Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Pech”

Patryk Drzazga

Ostatnie promienie jesiennego słońca przebijały się przez zapowiadające deszcz chmury, gdy Jim wracał do domu. Szurając nogami po kolorowych liściach rozmyślał o zadanej rozprawce z polskiego oraz o jego ulubionych naleśnikach ze szpinakiem, które obiecała zrobić mu mama. Otwierając drzwi usłyszał poniesione głosy, ba — właściwie wrzaski. I to kogo? Jego rodziców! Jim nie mógł w to uwierzyć, ponieważ oni nigdy się nie kłócili, nawet nie podnosili głosu. Chłopak postanowił dowiedzieć się, co jest powodem takiego zamieszania. Podszedł na palcach pod drzwi prowadzące do kuchni i to, co usłyszał nie tylko wprawiło go w osłupienie, ale również złamało mu serce. Matka Jima chce rozwodu! Dowiedziała się, że została zdradzona przez swojego męża. To był szok dla chłopca. Rzucił plecak na ziemię i wybiegł z domu. Po wielu godzinach bezcelowego krążenia po okolicznych ulicach, Jim dotarł do starej, opuszczonej kamienicy. Wciąż wściekły na rodziców przypomniał sobie, że zawsze chciał zobaczyć, co jest w środku, jednak nigdy nie miał na tyle odwagi, by to zrobić. Tym razem było inaczej, nagle poczuł w sobie dziwną odwagę, przemawiającą przez jego wściekłość na własnych rodziców. Przedostał się przez pokryte rdzą ogrodzenie i powoli stawiał kolejne kroki w kierunku wielkich drewnianych drzwi, które delikatnie popchnął i ostrożnie wszedł do środka. Ku jego zdziwieniu w środku nie unosił się zapach kurzu i śmieci, a co dziwne — poczuł farbę. W jednym z pomieszczeń ostrzegł coś kolorowego na ścianie. Popchnął drzwi trzymające się tylko na jednym zawiasie i jego oczom ukazało się graffiti, przedstawiające miasto nocą. Po chwili zorientował się, że wokół niego jest więcej tego typu prac. Nagle Jim usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, przerażony nie wiedział, co zrobić. W pustym budynku po prostu nie było żadnego miejsca na dobrą kryjówkę. Po chwili jego oczom ukazała się chłopak w podobnym do niego wieku, w czarnej bluzie z kapturem, w starych trampkach i pobrudzonych farbą spodniach. W prawej ręce trzymał mały plecak.

— A ty, czego tu szukasz?! — krzyknął chłopak z wściekłością do Jima.

— Trafiłem tu przypadkiem, przechodziłem i postanowiłem zajrzeć — odpowiedział pełnym przerażenia głosem Jim.

— A kim ty w ogóle jesteś?!

— Jestem Jim

— Cóż, skoro już postanowiłeś tu wejść i gapić się na moje prace, to zostań, ale mi nie przeszkadzaj, a poza tym to mówią na mnie Ed — odpowiedział Jimowi.

— Jeżeli mogę, to chętnie zostanę. I tak nie mam gdzie iść.

— Malowałeś kiedyś?

— Tak, na kartce lub płótnie — mówiąc te słowa Jim okrył się wyraźnym rumieńcem — ale nie tak dobrze, jak ty.

— O proszę, artysta się znalazł. To łap to i pokaż co umiesz — pełnym szyderstwa głosem odpowiedział Ed, podając Jimowi puszkę farby w spreju.

Zdezorientowany i wyraźnie zdenerwowany Jim wziął puszkę, podszedł do pustej ściany i zaczął malować, wzorując się na pracy nowego znajomego. Po dłuższym czasie Jim usłyszał za swoimi plecami:

— No, jak na pierwszy raz, to nie jest tragiczne — powiedział ze śmiechem Ed — Palisz?

Jim przypomniał sobie, jak rodzice zawsze mówili mu, żeby nigdy nie palił papierosów, bo to szkodzi zdrowiu i do tego dużo kosztuje, ale wściekły na nich chłopak odpowiedział:

— Chętnie.

Jim odpalił pierwszego w swoim życiu papierosa i jednocześnie pomyślał, że to jego zemsta na rodzicach za to, jak go skrzywdzili. Jim postanowił dokończyć swoją debiutancką pracę na ścianie, jednak po upływie godziny poczuł się senny i zdecydował wrócić do domu. Pożegnał się z Edem, który zaprosił go na kolejne wspólne malowanie. Do mieszkania wszedł praktycznie bezszelestnie, dopiero zgrzyt zamykanych do pokoju drzwi zdradził mamie jego obecność, która pełnym smutku i żalu głosem zapytała:

— Jim! Gdzie ty byłeś tyle czasu?! Wiesz, jak się o ciebie martwiliśmy?!

— Dajcie mi spokój! — krzyknął wciąż wściekły chłopak, po czym z hukiem zamknął drzwi i poszedł spać. Następnego dnia wstał o poranku, niepostrzeżenie wymknął się z domu i znów skierował się do opuszczonej kamienicy, licząc, że znów spotka tam Eda. Niestety, budynek był pusty. Nie chciał być teraz sam, dlatego postanowił udać się do parku. Usiadł na ławeczce pod drzewem o bardzo rozłożystej koronie i zatopił się we własnych myślach o życiu i jego sensie tak bardzo, że nie zwracał uwagi ani na uciekający czas ani na wydarzenia w jego otoczeniu. W pewnym momencie podbiegł do niego pies, trzymający w zębach patyk. Nagle z daleka usłyszał delikatny głos:

— Reks, Reksio, chodź do pani!

Pies machając radośnie ogonem podbiegł do niskiej blondynki z długimi włosami, która szła w stronę Jima, po czym usiadła na ławce obok niego i powiedziała z uśmiechem:

— Przepraszam bardzo za niego.

— Nic się nie stało, naprawdę — odpowiedział jej Jim.

— Jestem Carla — powiedziała nieśmiało wyciągając rękę w kierunku lekko zdezorientowanego chłopaka.

— Jim, miło mi.

— Często tu bywasz? Jakoś nie kojarzę twojej twarzy.

— Nie, bardzo rzadko. Przychodzę tutaj, gdy potrzebuję przestrzeni i ludzi.

— Rozumiem, pewnie nie masz czasu na takie spacery — powiedziała z uśmiechem Carla — Każdy taki teraz zabiegany.

— Nie, wprost przeciwnie, ostatnio mam wyjątkowo dużo czasu.

— To może wyjdziemy gdzieś razem?

— Czemu nie, masz cos konkretnego na myśli? — na twarzy Jima pojawił się lekki uśmiech i rumieniec.

Dziewczyna wyciągnęła długopis i notes z kieszeni, zapisała na kartce swój adres i numer telefon i podała ją Jimowi ze słowami:

— Przyjdź po mnie jutro o 17.00, ok?

— Oczywiście — odpowiedział pełen entuzjazmu Jim.

Po odejściu Carli chłopak Jim siedział jeszcze przez chwilę, rozmyślając o jutrzejszym spotkaniu. Kiedy dotarł późnym popołudniem do domu, powitała go zwyczajowa o tej porze cisza. Mama pracowała na drugiej zmianie w sklepie, a tata — pracownik zakładu produkującego części samochodowe — jeszcze nie wrócił. Zresztą, mało go dziś interesowało, gdzie oni są. Z apetytem zjadł obiad i nie przestając się uśmiechać, poszedł szykować ubranie na spotkanie z Carlą.

Następnego dnia Jim wychodząc do szkoły rozmyślał o tym, jak życie bywa przewrotne — jednego dnia był nieszczęśliwy, by w kolejnym być już szczęśliwym. Nagle zapomniał o wszystkich swoich nieszczęściach, liczyło się tylko spotkanie z piękna dziewczyną. W całym zamieszaniu Jim zapomniał nawet, że wciąż nie odzywa się z rodzicami.

Po południu wyszedł z domu i udał się w kierunku domu Carli. Tam jednak zauważył stojący radiowóz i zobaczył szlochającą kobietę, co wzbudziło w nim dziwny niepokój. Gdy podszedł do furtki, na której widniał zapisanym na kartce numer domu, jeden z policjantów podszedł do niego ze słowami:

— Proszę Pana, to nie jest widowisko, proszę stąd odejść!

— Ale ja do Carli — odpowiedział zdezorientowany Jim.

— Moja córka nie żyje, nie żyje, nie żyje… — usłyszał wypowiadane przez kobietę słowa.

— Co pani mówi, to niemożliwe, byliśmy umówieni, pani kłamie! — wykrzyczał chłopak i wybiegł z podwórka, kierując się instynktownie w stronę centrum. Załamany Jim krążył kilka godzin po mieście, aż w końcu trafił po raz kolejny do starej kamienicy, w której poznał Eda. Wszedł do środka i oparł się o ścianę, na której namalował swoje pierwsze graffiti. Płakał z wściekłości i bezsilności. Nagle zauważył leżący na parapecie okna stary nóż do tapet, którym postanowił wyryć napis na drewnianych drzwiach. Potem jednak…

Wczesnym rankiem Ed wbiegł do kamienicy. Planował dokończyć graffiti, nad którym pracował od kilku dni. Nagle stanął przerażony — promienie słońca odbijały się w splamionym krwią nożu. Jim leżał w kałuży zaschłej już krwi, a nad nim widniał wyryty napis przeczytał wyryty napis „Boże, czemu ja?!”

Miłość od pierwszego wejrzenia”

Weronika Witczyk

Michał
Jachowicz — Wróblewski

Był pierwszy dzień w nowej szkole, kiedy na korytarzu zobaczyłam przystojnego chłopaka. Chwilę później okazało się, że jesteśmy w tej samej klasie. Chciałam się z nim zapoznać, ponieważ wydawał się naprawdę fajny, lecz przez moją nieśmiałość bałam się do niego podejść. Każdego kolejnego dnia patrzyłam się na niego zauroczona i gdy słyszałam wypowiadane do mnie codziennie „cześć” lub „hej”, czułam się naprawdę cudownie. Pewnego listopadowego dnia czekałam przed salą aż zacznie się lekcja. Na korytarzu było jeszcze prawie pusto — tego dnia do szkoły podwiózł mnie tato, spieszący się na ważne spotkanie zawodowe. Gdy przetrząsałam plecak w poszukiwaniu zeszytu do matematyki, usłyszałam, że ktoś mnie woła. To był on! Stał pod oknem i uśmiechał się do mnie. Nie mogłam w to uwierzyć! Strasznie się zestresowałam i niepewnym krokiem podeszłam do niego. To, co usłyszałam również wprawiło mnie w osłupienie — zaprosił mnie na wspólne wyjście z jego przyjaciółmi na film. Oczywiście się zgodziłam.

Po skończonych lekcjach wróciłam do domu i wtedy uświadomiłam sobie, że mam tylko niecałą godzinę, żeby się przygotować. Nie wiedziałam, w co się ubrać, ale chciałam zrobić na Krystianie ogromne wrażenie. W końcu postanowiłam założyć moją najlepszą czarną sukienkę. I oczywiście się spóźniłam. Krystian czekał przed kinem, ale sam, jego znajomych już nie było. Podeszłam do niego i zapytałam, dlaczego nie poszedł na film. W odpowiedzi usłyszałam, że czekał na mnie! Zamiast do kina poszliśmy na spacer po mieście. Byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem! Szliśmy niemal synchronicznie i miałam wrażenie, jakby był niemal moim odbiciem w lustrze. Między nami nie zapanowała nawet przez chwilę krępująca cisza, by niepotrzebnie nie stracić ani jednej, tak cennej chwili razem. Rozmawialiśmy, a ja miałam wrażenie, jakbyśmy znali się od zawsze. Na przemian śmialiśmy się i stawaliśmy się poważni. Tematów nam nie brakowało, a wręcz miałam wrażenie, jakby z każdą chwilą ich przybywało. Jednak moje szczęście nie trwało długo, ponieważ spotkaliśmy dziewczynę, która — jak zrozumiałam z ich rozmowy — była, a może i nadal jest, dla niego bardzo ważna. Po chwili jednak stałam się świadkiem ich kłótni i gdy chciałam odejść, Krystian złapał mnie za rękę ze słowem „Zostań!” To było straszne, krzyczeli na siebie, a ja nie wiedziałam, po co tu jeszcze stoję. Nie mogłam jednak odejść, gdyż on nadal mocno trzymał moją dłoń. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim sądzić, tym bardziej, że stałam się nie tylko świadkiem tej przykrej sceny, ale nieświadomie jej częścią — wzburzony Krystian oświadczył wściekłej dziewczynie „Nie interesuje mnie to już, to jest moja dziewczyna, a ty jesteś już tylko częścią przeszłości, o której chcę zapomnieć, jak najszybciej”. Totalnie mnie to zaskoczyło, ponieważ trudno powiedzieć, żebyśmy się w ogóle znali, a tym bardziej, żebym była z nim w związku. Po chwili krępującej ciszy zapytałam go, co się stało. W odpowiedzi usłyszałam jedynie enigmatyczne stwierdzenie „ona już dla mnie nic nie znaczy”. Cudowny nastrój uleciał niczym bańka mydlana, starałam się go zagadać, podejmowałam kilka prób, ale każda kończyła się fiaskiem i Krystian konsekwentnie milczał, aż do mojego domu. Wtedy mnie przeprosił za to, co zaszło:

— Nie chciałem cię w to wciągać. Przepraszam, że musiałaś stać się świadkiem tej rozmowy. Nie powinienem…

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Miał takie smutne oczy. Po prostu podeszłam i go przytuliłam.

Nie mogłam zasnąć, ciągle przed oczyma miałam jego smutne oczy. Parzyłam bezsensownie w sufit nie mogąc zasnąć. Koło północy, kiedy udało mi się wreszcie przymknąć na chwilę oczy, przyszedł SMS. Nie znałam tego numeru, ale treść wyraźnie wskazywała nadawcę — Umówisz się ze mną na kolejny spacer? Nic więcej, ale to krótkie pytanie sprawiło, że o śnie nie było już mowy. Oczywiście się zgodziłam i rozradowana, a przede wszystkim totalnie rozkojarzona, poszłam następnego dnia do szkoły. Zapomniałam prawie połowy zeszytów i książek, nie mogłam skupić się na lekcjach, bo myślałam tylko o nim. Po drugiej lekcji zobaczyłam, że go nie ma w szkole. Ta nieobecność wzbudziła ciekawość naszej wychowawczyni, gdyż jak dotąd Krystian nie opuścił ani jednej godziny. Jedni uważali, że jest w domu, a inni, że w jego miejscu. „Dobrze, zaraz będziemy wiedzieć” — stwierdziła pani, sięgając po telefon. Okazało się, że wyszedł, jak co rano, do szkoły. „No cóż, wagary, wagary, nawet najlepszym się zdarzają” — usłyszałam, jak przez mgłę słowa nauczycielki. Po lekcji porozmawiałam z jego kolegami, żeby się dowiedzieć, gdzie on chodzi, gdzie go można znaleźć. Okazało się, że może być w opuszczonym garażu niedaleko rzeki. Po szkole od razu poszłam tam i znalazłam go, palącego papierosy. Pobiegłam do niego krzycząc „Nie rób tego, nie rób tego!” Rozpłakał się i gdy mnie przytulił, usłyszałam „przepraszam, nie chciałem, tak bardzo cię przepraszam…” Kiedy się uspokoił poszliśmy do mnie, rozmawialiśmy, a czas mijał tak szybko i gdy wybiła 20, powiedział, że musi iść. Odprowadziłam go do drzwi, w których powiedział „dziękuję”. Nie wiedziałam za co mi podziękował, gdyż nie uważałam, żebym cokolwiek zrobiła, więc napisałam SMS „Za co?” On odpisał „Za pomoc”. Nie wiedziałam, co odpisać, co się tak naprawdę z nim dzieje, więc postanowiłam poczekać, aż sam się do mnie odezwie. Mijały kolejne godziny, nie mogłam się skupić na niczym, ciągle widziałam go przed oczyma i zaczęłam odtwarzać w głowie wydarzenia tych dwóch dni. Poszłam spać z telefonem koło głowy, czekając na jakiś znak od niego.

Rano, gdy miałam wychodzić już do szkoły, zobaczyłam przez okno jakąś postać w kapturze na głowie, która stała przed moim domem. Zaniepokoiłam się, lecz serce podpowiadało mi, że to on. Prawie zbiegłam po schodach i bez chwili zastanowienia rzuciłam się na niego, żeby go uściskać. Tak, to był Krystian, ale wyglądał, jakby nie spał co najmniej trzy dni. Pocałował mnie w czoło, złapał za rękę bez słowa i ruszyliśmy. Prowadził mnie w tylko sobie wiadomym kierunku. Nie odpowiadał na moje pytania, ale ufałam mu, więc nie stawiałam oporu. Okazało się, że przyprowadził mnie do dobrze znanego mi już garażu, podał mi krzesło i powiedział:

— Chcę Ci coś opowiedzieć- zaczął nieswoim głosem — tylko nie wiem, jak… To takie trudne dla mnie. Tylko ona… Tylko ona o tym wie… Wiesz, że to już moja dziesiąta szkoła? Musimy się przeprowadzać, bo rodzice mają taką pracę. Nowy kontrakt — nowe miejsce — nowa szkoła. Ciągle nowe twarze i walka o siebie, o tą krótka chwilę, kiedy wreszcie poczujesz się, jak u siebie. Wiesz, jak to jest, jak nie masz swojego miejsca na świecie? Każdy ma jakiś dom, a ja… A ja tylko walizkę i termin kolejnej przeprowadzki. Matka mówi, że nie mamy innego wyjścia, że dobrze, że ma pracę, że ojciec… Tylko ja się dla nich nie liczę. Kolejny mebel do spakowania, nic więcej! W poniedziałek ojciec powiedział, że przenoszą go do Berlina… Matka wniebowzięta, już obdzwoniła wszystkie swoje koleżanki, a mnie… A mnie się świat usunął spod nóg! Nie chcę Cię stracić…

Zobaczyłam w jego oczach ból, a z moich oczu popłynęły łzy. Sama nie wiedziałam, czy to ze szczęścia czy smutku. Rzuciłam się na niego, bo zrozumiałam, jak bardzo musiał mi ufać, że opowiedział mi to wszystko i że naprawdę mu na mnie zależy. Chciałam powiedzieć mu „Nie odchodź!”, ale to by go tylko jeszcze bardziej zdołowało, więc tylko wyszeptałam mu do ucha „Ułoży się, słyszysz, damy radę, wszystko będzie dobrze”. Po naszych policzkach spływały łzy, a ja przytulałam go coraz mocniej. Po chwili pocałowaliśmy się po raz pierwszy. „Jutro wylatujemy” — powiedział martwym głosem. Wtuliłam się i staliśmy tak bez ruchu bardzo długo.

Nagle zrobiło się późno, wiedziałam że czas wracać do domu. Krystian chyba czytał mi w myślach, bo złapał mnie za rękę i powiedział: „Chyba, skarbie, musimy wracać do domu”. Kiwnęłam tylko głową. Szliśmy bardzo powoli, trzymaliśmy się mocno za ręce, opowiadając sobie żarty, by nie myśleć o tym, co jutro miało nadejść. Gdy dotarliśmy pod mój dom, to był czas, gdy nasz dobry humor zniknął w momencie. Weszłam na schodki, spojrzałam na niego, jak odchodzi i w tym momencie zaczęłam płakać. Otworzyłam drzwi, zdjęłam buty i pobiegłam do swojego pokoju bez słowa, tak szybko, jak się dało, żeby przypadkiem ktoś z rodziny, nie zobaczył, w jakim jestem stanie. Rzuciłam się na łóżko i po chwili zapłakana zasnęłam. Nad ranem obudził mnie SMS „Dałaś mi nadzieję, że jeszcze może być normalnie. Dziękuję Ci za to. Zawsze będziesz w moim sercu. Wrócę do Ciebie”.

To była ostatnia wiadomość od Krystiana. W drodze na lotnisko ich samochód zderzył się z tirem, jego ojciec wymusił pierwszeństwo. I paradoksalnie tylko on przeżył. Nie potrafię mu tego wybaczyć, choć minęły już dwa lata i sąd wymierzył mu należną karę. Nie wiem, czy kiedyś będę umiała mu wybaczyć. Ludzie mówią, że czas leczy rany, ale moje z każdym dniem stają się gorsze. Może to sprawia ta uśmiechnięta twarz Krystiana na cmentarnym medalionie, a może napis wyryty na jego pomniku „To właśnie czas pokazuje nam, kim dla kogo jesteśmy i ile znaczymy”.

„Inaczej zakochani”

Anna Uchrońska

„Życie jest tylko podróżą do śmierci, nie marnuj go na łzy” — powiedziałem, dotykając jej dłoni i wtedy to, po raz pierwszy, od kiedy tam przebywałem, zobaczyłem uśmiech na jej twarzy. Sam odkryłem w tym czasie głębszy sens tego zdania, które w zasadzie towarzyszyło mi od początku.

Początek… Od czego, tak właściwie, to wszystko się zaczęło? Prawdę mówiąc, nie chcę tego pamiętać. To, co mnie do niej doprowadziło, to błędy… a ona miała być karą. Karą, która stała się… wybawieniem. Niestety, aby zrozumieć to, co właściwie się stało, muszę wrócić do wszystkiego, o czym tak bardzo chcę zapomnieć, zanim to zniszczy i mnie i,,nas”.

Cytat, o którym wspomniałem, to był nasz motyw. Tekst, którym się kierowaliśmy przed każdym przestępstwem, którego się dopuściliśmy. Było nas czterech i wszyscy znaliśmy się od dzieciństwa. Ja, Maxon i Jerry mieszkaliśmy razem w jednym z domów dziecka. Tony mieszkał naprzeciwko, z rodzicami, ale jeśli spojrzymy na tę sytuację naszymi oczyma, i tak był jednym z nas. W końcu to z nami spędzał całe dnie, a rodziców widywał tylko w trakcie śniadania. Tego dnia, gdy to wszystko się rozpoczęło, kończyłem właśnie 17 lat.

— Wstawaj Dave! — usłyszałem i w tym momencie ktoś oświetlił pomieszczenie blaskiem wschodzącego słońca, rozsuwając żaluzje. Otworzyłem oczy i natychmiast zostałem przyciśnięty przez jednego z chłopaków, co sprawiło, że nie mogłem oddychać. Jednak w ciągu sekundy zastosowałem chwyt Nelsona i zaczęliśmy się,,bić”. Byłem silniejszy i jedyne, co mu pozostało, to prosić mnie o wybaczenie.

— Co tu robicie? — zapytałem roześmiany.

— Mieszkamy.. — odwróciłem się i ujrzałem, jak zwykle, głupkowatą minę Maxona — dzisiaj jest wielki dzień, pamiętasz? Auto starych Tony’ego czeka, zbieraj dupę i idziemy.

Nie pytałem o nic, wiedziałem, że wymyślili wtedy dla mnie coś, czego nigdy nie zapomnę i nie zamierzałem protestować. Pojechaliśmy do pobliskiego miasta, zatrzymaliśmy się koło ogromnego, szklanego budynku. Chłopaki natychmiast wysiedli i zaczęli wyciągać z bagażnika czarne torby. Gdy podniosłem głowę, zobaczyłem tylko Maxa z karabinem, szeptającego do reszty — „Pamiętajcie, życie jest tylko podróżą do śmierci, nie warto go marnować” i wtedy zrozumiałem. Z okazji urodzin dostałem od nich to, o czym marzyłem — zemstę. Bank, pod którym staliśmy w tamtej chwili należał do moich,,rodziców”, a raczej do ludzi, którzy się za nich uważali, dopóki się nie rozwiedli, i nie stwierdzili, że dziecko będzie im tylko przeszkadzało w karierze. Tak więc odkąd okazało się, że moi przyjaciele również muszą zaczynać od zera przez zapatrzonych w siebie idiotów, jedynym naszym celem było zrujnowanie życia wszystkim, którzy na to zasłużyli i właśnie w tamtej chwili miały się spełnić nasze, a szczególnie moje marzenia. Wiedziałem, co mam robić. Wyjąłem z bagażnika broń i pobiegłem w stronę wejścia… Załatwiliśmy to szybko, bez jakichkolwiek problemów. Gdy wybiegłem z torbami wypełnionymi gotówką, uśmiech sam pojawił mi się na twarzy.

— Ha ha, widziałeś minę tej baby, jak krzyczałem, że to napad?!?! — obok mnie usiadł zdyszany Tony.

— No, no… ale to nic w porównaniu z tym facetem, co, jak skończył opróżniać sejfy, jeszcze nam swój portfel dorzucił — odpowiedziałem, ale w tym momencie nasz śmiech przerwał Jerry, wsiadający za kierownicę.

— Spadamy stąd chłopaki!

Mimo późniejszego śledztwa, nie było nic, co mogło naprowadzić policję na nas, odłączyliśmy kamery, mieliśmy zakryte twarze — akcja idealna Niestety, to właśnie ten sukces stał się naszym przekleństwem. Na tym napadzie bowiem się nie skończyło… i w ciągu kilku miesięcy byliśmy najbardziej poszukiwanymi nastolatkami w Ameryce. Za pieniądze, które zdobyliśmy, na początku pomogliśmy takim jak my, sierotom, jednocześnie realizując plan zemsty na wysoko postawionych „cymbałach” — jak uroczo określaliśmy naszych „kochanych” rodziców. Jednak z czasem wciągnęliśmy się w to,,nielegalne życie”, zaczął się handel między innymi marihuaną i THC. Być może z boku wyglądało to strasznie, jednak muszę przyznać, że te emocje dawały mi pewnego rodzaju szczęście.

Tego dnia miało być tak, jak zawsze. Wchodzimy, zabieramy tyle, ile zdołamy zebrać ze sobą i wychodzimy. Proste.

— Atlantic Vista — przeczytałem nazwę banku, odłączając zasilanie. To zapewniało reszcie bezpieczeństwo. Wszystko szło, jak zwykle, po naszej myśli i już miałem się kierować w kierunku wyjścia, gdy usłyszałem strzały. Broń, którą nosiliśmy była zazwyczaj tylko do zastraszania i nigdy jej nie użyliśmy, dlatego bez zastanowienia ruszyłem w kierunku wrzasków. Znalazłem się w głównej Sali (każdy z nas znał zawsze doskonale plan całego budynku, więc bez trudu ją rozpoznałem, mimo gęstego dymu, unoszącego się wkoło mnie). Ruszyłem przed siebie, a odgłosy strzałów, które już od 5 minut nie ustawały, nasilały się z każdym krokiem.

— Uciekaj! — ktoś złapał mnie za kaptur i pociągnął w przeciwną stronę. Nie wiedziałem, co się dzieje, za plecami dostrzegłem Maxa i w trojkę pobiegliśmy przed siebie.

Nagle coś rozerwało moje udo, a ciało przeszył dotkliwy ból. Chłopaki w jednej chwili odciągnęli mnie na bok i rzucili się na dwóch gliniarzy koło drzwi. Rozprawili się z nimi w mgnieniu oka i byłem z nich dumny, doskonale jednak wiedziałem, że nie ma czasu, więc mimo iż utykałem, dotrzymałem im kroku, aż do wyjścia i z ulgą nacisnąłem klamkę. Jednak, gdy podniosłem głowę, uśmiech zniknął z mojej twarzy, za naszym BMV, stały minimum 4 radiowozy. Już nie było sensu uciekać, wiedziałem to nie tylko ja, ale i reszta, która w tej chwili odłożyła broń.

Jednak to nie więzienie i reszta związanych z tym problemów miała okazać się najgorsza. Podczas tego feralnego skoku straciłem nie tylko dotychczasowego życie, ale również przyjaciela. Jerry podczas strzelaniny został śmiertelnie postrzelony, a ja? Ja nie umiałem się z tym pogodzić. Do dziś boli mnie, że nie byłem wtedy przy nim, że nie mogłem mu pomóc. Muszę przyznać, że dopiero wtedy zaczynało do mnie docierać, że to, co robiliśmy, nie było ani trochę… hmmm… dobre.

Moje dalsze życie potoczyło się szybko… jak teraz tak liczę, to było chyba 6 procesów i żadnego nie wygraliśmy. Tony i Maxon zostali skazani na 25 lat, ja z racji tego, że nie byłem pełnoletni, dostałem je w zawieszeniu i prace społeczne. Moje życie z dnia na dzień straciło sens. A ja nie umiałem albo nawet nie chciałem wziąć się w garść. W każdym razie wtedy najbardziej denerwował mnie fakt, że nie mogłem w spokoju odsiedzieć kary, bo zamiast tego otaczać mnie mieli psychole z jakiegoś szpitala. Trudno w to uwierzyć, ale zdanie zmieniłem już pierwszego dnia.

Pamiętam to, jakby było wczoraj. Siedziała sama, przy ostatnim stoliku, a przed nią leżał nietknięty talerz. Wyglądała na nieobecną, a jej piękne błękitne oczy z rozmarzeniem wpatrzone były w drzwi wejściowe. W niczym nie przypominała żadnej, którą kiedykolwiek spotkałem i w głębi mojego pustego, zamkniętego na świat serca, w jednej chwili coś zawrzało. Dopiero po 5 minutach dotarło do mnie, że wszyscy mi się przyglądają, a ja stoję w bezruchu, wpatrzony w nią, jak w obraz. Gdy ruszyłem w stronę stolika, przy którym siedziała, towarzyszyło mi jakieś nowe, nieznane mi dotąd uczucie — hmmm… lęku? Dotąd łatwo przychodziło mi zagadanie do dziewczyn, które wiedząc, że nie należę do najgorszych, szybko były moje. Tym razem jednak było inaczej. Pot spływał mi po czole, a w głowie miałem totalny mętlik. Doprowadziło to do tego, że zamiast zabłysnąć moim uwodzicielskim talentem, wyszedłem na kompletnego idiotę.

— Czemu taka piękna dziewczyna siedzi sama? — powiedziałem z uśmiechem, któremu żadna dotąd nie mogła się oprzeć. Spojrzała i… nie odpowiedziała. Wtedy dotarło do mnie, jak pusty musiałem się okazać w jej oczach i dodałem spokojniej — Mogę się dosiąść?

Znowu cisza. Usiadłem więc obok, a moje serce waliło jak oszalałe. Ona nie zwracając na mnie uwagi, znowu wbiła wzrok w drzwi. Nie zamierzałem się jednak tak łatwo poddawać.

— Nazywam się Dave — dotknąłem jej dłoni, a ona drgnęła.

— Emily… — odparła i mimo że nie odwzajemniła uśmiechu, poczułem, że nie jestem do końca na przegranej pozycji. Patrzyła teraz na mnie przenikliwym wzrokiem, a moją głowę rozsadzała burza pytań, którymi mógłbym ją zasypać. Jak się tu znalazła… Kim są jej rodzice… — ale wszystkie były po prostu głupie. Właśnie w tym momencie zabrzmiał donośny dzwon, na którego dźwięk wszyscy jednocześnie wstali i zaczęli kierować się w stronę drzwi (tych, które tak intrygowały moją towarzyszkę). Ona również poszła w ich ślady i zostawiając mnie bez słowa, ruszyła szybkim krokiem, znikając w ciemnym korytarzu. Tego, co wtedy czułem, nie da się opisać. Cały świat nabrał innych barw, a kolejne dni, przez które jej nie widziałem, zlewały się w jeden. Nie było dnia. Nie było nocy. W mojej głowie była tylko ona. To wydaje się zbyt proste, jak na miłość. W końcu jej nie znałem, nic o niej nie wiedziałem. Jednak, czy stokrotka zna krople deszczu spadające na nią podczas suszy? Kocha je tak, jak umie, bo wie, że to dzięki nim odżywa. Nie wie o nich jednak nic, ale to, że czynią ją szczęśliwą, jej wystarcza. Bo czyż miłość to nie dobro czyjeś ponad własne? Tak samo było ze mną… Nie znałem jej, ale to że była, nadawało mi życiowy cel. Dzięki niej odżywałem, tak jak ta stokrotka i ja również pragnąłem dowiedzieć się, co czyni ją nieszczęśliwą, aby dać jej tą nadzieje, którą ona dała mnie.

Zacząłem od zdobycia informacji. Personel szpitala nie był zbyt skory do rozmów ze mną, jednak nie można było tego powiedzieć o pacjentach, których zaufanie zdobyłem bardzo szybko, i których również polubiłem. Cierpieli na różne schorzenia układu nerwowego, jednak byli mądrzejsi i bardziej rozgarnięci niż większość zwykłych zdrowych ludzi. Niestety, byli też tacy, którzy ze względu na swoje,,odpały” — jak nazywał to personel — byli w izolatkach i to nimi głównie miałem się zajmować, jako,,przymusowy wolontariusz”. Tak więc to z tymi bardziej normalnymi lepiej się dogadywałem, grywałem czasem w karty i dużo rozmawiałem. To od nich dowiedziałem się, że obiekt moich westchnień trafił tu przez bardzo głębokie stadium depresji. Podczas miesiąca mojego pobytu udało mi się z nią porozmawiać kilka razy, choć trudno to w zasadzie uznać za rozmowę. Po prostu pytałem: „wszystko w porządku? mogę ci jakoś pomóc?”, więc nie było czym się szczególnie zachwycać. Zmiana nastąpiła dopiero, gdy do posprzątania przydzielona została mi jej sala. Uchyliłem drzwi i wśliznąłem się delikatnie, tak, aby jej nie obudzić. Nie mogłem się powstrzymać, więc ponad 10 minut spędziłem patrząc na nią, aby wyryć sobie jej twarz w pamięci. Gdy poruszyła się nieznacznie, udałem, że myję, znajdujące się nad małą komodą, lustereczko.

— Już rano? — usłyszałem jej prześliczny śpiewający głos i obracając się z uśmiechem pokiwałem głową. Poczułem lekkie rozczarowanie, gdy znowu go nie odwzajemniła, jednak nie zamierzałem się gniewać. Odłożyłem ścierkę i usiadłem na krawędzi jej łóżka.

— Jak się dzisiaj czujesz? — wyjąkałem.

— Tak jak zwykle… dziękuję za troskę, ale nie musisz codziennie pytać — patrzała mi prosto w oczy i przeszywało mnie ciepło jej spojrzenia.

— Muszę — odparłem — Muszę wiedzieć, czy wszystko u ciebie w porządku… czy jesteś… no, szczęśliwa — dodałem po chwili. Nie miałem jednak odwagi na nią spojrzeć, więc odetchnąłem głęboko i próbowałem wstać. Coś jednak musnęło moją dłoń, wprawiając mnie w stan odrętwienia.

— Nie rozumiem… — pociągnęła delikatnie za mój rękaw, powstrzymując mnie od wstania.

— Po prostu, jak komuś na kimś zależy, to dba o tę osobę, tak jak tylko może, wiesz?

— Tobie zależy?

— Zależy…

— Czemu?

— A czemu nie? — uśmiechnąłem się zakłopotany.

— Odpowiedz…

— Ja… Ja… — te słowa nie mogły przejść przez moje zaciśnięte gardło — chyba cię pokochałem — wyszeptałem i miałem nadzieję, że ich nie usłyszy. Jednak po wyrazie jej twarzy wiedziałem, że tak się nie stało. Zaśmiała się i złapała moją dłoń.

— Nie znasz mnie i nic o mnie nie wiesz.


— Znam — milczała, więc dodałem poważniejszym tonem — Wiem, że nie sypiasz po nocach, a gdy śnią ci się koszmary przygryzasz dolną wargę… Wiem, że nie możesz jeść, ale próbujesz, że uwielbiasz chodzić w tym różowym sweterku, jesteś w nim pewniejsza siebie i tak w ogóle to pasuje do twoich oczu … wiem, że jesteś najpiękniejszą istotą we wszechświecie, i że jedyne czego pragnę, to ujrzeć w końcu na twojej twarzy uśmiech — nadal milczała, a do mnie dotarło, że to, co powiedziałem, wygląda jakbym ją szpiegował. Ścisnąłem więc jej dłoń i kontynuowałem — Jestem pewny swoich uczuć, ale jeżeli tylko chcesz, zamknę je w sobie i odpuszczę.

— Nie!.. to znaczy tak naprawdę nie wiesz nic. Nawet, jeżeli masz coś w sobie i podobasz mi się to…

— To…

— Coś we mnie już dawno umarło, a ja żyję, bo muszę. Wiesz… i to nie jest tak, że nie próbowałam … ale jestem już tym zmęczona. Jestem zmęczona życiem. A w środku — totalna pustka.

— Widzisz.. i po to jestem tutaj ja. Żeby tę twoją pustkę w końcu wypełnić.

Od tego dnia spędzaliśmy mnóstwo czasu razem, po prostu rozmawiając. Otworzyła się przede mną, a ja również znalazłem w niej bratnią duszę. Była jedną z niewielu osób, którym potrafiłem zaufać od śmierci Jerry’ego. Moje problemy były jednak tylko ziarenkiem piasku przy górze lodowej problemów Emily. Jej okaleczone ręce nie miały źródła tylko w chorobie, a choroba wcale nie miała źródła w niej. Dwie pierwsze próby samobójcze spowodowane były głównie brakiem akceptacji i anoreksją, w którą popadła, gdy wyzwiska, i poniżanie zaczęły ją przerastać. Ostatnia natomiast miała miejsce kilka miesięcy temu, po tym, gdy jej matka zginęła w strzelaninie, a ona została z ojcem, z którym nie miała zbyt dobrego kontaktu, głównie przez jego alkoholizm. Ciągłe wybuch jego gniewu doprowadziły ją do pogłębienia stanu depresji i próby samobójczej, po której trafiła właśnie tutaj. Była zamknięta w sobie, zamknięta na cały świat. Jak na tak kruchą i delikatną osobę, życie skrzywdziło ją zdecydowanie za bardzo. Ale teraz miała mnie i byłem pewny, że razem damy sobie radę. Najbardziej jednak cieszył mnie fakt, że udało mi się, udało mi się zobaczyć jej uśmiech. I sprawić, że gościł na jej twarzy coraz częściej.

Gdy wszystko było dosłownie idealne, gdy życie miało wreszcie sens i gdy w końcu naprawdę byłem szczęśliwy, stało się to, czego się najbardziej obawiałem. Jak co dzień rano, wślizgnąłem się do jej pokoju, najciszej jak umiałem. Mimo upływu czasu, nadal wewnętrznie zamierałem na samą myśl, że ją zobaczę. Zamarłem jednak dosłownie, gdyż od razu zobaczyłem plamę krwi, pokrywającą prześcieradło. Ruszyłem w kierunku łóżka i dostrzegłem ją. Leżała na ziemi bez ruchu, a jej ciało blade jak zwykle, pokrywała sina smuga. Dotknąłem jej czoła. Moje serce przestało bić, mój oddech przyspieszył, a świat wokół przestał istnieć — była zimna! Wręcz lodowata. Przez zamglone łzami oczy dostrzegłem kartkę ukrytą w jej zaciśniętej dłoni, na której widniało moje imię. Trzęsącymi się dłońmi wyciągnąłem ją. Starałem się być silny, jednak łzy same spływały po mojej twarzy. Był to krótki list, w którym podziękowała za wszystko, co dla niej zrobiłem i przeprosiła za to, że nie dała rady dłużej żyć. Nie wytłumaczyła jednak, czemu mnie opuściła, czemu zostawiła samego z jakże przytłaczającą rzeczywistością. Nic nie rozumiałem. Moją uwagę przykuło jednak ostatnie zdanie:,, chyba też cię kocham, ale tu nawet miłość nie pomoże”. Nie potrafiłem cieszyć się z tych słów, które w końcu znaczyły dla mnie tak wiele… Analizowałem ich sens. Emily była chora, i to właśnie dlatego już jej nie było. Po pewnym czasie zawołałem personel.

Pogrzeb odbył się po dwóch dniach i wcale się nie zdziwiłem, gdy wśród najbliższej rodziny, nie było jej ojca. Nie zamierzałem też dużej przebywać w zakładzie, w którym wszystko mi o niej przypominało i na własne żądanie postanowiłem odbyć zasądzoną mi karę. Cela okazała się być, niestety, większą udręką, gdyż ja i moje myśli byliśmy uwięzieni sami w czterech ścianach.

Jak teraz wygląda moje życie? Tak jak jej… ono… hmm… nie istnieje. Jedyne, co mnie cieszy, to fakt, że nareszcie ją rozumiem. Rozumiem, że czasem moje motto — życie jest podróżą do śmierci — się sprawdza. Dorosłem jednak do stwierdzenia, że życie to nie podróż, tylko droga, bardzo kręta, która jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Sami wyznaczamy sobie cele, które później nas przerastają i na naszej drodze pojawiają się kolejne zakręty. Więc po co żyć, skoro to takie trudne? Może śmierć to rzeczywiście nie ucieczka, ale ratunek? Nie…! Dosyć! Chyba właśnie sam popadam w depresję…

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу