Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Zapraszam na moją stronę autorską:

http://www.piotrsemla.blogspot.com/

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie całości lub fragmentu bez pisemnej zgody autora zabronione

Wydanie I, 2017

Wstęp

Wiele słyszałem o miłości. Ludzie mówią o niej tak, jakby stanowiła łatwe do obliczenia działanie. A tak naprawdę tylko niewielu udaje się poznać jej prawdziwy smak. Jest ona jedyną prawdą. Istniała zawsze, bo czegoś tak pięknego nie da się stworzyć. Miłość jest muzyką, przy której Bóg namalował świat.

Człowiek, który poczuł prawdziwą miłość, już nigdy nie będzie na nią czekał. Bo jest ona wszędzie. Podnosi słońce, by przyświecało tak wielu ludziom, w których zawsze pokładać będzie nadzieję. Niesie po niebie ptaki, by dryfując w przestworzach uczyły nas patrzeć ponad wszelkimi murami. Rozrzuca nocą gwiazdy, by uświadamiać, że czas jest tylko krótką podróżą, która tak naprawdę nigdy się nie kończy. Miłość każdego dnia puka do drzwi twojego serca i pragnie byś się do niej uśmiechnął. Ona już wybaczyła, ona już cię pokochała, dla niej jesteś niezwykły, zbyt niezwykły, by wciąż nie próbować wtulić cię w ramiona. Miłość się nigdy nie poddaje, nie zna granic, nie wie co to strach, wszystko potrafi w pomieścić, wszystko zrozumieć. I z każdym oddechem wciąż przypomina, że nigdy nie jest za późno, by zacząć naprawdę kochać.


Musiało się bardzo wiele wydarzyć, bym to wszystko zrozumiał. Prawda jest taka, że nie zasługiwałem na szczęście, które mnie spotkało. Zbyt zależało mi, by wszystko uporządkować. A powinienem kochać bezwarunkowo, bez pamięci, pomimo przeszkód i szaleństwa.

Spotkała mnie bowiem miłość, która złamała wszelkie ograniczenia, która urzeczywistniła pragnienie niemożliwe do spełnienia. Ona wszystkiego mnie nauczyła, ona mnie ocaliła. Opowieść ta będzie najniezwyklejszą ze wszystkich opowieści. To opowieść o miłości, której nie można pojąć umysłem — miłości potężniejszej niż prawda.

Część pierwsza: Taniec w ciemności

Szczęście

Od chwili mojego przebudzenia wszystko się zmieniło. Wcześniej byłem samotnym i nieszczęśliwym człowiekiem, słabo zarabiającym pisarzem, z ledwością wiążącym koniec z końcem. Lecz tego dnia, gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem najpiękniejszą kobietę na świecie. Trzymała mnie za rękę i uśmiechała się do mnie oczami pełnymi miłości. Miała na imię Diana. Później ujrzałem małą dziewczynkę i jeszcze mniejszego chłopczyka.

Byłem pewny, że śnię, ale gdy do moich uszu dobiegł krzyk: „Tato, obudziłeś się!”, już nie miało dla mnie znaczenia, czy wszystko jest jawą, czy snem. Nigdy nie marzyłem o niczym piękniejszym.

Chłopiec szybko wdrapał się szpitalne łóżko i przytulił się do mnie. Dziewczynka zrobiła to samo, zajmując miejsce z drugiej strony. Wziąłem chłopczyka na kolano i przesunąłem się, a dłonią, którą trzymałem Dianę, pociągnąłem ją w swoją stronę, więc i ona się zmieściła.

— Tak się cieszę — wyszeptała, gładząc dłonią moje włosy.

W szpitalnych drzwiach pojawiła się pielęgniarka, która uśmiechnęła się serdecznie i pobiegła do lekarza z dobrą nowiną. Okazało się, że przez tydzień leżałem w śpiączce, która spowodowała zanik wspomnień z ostatnich pięciu lat mojego życia. Nie pamiętałem, jak poznałem swoją żonę, nie byłem przy narodzinach swoich dzieci, nie wiedziałem nawet, ile dokładnie mają lat. Diana się bardzo tym przejęła, ale doktor pocieszył ją, mówiąc, że w ciągu paru dni wspomnienia zaczną wracać, a najpóźniej za kilka tygodni wszystko sobie przypomnę.

Zakazano mi jazdy samochodem, więc Diana musiała kierować. Przez cały parking Samuel i Sonia, ciągnąc ku ziemi moje ręce, prowadzili mnie w stronę pojazdu. Był nim niewielki mercedes, wyprodukowany zapewne w ciągu ostatnich lat, skoro nie znałem modelu. Wyglądał jakby zapłacono za niego fortunę. Dowiedziałem się, że całkiem nieźle zarabiamy. Diana była znaną malarką, a moja napisana przed dwoma laty książka, „Taniec w ciemności”, stała się bestsellerem.

Wszystko wyglądało na idealne, zbyt piękne by wierzyć, że jest prawdziwe. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko jednej rzeczy — poczucia rzeczywistości. Czułem, że ziemia niknie pod moimi stopami, a przez myśli związane z przeszłością przebiega jakiś cień. Pojawiał się za każdy razem, gdy próbowałem sobie coś przypomnieć albo chociażby dopasować do obecnego życie, jakie pamiętałem — życie, w którym moja rodzina nie istniała. Lecz ilekroć spojrzałem na ich twarze, mrok spowijający moją pamięć stawał się nieistotny. Żyłem dla nich — tylko to się liczyło.

Pierwszą rzeczą, która wydała mi się znajoma, był zapach wiatru. Wpadał przez otwarte okno i wypełniał wnętrze samochodu. Diana przez większość drogi przyglądała mi się, a w uszach dźwięczał głos dzieci, które snuły różne historie na temat mojego „długiego snu”. Samuel uważał, że odbyłem daleką podróż w kosmos, a zdaniem Sonia miałem tak miły sen, iż zupełnie zapomniałem o tym, by wrócić do świata.

— Tatuś nigdy by nie zapomniał o nas — rzuciła moja żona, entuzjazmem jednak bardziej kolorując dyskusję, niż sprowadzając ją do wyjaśnienia.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. W gruncie rzeczy właśnie to się wydarzyło — zapomniałem. Jak to możliwe? Jak mogłem być tak szczęśliwy i zapomnieć o szczęściu? Nie potrafiłem nawet swobodnie rozmawiać — człowiek, jakiego pamiętałem, był zawsze sam, a ten, który stanowił część tej wspaniałej rodziny, znajdował się poza moim zasięgiem. Obawiałem się, że zachowanie zbytnio odbiegające od osoby, jaką znali, przerazi ich, zwłaszcza dzieci.

W tej jednak chwili poczułem uścisk na ręce. Uścisk, który wydał się zrozumieniem. Odniosłem wrażenie, że Diana pojmowała więcej, niż mi się wydawało. I znów odnalazłem spokój w jej oczach. Spokój i tyle mądrości… Miała oczy, które wszystko już widziały, ale nie zatraciły nawet jednej iskry tej radości, z którą się zawsze rodzimy, a tak niewiele jej zostaje, gdy umieramy. Wydawała się jednocześnie tak młoda i jednocześnie tak dojrzała. Kosmyki jasnych włosów opadały na twarz, przysłaniając jedno z jej oczu, cała reszta włosów została spięta w kok. Były piękne, a jeszcze piękniejsze musiały być, gdy je rozpuszczała.

Ta myśl — myśl, że chwila, która trwa, nie jest ostatnią chwilą i nastąpią po niej kolejne; myśl, która pomimo piękna wydawała się tak daleka w obliczu magii chwili obecnej — wypełniła mnie bezgranicznym szczęściem.

Kiedyś nie wierzyłem w Boga, myślałem, że mnie porzucił. A teraz po prostu musiałem kogoś o to zapytać… Nie miało znaczenia, czy On istnieje, czy nie — po prostu musiałem zapytać:

Boże, co się dzieje? Czy to ty? Ty to zrobiłeś?

— Tatuś pozwolił sobie na trochę dłuższą drzemkę, a wy już wysłaliście go w kosmos. Co to, pospać nie można? — zapytałem, uśmiechając się do dzieci.

— To on tak powiedział — rzuciła Sonia.

— O tym, że myślałaś, że was zostawiłem, już nie wspomnę.

— A skąd mogłam wiedzieć — rzuciła mi przenikliwe spojrzenie. Nazbyt przenikliwe jak na czterolatkę. Jej oczy były podobne do oczu Diany, ale znacznie różniła ją okrągła buzia i miękkie rysy twarzy. Włosy miała identyczne, zdawały się zlewać z promieniami słońca, gdy raz na jakiś czas rozstępowały się chmury. Samuel z kolei bardziej przypominał mnie z młodości, miał zielone oczy i gęste włosy, półokrągłą twarz, i zawsze zdawał się być czymś zajęty.

Odwróciłem się i ująłem ich za ręce.

— Nigdy was nie zostawię.

— I nie będziesz już tak spał?

— Nie, teraz będę czujny jak nietoperz. — Wytrzeszczyłem oczy i jak na sygnał wszyscy się zaśmiali.

— Ja i tak zostaję przy wersji z kosmosem — odparł Samuel. — Tylko kosmici nie pozwolili ci powiedzieć prawdy.

— Tak czy inaczej, już tam nie polecę. — Spojrzałem w oczy Diany, która przyglądała mi się z uśmiechem, a po rozmowie z dziećmi rzuciła mi jedno szczególne spojrzenie. Odniosłem wrażenie, że zawsze tym spojrzeniem dawała mi znać, że „wszystko jest porządku”. Musiałem na nowo uczyć się czytać z jej oczu. — Nigdy już nie zasnę i nigdzie nie polecę. Teraz już zawsze będziemy razem.


Nie poznawałem tej zieleni, tej równowagi natury, raz żywiołowej, gdy wiatr porywał drzewa i gładził łąki, a raz spokojnej, gdy nagle cichł, a wszystko przepełniała mistyczna cisza — jakby cała przyroda oddychała w rytm muzyki, czasem pozostając w bezdechu spowodowanym zachwytem wszechogarniającego piękna. Czułem, że świat ożył, albo przeciwnie — to ja nagle otworzyłem oczy i zacząłem naprawdę żyć.

Po niedługim czasie rozpościerające się poniżej poziomu jezdni niziny skończyły się, a droga stromo wpadała do lasu, gdzie olbrzymie korony drzew niemal zupełnie zasłaniały słońce, raz na jakiś czas przepuszczając ogrom jaskrawego światła. Moją skórę gładził przyjemny chłód, a nozdrza przeszywał zapach leśnego powietrza. Na jednym z zakrętów ujrzałem sarnę, która słysząc nadjeżdżający pojazd gwałtownie wyciągnęła głowę w górę, rzuciła nam niepewne spojrzenie, po czym zniknęła w gęstwinie zarośli, pozostawiając po sobie subtelne echo szelestu liści.

— Dlaczego ona ucieka? Przecież nic byśmy jej nie zrobili. — Samuel wychylił się przez okno, próbując dostrzec pomiędzy drzewami uciekające zwierzę.

— A skąd ona ma wiedzieć, że nic jej nie zrobimy? — rzuciła Sonia. — Może pomyślała, że jesteśmy kłusownikami i chcemy ją zjeść albo zedrzeć z niej skórę.

— Ale jak ucieknie, to przecież nigdy się tego nie dowie.

Nie mogłem pojąć, skąd moje dzieci są tak mądre. Trzy- i czterolatki słyną raczej z ciągłego zadawania pytań i odpowiadaniu kolejnymi pytaniami na usłyszane od rodziców odpowiedzi, nie prowadzą wnikliwej rozmowy. Właśnie tak chciałem je wychować, właśnie tak — w gruncie rzeczy — już zacząłem to robić, w mglistej i niejasnej przeszłości. Miałem mnóstwo pytań, ale wielu z nich wolałem nie wypowiadać przy dzieciach, świadomość, że z naszego wspólnego życia nie pamiętam niczego, co poprzedzałoby obecny dzień, mogłoby obdarzyć Samuela i Sonię w pełni zrozumiałą nieufnością. Jednak Diana doskonale mnie znała, zdawało mi się nawet, że była przygotowana nawet na to, co się wydarzyło…

— Na wszystko przyjdzie pora — stwierdziła jednocześnie w odpowiedzi na moje nieme zapytania, jak i finalizując nierozstrzygniętą debatę dzieci. — Prawda nigdy długo nie pozostaje w ukryciu. Czasem wystarczy spojrzeć w czyjeś serce i wtedy wszystko staje się proste.

Właśnie tak sobie ją kiedyś wyobrażałem. Taka właśnie miała być kobieta z moich marzeń. Mądra, ale przepełniona zapałem odkrywania; wrażliwa, ale w imię wielkiej sprawy gotowa stawić czoła wszelkim przeciwnościom; cierpliwa, ale nie kryjąca osobistych pragnień. I teraz znajdowała się przy mnie, jako oddana żona i matka wspaniałych dzieci, trzymając za rękę prowadziła mnie w beztroską krainę spełnionych marzeń.

Nie miałem nic, a tego dnia obudziłem się… i nagle mam wszystko. Jak to możliwe? Czyżby coś mną zawładnęło i zmieniło całe życie bez mojego udziału?

Obrzeża lasu zaczęły się wznosić, a im dalej spoglądałem w jego głąb, tym wyżej drzewa wyrastały z podłoża. Droga zdawała się być rzeką, pędzącą zawiłym korytem, które z każdą chwilą zbliżało się do wielkiego morza. Niebawem las się rozrzedził, pozostawiając porośnięte trawą wzgórza, gdzieniegdzie ozdobione niebieskimi kwiatami.

— To niezapominajki. — Diana uśmiechnęła do mnie uroczo. — Kocham je.

Gotowa, by od początku pozwolić mi ją poznać, czerpiąca radość z przywilejów zdarzenia, które większość ludzi uznałaby za wielką tragedię… Znała mnie tak dobrze, że wiedziała, na co jestem przygotowany w sytuacji, w której nigdy wcześniej się nie znalazłem, znała mnie samego lepiej ode mnie.

— Mamusiu, ale cały świat już wie, że ty kochasz niezapominajki. — Zauważyła Sonia.

— Tak, ale nie mogłam się powstrzymać. To tak samo jak tatuś czasami wychodzi na dwór pokrzyczeć.

— Nie, teraz mnie wkręcasz. — Zaprzeczyłem, ale ta lekcja przypominania sobie przeszłości rozbawiła mnie całkowicie. Nie pamiętałem, by kiedykolwiek coś mnie tak rozbawiło.

— A myślałam, że to tajemnica. I nie można mówić, że go wiedziałyśmy. Ale jak już się wydało, to powiedz, tatusiu, dlaczego lubisz krzyczeć?

Sonia odpięła pas, przysunęła się do mojego siedzenia, złapała dłońmi jego oparcie i opierając podbródek o palce wpatrywała się we mnie, z rozbawieniem wyczekując odpowiedzi.

— Nie, ja nic takiego nie pamiętam. — W końcu mogłem otwarcie się przyznać, jednak nie sposób było mi uwierzyć, skoro świadkowie mojego życia widzieli więcej ode mnie. Zdarzało mi się kilka razy krzyczeć w przeszłości, ale zawsze jedynie koronowało to gniew i rozpacz, zamiast je po prostu wyrzucać. Czyżby teraz było inaczej? Czyżbym krzyczał ze szczęścia?

— Nie wolno kłamać, już się nie wywiniesz.

— A ja myślę, że już macie na to własne wyjaśnienie i nie musicie mnie o nic pytać, prawda Samuel?

— Ja wiem, że krzyczałeś do ludzi z nieba — chłopczyk odpowiedział z przekonaniem.

— Zawsze istnieje inne wyjaśnienie, niż takie z kosmitami — zaprzeczyła Sonia.

— Nie mów tak, bo przylecą i ci udowodnią, że się mylisz…

Kochałem ich. Z każdym przejechanym kilometrem, z każdą spędzoną razem chwilą coraz bardziej kochałem swoje dzieci i żonę. Ożywiali mnie, sprawiali, że moja utrata pamięci traciła znaczenie, skoro każda jedna chwila w ich obecności nadrabiała cały ten pozornie stracony czas.

Wzgórza długo zasłaniały pole widoku, oddzielając drogę od całego świata, jakby poza nami i samochodem nic nie istniało. I faktycznie, od chwili opuszczenia miasta nie minęliśmy żadnego pojazdu, a jedyną odznaką fizycznego życia okazała się uciekająca sarna. Poczułem, że światem zawładnęła magia, która już nigdy nas nie rozdzieli.

Niebawem droga zaczęła się wznosić ku wzgórzom, które stopniowo odsłaniały niebo, tulące na swym skraju zbliżające się w stronę zachodu słońce. Przed nami pojawiło się wzniesienie, za którym niczego nie można było dostrzec, jakby za nim kończył się cały świat. Spojrzałem na Dianę, a przez jej twarz przemknęła niepewność, nieskutecznie tłumiona przez nieopuszczający twarzy uśmiech. Coś chciała mi powiedzieć, właśnie teraz, ale nie zrobiła tego. Zapytałbym, ale nagle wzniesienie uniosło nas w górę i ukazało przed nami olbrzymie jezioro — przepełnione zaklętym w kroplach wody światłem słonecznym, najpiękniejsze jezioro, jakie widziałem w życiu. Lecz nie to odebrało mi mowę… rzecz w tym, że ja doskonale pamiętałem to jezioro. Pamiętałem ten ostry zakręt na samym skraju stromego wzgórza opadającego aż do samego brzegu zbiornika wodnego. Nie potrafiłem oderwać oczu od wodnej toni, i gdy pojawiliśmy na środku zakrętu, wychyliłem głowę przez okno, próbując dostrzec jak najwięcej powierzchni, której ogrom czynił przeciwległy brzeg niewyraźnym, jawiącym za tajemniczą mgłą…

Nagle ukłuł mnie niepokój i natychmiast po tym mój wzrok zatrzymał się na odległym skraju, gdzie mgła niespodziewanie się rozpłynęła. Zobaczyłem ubranego na czarno człowieka, patrzył dokładnie na mnie… Pomimo ogromnej odległości poczułem na sobie jego wzrok, niemal usłyszałem jego myśli, których nie mogłem odczytać, ale mieściło się w nich tak wiele zła, że znieruchomiałem. I w ogóle nie miał twarzy, ujrzałem tylko czarną plamę, jakby postać stanowiła jedynie cień człowieka — cień, który wydał mi się znajomy, bardziej znajomy niż całe otaczające, niespodziewanie zagubione piękno.

— Patrz!

Odwróciłem się nagle. To była Diana. Patrzyła na mnie najcieplejszym na świecie wzrokiem, który odrzucił daleko niepokojącą wizję. Ta krótka chwila, kiedy ujrzałem to coś, wydawała się ciągnąć, jakby czas zatrzymał się w miejscu, i napawała mnie takim przerażeniem, że wszystko wokół znikło i przysiąc mógłbym, że już nie powróci. Na moment ich straciłem, na moment ta wizja chciała mi wszystko odebrać…

— To ostatnia prosta i jesteśmy.

Wyjaśniła Diana, a jeszcze chwilę temu goszcząca na jej twarzy niepewność niemal zupełnie się rozpłynęła. Złapała mnie za rękę i mocno ścisnęła. Jej wzrok się pogłębił, a głos wypełniła tajemniczość: — Zaraz wrócimy do domu i już zawsze będziemy razem.

Uśmiechnęła się i rozwiała ostatki przerażenia, ale mój umysł przeniknęły pytania. Znałem tą trasę. Pamiętałem tę drogę od zakrętu aż do kolejnego miasta. Nie mogła to być ostatnia prosta, nie przy tych wszystkich skrzyżowaniach i polnych drogach, na których kiedyś błądziłem… Nie mogłem sobie dokładnie przypomnieć, skąd i dokąd jechałem, ale w jakiś zagmatwany sposób wiązało się to z ostatnią rzeczą, jaką pamiętałem ze swojego dawnego życia — z tym przeklętym zakrętem…

— Przecież wiemy, gdzie mieszkamy. Ty to czasami zachowujesz się jak dziecko — rzuciła Sonia.

— Bo jestem dzieckiem, tyle, że dużym… — odparła Diana.

To niemożliwe, nie możemy mieszkać na tej drodze. Przecież tu w promieniu dwudziestu kilometrów nie ma domów. Nie ma żadnego… chyba, że…

Nagle zza porośniętego wzgórza wyłonił się ogromy budynek postawiony na skraju wielkiej polany. Pamiętałem go, dokładnie go pamiętałem. Tyle, że… gdy go widziałem, był zupełnie opustoszały… I nie widziałem go sam, był ze mną ktoś jeszcze, ktoś, kto śmiał się, mówiąc, że ten dom musi być nawiedzony…

— Witamy z powrotem! — Diana wyrwała mnie z namysłu. Podała dzieciom klucz, a one natychmiast pobiegły polaną w stronę olbrzymich drzwi, zapewne ścigając się ze sobą. Sonia za sprawą dłuższych nóg pozostawiła Samuela daleko w tyle.

— Pierwsza! — krzyknęła, gdy dobiegła.

— To niesprawiedliwe — oburzył się chłopczyk. — Jesteś wyższa ode mnie. Nigdy cię nie dogonię…

Głosy pociech zniknęły wraz z zamknięciem drzwi, a ja i Diana zostaliśmy w samochodzie. Mocniej niż wcześniej złapała mnie za rękę i z troską patrzyła w moje oczy.

— To tam… — wyszeptała. — Na tamtym zakręcie tydzień temu miałeś wypadek.

Wyczekiwała odpowiedzi, zapewne w nadziei, że coś pamiętam, że jeśli przypomnę sobie tą najgorszą rzecz, cała lepsza reszta też do mnie powróci.

— Coś mi się przypomniało — odpowiedziałem również szeptem. — Ale to nie mogło być tydzień temu. To było o wiele dawniej…

Przyłożyła dłoń do mojego policzka, kierując ją w górę wplotła palce w moje włosy. Następnie opuściła rękę i objęła oburącz moją dłoń, przyglądając się jej w lekkim zamyśleniu.

— I ten dom pamiętam inaczej — kontynuowałem. — Jakby to nie był ten budynek. Wtedy nikt w nim nie mieszkał. Gdy go zobaczyłem, był ze mną ktoś jeszcze, ten ktoś powiedział mi, że…

— …dom musi być nawiedzony — dokończyła, uśmiechając się z ogromną ulgą. Spojrzała w moje oczy z czułością. — Coś już pamiętasz, przypomniałeś sobie.

— Nie rozumiem?

— To ty ze mną tutaj byłeś. Poznaliśmy się pięć lat temu. Czekałam w deszczu na podmiejskim przystanku, załamana, że nie zdążyłam na autobus.

I nagle sobie przypomniałem jasnowłosą dziewczynę, trzymającą w delikatnych dłoniach szarpany na wietrze kaptur białej kurtki przeciwdeszczowej, w bezsilności wypatrującą świateł samochodów pośród zgiełku najbardziej deszczowej nocy, jaką widziałem w życiu. Zatrzymałem się i krzyknąłem: „wsiadaj”, a ona podbiegła, zatrzasnęła drzwi i spojrzała na mnie. I wtedy już wiedziałem, że to jest „ta” kobieta. To była ona, to była Diana.

— To naprawdę ty. — Pogładziłem jej policzek, nie mogąc uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę. Nie pamiętałem, skąd znalazłem się w tym miejscu, ale widząc jej twarz, zapomniałem o całej reszcie. Być może w akcie samotności wybrałem się w desperacką podróż, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, ale właśnie ta decyzja pozwoliła mi ją spotkać. — Opowiedz mi, co było dalej. Przypomnę sobie więcej.

— Opowiem, ale najpierw pokażę ci nasz dom. — Wyjęła kluczyk ze stacyjki, a nim otworzyła drzwi, spojrzała na mnie z radosnym uśmiechem. — Tak się cieszę, że to pamiętasz.

Nigdy nie wymarzyłbym sobie piękniejszego domu. Okryto go niebieskim dachem naczółkowym, wznoszącym się w górę nad każdym z czterech górnych okiem. Nad drzwiami wejściowymi, pomiędzy dwoma oknami szczytowymi rozciągał się ograniczony balustradą kwadratowy balkon wspierany na rzeźbionych kolumnach, strzegących frontowego wejścia, skierowanego w stronę łąki. Wyryte w drewnie wzory pojawiały się na futrynach okien, drzwiach, obiciach, i choć całość budynku pomalowano na biało, nie zatraciły one swojego uroku. Po obu stronach frontu rozciągała się weranda, a przed nią zaczynały się grzędy niebieskich niezapominajek, które gęsto otaczały cały dom. Zdawać by się mogło, że tworzyły magiczną granicę oddzielającą to niezwykłe miejsce od reszty świata.

— Co się tutaj stało? — Zapytałem, gdy wchodziliśmy na werandę. Nie potrafiłem dopasować tego drewnianego, rozpadającego się, przepełnionego zapewne piszczącymi powiewami wdającego się do wnętrza wiatru budynku z tym pięknym domem.

— Zaraz po tym, jak go odnaleźliśmy, okazało się, że dom ten należał do pewnego pana, który chciał go wyremontować. Po roku przeznaczył go na sprzedaż, a akurat wtedy myśmy wzięli ślub i… — Zaśmiała się z radości. — …jest nasz.

— „Pewnego pana”, powiadasz? Tak się przedstawił?

— Teraz to już nieważne. Nie jest jego, tylko nasz. — Wspięła się na palcach, a ja ją objąłem i zastygliśmy w długim pocałunku, po którym otworzyła przede mną drzwi. Palcem wskazującym musnęła wiszące na sznurku przed wejściem dzwoneczki, które spontanicznie zadźwięczały. — Zapraszamy, Arturze.

Światło zachodzącego słońca rozjaśniło wielki hol zakończony szerokimi schodami, które w połowie długości rozbiegały się w dwie strony, prowadząc na górną kondygnację, której trzy krawędzie, wsparte długimi białymi kolumnami, zabezpieczono balustradą. Przez prostokątną przestrzeń można było dostrzec stropy wspierające dach, a w nachylonym w naszą stronę niewielkim oknie jawił się skrawek pomarańczowego nieba. Na każdej ze ścian mieszczących hol połyskiwały olbrzymie, wypełnione wygrawerowanymi wzorami drzwi, po dwa z każdej strony, pierwsze podwójne, drugie pojedyncze.

Zatrzymałem się przy wejściu, a mój wzrok śledził wywieszone na ścianach obrazy. Przedstawiały okoliczne łąki, stawy, wzgórza, a na każdym pojawiały się niezapominajki, stanowiąc piękny kontrast z wszechogarniającą bielą pomieszczenia.

Diana stała przy mnie i trzymała moją dłoń, próbując zapewne spojrzeć na wszystko moimi oczami. W ciszy zrobiliśmy parę kroków, aż mój wzrok utkwił na jednym szczególnym obrazie, wiszącym na wprost wejścia, nad rozwidleniem schodów. Przedstawiał nas. Stałem obok Diany i trzymałem znajdującego się przede mną Samuela za rękę, obok niego znalazła się Sonia. Nasze splecione dłonie tworzyły okrąg, próbujący zapewne zakląć w sobie szczęście, które rozjaśniało nasze twarze. Za nami rozciągała się ozdobiona kwiatami łąka, a w oddali pojawiał się las, jakby malarz znajdował się przy wejściu, a my podczas tworzenia dzieła patrzyliśmy w stronę domu.

— Zawsze będziemy razem — wyszeptała Diana, mocniej obejmując moją rękę i w geście zdumienia wspierając głowę o mój bark. — Tak go nazwałam. Jesteśmy tylko my i ten dom. Dopóki ten obraz tam się znajduje, nic złego nie może się przytrafić.

Jakaś magia wypełniła pomieszczenie, mogłem ją poczuć… te obrazy zaklinały w sobie całe to miejsce, jakby wszystkie anioły strzegły naszego szczęścia. Tylko tego pragnąłem, zawsze tego pragnąłem — odnaleźć swój dom na bezdrożu, gdzie przy boku kobiety, którą naprawdę kocham, wychowywać dzieci, darzyć szczęściem i karmić się nim, bez obaw, zmartwień, niepotrzebnych myśli, pustych ludzi i całego tego beznadziejnego świata. Wreszcie mogłem oddychać…

— Ty to wszystko namalowałaś? — zapytałem, doskonale jednak znając odpowiedź. Diana odpowiedziała mi spojrzeniem. — Brakuje mi słów. To zbyt piękne, bym kiedykolwiek zdążył w to uwierzyć.

Uniosła dłoń i przyłożyła palce do moich ust.

— Nie będzie żadnego kiedykolwiek. Jesteśmy my… i jest zawsze. — Pocałowała mnie, po czym odsunęła się na długość splecionych rąk. — Oprowadzę cię, mój królewiczu.

Większe drzwi po prawej stronie kryły ogromną jadalnię, wykonaną w stylu starodawnym, ale odnowioną. Drewniane stropy dzieliły pomieszczenie na kuchnię, część przejściową, gdzie znajdowało się wejście do łazienki (do której prowadziły także mniejsze drzwi w holu) oraz jadalnię. Cały aneks, sąsiadujące z nim rzędy zaszklonych szafek, wypełnionych błyszczącymi naczyniami, oraz znajdujący się na samym końcu, usadowiony przy olbrzymim oknie kolosalny stół i krzesła wyrzeźbione zostały z dębowego drewna. Obicia krzeseł oraz obrus wykonano w kolorze krwistej czerwieni, i w tej samej barwie jawił się materiał okrywający kilkadziesiąt drewnianych stojaków, obstawiających ściany. Na każdym z nich znajdowała się pokaźna rzeźba tego samego anioła, ale za każdym razem uwiecznionego w innej pozycji. W sufit w równych odstępach wmontowano wielkie świecznikowe żyrandole.

— Chodź zobaczyć salon.

Kiedy przechodziliśmy przez hol, Diana spoglądała na mnie zachęcająco, chociaż w oczach widziałem iskrę nadziei, że przypomnę sobie coś więcej. Niestety, nasze oddalone o lata pierwsze spotkanie było ostatnią rzeczą, jaka jawiła się w mojej pamięci.

— Schody prowadzą do sypialni, ale teraz jeszcze nie pora na sen. — Uśmiechnęła się do mnie, a przez jej oczy przemknął przyjemny błysk. W nic nie mogłem uwierzyć, ale pragnąłem z całego serca się odnaleźć w tym doskonałym świecie.

Salon kolorystycznie przypominał jadalnię, ale czerwień zastąpiono purpurą. Te same żyrandole i dębowa podłoga. Ściany jego pierwszej części wypełniały ogromne szafy, gdzie na otwartych pułkach postawiono mnóstwo maleńkich rzeźb. Pośrodku znajdował się stolik, na którym stał wazon dzierżący ogromny bukiet niezapominajek. Na samym końcu, przed wygaszonym kominkiem siedziały dzieci na wielkiej sofie. Sonia trzymała w rękach książkę i czytała coś swojemu młodszemu braciszkowi. I nawet myśl, że czterolatka potrafi czytać, nie zdziwiła mnie w ogromie rzeczy niezwykłych.

Diana usiadła na sąsiedniej kanapie i zaczęła rozmawiać z dziećmi, a ja przystanąłem pośrodku pustej przestrzeni większej części salonu i przez purpurową firankę wpatrywałem się w zachodzące słońce. Z każdą chwilą coraz mniej wiedziałem, coraz bardziej się zatracałem…

— Idźcie się jeszcze chwilę pobawić, zanim zajdzie słońce — powiedziała Diana, a dzieci pobiegły w stronę holu i lada chwila mogliśmy je obserwować przez okno frontowe.

Moja żona podeszła do niewielkiego stolika, gdzie stał gramofon i włączyła go. Rozległa się piękna muzyka, w której tle słyszałem kobietę, anielskim głosem nucącą melodię. Diana podeszła do mnie, ujęła moje dłonie i położyła na swoich biodrach, po czym objęła moją szyję. Zaczęliśmy tańczyć, a przestrzeń wokół zupełnie odpłynęła. Gdy znikła muzyka, słyszałem tylko jej oddech, w nim odnalazłem rzeczywistość. Potem spojrzała na mnie i czytałem w jej oczach, czytałem i nie mogłem zrozumieć… nie potrafiłem zrozumieć, że można aż tak bardzo kochać…

— To nasza ulubiona melodia, piękna prawda?

— Nigdy nie słyszałem piękniejszej — odpowiedziałem szeptem. — Jakby wszystko nagle wypełniła magia.

I tak się stało. Dopiero, gdy wróciły dzieci, zauważyłem, że w salonie płoną świece porozstawiane na półkach. Mogłem je wcześniej przeoczyć, ale zauważyłbym ogień… Żyrandole nad nami również płonęły.

— Pewnie jesteś głodny — powiedziała. — W kuchni czeka obiad.

Dzieci pobiegły pierwsze, a my ruszyliśmy w ślad za nimi. Hol rozświetlały świeczniki wmontowane pomiędzy obrazami, których wcześniej również nie dostrzegłem, choć ciężko byłoby je przeoczyć. A już na pewno nie mogłem nie zauważyć momentu, kiedy stół został nakryty, a wszystkie świeczki żyrandoli rozpalone. Jak długo tańczyliśmy? Czy dzieci to zrobiły?

Wędrowaliśmy w czwórkę w stronę rozświetlonego ogromnym świecznikiem stołu i rozsiedliśmy się po czterech jego stronach. Światło świec błyskało w szybach, przez co nie można było dostrzec niczego na zewnątrz. Wszyscy nałożyliśmy sobie jedzenie z ogromnych talerzy, jedzenie, którego nikt nie zdążyłby przygotować.

Cisza zdawała się być coraz bardziej mistyczna, przenikała przez nią jedynie melodia, przy której tańczyłem, słyszałem ją wyraźnie, jakby ktoś rzucił na mnie czar. Nawet jedzenie miało magiczny smak. Talerz wypełniłem sałatką i warzywami, ale niczego nie potrafiłem rozpoznać, jakby sporządzono je z nieistniejących produktów.

Zerknąłem znad świecznika na Dianę, która odpowiedziała mi uśmiechem. Wyglądała na najszczęśliwszą istotę na całym świecie. Dzieci rzucały sobie ukradkowe spojrzenia, jakby opanowały swój własny język porozumiewania się bez słów.

Kiedy kolacja dobiegła końca, Diana zaprowadziła Samuela i Sonię do łóżek, a mi kazała wziąć kąpiel. Dwie wielkie umywalki usadowiono obok drzwi do toalety, a dalej znajdowało się wejście do pomieszczenia służącego do kąpieli. Biel ścian kafelkowych połyskiwała w blasku świeczników zajmujących ściany. W pomieszczeniu kąpielowym panował delikatny półmrok, który rozjaśniały jedynie świece rozstawione dookoła okrągłej wanny. Poza nią w pomieszczeniu znajdowało się jedynie wielkie lustro, usadowione naprzeciwko drzwi.

Wanna już została wypełniona wodą i pianą, a w powietrzu panował intensywny zapach kwiatów. Rozebrałem się i przekroczyłem krawędź wanny, gdzie nie stał żaden ze świeczników, po czym położyłem się i odpłynąłem.

Rozległa się znów ta sama melodia, poczułem to samo uczucie, przepełniające mnie podczas tańca z Dianą. Dźwięk jej oddechu zlał się ze światłem świec i już nie pamiętałem, gdzie jestem. Była tylko ona i ja. Przepełniająca wszystko magia pozwoliła mi dostrzec muzykę, która przybierała kolory — takie, których nigdy nie widziałem, ale były najpiękniejszymi barwami, jakie kiedykolwiek widziałem.

Poczułem na ustach dotyk, delikatna dłoń objęła moją głowę, a poprzez mgłę wypełniającą zatracony umysł dostrzegłem jej twarz. Nasze oddechy zlały się w jeden, a ciała zniknęły. Kochaliśmy się tak, jakby poza miłością nie istniało nic, a ona sama stanowiła drzwi do świata całkowicie wypełnionego magią.

Teraz już zawsze będziemy razem — usłyszałem w swoim umyśle jej szept, więc i ja odpowiedziałem tak, by wiedziała tylko ona…

Kocham cię. Tak, teraz już zawsze będziemy razem.

Czas

Zbudził mnie cichy metaliczny dźwięk. Leżałem obok Diany, czule ją obejmując, a ona spokojnie oddychała. Przez wielkie okno dostrzegłem ciemność nocy, pozbawionej jednak zarówno gwiazd jak i księżyca. Niebo zdawało się być przysłonięte przez jakąś mgłę.

I znów usłyszałem dobiegający z zewnątrz odgłos. To były dzwoneczki utwierdzone przy drzwiach…

Podniosłem rękę i pogładziłem ukochaną po włosach.

— Zaraz wrócę — wyszeptałem.

Najciszej jak potrafiłem opuściłem ogromne łóżko, otworzyłem dębową szafę i wrzuciłem na siebie spodnie i sweter. Nim zszedłem na dół, zajrzałem do dzieci. Samuel spał na plecach, jakby przez zamknięte powieki wpatrywał się w ciemny sufit, wymalowany gwiazdami, a na podłodze znajdował się rysownik i zabawkowy statek kosmiczny, od których roiło się na półce przy łóżku. Sonia leżała skulona przy ścianie w swoim kolorowym pokoju, pełnym lalek, które bacznie czuwały, by nic nie zmąciło jej spokojnego snu. Przy ścianie ujrzałem maleńką wiolonczelę. Tak niewiele wiedziałem o swoich dzieciach.

Kiedy schodziłem do holu, tajemniczy dźwięk znów się powtórzył. Magia przepełniająca mój umysł zdawała się rozpływać, a myśli powracały, i wraz z nimi zrozumiałem, że coś czai się na zewnątrz. To nie wiatr — jego podmuchy kołysałyby dzwonki, być może gwałtownie, lecz zawsze harmonijnie. Ktoś w nie uderzał, raz na długi czas, jakby chciał, by otworzono mu drzwi.

Za oknami dryfowała pochłonięta ciemnością mgła. Stanąłem przed wejściem, wyczekując, aż usłyszę znów ten dźwięk. Następnie rozejrzałem się po salonie. Zobaczyłem olbrzymi zegar, wiszący nad kominkiem. Wcześniej go nie było. Ruszyłem powolnym krokiem, a światło wszechogarniających świec zdawało się być czymś zmącone, jakby do pomieszczenia wpadał przenikający przez ściany wiatr.

Zegar wskazywał dokładnie północ. Uświadomiłem sobie, że od chwili wyjścia ze szpitala nie zapytałem o godzinę, nie widziałem żadnego telefonu, żyłem tak, jakby czas nie istniał. Ale większość mojej uwagi przykuła książka leżąca na stojącym przy dwóch sofach stoliku. Nosiła tytuł: „Taniec w ciemności”. To ja ją napisałem i dzięki niej stałem się prawdziwym pisarzem. Ale o czym tak naprawdę pisałem?

Wziąłem ją do ręki i otworzyłem na stronie z dedykacją.

„Dla mojej niezwykłej żony. Chwila, w której cię spotkałem, zmieniła wszystko.”

Znów rozległ się dźwięk dzwonków. Pobiegłem do drzwi i nie pozwalając sobie nawet na chwilę niepokoju otworzyłem je na oścież…

Zobaczyłem jedynie bielawą mgłę mistycznie dryfującą dookoła domu. Powietrze zdawało się nie mieć żadnej woni.

Spojrzałem na dzwonki, które lekko kołysały się. Poruszyłem je palcem i usłyszałem identyczny dźwięk do tego, który mnie zbudził. Minęła chwila, nim się całkiem uspokoiły.

Spróbowałem wzrokiem przemierzyć mgłę, ale niczego nie dostrzegłem. Zamknąłem więc drzwi i wróciłem do domu. Rzuciłem okiem na zegar. Pokazywał dokładnie północ. Książka, którą niedawno rzuciłem na sofę, leżała na stole, dokładnie w takiej pozycji, w jakim ją zobaczyłem za pierwszym razem.

Poszedłem w jej kierunku. Wziąłem ją do ręki i przerzuciłem stronę z dedykację, by spojrzeć na wstęp. Coś mnie ukłuło, jakiś cień przemknął przez mój umysł. Cofnąłem stronę i nie mogłem uwierzyć…

„Dla mojej niezwykłej żony. Wierzę, że chwila, w której cię spotkałem, zmieniła wszystko”.

„Wierzę”? Jak to możliwe, że treść uległa zmianie?

Znów zadzwoniły dzwonki. Rzuciłem książkę na sofę i pobiegłem otworzyć drzwi. Wstrzymałem oddech i pociągnąłem za klamkę…

Nic. Tylko mgła i kołyszące się błyskotki. Dotknąłem ich palcem i poruszyłem gwałtowniej niż poprzednio. Wydały inny dźwięk. Zamknąłem drzwi i wróciłem do salonu. Zatrzymałem się, wpatrując się w książkę, która znów leżała na stole. I wciąż była północ.

Co się dzieje z czasem?

Przez mój umysł na moment przemknęła nasza melodia i w tej krótkiej chwili usłyszałem słowa, które powiedziała mi Diana:

„Nie będzie żadnego kiedykolwiek. Jesteśmy my… i jest zawsze.”

Nagle wszystko ucichło, a ja wziąłem w ręce swoją książkę. Serce zaczęło mi łomotać, ale musiałem przeczytać dedykację. Zrobiłem to.

„Dla mojej niezwykłej żony. Chciałbym, żeby chwila, w której cię spotkałem, zmieniła wszystko…”

Odrzuciłem książkę i walczyłem z myślami. Oddalałem się od Diany. Wraz z każdą następną próbą poznania prawdy stawiałem krok wstecz. Chciałem wziąć książkę do ręki kolejny raz, w szalonej nadziei, że zobaczę to pierwsze zdanie, to wyrażające całkowitą oczywistość.

Nagle znieruchomiałem. Rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonków, dokładnie taki, jaki usłyszałem, gdy poprzednim razem otworzyłem drzwi…

To ja? Ja dzwonię do drzwi?

Ogarnął mnie obłęd. Umysł wiedział już, że jeśli otworzę drzwi, wszystko znów się powtórzy i zapewne nie skończy się nigdy. A zegar wciąż pokazywał północ…

Usiadłem na sofie, oparłem się i próbowałem uspokoić oddech. Powtarzałem słowa Diany.

Jesteśmy tylko my i jest zawsze. Tylko my i zawsze… tylko zawsze…

Przeszył mnie dreszcz. Coś czaiło się na zewnątrz, coś wpatrywało się we mnie zza wielkiego okna salonu. Odwróciłem się i zamarłem.

We mgle stała ciemna postać. Nieruchomo patrzyła w moim kierunku, chociaż nie miała twarzy, tylko ciemną plamę. Już raz ją widziałem, wtedy, za tym jeziorem.

Zerwałem się i pobiegłem do drzwi. Przerażenie zajęło mój umysł, ale już nie mogłem uciec. Nawet największy strach nie jest tak zły jak całkowita niepewność.

Za drzwiami dryfowała jedynie mgła. Ruszyłem w jej głąb i jak zahipnotyzowany zmierzałem w kierunku miejsca, gdzie ujrzałem przeraźliwy cień. Serce łomotało, a oczy prawie niczego nie dostrzegały. Stawiałem kolejne kroki, aż dotarłem do celu.

Nic, tylko mgła, wszędzie dookoła.

I wtedy poraziła mnie straszna myśl, i już musiałem to zrobić. Spojrzałem w okno salonu…

Zobaczyłem siedzącego na sofie człowieka w ciemnym swetrze. Patrzył przed siebie, jakby się czegoś bał, zupełnie pogrążony w obłędzie. Niespodziewanie odwrócił twarz w moją stronę i znieruchomiał. To byłem ja…


Mgła zdawała się gęstnieć, a ja zmierzałem w stronę wejścia domu, bo już donikąd dotrzeć nie mogłem, nic poza tym miejscem tak naprawdę nie istniało. W moje myśli wdarł się cień i nie potrafiłem go wypędzić. Uświadamiał mi z każdym kolejnym krokiem, że nie wydostanę się z mroku. Szedłem i szedłem. Nogi stawały się coraz cięższe, a umysłem władało szaleństwo.

Przebyłem już daleką drogę, ale nie mogłem dostrzec domu — zbyt daleką, by uznać, że jest on prawdziwy.

Czy wszystko jest jedynie snem? Czy ja umarłem?

Upadłem na kolana, wiedziałem, że już nie wstanę. Myślałem o Dianie. Liczy się tylko ta miłość. Tylko to, że będziemy razem. Teraz nagle rozumiałem, że nie powinienem wychodzić na zewnątrz, że dźwięk tych dzwonków był moją zgubą.

A czy ten ktoś, kogo widziałem, to byłem ja? W innym czasie, wcieleniu… czy może to ten cień? Czy ten cień to ja? A jeśli on zawsze był tam i to życie należało do niego, a ja jestem tylko cieniem?

Ale ta miłość… ona musi być prawdziwa… prawdziwsza od wszelkiej innej prawdy…

Nagle usłyszałem melodię, nie czułem magii, nie słyszałem oddechu Diany, ale gdzieś z oddali dobiegała ta niezwykła melodia. Wstałem i biegłem w jej kierunku, biegłem tak długo, aż ucichła. I wtedy upadłem. Pozostała jedynie mgła, dryfująca dookoła.

Ale zbyt mocno kochałem, by się poddać, by pogodzić się obłędem. Czymkolwiek to wszystko miało być, miłość jest silniejsza niż obłęd.

— Zawsze będziemy razem — wyszeptałem.

Nagle usłyszałem dzwoneczki. Ruszyłem w stronę cichnącego dźwięku. Nieważne, kto dzwonił, ważne tylko, że wrócę choćby ta północ miała się nigdy nie skończyć, choćbym nigdy nie uwolnił się od tego dźwięku.

Wreszcie ujrzałem drzwi. Nagle obłęd rozpłynął się, nagle umysł znalazł moment, by wszystko choć na chwilę poskładać w jakąkolwiek całość. Czym prędzej pociągnąłem za klamkę, ale drzwi nawet nie drgnęły. Zostawiłem otwarte, gdy wychodziłem. Pociągnąłem znów. Potem szarpnąłem sznurek i dzwonki zadźwięczały. Czekałem, ale nikt nie otwierał. Kto miałby otworzyć, jeśli czas się zatrzymał? Teraz wieczność niczym nie różni się od sekundy.

Niespodziewanie klamka opadła na dół a ja odskoczyłem. I ujrzałem go. Siebie. Przemierzył wzrokiem mgłę, ale nie zobaczył mnie, zbyt skupiony, by spoglądać w kierunku miejsca, gdzie za oknem salonu zobaczył cień.

Stałem nieruchomo, a on nagle ruszył w tamtą stronę. Szedł zobaczyć ten tajemniczy cień. Wiedziałem to. Wiedziałem. I mogłem już zrobić tylko jedno. Gdy się oddalił na tyle, by zupełnie zniknąć we mgle, wszedłem do środka domu i zamknąłem za sobą drzwi.

Minęła dłuższa chwila, nim mgła opuściła mój umysł. Tajemniczo zmącone światło świec odzyskało harmonię, jakby całe zło odeszło. W tej chwili ujrzałem Dianę, schodzącą na dół. Gdy mnie ujrzała, podbiegła i przytuliła się.

— Wszystko w porządku?

Wraz z jej głosem przeminął strach, dręczące pytania odeszły, jakbym zszedł na dół jedynie na chwilę.

— Wydawało mi się, że słyszałem dzwonki.

Spojrzała w moje oczy z troską, a dłońmi objęła szyję.

— Tutaj nikogo nie ma. — Wyszeptała. — Nie ma nikogo poza nami.

Poza nami? Widziałem siebie, tam, na zewnątrz…

— Diana?

— Słucham, kochanie?

— Długo mnie nie było?

Zdawała się nie rozumieć pytania. Po chwili się uśmiechnęła.

— Obudziłeś mnie, gdy wstawałeś. Zeszłam zaraz za tobą. — Wzrokiem próbowała poskromić mój uśmiech, ale jej się nie udało. — Coś się stało?

— Zaczekaj chwilę.

Odsunąłem się i otworzyłem drzwi salonu. Spojrzałem na zegar. Wskazywał północ. Książka leżała na stole. Znów ogarniał mnie zamęt. Przerwał go jej dotyk. Wtuliła się we mnie i czekała, aż się uspokoję.

— Co jest z tym zegarem? — zapytałem. — Zatrzymał się?

— Nie, kochanie. On działa. Ale to nie jest ważne, dla nas istnieje tylko zawsze. Szczęśliwi przecież czasu nie liczą. Chodź, coś ci pokażę.

Zaprowadziła mnie na sofę. Wzięła książkę ze stołu i podeszła do jednej z szaf. Postawiła ją na półce i wyjęła z niej album ze zdjęciami. Następnie wróciła i wtuliła się w moje objęcia, otwierając go na pierwszej stronie. Zastygliśmy w bezczasie, leżeliśmy i przeglądaliśmy zdjęcia naszego życia.

Na samym początku byliśmy tylko my. Dwoje zakochanych dwudziestoparolatków, którym przydarzyła się prawdziwa miłość. Pomimo młodego wieku doświadczeni przez życie, lecz nie wiedzący zupełnie nic w obliczu niezwykłego uczucia. Zupełnie sobie oddani, zupełnie szczęśliwi. Zbyt szczęśliwi, by żadne zrządzenie losu nie pokrzyżowało ich planów… Po trzech miesiącach Diana zaszła w ciążę, po roku od naszego pierwszego spotkania już trzymała Sonię na rękach. Po kolejnym roku urodził się Samuel. Dziewczynka wydała się taka malutka, ale on był jeszcze mniejszy. Potem byliśmy już tylko my, tylko nasza czwórka. Na żadnym ze zdjęć nie pojawił się nikt inny. Fotografie ze spacerów, z podróży nad jezioro, nawet z miasta otaczała aura tajemniczości.

— Kto zrobił te zdjęcia? — zapytałem, gdy przejrzeliśmy wszystkie.

Diana zamknęła album, wstała i odłożyła go na półkę. Przez moment dostrzegłem w niej coś niepokojącego. Ale wróciła do mnie, przysiadła obok i spojrzała mi głęboko w oczy.

— Posłuchaj mnie — wyszeptała. — Przez pięć lat byliśmy bardzo szczęśliwi, niczego nam nie brakowało, niczego nie chcieliśmy więcej mieć. I dalej tak będzie. Wcześniej nie zadawałeś pytań, kochałeś nas bez żadnych wątpliwości.

Przerwała. W jej oku pojawiła się łza. I ani tej mgły, ani mroku, ani zatrzymanego zegara nie bałem się tak, jak tej łzy. Żaden obłęd nie pokona miłości, ale zranionej miłości nie da się już całkowicie wyleczyć…

Pocałowałem ją czule, tuląc jej włosy.

— Ja zawsze będę was kochał. — Spojrzałem w jej oczy. — Nigdy nie wątpiłem i nie zwątpię w naszą miłość. Nie ma takiej rzeczy, która mogłaby sprawić, by było inaczej. Dziwnie się tylko czuję po tym wypadku.

— Lekarz powiedział, że przez jakiś czas możesz być zdezorientowany. Mogą pojawić się nawet halucynacje. Ale to wszystko minie.

Nagle sobie uświadomiłem, że nie pamiętam, bym rozmawiał z lekarzem. A ta pielęgniarka? Tylko sobie uświadamiałem, że weszła, gdy się obudziłem, ale nie mogłem sobie przypomnieć, bym ją widział. I to zatłoczone miasto, w którym znajdował się szpital, pamiętałem już jak opuszczone, poza naszym nie było w nim żadnego samochodu, żadnych przechodniów, szyldów reklamowych…

— Będzie dobrze — wyszeptałem, gładząc ją po plecach. — Kocham was i tylko to się liczy.

Miłość pozwala trwać bez słów, ona jest ponad czasem, ale gdy ten czas się zupełnie zatrzymuje, nie istnieje zupełnie nic poza nią. Wszystko, co nią nie jest, nie istnieje. Każda inna droga zaprowadzić może jedynie w nicość. Nie prześladował mnie upiór, prześladowała mnie moja krucha wola, krucha wiara, prześladował mnie cień, którym mogę się stać, jeśli stracę tę miłość. I jakkolwiek szalenie by to wszystko brzmiało, jawiło się teraz jako jedyna odpowiedź na otaczającą rzeczywistość.

— Opowiedz mi o naszym pierwszym spotkaniu.

Na jej spokojnej twarzy pojawił się uśmiech. Oczy znów stały się rozmarzone, jak wcześniej. Leżała w moich objęcia i zaczęła mówić, a ja wraz z jej słowami przypominałem sobie przeszłość.

— Kiedy mnie ujrzałeś, zaniemówiłeś, i ja też nie mogłam nic powiedzieć. Ale oboje już wiedzieliśmy, że żyjemy dla siebie. Wszystko przepełniła magia. Jakby nie dane nam było się poznać, ale zdarzył cud. Stało się, chociaż nie mogło się stać.

Ujęła moją rękę i zaczęła gładzić dłonią moje palce, jakby nie do końca wierzyła, że należę do niej. I ja nie wierzyłem. Ale czymże jest wiara w obliczu tak niezwykłej miłości…?

— Nie pamiętałam już, dokąd jadę, i ty też nie potrafiłeś sobie przypomnieć. Zmierzaliśmy po prostu przed siebie, dryfowaliśmy jak we śnie. W końcu ty się odezwałeś. Zapytałeś mnie, skąd się tam znalazłam.

— I co odpowiedziałaś?

— Zapytałam: „dlaczego dziwi cię, że tam byłam?”. A ty odparłeś: „Myślałem, że kwiaty rosną, kiedy deszcz się kończy, a tymczasem ujrzałem najpiękniejszy z nich w największą ulewę.” Powiedziałam: „Może tęsknota kazała mu czekać pomimo deszczu”. I wtedy zatrzymałeś samochód, a ja spojrzałam na ciebie, czekając, aż mnie pocałujesz. I zrobiłeś to. Minęła dłuższa chwila, po której zauważyłam, że stoimy obok opuszczonego domu. Zażartowałam, że jest nawiedzony, a ty w odpowiedzi zapytałeś mnie, czy chciałabym w nim mieszkać.

— I chciałaś od samego początku tutaj być?

— Odpowiedziałam: „Gdyby to było możliwe, tak.” A ty na to: „Jeśli zdarzył się jeden cud, czemu nie marzyć o wszystkim, co wcześniej było niemożliwe?” I teraz jesteśmy tutaj. Ja, ty i dzieci. Ten cud wciąż trwa, wciąż się dzieje. Wszystko jest możliwe, wszystko może wydarzyć… I już następnego dnia, gdy się spotkaliśmy, przyniosłeś dla mnie wiersz, który napisałeś. Ciągle go pamiętam, wciąż go słyszę:


Zawszę będę cię kochał.

Dla tej miłości się urodziłem

i wraz z tą miłością odejdę w daleką podróż,

gdy nadejdzie kres moich dni.


Żaden pędzący przez to burzliwe życie huragan

nie oderwie mojej od twojej dłoni.

Oczy moje wypatrywać będą twojej twarzy na jawie i we śnie,

a w ciemności kroki moje prowadzone będą światłem twojego serca.

Bo jedyną muzyką, jaką poznałem, jest melodia twojej duszy,

a jedyną wartą przerwania ciszy chwilą jest dźwięk twojego śmiechu…


Pamiętałem ten wiersz, choć nie mogłem sobie przypomnieć, bym go napisał. Nie wiedziałem, kiedy dałem go Dianie i o czym myślałem pisząc. Ale w jakiś niewyjaśniony sposób był mi znajomy i wydawał się niezwykle rzeczywisty.

— To ja powinienem go recytować tobie.

— Recytowałeś. Nie masz pojęcia, jak wiele razy go od ciebie słyszałam. I zawsze pragnęłam usłyszeć go na nowo. Jest piękny.

— I jest krótki, stać mnie było na napisanie dłuższego.

— Nieprawda, jest idealny. Każde dodatkowe zdanie już nie byłoby potrzebne. Jest w nim wszystko, naprawdę.

Przez całą wieczność mogłem dotykać jej włosów i tulić ją. I pierwszy raz dotarło do mnie, że to dobrze, iż czas się zatrzymał. Bo nic już nam nie odbierze wieczności. Jutro nie nadejdzie, nie będzie żadnego świtu, nie zestarzejemy się, a nasze dzieci nigdy nie dorosną… Tylko miłość może przezwyciężyć takie szaleństwo. Ale czy Samuel i Sonia obudzą się, jeśli na zawsze będzie noc?

Znieruchomiałem. W tej właśnie chwili usłyszałem dźwięk dzwonków. Ten sam jak za pierwszym razem, ten który mnie zbudził. Zupełnie jakby coś usłyszało moje pytanie, moją ukrytą przed własnym umysłem obawę. Bałem się. Bałem się o nią.

— Co się stało? — zapytała Diana. — Drżysz.

— Nie słyszałaś tego dźwięku?

— Jakiego dźwięku?

Ujrzałem w jej oczach niepokój, ale czułem też, że coś czai się za domem i chcę mi ją odebrać. Chce mi zabrać wszystko.

— Słyszałem dzwonki, muszę to sprawdzić.

— Poza nami nikogo tutaj nie ma — wyszeptała drżącym głosem.

Czy to możliwe, że nie słyszała? Czy tylko ja to słyszę? Czy to dzieje się tylko w moim umyśle? Czy oszalałem?

Nim wydostałem się z jej objęć, pocałowałem ją czule.

— Nie idź, proszę. Nie otwieraj drzwi. Inaczej nie będziemy mogli być razem…

Ale już nie docierały do mnie jej słowa. Magia się rozpłynęła, a ja niczym zahipnotyzowany zmierzałem w kierunku drzwi. W chwili, gdy przystanąłem przed drzwiami, dzwonki znów zadźwięczały. Zawahałem się przez moment. Ale jeśli coś zagrażało mojej rodzinie, musiałem to sprawdzić, musiałem wiedzieć…

Otworzyłem drzwi. Mgła dryfowała tak blisko, że nie dostrzegłem nawet usadowionych przy drzwiach kolumn. Była tak gęsta, że nawet niewielki krok w jej stronę wydawał się być krokiem ku zatraceniu.

A jeśli wyjdę i nie wrócę? Może to coś chce mnie tylko wystraszyć…

I nawet najgorszy upiór czający się w tej otchłani nie wydawał się tak przerażający jak przerażająca wydała się myśl, że ją zostawiłem, tam na sofie, samą…

Zatrzasnąłem i drzwi pobiegłem do salonu. Kiedy stanąłem w wejściu, zamarłem. Nie było jej. Nie było Diany. Zniknęła. Zniknął też album ze zdjęciami, a zamiast niego pojawiła się książka „Taniec w ciemności”, leżącą na stole, przed olbrzymim zegarem wskazującym północ.

— Nie… — Mój głos drżał, z ledwością wydostając się z krtani. — Proszę, nie… przepraszam…

Nie poszedłem w tamtym kierunku, nie złapałem książki, po prostu ruszyłem przez hol na górę. Z każdym biciem rozszalałego serca czułem się coraz słabszy, wydawało mi się, że nie dotrę na górę. Już tylko niepewność stawiała naprzód moje kroki, niepewność silniejsza od największego strachu.

Poręcz rozpływała się w mojej dłoni, nie widziałem kolejnych stopni, panika mnie pokonała. Upadłem. Kiedy się rozejrzałem, zrozumiałem, że jestem już na górze i brakuje mi tylko kilkunastu kroków by dotrzeć do naszej sypialni. Wielkie białe drzwi zdawały się być bramą do nieba, a wygrawerowane w nich symbole, niczym chroniąca wnętrze pomieszczenia pieczęć, nie pozwalały wniknąć do środka nawet mojej wyobraźni.

Gdy już niemal całkiem się poddałem, usłyszałem w głowię znów tę melodię… Jak maleńka iskierka nadziei dryfowała przez mój pogrążony w zamęcie umysł. I wraz z tą melodią wstałem z podłogi i ruszyłem do sypialni. Otworzyłem drzwi i upadłem. Sparaliżowało mnie to, co zobaczyłem.

Diana leżała na łóżku, skulona na jednym boku. Lecz był przy niej ktoś jeszcze. Leżeli wtuleni, pogrążeni w głębokim śnie.

Poznałem go. To byłem ja. Nagle wszystko we mnie umarło, nagle już niczego nie wiedziałem. Już nie ogarniał mnie ani strach ani ból, tylko coś o wiele gorszego… Musiałem przed tym uciec, ale musiałem też zostać przy niej. Musiałem o nią walczyć, nawet jeśli zupełnie już nie pamiętałem, kim jestem.

Znów usłyszałem tą melodię i wraz z nią zamknąłem drzwi. Ta muzyka zawsze wskazywała mi drogę w obłędzie, tak było i tym razem. Kiedy postrada się rozum, trzeba umieć radzić sobie bez niego, a kiedy kończy się logika, coś musi ją zastąpić. I w tym szaleństwie liczyło się tylko to, byśmy byli razem, cała reszta stanowiła tylko przeszkody, od których trzeba było się wyzwolić. Tak mi powtarzała: „Jesteśmy tylko my…”.

Zszedłem po schodach po cichu, by nikogo nie zbudzić, by nie zmienić kolejnej rzeczy, przez którą będzie jeszcze trudniej powrócić. Wyszedłem na zewnątrz i stanąłem przy ścianie, tak blisko niej, by nie można było mnie dostrzec z drzwi frontowych ani z okiem.

— Teraz już zawsze będziemy razem — wyszeptałem, po czym musnąłem dzwonki. Ich dźwięk mnie przeraził, ale musiałem czekać pomimo wszystko. I czekałem niemiłosiernie długą chwilę.

Nagle drzwi się otworzyły. Wstrzymałem oddech i zamknąłem oczy. Proszę — szeptałem w myślach — proszę niech coś nam pomoże…

Po chwili znów usłyszałem dźwięk błyskotek, po nich drzwi się zamknęły, ale ja wciąż czekałem. Nie potrafiłem ani obliczyć, ani sobie wyobrazić, kiedy „to coś” znajdzie się w holu. Bo tak powinno się stać. „To” powinno wejść teraz do salonu, spojrzeć na zegar i wziąć do ręki książkę. I „to” nie może mnie zobaczyć. Jeśli tak się stanie, już nigdy nie wydostanę się z tego obłędu, nigdy nie wrócę do Diany.

Czekałem na właściwy moment. Czy teraz warto liczyć na szczęście? Czy coś takiego w ogóle jeszcze istnieje?

Strach już dawno odszedł na drugi plan, nic już nie istniało. Jeśli nie istnieje czas, nie ma znaczenia, w którym momencie wejdę. Zdarzy się to, co i tak musi się stać…

Teraz już bezzwłocznie pociągnąłem za klamkę. Gdybym jeszcze wierzył w to, że się uda, właśnie straciłbym wiarę. Drzwi były zamknięte, nie dało się wejść od zewnątrz. Musiał je najpierw ktoś otworzyć od środka.

Obłęd kazał mi zadzwonić. Zrobiłem to i schowałem się przy ścianie. Utraciłem nadzieję i bezwiednie patrzyłem już tylko we mgłę. Po długim czasie drzwi się otworzyły, a ja z zamkniętymi oczami znów przeczekałem dźwięk dzwonków i drgnąłem, gdy drzwi się zamknęły.

Gdybym zdecydował się na śmierć, nie mógłbym nawet się zabić. Bo jak pozbawić siebie czasu, który się zatrzymał? To było piekło. Chciałem zadzwonić ponownie, ale kolejnej porażki bym nie wytrzymał, chociaż ciężko byłoby powiedzieć, co się stanie, kiedy nie wytrzymam.

I znów gdzieś w oddali pojawiła się ta melodia. Dobiegła gdzieś zza mgły. Pobiegłem w tamtą stronę, niebawem znalazłem się przy oknie salonu. Stałem i czekałem, patrząc w okno. Czekałem, aż się odwróci i mnie zobaczy. Kiedy widząc mnie, zerwał się z sofy, pobiegłem schować się w pobliżu drzwi. Gdy wyszedł, natychmiast ruszył w tamtą stronę i zniknął we mgle. Wbiegłem do środka i zamknąłem drzwi. Udało się.

Nie zatrzymywałem się nawet na chwilę, pobiegłem na górę i złapałem za klamkę drzwi prowadzących do sypialni. Zastygłem w miejscu. Przez moje myśli przebiegł znów ten przerażający cień, a umysłem zawładnęło pytanie, zdające się być najmroczniejszą wizją ze wszystkich złych rzeczy, które mnie spotkały.

Co, jeśli otworzę drzwi, a on znów tam będzie?

Donikąd już nie mogłem iść. Wiedziałem, że jeśli wrócę na dół, oddalę się od Diany, być może nawet zobaczę tam siebie i wtedy już wszystko będzie takie zaplątane, że nigdy do niej wrócę.

Gdybym mógł tylko jasno myśleć, gdyby tylko mojego umysłu nie paraliżowało przerażenie… Jeśli to próba, zagadka, musi istnieć jakiś klucz — tak bym pomyślał. Ale dlaczego miałby istnieć klucz? To nie film, nie książka, to dzieje się naprawdę, a skoro mogła się wydarzyć jedna niemożliwa rzecz, może być ich więcej. Być może nigdy się stąd nie wydostanę.

Usłyszałem nagle melodię, nie budziła we mnie nadziei, ale to była jedyna szansa — szansa wygrania próby rozdzielenia nas przez klątwę czasu. Jeśli się tylko tam dostanę, już nigdy nie zostawię Diany. Po prostu nie odejdę od niej nawet na chwilę, cokolwiek nie działo by się dookoła.

Wstrzymałem oddech i przycisnąłem klamkę. Drzwi się otworzyły, a on tam był…

Przestrzeń

Coś mnie obudziło. W umyśle słyszałem zanikające echo dźwięku dzwonków. Ale to nie miało już znaczenia. Czułem bowiem w swoich objęciach ukochaną. Leżała i spokojnie oddychała. Jej ciepło i zapach uświadamiały mnie, że cały ten koszmar, który się wydarzył, był jedynie snem. A jeśli nie był snem i naprawdę go doświadczyłem, to może jakiś anioł, może Bóg postanowił dać mi drugą szansę.

— Diana — wyszeptałem na tyle cicho, by jej nie zbudzić. Delikatnie gładziłem jej włosy, nie mogąc do końca uwierzyć, że znów znajduje się przy mnie. Teraz miłość wydawała mi się taka prosta, jakby tylko wystarczyło kochać. Jakiekolwiek przeszkody miałyby się pojawić na naszej drodze, nie mogłem nawet na moment jej zostawić. Nie mogłem pozwolić sobie na strach, ani na chwilę słabości…

Zadzwoniły dzwonki przy drzwiach frontowych. Najpierw jeden raz, po dłuższej chwili znowu. Cokolwiek tam się czaiło, Diana w moich objęciach była bezpieczna, nic nie mogło się jej stać. Nic nie mogło mnie zwieść, bo jeśli oddalę się o krok, nie wiadomo, co odnajdę w tym obłędzie.

Znów zaczął nużyć mnie sen, przez umysł przemknęła myśl, że za chwilę odpłynę, a gdy się zbudzę, będzie świt, i zamiast rzucającego księżycową poświatę zachmurzonego nocnego nieba pojawi się słońce, szepczące, że wszystkie koszmary odeszły wraz z nocą…

Nagle drzwi sypialni się zatrzasnęły. Odwróciłem i spojrzałem w ich stronę. Musiały być wcześniej otwarte — słyszałbym gdyby ktoś je otworzył. Czy to byłem ja? Tak skończył się ten koszmar… stałem w tych drzwiach i patrzyłem. Cokolwiek chodziło po domu, nie mogłem wyjść. Leżałem i powtarzałem sobie, że moje myśli są zgubne, że jeśli nie oszaleję, nikomu nic się nie stanie.

Niespodziewanie z zewnątrz dobiegł dziecięcy śmiech. Poznałem go w pierwszej chwili. To była Sonia.

Podbiegłem do okna i wyjrzałem przez nie. W białej mgle dostrzegłem tylko jasne włosy, dryfujące w tę i z powrotem. Dziewczynka biegała w kółko tanecznym krokiem, podskakując i śmiejąc się. Spojrzałem na Dianę, ale nie chciałem jej obudzić, by się nie martwiła. Musiałem zejść na dół z cichą nadzieją, że nic złego nie wydarzy się do mojego powrotu.

Znalazłem się w oświetlonym świecami korytarzu, który pokierował mnie schodami do holu. Pomyślałem o tym, by otworzyć drzwi salonu, ale powstrzymałem się.

Kiedy rozchyliłem drzwi frontowe, mgła zdawała się oddalać, była już poza werandą. A na jej skraju zobaczyłem zarys Sonii. Ruszyłem w jej stronę, ale nagle znalazła się dalej, jakby obłok mgły z każdym moim krokiem zabierał ją coraz dalej.

— Sonia, dlaczego nie wracasz do domu? — zapytałem na tyle głośno, by mogła mnie usłyszeć.

— Tatusiu. Nie słyszysz tej muzyki? — odezwała się, wcale jednak na mnie nie patrząc. Wciąż zataczała krąg, tańcząc w tym samym rytmie, za każdym razem podskakując w tych samych miejscach. Z każdą chwilą stawało się to coraz bardziej nienaturalne, bowiem każde okrążenie stanowiło ten sam cykl.

— Sonia, chodź do mnie.

Przez chwilę milczała. Gdy znalazła się w punkcie, w którym ostatnio udzieliła odpowiedzi, odezwała się, i tym razem nie patrząc w moją stronę:

— Tatusiu. Nie słyszysz tej muzyki?

Przeszył mnie strach. Cokolwiek się działo, nie mogłem jej zostawić. Zrobiłem kilka kroków naprzód, a wizja wraz z każdym z nich się oddalała. Zacząłem biec, a obraz przed moimi oczami wciąż znajdował się kilka metrów przede mną.

Zmęczony, przystanąłem. Musiałem znajdować już się z dala od domu. A może wciąż przy nim stałem?

Odwróciłem się. Zobaczyłem jedynie mgłę. Dom zniknął.

Czyżbym odbiegł aż tak daleko?

— Sonia! — krzyknąłem, odwracając się w jej stronę.

Ale dziewczynki już nie było. Rozejrzałem się dookoła, a potem znów. Żadnego śladu mojej córki. Tylko mgła. To znowu się działo…

Nagle coś jasnego przepłynęło obok mnie. Zobaczyłem tylko jej włosy, ale nie zdążyłem jej złapać, taniec zaniósł ją w obłok mgły, która całkiem ją pochłonęła. Usłyszałem tylko jej głos:

— Tatusiu. Nie słyszysz tej muzyki?

I znów nastała cisza. Ruszyłem szybkim krokiem w kierunku, w którym widziałem ją ostatni raz. Niespodziewanie znów usłyszałem jej głos, tym razem dobiegający zza moich pleców:

— Tatusiu. Nie słyszysz tej muzyki?

Odwróciłem się gwałtownie, ale niczego nie zobaczyłem. Pobiegłem w tamtą stronę, a po chwili znów za mną rozległ się dziewczęcy głos:

— Tatusiu. Nie słyszysz tej muzyki?

Tym razem dostrzegłem jasny punkt znikający we mgle. Nie wiem, czy to bezsilność kazała mi czekać, czy nadzieja, że znów się pojawi, ale stałem długą chwilę, dryfując myślami w otchłani szaleństwa.

— Sonia!

Nie było odzewu. Nagle ten obłęd, kiedy ją słyszałem, chociaż zachowywała się tak nienaturalnie, wydawał się spokojny w obliczu tej całkowitej ciszy.

— Sonia!

Nic. Żadnego śladu, nawet kosmyku włosów. Musiałem coś zrobić, cokolwiek.

— Nie słyszę tej muzyki! — krzyknąłem, jakby gest ten miał cokolwiek zmienić. — Nie słyszę jej… — Nie mogłem donikąd wrócić, nie było ucieczki z tego szaleństwa, a jedynie, co pozostało, to dać się mu porwać. Bezpamiętnie zatracić w tym, od czego i tak nie można się uwolnić. — Nie słyszę jej, pomożesz mi ją usłyszeć?

Moje milczenie zwiastowało pogrążoną w bezradności ciszę. Z każdą jej chwilą, nawet mgła stawała się mniej wyraźna.

Nagle coś złapało mnie za rękę. Sonia podbiegła i pociągnęła mnie za sobą, wciąż tańcząc w otchłani szaleństwa. Biegłem wraz z nią, za nic nie mogąc puścić jej dłoni. Nagle skręciła w bok, o mało nie przerywając uścisku.

— Posłuchaj tej muzyki — powiedziała, i w tej samej chwili usłyszałem ją. To nie były instrumenty ani odgłosy przyrody, nie był to ludzki głos. Ale słyszałem rytm. I wraz z nim zacząłem tańczyć, bowiem tylko to pozwoliło mi jej nie zgubić — tylko oddając się szaleństwu, mogłem ją z tego szaleństwa uwolnić.

Nie potrafiłem powiedzieć, czy czas płynął, czy się zatrzymał, czy może w ogóle go nie było. Chwila ta zdawała się ciągnąć w nieskończoność, i choć umysł kazał mi zwariować od tej melodii, to ja zupełnie go już nie słyszałem. Tańczyłem i tańczyłem, wciąż w ten sam sposób, zmierzając w coraz głębsze zapomnienie. Niebawem nie było już mgły, a jedynym skrawkiem czegokolwiek, co można by nazwać rzeczywistością, prawdą albo szaleństwem, była dłoń mojej córki. Trzymałem ją i wciąż trzymałem. Aż nagle i ten uścisk się rozpłynął.


Nieoczekiwanie znalazłem się w holu. Stałem przed drzwiami frontowymi, a w dłoni ściskałem klamkę. Wróciłem, czy chciałem wyjść? Czy Sonia jest w domu, czy na zewnątrz?

Poszedłem na górę sprawdzić. Wszedłem do jej pokoju, a ona słodka spała. Odetchnąłem. Być może to wszystko się nie wydarzyło, a być może w jakiś niezwykły sposób chciała po prostu pobawić się wraz ze mną. W tym świecie wszystko wydawało się już możliwe. Nie istniał czas, więc przestrzeń nie potrzebowała prawidłowości. Zamknąłem pokój i ruszyłem do sypialni. Kątem okna dostrzegłem, że drzwi pokoju Samuela są uchylone. Ruszyłem to sprawdzić, w duszy modląc się, aby znajdował się w środku, chociaż nie miałem pojęcia, do kogo się modliłem. Czy Bóg ma jakikolwiek związek z tym miejscem, gdzie świat, który podobno sam stworzył, jest zupełnie inny od tego zamierzonego?

Popchnąłem drzwi. Nie było go w łóżku. Siedział na podłodze odwrócony plecami do wejścia i coś szkicował w swoim rysowniku. Jedynym światłem w pokoju była jasna smuga dobiegająca z wielkiego okna, chociaż na niebie nie było gwiazd. Smuga ta padała na rysunek, ale nie mogłem go zobaczyć.

— Samuel?

Brak odpowiedzi mnie zaniepokoił.

— Co rysujesz? — zapytałem, ale w odpowiedzi napotkałem jedynie milczenie. Wszedłem do pokoju i nie mącąc ciszy, zbliżyłem się do syna. Nachyliłem się nad nim, ale w tej samej chwili oburącz zasłonił kartkę. Ujrzałem tylko obrzeża rysunku i zrozumiałem, że naszkicował nasz dom, widziany od frontu. Jego dłonie zasłaniały drzwi frontowe, balkon i znaczną część werandy.

— Piękny rysunek — pochwaliłem go. — Mogę zobaczyć cały?

Niepokojąco wciąż spoglądał w dół, odezwał się dopiero po chwili, niepewnym głosem:

— A pomożesz mi go dokończyć?

— Pewnie, że pomogę, ale czy on nie jest już skończony? — Odpowiedział milczeniem, i choć próbowałem złowić jego spojrzenie, wciąż tkwiło na jego dłoniach. — Mogę zobaczyć?

Jego dłonie lekko drgnęły, palce się poruszyły, odsłaniając balkon i część ukrytej werandy. Potem nagle odsunął ręce…

Przeraziłem się. Przed wejściem do domu stała czarna postać. Wyglądała jak cień człowieka. Stała przed wejściem i choć pewnie była zwrócona w stronę budynku, poczułem na sobie jej wzrok.

— Kto to jest? — zapytałem, próbując ukryć drżenie w głosie.

— Nie wiem — odpowiedział chłopczyk.

— Więc czemu go narysowałeś?

Wydało mi się, że jedna ręka ciemnej postać podniosła się nieznacznie w górę, jakby chciała złapać coś, co znajdowało się na wysokości jej pasa. Pewnie przeraziłoby mnie to, gdyby bardziej przerażająca nie okazała się odpowiedź Samuela:

— Nie wiem, kto to jest. Ale stoi przed domem.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу