle użyteczny. Spoglądał na mnie częściej niż zwykle, licząc godziny, dni i tygodnie spędzone poza domem. Nigdy w całym moim istnieniu nie czułem się tak potrzebny, jak wtedy, gdy czekał niecierpliwie na listy od swojej ukochanej małżonki i tak skrupulatnie liczył każdą sekundę rozstania. Gdy szkolenia dobiegły końca, wyruszyliśmy na front. Fryderyk trzymał mnie pod fałdami swego ciężkiego munduru, więc na polu bitwy musiałem zdawać się jedynie na słuch, co uważam teraz za ogromne szczęście, gdyż same odgłosy katuszy były przeraźliwe. Głuchym strzałom karabinów i wybuchom min wtórowały okrzyki wojenne i potworne jęki rannych. Wojna była tak odmienna od wcześniejszego, wspaniałego i wytwornego życia właściciela, że trudno było uwierzyć, że dzieje się to na tym samym świecie. Wizja bajecznego niegdyś życia Fryderyka teraz była najwspanialszą fantazją. Fryderyk wiele miesięcy walczył dzielnie, lecz niefortunnie czas ten skończył się szybciej niż było to zamierzone.

5 listopada 1915, godzina 17:52. Wśród niezliczonych odgłosów strzałów jeden szczególnie przykuł moją uwagę, zdawał się on bliższy niż inne. Fryderyk stęknął, zgiął się w pół i upadł. Czułem jak jego ciało drży z bólu, słyszałem jego ciche pojękiwanie. Leżał tak skulony i szlochał. Wiedział, że umiera. Wiedział że nigdy nie ujrzy już rodziny, przyjaciół, że nigdy już nie zasmakuje tak ukochanego mu życia, zerwał mnie wtedy z szyi i ścisnął w ręce tak mocno, że czułem jak wgina mi blat. Współczułem mu wtedy bardzo, lecz nie było nic, co mógłbym zrobić, przecież jestem jedynie zegarkiem. Nagle poczułem mocne szarpnięcie. Ktoś złapał Fryderyka za kołnierz i przeciągnął go do schronu. Był to jeden z jego przyjaciół poznanych na poligonie, wzbudzała wtedy we mnie ogromny podziw jego męskość, nie mało odwagi musiało kosztować uratowanie ledwo żyjącego ciała człowieka, o którego istnieniu nie miał pojęcia jeszcze kilka miesięcy temu, narażając samego siebie na ogromne niebezpieczeństwo. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jedyną rzeczą, jakiej jego szlachetny czyn się przysłużył, był mój dalszy los. Zacny przyjaciel z tak wielkim uparciem wciąż usiłował zatamować upływ krwi, lecz już było znacznie za późno, a rana była zbyt poważna. Czułem jak jego ciało powoli stygnie, a ręka wcześniej silnie mnie ściskająca teraz przechodzi w bezwład, ukazując moje oblicze. Nadaremny wybawca Fryderyka ujrzał mnie w jego rozchylonej dłoni, wziął mnie ze sobą jako pamiątkę po nim, wiedział, że ma on żonę oraz syna i pragnął, bym przypominał im o poświęceniu męża i ojca. Po zakończeniu wojny oddał mnie synowi Fryderyka.

16 listopada, 1918, godzina 19:23. Właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, że tak naprawdę jestem czymś więcej, niż jedynie nieznaczącym zegarkiem. Wcześniej Fryderyk widział we mnie cząstkę dawnego życia i utęsknioną rodzinę, a teraz jego potomek widział we mnie część swego ukochanego ojca. Wiele lat spędziłem później z synem Fryderyka, zdążył on już założyć rodzinę i się ustatkować. Jego życie było aż zadziwiająco podobne do losu ojca. Mieszkał w eleganckim pokoju wraz z małżonką i dwojgiem swoich synów. W ciągu tego czasu jego żałość po stracie ojca pogrzebana już była w najgłębszych zakątkach jego pamięci, lecz pamiętał to, co było najważniejsze: wszystko, czego się od niego nauczył, poczynając od niewielkich rad czy nauk głoszonych mu, gdy był jeszcze dzieckiem, a kończąc na jego poświęceniu w walce o to, w co wierzył, i o to, co było słuszne. Wiedział, że to właśnie jego ojciec był jednym z bezimiennych bohaterów poległych na rzecz innych. To on poświęcił własne szczęście na coś, czego nigdy nie mógł doświadczyć. Gdy patrzył na mnie, wiedział, co powinien zrobić, sprawiałem, że w okolicznościach trudnych dylematów podejmował decyzje mądre i szlachetne.

1 września, 1939, godzina 4:30. Ogłoszony został komunikat oznajmiający wybuch II wojny światowej. Było to zupełnie niespodziewane. Społeczeństwo dopiero odbudowujące się po traumatycznych przeżyciach nie było przygotowane na wiadomość o kolejnym, zbliżającym się wielkimi krokami kryzysie. Ludzie nie zdążyli opowiedzieć jeszcze wszystkich historii i straszności pierwszej wojny, a już zrzucone było na nich ogromne brzemię kolejnych tragedii. Syn Fryderyka niedługo po ogłoszeniu komunikatu dostał propozycję migracji z Polski od swojego bliskiego kolegi, decyzja była trudna. Po długich przemyśleniach nie dał się namówić na tą niezwykle kuszącą, w owym czasie, ofertę. Dzięki swojemu ojcu i dzięki mnie, ponieważ za moją sprawą obraz wojny był dla niego bardziej rzeczywisty. Wiedział, co powinno być jego priorytetem. Nie chciał być jednym z tchórzliwych uciekinierów opuszczających ojczyznę w chwili niedostatku, stwierdził — jak umrzeć, to bezwstydnie, nie jako dezerter, lecz bohater, przynosząc chlubę narodowi oraz własnemu ojcu. Potomek Fryderyka, w przeciwieństwie do niego, przeżył wojnę. Dla mnie kolejne tarcie okazało się zupełnie inne, niż się spodziewałem. Sądziłem że nie potrafi mnie ono już zaskoczyć, sądziłem, że znam je jak własne wskazówki. Niestety myliłem się, okazało się być zupełnie inne. Ten konflikt nie był rozwiązywany starciem żołnierzy z żołnierzami, tu nie było wiele miejsca na godną śmierć w walce, tutaj nie liczono się z ludzkim życiem, bawiono się nim, odbierając je bezpodstawnie, nie zastanawiano się nad tym, czym mogło zawinić bezbronne dziecko lub niepełnosprawny starzec. Mógłbym miesiącami opisywać wszystkie moje odczucia dotyczące tego konfliktu, lecz nie o tym jest ta historia. Istotnym tutaj jest to, że mimo odmienności tych zdarzeń były rzeczy, które pozostały niezmienne. Rozpacz matki tracącej dziecko, strach przed utratą życia, radość przyjaciół przy każdym spotkaniu, cieszących się, że tamto nie było ich ostatnim, czy ślepe podążanie milionów za okrutnym przywódcą.

2 sierpnia 1982, godzina 7:52. Wszystko to wspominam, leżąc teraz w zakurzonej szufladzie wnuka Fryderyka, obok czerwonego beretu jego małej błękitnookiej córeczki. Wspominam i myślę o tym, jaką ogromną wiedzę powinno posiadać coś tak starego jak ja, lecz naprawdę nie mam już nic nowego do powiedzenia, gdyż wszystko zostało już wcześniej przez innych wypowiedziane. Jedyną rzeczą, o której zawaham się wspomnieć, jest to, abyście patrząc w przeszłość, nie dali się zaskoczyć kolejnym wersem rymowanego wiersza czasu.

SIEW
Maria Kręcicka

„…to, co Bóg zamierzył dla ludzi jest ukryte — oto przyczyna smutku i zazdrości nieśmiertelnych…” — J.R.R. Tolkien „Silmarillion”

Pierwszy śnieg tego roku był wyjątkowo obfity. Bezszelestnie bielił połacie zimnego parku i miasta, zdobił lśniącym pokryciem czarne kontury drzew, odcinające się wyraźnie na tle mlecznego nieba.

Nie czuł go na sobie, choć wiedział, że i jego przybrał w chłodny beret.

Oto nadchodzili pierwsi amatorzy uroków zimy. Rok w rok słuchał ich rozmów i patrzył w ich twarze, bo nigdy się nie powtarzały, a odchodziły z czasem nieubłaganie, tak samo, jak ten śnieg topniał na wiosnę.

Właśnie zbliżyli się dystyngowany starszy pan i mała dziewczynka, której czerwona rękawiczka ginęła w jego obszernej dłoni.

— Patrz, dziadziuś, patrz — wiewiórka! — zachłysnęła się z radości — jaka śliczna!

— Zobacz, wskoczyła na pomnik. — odpowiedział, podążając za nią wzrokiem, aż nasze spojrzenia się spotkały. Oczy miał mądre, trochę zmęczone. Dziewczynka biegała dookoła, starała się złapać wiewiórkę, w końcu przykucnęła, a jej niebieskie oczy powoli wodziły za napisem na kamiennej płycie u jego stóp.

— Widzisz — dziadek przywołał ją do siebie gestem — wiewiórki chowają w ziemi żołędzie robiąc zapasy na zimę. Potem zapominają, gdzie je schowały…

— To okropne, przecież nie mają co jeść!

— Tak myślisz? W ten sposób nieświadomie sadzą mnóstwo drzew, które dadzą im potem pożywienie i schronienie. To, co pozornie byłoby stracone, niesie w sobie nadzieję…

Jego wnuczka nadal zdawała się przygnębiona, więc ukradkiem nabrał do ręki śniegu i oprószył jej czapeczkę. Od razu zapomniała o zmartwieniu i przyłączyła się do zabawy.

— Dziadziusiu, a wieczorem mi poczytasz?

— Wczoraj skończyliśmy pierwszy tom. Na dalszy ciąg trzeba będzie poczekać, aż pojawi się w księgarni.

— Ale ja nie chcę czekać, chcę wiedzieć, co się stanie!

— Zapewniam cię, że niepewność i oczekiwanie jest warte więcej niż ci się wydaje. Magia książek polega na tym, że nigdy nie mówią wszystkiego.

Powoli oddalali się, a śnieg zasypywał ich ślady.

Poczuł dziwny żal. Nigdy nie przeczytał książki. Prawdziwą przyczyną jego melancholii była pewnie świadomość, że gdyby ktoś napisał książkę o nim, nie miałaby drugiego tomu. A ta dziewczynka uczyła się dzisiaj czytać. Ciekawe, co kiedyś napisze.

KRAINA WIECZNOŚCI
Patrycja Michalczyk

„W każdym momencie czasu kryje się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W każdym momencie czasu kryje się wieczność.” — Andrzej Sapkowski

Moi rodzice umarli. Nie mam na świecie już nikogo, z kim mógłbym szczerze porozmawiać. Nigdy nie usłyszę już śmiechu mojego taty, nie poczuję zapachu jaśminowych perfum mamy, już nikt nie będzie mnie pytał jak było w szkole. Prawda jest bolesna — zwłaszcza, gdy ma się tylko 16 lat.

Nazywam się Alan Szmer i jestem sierotą. Dlatego — czy tego chcę, czy nie — zostanę odesłany do mojej babci na jakieś pustkowie. Mama mojego taty jest szorstka i nie lubi dzieci tak samo jak zwierząt. Uważa, że młode pokolenie nie powinno mieć tyle swobody. Najbardziej chyba nie cierpi mojego wyglądu: włosów tak jasnych, że wszyscy uważają je za białe, ciemnych, prawie czarnych oczu i tego, że jestem od niej wyższy.

Gdy tylko wysiadłem z autobusu wiedziałem, że jest coś nie tak. Wielki dom był zbudowany cały z drewna, a jednak lśnił jak diament. Podszedłem do drzwi i zobaczyłem małą, złotą kołatkę. Zastukałem trzy razy i usłyszałem cichy szmer za drzwiami, lecz nikt nie otwierał. Postanowiłem wejść sam. To, co ujrzałem w środku, było nieprawdopodobne. Naprzeciwko mnie wyrastały jakby z ziemi schody ułożone całe z książek. Na każdej ścianie znajdowały się opisy lasów, a gdzie się tylko nie popatrzyło –były ogromne tomiska opowiadań. Wyglądały na bardzo stare. Otworzyłem najbliższą księgę i zacząłem pochłaniać treści opowiadające o niesamowitych istotach.

— Nie powinieneś dotykać czyjeś własności bez pozwolenia. — usłyszałem głos.

Odwróciłem się szybko i zobaczyłem moją babcię w długiej czarnej sukni żałobnej, stała na schodach z poirytowanym wyrazem twarzy.

— Miło mi widzieć moją ulubioną babunię.- wyszczerzyłem wesoło zęby w uśmiechu, lecz chyba moja babcia zorientowała się, że wesołość ta nie dotarła do moich oczu.

— Ustalmy kilka zasad, drogi młodzieńcze. Nie wiem jak było w twoim domu, ale tu rządzę ja. Masz mnie słuchać bez zbędnych pytań i nie spóźniać się na posiłki. Nie będę gotować specjalnie dla ciebie. Czy wszystko jasne? — zapytała z uśmiechem, który przypominał mi hienę przed obiadem.

— Oczywiście, babciu. — odpowiedziałem ze szczerą nienawiścią w głosie.

— Świetnie. Za dwie godziny oczekuję cię na kolacji. A teraz idź do pokoju i rozpakuj się. Możesz czytać wszystkie książki, które są na twoim piętrze. — Poinformowała mnie i nie czekając na odpowiedź, odwróciła się na pięcie i ruszyła na górę. „Sunie po schodach jak duch” pomyślałem. Gdybym ją zobaczył w nocy, pewnie stwierdziłbym, że to śmierć, która po mnie przyszła.

Mój pokój nie był duży. Jedno okno wychodzące na ciemny, ponury las, łóżko od razu pod nim, małe biurko w jednym rogu, komoda na ubrania w drugim, a na środku wydeptany dywan. Nie było tu żadnych książek. Za to na całym piętrze było ich chyba z tysiąc, mogłem w nich przebierać przez lata, a i tak by ich nie zabrakło. Opadłem na łóżko i zacząłem snuć smętne plany na przyszłość. Nie były to piękne widoki, ponieważ przyszłość dla mnie nie istniała. Chciałem zakopać się pod kocem i wspominać dawne czasy, ale — jak już mi zapowiedziano — spóźnienia na posiłki oznaczają ich brak, a akurat teraz byłem bardzo głodny. Otworzyłem drzwi i od razu potknąłem się o jakiś dziennik. Kopnąłem go ze złością, lecz chwilę później przypomniałem sobie niemiłe przywitanie babki. Nie chciałem nawet myśleć co by zrobiła, gdyby się dowiedziała, że wyżywam się na jej ukochanych książkach. Podniosłem bordowy tomik, lecz prawie od razu go upuściłem. Może to było złudzenie, ale czułem jakby dziennik żył, czułem tętno, jakby krew płynęła w okładce. Schyliłem się ponownie, ale zamiast go dotknąć, przyjrzałem mu się uważnie. Był bordowy, gdzieniegdzie z ciemniejszymi plamami, a w oczy rzucał się złoty napis wyryty na samym środku — ”Kraina Wieczności”. Podniosłem go pomimo obrzydzenia i zaniosłem do pokoju, nagle straciłem całą ochotę na spaghetti pachnące świeżymi pomidorami z cieplutkim serem. Chciałem tylko dowiedzieć się, co to za tajemnicza książeczka. To, co stało się potem, było tak niesamowite, że opisując to sam nie mogę w to uwierzyć.

Otworzyłem książkę, a z niej wydobyło się niewyobrażalnie błękitne światło. Było tak jasne, że chciałem tylko zatrzasnąć strony. Niestety moje ręce odmawiały posłuszeństwa. Gdy ten płomień błękitu zgasł, nie byłem już w pokoju, tylko na małej polance. Drzewa wokół mnie wydawały się bardzo stare. Gdy tylko je zobaczyłem, zrozumiałem jak młoda musi być nasza ziemia. Nie wiem skąd, ale podświadomie wiedziałem, że nie jestem już w świecie, który znam. Byłem daleko od domu babki. Daleko od wszystkiego, co było mi znane. Wstałem chwiejnie i ruszyłem na poszukiwania wody, lecz gdy tylko zrobiłem krok, polanę wypełniły niesamowite istoty. Dwie kobiety sunące centymetr nad trawą, ze skrzydłami świecącymi złotem i srebrem zbliżyły się szybko do mnie. Były piękne, ale było w nich także coś nienaturalnego, nie miały żadnej skazy, a ich ciało było złożone z dwóch identycznych części.

— Czy wiesz, gdzie jesteś, poszukiwaczu? — zapytała jedna z nich głosem tak czystym i przyjemnym, że chciało się tylko zamknąć powieki i ułożyć do snu. Otrząsnąłem się szybko z tych myśli i odpowiedziałem:

— Nie wiem, ale może wy wytłumaczycie mi, co tu robię?

— Gdzie twoja przepustka? Nie mógłbyś tu wejść i widzieć nas bez niej.- zdziwiła się.

Rozejrzałem się po polanie i zobaczyłem jaszczurkę, podobną do salamandry plamistej, nad źródełkiem widziałem niebieskie, przenikliwe oczy jakieś postaci, ale największe wrażenie zrobił na mnie szkielet odziany w zielony płaszcz utkany z trawy. Uśmiechał się zachęcająco, co nie pomagało.

— Nie wiem, o czym mówisz.- odpowiedziałem po chwili ciszy. Wtedy z mojej kieszeni w spodniach wypadł mały bordowy tomik. Kobieta, która do tej pory milczała, podniosła go szybko jakby myślała, że rozpłynie się zaraz w powietrzu.

— Mówiłeś, że nie masz przepustki i nie wiesz, gdzie jesteś.- powiedziała oskarżycielsko

— Mówiłem prawdę.- zacząłem się obawiać, że jednak w tym pięknym miejscu może mi się coś stać. Kobieta wyglądała może i na kruchą, ale zapewne była niebezpieczna.

— Spokojnie. — wtrąciła szybko ta druga. –Zaraz ci wyjaśnimy. Znajdujesz się teraz w Krainie Wieczności. Niczego nie będziesz tu pragnął, a więc i niczego nie będziesz potrzebował.

— Krainie Wieczności? — zapytałem z powątpiewaniem.

— Tak. Jesteś teraz martwy, ale zarazem żywy w każdym czasie. Ponieważ wieczność jest poza wszystkim. — odpowiedziała tak, jakby chciała mnie pocieszyć.

— Czyli mogę tu żyć wiecznie?

— Jeśli Pan Czas się zgodzi, owszem.

— Pan Czas? — szczerze powiedziawszy wszystko to zaczynało mnie już męczyć.

— Tak, musisz iść prosto ścieżką, po chwili ujrzysz bramę wydrążoną jakby w drzewie. Wejdź w nią i miej nadzieję, że dziś będzie twój szczęśliwy dzień i Pan Czas będzie wolny. — odpowiedziała, po czym rozpłynęła się w powietrzu. Gdy się rozejrzałem, byłem sam. Tomik także znikł, ale tym się aż tak nie przejmowałem. Poszedłem tam, gdzie mi kazano, a wchodząc w wydrążony pień, myślałem o rodzicach i ich odwadze życiowej.

I już po raz drugi tego samego dnia zemdlałem. Otworzyłem oczy, które potrzebowały chwili, by przyzwyczaić się do zmroku. Zorientowałem się, że siedzę na piekielnie niewygodnym krześle. Znajdowałem się w granatowym pokoju bez mebli, jedynie z kominkiem i drugim pustym siedzeniem naprzeciwko mnie. Pokój nie miał okien ani żadnych ozdób.

— Czy już się napatrzyłeś? Może i jesteśmy w Krainie Wieczności, ale na pewno nie mam zamiaru tyle czekać, by z tobą porozmawiać. Zwłaszcza, że to ty przyszedłeś do mnie.- powiedział ktoś głębokim głosem.

Odwróciłem się z zaskoczeniem i zauważyłem, że naprzeciwko mnie znajduje się wysoki mężczyzna, z włosami koloru krwi. Nie miał białek, tylko duże czarne źrenice. Patrząc w nie wydawało się, jakby spadało się do studni bez dna. Miał na sobie zwykły czarny T-shirt i dżinsy. Wyglądał może i normalnie, ale niczym nie pachniał ani nie było słychać uderzeń jego serca. Zamiast tego pokój wypełniało rytmiczne tik-tak, tik-tak, tik-tak…

— Przepraszam. Tak, już się napatrzyłem. –odpowiedziałem zawstydzony. Bo choć wyglądał na mniej więcej tyle lat co ja, to promieniował aurą tak pewną siebie i nabrzmiałą od doświadczenia życiowego, że od razu czuło się do niego szacunek.

— Dobrze. Jak już powiedziałem, nie mam wieczności, by z tobą rozmawiać, więc ogranicz się do najpotrzebniejszych słów. Dlaczego tu jesteś?

Gdy tylko zadał mi to pytanie, zrozumiałam, że już od dawna śnię o rodzicach, że byłem u babki tylko dwie godziny, a i tak zdążyłem ją znienawidzić — co było chyba moim rekordem. Chciałem odzyskać rodziców tu i teraz. A Czas mógł mi to dać.

— Chcę z powrotem moich rodziców.- zażądałem z odwagą o jaką bym siebie nie posądzał.

— Chcę to, chcę tamto. Zawsze to samo. Nie mogę tego dla ciebie uczynić. Nie zrobiłem wyjątku od śmierci dla nikogo i nigdy nie zrobię.

— Przecież jesteś Czasem, możesz zrobić, co tylko chcesz.- odparłem ze złością.

— Tak, ale czy nikt nie rozumie, że ja też mam uczucia i sumienie? Mówi mi ono, że gdy dla kogoś kończy się czas, to nie powinno się tego zmieniać. Na pewno jesteś mądrym człowiekiem i to zrozumiesz. W życiu nie ma powrotów, czas nigdy nie zawraca.

— Nie, nie zrozumiem. Myślałem, że mi pomożesz. Byłem pewien, że oddasz mi ich z powrotem, gdy zobaczysz, jak cierpię, że cofniesz czas i pozwolisz mi ich uratować. Ale nie bo Wielki Pan Czas nie ma na to ochoty.

— Nic nie rozu…

— Nic nie rozumiem? Jestem tylko człowiekiem? Niedługo i tak do nich dołączę? To chciałeś mi powiedzieć? Jesteś złodziejem, zabierasz to, co najlepsze tak szybko, że nawet nie jesteśmy w stanie tego dobrze zapamiętać. A złe rzeczy ciągną się w nieskończoność. Jesteś potworem. –wykrzykiwałem ze złością wszystkie te słowa, nie zważając na konsekwencje. Nareszcie mogłem wyrzucić to z siebie.

— Widocznie źle cię oceniłem.- powiedział Czas ze smutkiem –Jesteś głupcem, Alanie Szmer, myśląc, że dla jednego człowieka zawrócę bieg czasu. Wielu już tu było, ale żaden nie uzyskał tego, czego chciał. Ty też tego nie dostaniesz. Czas musi płynąć jednostajnie. Z tymi słowami rozwiał się w chmurę srebrnego proszku, a ja po raz trzeci tego dnia straciłem przytomność.

Obudziłem się przy pniu drzewa, do którego niedawno wchodziłem. Przynajmniej tak mi się zdawało. Była ciemna noc, miałem nadzieję, że wracając na polankę miłe istoty mi pomogą, lecz gdy tylko dotarłem na miejsce, zobaczyłem kreatury tak okropne i straszne, że nie da się tego opisać. Jaszczurki nie miały już oczu tylko puste ciemne oczodoły, w których iskrzył się ogień. Szkielet miał teraz przy sobie kosę zrobioną z czaszki człowieka i stał w kałuży krwi, patrząc na mnie posępnie. Istota w wodzie wynurzyła się do pasa, a jej skóra zwisała z niej jak bandaże z mumii, na oczy opadały włosy czarne jak noc, a jej dłonie były zaostrzone i wyglądały jak szpony. Najgorszy był jednak widok wróżki, wcześniej idealnej i miłej. Nadal była piękna, ale wyczuwało się w niej zło, jakby była jego czystym uosobieniem. Nie patrzyła przyjaźnie, nic nie mówiła, tylko stała z brunatnym tomikiem w wyciągniętych rękach i uśmiechała się drapieżnie. Zmusiłem się, by do niej podejść, choć cały mój umysł krzyczał, a jego pierwotne instynkty prowadziły mnie w odwrotnym kierunku. Wyciągnąłem przed siebie ręce i dotknąłem tomik, otworzyłem go, a z niego buchnął ogień.

— Wstawaj obiboku, chcę ci kogoś przedstawić.- usłyszałem głos babci.

Niechętnie otworzyłem oczy, a mój umysł zalała fala wspomnień. Wszystko pamiętałem, ale choć szukałem długo, nie mogłem znaleźć brunatnego tomiku. Wyszedłem szybko na spotkanie z babką. Jak przez mgłę zobaczyłem obok niej piękne zielone oczy, przenikliwe prawie tak samo jak u spotkanej wcześniej wróżki.

— O, widzę, że leniuch nareszcie wstał. — powiedziała bez powitania. –To jest Klara córka sąsiadki. Będzie się u nas uczyć z moich książek. Masz jej pilnować, by nic się nie stało. Słyszysz mnie? — spytała poirytowana najwyraźniej moim zachowaniem.

— Tak, oczywiście babciu. Nic jej nie będzie. — odpowiedziałem jakby przez sen.

— Nie jej masz pilnować idioto. Tylko książki. — i odeszła wyczerpana, mrucząc pod nosem coś o młodości.

— Jestem Alan.- powiedziałem zachrypniętym głosem.

— Klara.- podała mi rękę, która była tak delikatna, że prawie niematerialna.

— Mogę ci pomóc w poszukiwaniu książek, jeśli zechcesz. Zdążyłem nawet nieźle poznać to miejsce.

— Chętnie. Jest ich tyle, że nie da się tego zliczyć. Tylko najpierw obiecałam odprowadzić córkę koleżanki do przedszkola, ponieważ jest chora i nie może zrobić tego sama. Więc pewnie spotkamy się później. I już chciała się odwrócić, kiedy zrozumiałem, że to ta jedyna.

— Pójdę z tobą, jeśli ci to nie przeszkadza. Jeśli mamy spędzać ze sobą tyle czasu, to chyba dobrze by było lepiej się poznać. -powiedziałem z uśmiechem

— Jasne, czemu nie?

I ruszyliśmy do drzwi, gdzie już czekała na nas malutka pięciolatka w czerwonym, jaskrawym berecie, o niebieskich oczach i figlarnym uśmieszku. Byłem szczęśliwy, a nie byłbym, gdybym wtedy cofnął czas. Zrozumiałem, że Czas daje zanim zabierze.

Podziękowania

Dla naszych rodzin, pani Magdy

i pana Artura za wsparcie w pracy nad książką.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу