Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Zegar z kukułką

Pierwszy dom…

Scarlett Smith i Anthony Smith byli małżeństwem sześć lat, gdy zdecydowali się na zmianę w życiu. Cały ten czas żyli samotnie w wybudowanym przez siebie domu. Mimo iż budynek był bardzo ładny, a wnętrze zachwycało pod względem urządzenia, oni sami nie byli szczęśliwi, bo nie stworzyli rodziny.
6 lat — był to czas, który spędzili, poświęcając się pracy. Nie zauważyli nawet, że kogoś im w życiu brakuje — dziecka, uroczej córki lub syna. Pomimo wielu starań Scarlett nie mogła zajść w ciąże, dlatego Smithowie w końcu zdecydowali się na adoptowanie dziecka.


23.06.1973 r.


Krajobraz dookoła wydawał się naprawdę bajeczny. Mimo iż nie było w nim nic nadzwyczajnego, dla Addison cudnie wyglądał las pełen wysokich drzew i jezioro, od którego tafli odbijał się blask słońca. Całość dopełniał najbardziej wyróżniający się dom, który przyćmiewał pozostałe trzy znajdujące się na tej ulicy. Odznaczał się nie tylko kolorem, ale także wielkością — był bardziej rozbudowany od pozostałych.

Kolory budynku były stonowane — w przeciwieństwie do pozostałych, krzykliwych willi — i idealnie komponowały się z barwami całego krajobrazu.

Gdy samochód podjeżdżał pod biały płot, Addie ogarnęło uczucie sprawiające, że bała się, a zarazem była szczęśliwa. Nie wiedziała, czego może spodziewać się po ludziach, którzy ją adoptowali. Scarlett i Anthony właśnie wysiadali z samochodu, i wydawali się być bardzo mili, mimo to Addie nie czuła się pewnie w ich towarzystwie. Pierwsze wrażenie, gdy ich poznała, było pozytywne, ale ciemnowłosa dziewczynka wiedziała, że ludzie nie zawsze są na co dzień tacy, jacy wydawali nam się za pierwszym razem.

Od razu po wejściu do domu pierwsze, co rzuciło się Addy w oczy, to duży zegar z kukułką. Wyglądał na bardzo stary, jednak idealnie wpasowywał się do wystroju wnętrza. Niedaleko zegara, po prawej stronie, stał wysoki regał z kwiatkami w małych, ceglanych doniczkach. Addy bardzo podobało się wnętrze tego domu, dlatego zwracała uwagę na wszystkie elementy, nawet te najmniejsze. Miała nadzieję, że czas spędzony z tymi ludźmi sprawi, że zrozumie, czym jest prawdziwy dom.


12.05.1980 r.


Spoglądając w kierunku lśniącego jeziora, Addie pakowała swoją walizkę. Reszta rzeczy znajdowała się już w ich nowym domu. Siedem lat spędzonych w Springfield minęło bardzo szybko. W tym czasie dziewczynka zdążyła naprawdę mocno związać się z tym miejscem, jednak to nie budynek tworzył dom. Oni razem go stworzyli — Addison, Scarlett i Anthony.

Uśmiechnęła się na wspomnienie, gdy pierwszy raz tutaj się pojawiła. Przypomniała sobie zegar z kukułką, który od tamtej chwili odliczał już tylko szczęśliwe dni, tygodnie i lata. A minęło już siedem lat i zmieniło się wiele rzeczy. Addy nie była już tak nieśmiała, z łatwością nawiązywała przyjaźnie i bez skrępowania rozmawiała z rodziną. Była naprawdę szczęśliwa, że poznała ludzi, w towarzystwie których czuła się bezpiecznie i którzy stworzyli dla niej dom.

Zamyśliła się nad kolejnym etapem w życiu…

Gabriela Matła

Pierwsza praca…

Był to dość chłodny wrześniowy dzień. Słońce zaczynało już zachodzić za horyzont, promienie słońca rozświetlały lekko pokój, a Alan Wolf siedział w fotelu w swoim nowym mieszkaniu, czytając książkę. Jak skutecznie przeprowadzić przesłuchanie — widniało na okładce, którą studiował detektyw. Brunet zerknął przez okno na nadciągające falą ciemne chmury zasłaniające ostatnie promyki słońca. Odłożył książkę na niewielki stół, po czym spojrzał na stojący pod niedawno malowaną na miętowo ścianą salonu wysoki zegar z kukułką.

Zegar był już w mieszkaniu, kiedy je kupił, więc nie miał pojęcia, czyj on jest ani skąd się tu wziął. Detektyw zakładał po prostu, że jest to stary mebel po poprzednich właścicielach domu, a że wyglądał na bardzo stary, lecz zadbany, Alan nie miał ochoty go wyrzucać, tym bardziej że naprawił go swoimi własnymi rękami. Wolf popatrzył na tarczę zegara — 19:12 — co oznaczało, że zaraz będzie się wybierał na wieczorny trening. Wziął ze stołu telefon i poszedł przebrać się w dres. Detektyw, będąc gotowy do wyjścia, sięgnął po kluczyki wiszące na haczyku na ścianie. Zabrał je, zwinnie zamknął za sobą drzwi i ruszył do stronę lasku.

Biegł szybkim truchtem, słuchając donośnych koncertów świerszczy i obserwując chmury przelatujące nad jego głową, rozświetlone blaskiem księżyca w pełni, gdy nagle, z lewej strony za krzakami przy drzewie usłyszał ciche popiskiwanie. Zatrzymał się nieco przestraszony, bo kto wie, co może siedzieć za takimi krzakami?

Stał tak chwilę, nie mając pojęcia jak zareagować, po czym zdecydował się sprawdzić, co znajduje się w gąszczu krzewów. Podszedł powoli, pamiętając o skupieniu i przygotowaniu na wszystko, wliczając w to ucieczkę przed dzikiem. Nie bał się, że dzik może go dopaść, był młody, miał niecałe 30 lat, był wysportowany i z jego formą spokojnie dałby sobie radę. Obszedł wielkie kłębowisko krzaku i ujrzał… marmurkowego owczarka australijskiego przywiązanego smyczą do drzewa. Pies miał pysk zaklejony taśmą.

„Jaki potwór mógł zrobić coś takiego?” — pomyślał Alan. Podszedł powoli do psa, a ten cicho zapiszczał z nadzieją.

— Cii mały, pomogę ci — powiedział i przestudiował supły z liny przywiązanej do drzewa jednym końcem, a drugim końcem do obroży psa. Węzeł był tak mocno zaciśnięty, że nie dało się go rozwiązać. Bez namysłu sięgnął do kieszeni bluzy, skąd wyciągnął mały scyzoryk. Zaczął piłować linę, aż wreszcie przeciął ostatnią jej nitkę. Potem złapał za nią, przytrzymał i podszedł do wystraszonego psa. Uważnie obserwując mowę ciała zwierzęcia, przysuwał się bliżej, a pies kulił się ze strachu. Alan kucnął, pamiętając z młodości pobyt u swojego wujka na ranczu, kiedy skakał przez płot na pastwisku dla małych kucyków z zamiarem głaskania. Musiał wtedy kucnąć tak, żeby kucykom wydawało się, że są większe, a wtedy mógł dać im kostki cukru i pogłaskać je.

Detektyw zbliżył się do wystraszonego psa i gdy ten nie zareagował agresywnie ani nie próbował uciekać, mężczyzna ostrożnie ściągnął mu z pyska taśmę. Owczarek w ramach wdzięczności polizał dłoń Alana. Pies wyglądał w porządku, choć był nieco chudy i utykał na prawą przednią łapę. Wolf, nadal klęcząc na mokrym, leśnym runie, podniósł ją ostrożnie i zobaczył rozcięcie na boku. Bez namysłu dźwignął psa na ręce i ruszył z nim w stronę domu. Był to dość chłodny wieczór, więc pies zaczął trząść się z zimna. Brunet ściągnął z ramion kurtkę i zarzucił ją na kudłacza.

Wracał tą samą drogą, którą przybiegł, więc trwało to krótko — niecałe 5 minut i byli na miejscu. Gdy był już na podwórku, postawił puszystego psiaka na trawie i ruszył w stronę domu. Futrzak potruchtał do wielkiego klonu znajdującego się po prawej stronie domu i podnosząc łapę, zaznaczył teren. Alan otworzył drzwi, wpuścił biegnącego w jego stronę psiaka i poszedł do łazienki poszukać w szafce wody utlenionej, gazy, wacików oraz bandaży. Pies niepewnie obwąchał mieszkanie — sprawdzał teren. Mając już wszystko, co potrzebne, Alan wrócił do psa, który położył się na dywanie przy drzwiach wejściowych. Brunet kucnął, pogłaskał zwierzę po karku i po boku brzucha — wyczuwając pod palcami jego żebra — i powoli podniósł jego łapę. Pies nie szczerzył kłów ani nie warczał, co nieco dziwiło mężczyznę, ale cieszył się, że czworonóg daje sobie pomóc. Detektyw nalał na wacik parę kropel wody utlenionej i przycisnął lekko do rany zwierzęcia, które cicho pisnęło.

— Spokojnie, piesku — zapewnił go Alan i kładąc gazę na ranę, zaczął bandażować jego łapę. Pies co jakiś czas wierzgał, ale udało mu się dokończyć opatrywanie, mimo że trwało to dłużej niż sądził. Popatrzył na leżącego owczarka.

— Jesteś pewnie głodny, co? Chodź — powiedział i ruszył w stronę kuchni, a zaciekawiony pies podniósł łeb, nastawił uszy i poszedł za nim.

Alan wyciągnął z szafki nad blatem dwie szare kuchenne miski, do jednej nalał wody i postawił na podłodze, by pies mógł się napić, a na drugą popatrzył nie do końca pewny, co mógłby dać psu do jedzenia. Chwycił rączkę lodówki i szybko ją otworzył, zaglądając do środka. Spojrzał jeszcze raz na obślinionego psa, który w tym samym momencie z ciekawością poparzył na niego, po czym wrócił do chlipania wody, która niestety, wylewała się przy tym na kafelki. Detektyw sięgnął do lodówki, wyciągając spory kawałek kiełbasy, położył ją na deskę do krojenia, wyciągnął z szafki pod blatem nóż i pociął pętko na półcentymetrowe plastry, które wrzucił do miski i podał głodnemu psu. Pies powąchał je, popatrzył brunetowi w oczy i wtedy Alan dostrzegł ich niezwykłość: jedno było niebieskie, a drugie brązowe. Zwierzak zaczął jeść z apetytem, a Alan usiadł przy stole.

— Co ja mam teraz z tobą zrobić? — zapytał sam siebie, patrząc na ślicznego, wysokiego czworonoga. Pies podszedł do niego, polizał po ręce, którą mężczyzna wystawił i zaczął się łasić niczym kot, a Alan głaskał jego puszystą, wielokolorową sierść.

— Kto mógł Cię porzucić, piesku? Taki człowiek na pewno na ciebie nie zasługuje… — powiedział, głaszcząc go po głowie. — Mieszkam sam, nudzę się całymi dniami… Może warto to zmienić? Chyba wychodzi na to, że ze mną zostaniesz — powiedział, a pies poparzył na niego, kładąc się na podłodze.

— Jutro zabiorę cię do weterynarza, a potem kupimy ci jakieś akcesoria — oznajmił Alan. — Ale najpierw… trzeba wymyślić ci jakieś imię — zamyślił się brunet. — Może zostawmy to na później, piesku — powiedział, po czym ruszył w stronę łazienki, by wziąć prysznic. Pies podszedł leniwie do zamkniętych drzwi łazienki i gdy nie otwierały się przez jakiś czas, zaczął rozglądać się i wędrować po mieszkaniu, aż trafił na sypialnię Alana znajdującą się na piętrze. Zwinnie wdrapał się na podwójne łóżko, zwinął się w kłębek i zasnął. Po chwili do pokoju wszedł Alan i zerknął na śpiącego psa.

— Widzę, że się rozgościłeś, kolego. — Pies zaczął cicho chrapać. — Pozwolę ci zostać na łóżku, ale tylko dzisiaj — powiedział, wiedząc, że jutro powtórzy to samo. Położył się po drugiej stronie i zasnął.


***


Nazajutrz, w niedzielę o 7:00 obudziło Alana głośne skomlenie i mokry psi buziak na twarzy. Mężczyzna od razu obudził się i popatrzył na psa.

— O co ci chodzi? Jest 7:00 rano… — Zaczynał znowu zapadać w sen, lecz usłyszał z dołu jakby skrobanie w drzwi wejściowe. Był to oczywiście dźwięk skrobania pazurami przez niecierpliwego owczarka. Alan zwlókł się z łóżka, i podszedł do drzwi, otworzył je i wypuścił psa, który wyleciał na podwórko załatwić swoje sprawy.

Brunet poszedł do kuchni zrobić sobie kubek gorącej kawy, a następnie włączył laptop i wyszukał adres najbliższego sklepu zoologicznego oraz weterynarza. Były bardzo blisko, nawet w jego miasteczku, a on nie miał o tym pojęcia. Sprawdził godziny otwarcia — w obu przypadkach była to godzina 8:00 — co oznaczało, że za godzinę mógł się zbierać. Po chwili przybiegł do kuchni jego olbrzymi owczarek i znowu zaczął piszczeć. Alan od razu wiedział, o co mu chodzi. Psiak był głodny. Napełnił mu jedną miskę wodą, a do drugiej znowu dał trochę mięsa, które znalazł w lodówce. Musi dzisiaj koniecznie kupić psią karmę. Zanim zdążył się ubrać i zabrać potrzebne rzeczy, była już 8:00, więc szybko zabrał co potrzeba, wyszedł z domu z psem i skierował się do auta stojącego na podjeździe do garażu. Nagle pies zauważył na trawniku wiewiórkę i zerwał się do pościgu. Wystraszona wiewiórka szybko wbiegła na drzewo, a pies szczekając i skacząc, starał się bez skutku na nie wejść.

— Spokojnie, waleczny lwie, to tylko wiewiórka — powiedział Alan i zastanowił się. — Chyba właśnie wymyśliłem ci imię, warto było uczyć się łaciny. „Leo” bardzo do ciebie pasuje — powiedział, uśmiechając się szeroko. Zawołał psa parę razy nowowymyślonym imieniem, aż futrzak zorientował się, że to o niego chodzi i otworzył auto, by pies wskoczył na tylne siedzenie.


***


Alan zgasił silnik samochodu tuż pod sklepem, otworzył drzwi, a Leo w tym samym czasie przeskoczył z tylnego siedzenia na siedzenie kierowcy i wyskoczył z pojazdu. Detektyw nie miał pojęcia, czy może wejść do sklepu razem z psem, ale nie chciał go zostawiać w samochodzie, z resztą i tak musiał przymierzyć na nim obrożę. Weszli więc razem. Na szczęście okazało się, że psy mogą wchodzić z właścicielami, więc Alan był spokojny. Wchodząc, wymienił z kasjerem „Dzień dobry” i ruszył do półki z obrożami i smyczami. Dobrze, że niedawno miał wypłatę. Leo nie przestawał zadziwiać swojego nowego właściciela, szedł grzecznie przy nodze, czego Alan się kompletnie nie spodziewał.

— Ale grzeczny psiak, pewnie po szkole? — zapytał jeden z pracowników stojących w pobliżu.

— Szczerze mówiąc, znalazłem go wczoraj — odpowiedział mu Alan.

— W takim razie musi cię bardzo lubić. Widać, że to młody psiak, takie szybko się przywiązują.

— Tak na oko powiedziałbym że ma rok czy dwa — dodał inny pracownik.

— Dobrze wiedzieć. Szczerze mówiąc, ja też go bardzo polubiłem. Jest bardzo wierny — powiedział dumny ze swojego psa.

— Jak się wabi? — zapytał ten pierwszy pracownik. Był dość młody, miał około dwudziestu lat. Na jego plakietce było napisane „Russel”.

— Leo — odpowiedział mu Wolf.

— Bardzo ładne imię, a tak w ogóle, mogę w czymś pomóc? — zapytał.

— Nie, dziękuję, dam sobie radę — oznajmił Alan i wrócił do poszukiwań.

Rozglądał się za obrożą i smyczą, których bardzo potrzebował. Podszedł do wieszaków ze skórzanymi obrożami i ściągnął jedną czarną. Przymierzył Leo — pasowała idealnie. Następnym celm była smycz. Z wieszaka pełnego smyczy wybrał najprostszą, czarną, pasującą kolorystycznie do obroży. Następnie detektyw ruszył w stronę regału z jedzeniem dla zwierząt, lecz jego uwagę przykuły świetne, czarne szelki z białym napisem „K-9” na boku. Natychmiast po nie sięgnął. Do drugiej ręki wziął z półki suchą karmę i z tymi rzeczami podszedł do lady. Wyciągnął kartę płatniczą. Prawie by zapomniał o obroży na karku Leo, dlatego ściągnął ją, a kasjer doliczył ją do reszty rzeczy.

Po wyjściu ze sklepu stwierdził, że były to jego najdroższe zakupy od miesiąca. Wydał 50$ w 5 minut. Mimo, że zarabiał całkiem dobrze, to nie wydawał za dużo pieniędzy. Mieszkał sam i nie miał jakiegoś wielkiego zapotrzebowania na żywność czy ubrania.

Gdy wsiadł z Leo do samochodu, założył mu obrożę, a resztę zakupów położył na tylnych siedzeniach, ponieważ Leo siedział z nim z przodu na siedzeniu pasażera. Teraz według planu mieli udać się do weterynarza. Wolf pomylił ulice, więc dotarcie na miejsce zajęło im trochę więcej czasu niż powinno, ale w końcu dotarli do celu. Detektyw wyszedł z samochodu, biorąc smycz, a Leo wyskoczył za nim.

Idąc korytarzem, minęli starszą panią z kotem, na którego Leo zaczął szczekać, ale Alan trzymał go pewnie na smyczy i przyspieszyli kroku. W całym budynku było niewiele ludzi, Alan sądził, że w takim miejscu powinno być tłoczniej. Gdy byli już przy gabinecie weterynarza, zza drzwi wyszedł szczupły ciemnowłosy mężczyzna.

— Do widzenia, panie Anderson! — usłyszał głos pani weterynarz.

— Do zobaczenia wkrótce, pani White — odpowiedział mężczyzna i wyszedł.

Detektyw zerknął na niego, a wraz z nim Leo, który znów zaczął szczekać i warczeć.

— Hej! Leo, przestań! — pies próbował się wyrwać, a mężczyzna próbował koło nich przejść — Przepraszam pana!

— Nie szkodzi, pewnie czuje moje koty — odpowiedział mężczyzna i odszedł.

— Zły pies — powiedział do owczarka i zapukał do drzwi, a po chwili otworzyła mu uśmiechnięta blondynka.

— Oo, dzień dobry, proszę wejść, o co chodzi? — zaprosiła Alana i Leo do środka.

— Dzień dobry, przyszedłem z psem na kontrolę. Znalazłem go wczoraj w lesie przypiętego do drzewa… Wydaje mi się, że nic mu nie jest oprócz rozciętej łapy. Zabandażowałem ją wczoraj — wytłumaczył detektyw, po czym spojrzał na plakietkę z napisem „Jane White” przypiętą do białego fartucha weterynarz.

— Zaraz przyjrzymy się tej ranie, więc mówi pan, panie…? — weterynarz zatrzymała się.

— Wolf — odpowiedział Alan.

— Panie Wolf, mówi pan, że znalazł go pan w lesie… Czy pies coś jadł? Pił? Jest nieco wychudzony — oznajmiła.

— Tak, dałem mu pić i jeść wczoraj wieczorem, gdy go znalazłem i dziś rano — odpowiedział.

— Dobrze, widzę, że rana już się goi, wystarczy, że będzie pan smarować ją tą maścią — podała mu maść w tubce z opakowaniem.

— Dziękuję, ile kosztuje? — zapytał, sięgając po portfel.

— 5$ — odpowiedziała, a Alan od razu podał jej pieniądze — Co do reszty, pies jest nieco wychudzony, czego dokładnie nie widać ponieważ ma gęstą sierść, więc musi pan przypilnować, aby nabrał wagi. Wydaje mi się, że ma około 2,5 roku. Poza lekkim wychudzeniem i raną na łapie wszystko jest w porządku. Pies nie posiada też czipu — tłumaczyła.

Nagle rozległ się dźwięk dzwonka telefonu. Telefonu Alana.

— Przepraszam bardzo, chwilka — odebrał telefon. — Halo?… Teraz?… Co się dzieje?… Dobrze, postaram się być jak najszybciej — powiedział i rozłączył się. — Przepraszam, to wszystko, prawda? Chodź Leo, musimy się śpieszyć, piesku, do widzenia! — powiedział Alan, szybko wyszedł z budynku i razem z Leo wsiedli do samochodu. Pojechali na komendę, w której pracował.


***


Jechał najszybciej jak tylko mógł, starając się nie przekroczyć dozwolonej prędkości, lecz szczerze mówiąc, średnio mu to wychodziło. Dotarcie na komendę, potrwało więc tylko chwilę. Wysiadając z auta, popatrzył na Leo. Pies stał tylnymi łapami na fotelu pasażera, a przednimi na fotelu kierowcy, patrząc błagalnie różnokolorowymi oczami w zielone oczy swojego właściciela. Brunet miał zamiar zostawić go na chwilę, lecz wiedział, że prawdopodobnie ta „chwila” może zamienić się nawet w godzinę. Detektyw otworzył znowu drzwi auta od strony kierowcy, a pies od razu wyskoczył z pojazdu i usiadł koło jego lewej nogi.

— Chodź, Leo, idziemy — powiedział Alan i pomaszerował z psem na komendę.


***


— Wolf! Nareszcie jesteś! Wiesz ile na ciebie czekaliśmy? — zawołał kapitan Jake Baker, podchodząc do Alana, który stał zirytowany. Jake był od niego tylko dwa lata starszy, a zachowywał się jakby był starszy o całą dekadę, ale brunet rozumiał, że to jego przełożony i że próbują wykonywać swoją pracę profesjonalnie. — To twój pies? Wolf, czemu zabrałeś zwierzę do pracy?

— Emm… Dzień dobry kapitanie, to jest Leo, nie chciałem zostawiać go samego, może…? — powiedział Alan, ale kapitan Baker mu przerwał.

— Nieważne, wygląda na grzecznego psiaka — poczochrał sierść na głowie psa — a my mamy dużo do roboty, zbieraj się, jedziemy na miejsce zbrodni.


***


Po niedługim czasie byli na miejscu. Las. Ogromny, iglasty las, który otaczał całe miasteczko. Pomiędzy drzewami rozciągały się już żółte taśmy policyjne odgradzające miejsce zbrodni. Na środku ogrodzonego taśmą obszaru leżało ciało młodego mężczyzny. Kapitan podszedł wraz z detektywem i psem do denata.

— Matthew White, z zawodu chirurg, lat 29, żonaty, bez dzieci, postrzelony raz w klatkę piersiową i raz w ramię. Zmarł na skutek obrażeń około 12 godzin temu — powiedział patolog Jay Cassie, który będąc tu długo przed nimi, zdążył już wstępnie przebadać zwłoki.

— Czekaj, chwila… Powiedziałeś „White”? — zapytał go szybko Alan. Leo kręcił się niespokojnie za Alanem i wąchał ziemię.

— Tak, wracając do tego, co…

— Gdzieś już słyszałem to nazwisko… Gdzieś je… widziałem. Czy Matthew White jest spokrewniony z Jane White? Wiesz, tą weterynarz, która ma klinikę na Easy Street? — zapytał detektyw.

— Alan, możesz mi nie przerywać? Tak, Jane to jego żona. A wracając do tego, co chciałem powiedzieć, Matthew był zamieszany w hazard, grał w pokera w pubie „Red Hawk”, prawdopodobnie jest zamieszany w długi — odpowiedział Jay.

— Hmm.. Nikt jej jeszcze nie powiadomił prawda? — kapitan spojrzał na Alana — Tak tak, zajmę się tym, ale najpierw… znaleziono broń mordercy? Są łuski? — Alan zapytał Jaya.

— Znaleźliśmy dwie łuski kaliber 45 pochodzące z colta M1911, mamy do czynienia z prawdziwym kowbojem — zażartował Jay.

— Ta, samego colta już nie ma, prawda? — zapytał Alan i po chwili dostał odpowiedź, patrząc na mimikę twarzy Jaya. — Tak też myślałem, no nic, w takim razie trzeba porządnie przeszukać cały ten obszar, może zabójca gdzieś go porzucił. — Po chwili rozległo się szczekanie psa, Alan odwrócił się i ruszył w stronę odgłosu rozlegającego się około 20 metrów dalej.

— O co chodzi piesku? — zapytał czworonoga.

Leo zerknął na niego, dysząc. Odwrócił łeb i zaczął szczekać w kierunku płynącej wody. Alan popatrzył w tym samym kierunku i po chwili po drugiej stronie rzeki, w kolorowych liściach, zauważył czarny rewolwer. Dokładnie ten, którego szukali. Detektyw wyciągnął z kieszeni kurtki swoje skórzane rękawiczki, założył je, powoli przeszedł przez rzekę, uważając na śliskie kamienie, i wyciągnął pistolet. Zawołał Leo i wrócił do kapitana Bakera i Jaya.

— Patrzcie, co Leo znalazł — powiedział do nich Alan, uśmiechając się dumnie.

— Twój pies znalazł rewolwer? Alan, skąd ty go wziąłeś? — zapytał Jake Baker.

— Niezły z ciebie detektyw, psiaku — pogłaskał Leo po głowie.

— Uważaj Alan, bo jeszcze trochę i cię nim zastąpię — powiedział kapitan Baker — Teraz jedź porozmawiać z Jane White, a ty, Jay, powiedz technikom, żeby ściągnęli odciski palców z pistoletu.


***


Alan i Leo dostali od Jaya adres zamieszkania Matthew i Jane White'ów, więc weszli do auta i ruszyli w stronę ich mieszkania. Po odnalezieniu jednopiętrowego, niewielkiego, lecz dosyć bogatego mieszkania, otworzyli furtkę i weszli na posesję.

Było jeszcze dość jasno, mimo że nadchodził wieczór. Detektyw wiedział, że weterynarze pracują dość długo, lecz sądził, że Jane powinna być już w domu. Mężczyzna razem z psem podeszli do ciemnobrązowych drzwi i brunet nacisnął przycisk dzwonka, który znajdował się z ich prawej strony na ścianie kremowego domu. Czekali chwilę, Alan — stał niecierpliwie i gwizdał cicho, a Leo — siedział grzecznie obok pana, czekając na to, aż drzwi się otworzą. Po chwili usłyszeli ten sam głos co rano.

— Już idę! — krzyknęła Jane i po chwili stała w progu drzwi. — Witam, panie Wolf, co się stało?

— Dzień dobry, pani White, czy mogę wejść na chwilkę?

— Ależ proszę! — otworzyła przed nim drzwi i poszła do kuchni. — Kawę? Herbatę?

— Nie, dziękuję, muszę z panią porozmawiać — powiedział.

— Dobrze, panie Wolf, ale jeśli jest tu pan w sprawie psa, to wydaje mi się, że wszystko dziś już omówiliśmy — odpowiedziała Jane.

— Nie, to nie o to chodzi… Dzisiaj rano, kiedy dostałem telefon, będąc u pani… to dzwonił mój szef. Chodzi o to… że znaleziono pani męża… Przykro mi, pani White, pani mąż nie żyje — wytłumaczył jej Alan. Była to jego trzecia taka rozmowa w życiu, powiadamianie kogoś o śmieci jego bliskiego jest trudne.

— Co? Ale co pan mówi… nie, to niemożliwe… jak? Jak to się stało? — zapytała, a z jej oczu płynęły stróżki łez.

— Został zamordowany, śledztwo trwa — powiedział szybko Alan.

— Jak to możliwe…? Kto to zrobił…!? — krzyknęła Jane i zaczęła płakać. — Gdzie on jest!? Gdzie jest mój mąż!? — pytała Alana, a ten patrzył na nią zakłopotany.

— Spokojnie, pani White, wiem, że jest pani ciężko, ciało pani męża jest aktualnie badane przez koronerów, skontaktujemy się z panią co od odbioru, ale będzie pani musiała z pogrzebem troszkę zaczekać — oznajmił detektyw. — Gdy będzie się pani czuła lepiej, proszę się stawić na komendzie i udzielić odpowiedzi na kilka pytań. Najlepiej gdyby zrobiła to pani dziś albo jutro, ale nie będę panią pośpieszać, wiem, że jest pani ciężko — powiedział, a po chwili zadzwonił jego telefon. — Przepraszam, muszę odebrać.

Alan wstał z kanapy.

— Halo? — powiedział do telefonu.

— Alan Wolf? Mamy trop w sprawie morderstwa White’a. Taki dobry, ceniony i młody chirurg. Wielka strata dla miasta. Do rzeczy, słuchaj, na pistolecie nie znaleziono żadnych odcisków palców, sprawca najpewniej miał rękawiczki, ponieważ znaleziono kawałki czarnego włókna, do tego, tak jak wcześniej mówił Cassie, ofiara miała długi. White często grał w pokera wraz z niejakim Jamesem Lightem i Markiem Zane’em, a u tego pierwszego miał niemały dług. Light miałby powody, dla których mógłby zabić White’a, dlatego pojedziesz tam, przesłuchasz go i sprawdzisz, czy ma alibi. Jest jak na razie głównym podejrzanym, jeśli nie ma alibi, możesz go zgarnąć. Teraz jest świetna pora, żebyś mógł ich obu znaleźć w pubie „Red Hawk”, o którym wcześniej mówiliśmy — powiedział do niego kapitan Baker.

— Tak jest, już tam jadę — odpowiedział mu Alan i rozłączył się. — Przepraszam panią, pani White, ale muszę się zbierać, do widzenia — powiedział i wyszedł z jej mieszkania razem z Leo. Wsiedli razem do auta i pojechali do centrum miasta.


***


Alan zaparkował auto przy zatłoczonej ulicy, wziął ze sobą kajdanki i swój pistolet Glock 18C i ruszył do pubu.

— Hej! Tutaj nie można wchodzić z psami — krzyknął do niego barman.

— To detektyw na służbie — po części skłamał Alan, bo mimo że pies pracował z nim, to nie miał do tego uprawnień, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mężczyzna pokazał barmanowi odznakę.

— Dobra. Może wejść. Co tu robicie? — zapytał barman.

— Jestem detektyw Alan Wolf, a to Leo. Widziałeś może Jamesa Lighta? — zapytał Wolf.

— Taak, siedzi przy tamtym stole razem z Zane’em, grają już z dwie godziny — odpowiedział mu barman i wskazał palcem na dużego faceta z brodą, w ciemnej kurtce, w czarnych, ubłoconych butach oraz wełnianych rękawicach.

— Był tu wczoraj wieczorem? — zapytał Alan.

— Nie, wczoraj go właśnie nie było. Zane grał z kimś innym — powiedział mu barman.

— Dzięki — powiedział Alan, po czym ruszył w stronę faceta. Gość nie ma alibi.

Leo podążał za swoim panem, patrząc podejrzliwie na wszystkich wokół. Gdy byli już przy stoliku Lighta i Zane’a, Alan odezwał się.

— James Light?

— Czego? — odpowiedział mu Light, patrząc na swoje karty.

— Gdzie byłeś wczoraj w godzinach od 21:00 do 23:00? — zapytał go Alan, dostawiając sobie krzesło obok niego.

— To jakieś przesłuchanie? — zażartował.

— Tak. To jest przesłuchanie. Gdzie wtedy byłeś? Znasz Matthew White’a? — zapytał go ponownie detektyw.

— Kto wpuścił psy?! — krzyknął James do barmana. — Nie będę ci się z niczego tłumaczyć — powiedział do Alana.

— Co wiesz o Matthew? Kiedy go ostatni raz widziałeś? — zapytał go Alan jeszcze raz.

— Już ci mówiłem, że nie bawię się w to twoje całe przesłuchanie, idź sobie lepiej, jeśli nie chcesz, żeby ci się coś stało. A o tym parszywym złodzieju już na pewno nie będę z tobą rozmawiać — odpowiedział Light.

— Heh, fajne rękawiczki. Jamesie Light, jesteś zatrzymany pod zarzutem morderstwa Matthew White’a. Idziesz ze mną — powiedział, po czym wyciągnął kajdanki i złapał za nadgarstek Jamesa.

— Co? Oszalałeś? Ja go nie zabiłem! — tłumaczył się.

— Tak, oczywiście, to już wyjaśnimy na komendzie, a ty noc prześpisz w celi — powiedział Wolf, skuł go, co nie było proste, ale w końcu udało mu się wyprowadzić go z pubu i wsadzić do auta.

Po niedługim czasie byli na komendzie, mieli sporo dowodów na Jamesa, brak alibi, jego tkanina z rękawiczek pasowała do tej na pistolecie mordercy i do tego, White miał u niego dług i nie przepadali za sobą. Sprawa została praktycznie zamknięta.

Było już dość późno, więc Alan dostał pozwolenie na powrót do domu, a pierwszą rzeczą, którą zrobił po przyjściu, no, może oprócz nakarmienia psa, było pójście spać, po tak wyczerpującym dniu.


***


Był jeszcze ranek, ale słońce świeciło mocnym blaskiem przez niebieskie zasłony w pokoju Alana. Leo, który leżał na kołdrze obok swojego właściciela, zeskoczył z łóżka, podszedł do mężczyzny i zaczął lizać go po twarzy.

— Leo! Przestań! — powiedział Alan, przekręcając się na drugą stronę, aby pies nie mógł znów go polizać.

Owczarek, patrząc na swojego pana, który zapadał z powrotem w sen, zaczął skowyczeć.

— Leo? O co ci chodzi? — powiedział nieco zdenerwowany Alan, siadając na łóżku i patrząc na psa.

Czworonóg podszedł do komody, podskoczył i przednimi łapami oparł się o nią, a następnie strącił nosem komórkę detektywa tak, że spadła na podłogę.

— Leo! Co ci odbiło?! — krzyknął mężczyzna i zszedł z łóżka w celu podniesienia telefonu z podłogi.

Podniósł go — był cały — odblokował i wpadł w panikę. Ekran telefonu pokazywał mu godzinę 11:11 oraz 3 nieodebrane połączenia od kapitana i 5 SMS'ów.

— „Alan, gdzie jesteś?” — Kapitan.

— „Wolf!?” — Kapitan.

— „Co się dzieje?” — Kapitan.

— „Halo!? Masz zamiar dzisiaj przyjść do pracy?” — Kapitan.

— „Ej, Alan, co się dzieje? Kapitan Baker jest wkurzony, tak tylko uprzedzam” — Jay.

Alan prędko otworzył komodę, zabrał rzeczy do ubrania i pobiegł do łazienki się przebrać. Po chwili rozdzwonił się jego telefon. Wystraszony odebrał.

— Przepraszam, już jadę kapitanie…! — powiedział szybko.

— Wolf! Przyjedź pod Szpital Saint Cas, tam się spotkamy — opowiedział mu Jake Baker i rozłączył się.

Alan zabrał potrzebne rzeczy i razem z psem pojechali pod szpital. W całym miasteczku były korki, co było dość rzadkie. Wychodząc z domu, ujrzał słup dymu unoszący się nad centrum miasta, coś się musiało wydarzyć. Detektyw z daleka widział światła policyjnych samochodów, a także karetek i wozów strażackich, stąd ten korek. Policjanci zablokowali ulicę. Alan zaparkował auto na pobliskim parkingu koło wielkiego marketu i pobiegł razem z Leo do najbliższego radiowozu, który był pusty. Po chwili podszedł do niego jeden ze strażaków.

— Dzień dobry, przepraszam, ale nie może pan tu przebywać — poinformował Alana, który spojrzał na jego pełny strażacki kostium z naszywką „C. Gale”, a ten wyciągnął swoją odznakę.

Leo, patrząc na strażaka, zaczął warczeć i jeszcze trochę a by się na niego rzucił, gdyby nie Alan, który złapał psa za obrożę.

— Leo! Co się z tobą dzieje?! Spokój. Przepraszam pana bardzo, jestem detektyw Alan Wolf, widział pan kapitana Bakera? — zapytał brunet.

— Aaa, przepraszam, tak tak, jest przy tamtym radiowozie za wozem strażackim — odpowiedział mu strażak.

— Dziękuję — powiedział Alan i razem z psem pobiegł we wskazaną przez strażaka stronę. Po chwili ujrzał kapitana wraz z dwoma innymi policjantami. Podchodził do niego, patrząc na czarny dym unoszący się nad budynkiem i czując padający chłodny deszcz, który pomagał strażakom ugasić ogromny pożar jeszcze przed chwilą pożerający budynek wielkimi, gorącym, jasnymi płomieniami. Detektyw w pośpiechu podszedł do kapitana, wyrywając się z zamyślenia.

— Wolf! Nareszcie jesteś, ktoś podpalił szpital od środka, wylał benzynę, ochrona nikogo nie wyłapała. To prawdopodobnie jeden z pracowników albo ktoś z zewnątrz. Jest trochę rannych, strażacy próbują opanować sytuację, znaleźli też nieprzytomnego Cody’ego, nie miał na sobie kostiumu i ma trochę oparzeń. Podpalacz uciekł, nikt nie zna jego motywu — wytłumaczył mu szybko Jake Baker. — O twoim spóźnieniu porozmawiamy po sprawie.

— Dobrze kapitanie… Hmm.. Chwila, jaki Cody? — zapytał Alan, nie wiedząc, o kim mówił jego przełożony.

— Chyba go nie znasz, chodzi mi o Cody’ego Gale’a, jednego ze strażaków, pracował kiedyś z nami przy podpaleniu przez znudzoną młodzież chaty w lesie, ale chyby nie brałeś udziału w tej sprawie — powiedział do niego Baker.

Po chwili Alan zorientował się, co właśnie się stało.

— Kapitanie! Czy znaleziono strój Cody’ego? — zapytał, czując jak dostaje gęsiej skórki i przechodzi przez niego dreszcz.

— Przecież ci mówiłem, że znaleźli go bez stroju i bez hełmu! — powiedział.

— Ale… na pewno znaleźli Cody’ego? Rozmawiałem przed chwilą… z Cody’m Gale’em! — powiedział Alan, do którego właśnie dotarło, że minął się z podpalaczem.

— Cholera jasna, Wolf, Cody Gale leży nieprzytomny w karetce! — powiedział kapitan, wyciągając walkie-talkie. — Detektywi Rollins, McGee, mężczyzna podejrzany o podpalenie budynku skierował się w stronę… Alan, gdzie on poszedł?! — krzyknął Baker, ale Alan zerwał się do biegu.

Wolf razem z Leo pobiegli za wóz strażacki, szukając człowieka w stroju strażackim Gale’a, lecz nigdzie go nie widzieli. Po chwili, Leo podbiegł do najbliższych krzaków i zaczął szczekać do detektywa, który gorączkowo rozglądał się na wszystkie strony.

— Co się dzieje Leo? Co masz piesku? — powiedział do niego brunet i podbiegł do psa, który wyciągnął z krzaków pełny, żółty strój strażaka Cody’ego.


***


— Kapitanie, znalazłem tylko to… no, a raczej Leo znalazł. Po podpalaczu ani śladu — powiedział Wolf, trzymając ognioodporny kombinezon.

— Dobrze, technicy zajmą się tym, może znajdą jakieś odciski palców… oprócz twoich — powiedział Baker, patrząc na Alana.

— Taak… kapitanie, czy ktoś zginął w tym pożarze? — zapytał Alan.

— Z tego, co wiem, są dwie ofiary śmiertelne, które znajdowały się najbliżej źródła ognia, są to dwaj chirurdzy: Roberts i House… Wolf, mam wrażenie, że mamy w areszcie niewłaściwego człowieka odpowiadającego za śmierć White’a. Ktoś w tym miasteczku wyraźnie uwziął się na chirurgów — powiedział Jake Baker.

— Też tak sądzę, kapitanie, tylko kto i dlaczego miałby to robić? — zapytał Alan bardziej siebie, niż kapitana. — Idę porozmawiać z technikami — mówiąc to, oddalił się do kolejnego radiowozu stojącego nieopodal, przy którym spostrzegł Jay’a wraz z technikami Samem i Deanem.

— Hej, słuchajcie, potrzebuję waszej pomocy. Otwieramy sprawę morderstwa White’a. Coś tu nie gra… — powiedział Wolf. — Może tu nie chodzi o hazard. Może to morderstwo jest związane z pracą Matthew White’a? Chłopaki, poszukajcie w danych coś o osobach, które zmarły podczas operacji, przy których uczestniczyli White, House i Roberts — poprosił ich Alan.

— Nie ma sprawy, już szukamy — powiedział Dean i razem z Samem sięgnęli po laptopy i zaczęli szukać jakichkolwiek danych na ten temat.

— O! Mam coś! — powiedział szybko Sam. — Dwa tygodnie temu ci trzej chirurdzy operowali małego 10-cio letniego chłopca, Timothy’ego Andersona, który zmarł podczas operacji. Powodem był… błąd jednego z chirurgów…

— Zgadnij którego — powiedział Dean do Alana, po czym sam szybko odpowiedział. — Tak, chodzi o White’a. White miał sprawę w sądzie, ale wygrał. Zgadnij, kto był sędzią? Jego kuzyn — wytłumaczył lekko rozbawiony i nagle dla wszystkich sprawa była jasna.

— Znajdź rodziców chłopca… Zaczekaj… Anderson? Chyba… gdzieś go widziałem?… Klinika Jane White! Leo na niego szczekał… Tak jak na faceta w stroju Gale’a! To musiał być Anderson! Cholera, spotkałem go dwa razy i… Aha, mam do was jeszcze tylko jedno pytanie — powiedział zdenerwowany detektyw, patrząc na koronera i techników policyjnych.

— Tak? — odpowiedzieli wszyscy trzej naraz.

— Czy Jane White stawiła się na policji? — zapytał.

— Właśnie nie, próbowaliśmy się z nią też kontaktować, ale nic… — powiedział Sam.

— Cholera, tego się obawiałem. Jadę do mieszkania Jane, przekażcie to kapitanowi i powiedzcie mu o Andersonie — powiedział szybko Alan i razem z psem odbiegli w stronę ich zaparkowanego samochodu.


***


Alan i Leo weszli ponownie na posesję White'ów i podbiegli do drzwi, w które Wolf zapukał trzy razy i przyłożył głowę do okienka, lecz niewiele mógł zobaczyć, ponieważ w środku było dosyć ciemno. Chwycił klamkę i ją nacisnął. W ciemności zauważył zarys przewróconego na ziemię krzesła, które leżało na środku korytarza na przeciwko schodów, dokładnie obok wejścia do salonu. Detektyw odruchowo sięgnął do pasa po swój pistolet Glock 18C i wymierzył go przed siebie. Odwrócił się, patrząc na psa, który stał w progu drzwi.

— Zostań Leo — pies usiadł i obserwował właściciela.

Alan ledwo widział, praktycznie w całym domu było ciemno, nie licząc małego źródła światła wyraźnie dochodzącego z dużego pomieszczenia obok, które Alan uznał za salon. Mężczyzna podszedł do ściany i znalazł włącznik światła, więc go wcisnął. Po chwili jego oczom ukazał się wyraźnie cały korytarz i kawałek większego pokoju. Wszędzie potłuczone wazy, porozrzucane przedmioty i dwa przewrócone krzesła. Wolf ruszył w stronę salonu, skradając się cicho, wiedział, że napastnik może jeszcze gdzieś tu być. Brak śladów włamania na drzwiach utwierdzał go w fakcie, że mógł to być Anderson. Patrick Anderson, który przychodził do kliniki pani White, po rzeczy dla swoich zwierząt. Jane go znała, więc kiedy stanął u progu jej drzwi, wpuściła go bez wahania.

Detektyw przechodził przez salon, przeczesując powoli mieszkanie, gdy po chwili, piętro wyżej, usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Skierował się w tamtą stronę, zachowując czujność i koncentrując się w stu procentach. Wchodził po schodach i już prawie był na samej górze, kiedy ujrzał białego mężczyznę trzymającego niską blondynkę, która próbowała się mu wyrwać. Sięgnął po nóż kuchenny z zamiarem przyłożenia go do jej gardła, gdy nagle Alan krzyknął.

— Anderson! Odłóż nóż! Na ziemię! — Alan celował do niego z pistoletu, ale morderca przyłożył nóż do gardła pani doktor i gdyby nie refleks Alana, który strzelił w jego rękę, źle by się to skończyło.

Anderson upadł na kafelki, a Alan podbiegł do kobiety, która oparła się o blat kuchenny i próbowała odsunąć się od leżącego napastnika, gdy po chwili detektyw usłyszał za sobą skrzypienie schodów i warczenie. Szybko się odwrócił, widząc chłopaka ze sklepu zoologicznego, którego Leo przewrócił na brzuch i stanął na nim, szarpiąc rękaw jego koszuli tak, by ten wyrzucił trzymany w dłoni nóż. Alan podbiegł w kierunku psa, by mu pomóc, gdy nagle chłopak o imieniu Russel — Alan pamiętał plakietkę z jego imieniem — uwolnił rękę i przejechał nożem po boku psa.

— Nie! Leo! — Alan rzucił się na chłopaka, wydzierając z jego ręki nóż i przygwożdżając go do podłogi w kuchni, 5 metrów od Andersona, który nagle odezwał się.

— Nie daj się synu — po czym podniósł się i byłby blisko ugodzenia nożem Alana, gdyby nie owczarek, który mimo rany, złapał go za nogę i przewrócił na kafelki.

Alan zdążył już skuć młodego Russela Andersona, który leżał na brzuchu, tak samo jak jego nieprzytomny ojciec, który w związku z utratą krwi lub uderzeniem głową w podłogę, stracił przytomność. Detektyw sięgnął po telefon i zadzwonił do kapitana.

— Przyślijcie dwa radiowozy oraz techników, złapałem mordercę White’a i jego młodszego wspólnika — powiedział i odetchnął z ulgą. To nareszcie koniec.

Wystraszona Jane White siedziała na podłodze oparta o szafkę w kuchni, była w takim szoku, że nawet się nie odzywała. Po 5 minutach przyjechała policja, przesłuchali ją, spisali protokół i aresztowali ojca i jego syna za morderstwo, napaść i usiłowanie zabójstwa, a także podpalenie szpitala.

Alan siedział przy rannym psie, który leżał na chłodnych kafelkach kuchni. Spokojnie pogłaskał go po głowie i dźwignął na ręce, zabierając go na dół.

— Jane! — krzyknął do siedzącej w tylnych drzwiach karetki kobiety. — Leo jest ranny! Potrzebuję twojej pomocy! — powiedział. Jeden z sanitariuszy karetki popatrzył na niego i odezwał się.

— Detektywie! Proszę tutaj, mogę mu pomóc — powiedział. Alan podbiegł do niego, sanitariusz wziął od niego psa i położył na noszach. Wyczyścił psu ranę wodą utlenioną, zastosował jeszcze jakieś inne środki, których Alan nie znał i zabandażował.

— Jest dobrze, rana nie jest głęboka, więc nie trzeba było zszywać, powinna się zagoić w ciągu tygodnia lub dwóch — poinformował Alana. — Dziękuję bardzo, panie…? — powiedział detektyw i zorientował się, że nie za sanitariusza.

— Ryan Williams, nie ma za co, po prostu chciałem pomóc — odpowiedział.

— Alan Wolf, jeszcze raz dziękuję. Mogę go zabrać? — powiedział i wskazał na leżącego czworonoga.

— Tak, tak, tylko proszę uważać, rana jest jeszcze świeża. Do widzenia, panie Wolf. — powiedział Ryan i patrzył na oddalającego się Alana z psem na rękach, zmierzającego do samochodu.

W drodze do pojazdu zatrzymał mężczyznę Jake Baker.

— Alan, stój! Wiesz, że to było nierozważne wyruszać samemu? — zapytał kapitan.

— Nie byłem sam, był ze mną Leo — odpowiedział brunet.

— Co do tego psa, mam dobre wieści. Jak na pewno wiesz, wieści szybko się rozchodzą, jest już tutaj telewizja i opowiadają o dzielnym detektywie i jego psie. Otóż zadzwoniła do mnie przed chwilą policja z Chicago — chcieliby cię wraz z psem w ich oddziałach K-9 — mówił, a Alan z niedowierzaniem słuchał. — Masz dużą wiedzę, potencjał, potrafisz posługiwać się różnymi rodzajami broni i masz świetnego psa, który perfekcyjnie nadaje się do K-9. Ja bym nie marnował takiej szansy — powiedział, a Alan stał jak wryty, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

— Ja… Ja? W oddziałach K-9? Ale na pewno? Nikt się nie pomylił? — jąkał się detektyw.

— Wolf, chłopie, mówię o tobie — powiedział do niego kapitan, a Alan wreszcie uwierzył w jego słowa.

— Od kiedy mam zacząć? — zapytał Alan nadal w szoku.

— Pracę? Chcą cię jak najszybciej, chociaż nie musisz się spieszyć. Masz sporo czasu tym bardziej, że stąd, małej dziury jaką jest Springfield, jest kawałek drogi do Chicago. Dobra, Wolf, leć do domu odpocząć, to był ciężki dzień — powiedział i pożegnał się z Alanem.

To był długi i ciężki dzień, było już całkiem ciemno, kiedy Alan i Leo wrócili do domu.

Obaj nie marzyli o niczym innym niż odpoczynek, więc weszli na łóżko i po chwili pies zasnął, leżąc po jednej stronie, a Alan — po drugiej. Mężczyzna zastanawiał się jeszcze, jak bardzo jego życie zmienił pies, którego znalazł w lesie. Dzięki Alanowi to zwierzę poznało na nowo czym jest ludzka miłość i zyskało dom.

Martyna Skiba

Pierwsza miłość…

W życiu każdego dorosłego człowieka przychodzi taki etap, w którym musi zmierzyć się z nowym wyzwaniem, jakim jest znalezienie pracy. Również w życiu Alex przyszedł taki czas. Po ukończeniu studiów medycznych dziewczyna ubiegała się o pracę w wielu prywatnych przychodniach, jednak bezskutecznie. Pediatria była jednym z bardzo obleganych kierunków, dlatego też wiele klinik odsyłało ją z kwitkiem. Postanowiła dać sobie ostatnią szansę i stwierdziła, że jeśli tutaj jej się nie uda, nie podejmie pracy w swoim zawodzie. Złożyła swoje CV do prywatnej przychodni pediatrycznej „Dr. Pain” na obrzeżach Saint Louis. Zaproszono ją na rozmowę wstępną, która wypadła dość dobrze.

Właścicielem kliniki był zabójczo przystojny, ciemnooki brunet o imieniu Lucas. Dziewczyna nie mogła zaprzeczyć, że szef już na pierwszej rozmowie wpadł jej w oko, gdyby nie fakt, że nie należał do najmilszych osób. Był bardzo zaborczy i za wszelką cenę chciał postawić na swoim, co Alex nie za bardzo się podobało. Mimo to Lucas zadzwonił do niej już następnego dnia z dobrą wiadomością i oznajmił jej, że przyjmuje ją na okres próbny. Dziewczyna bała się okropnie tego, jak to wszystko się ułoży, ale mimo to postanowiła sprostać zadaniu.

Następnego dnia miała pojawić się równo o dziewiątej w pracy. Całą środę chodziła zdenerwowana i pesymistycznie nastawiona do swojego pierwszego dnia w nowej pracy. Wieczorem naszykowała sobie strój, który składał się z białej koszuli i czarnej, ołówkowej spódnicy, dobrała do tego złotą biżuterię i czarne, wysokie szpilki. Ustawiła budzik na siódmą, żeby zdążyć się ubrać i umalować. Wzięła prysznic i położyła się spać z głową pełną złych myśli. Przez całą noc przerzucała się z jednego końca łóżka na drugi, nie mogąc niczego sobie poukładać. Zdecydowanie ta noc była jedną z najgorszych. Zasnęła około godziny drugiej.

Obudził ją niesforny budzik, który dzwonił na całe mieszkanie. Alex z niechęcią do życia i wszystkich wokół podniosła się z łóżka. Po zjedzeniu niewielkiego śniadania, na które składała się owsianka z bananami oraz trochę zimnej niedopitej poprzedniego dnia kawy, skierowała się najpierw do łazienki, a kolejno po przygotowane wczoraj ubrania.

Po tych wszystkich czynnościach, które zajęły jej nieco ponad godzinę, spakowała do torebki swoje najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak dokumenty czy klucze od samochodu i wyszła, zamykając drzwi swojego mieszkania. Pogrążona była w ciągłych rozmyślaniach na temat jej inauguracyjnego dnia pracy. Ruszyła do swojego czarnego Range Rover’a którym zajechała pod samą klinikę.

Weszła z uśmiechem na twarzy do środka, chcąc zrobić dobre wrażenie, jednak strach mimo to w niej siedział. Od wejścia dało się usłyszeć donośne rozmowy pracowników na temat jej osoby. Skierowała się od razu do gabinetu szefa, by ustalić z nim swoje obowiązki. Nie dało się nie zauważyć tego jak Lucas mierzył ją wzrokiem, gdy tylko się tam pojawiła. Po ciele dziewczyny przeszedł dreszcz. Usiadła naprzeciw szefa i wsłuchiwała się dokładnie w każde jego słowo, które odbijało się echem w jej głowie. Po zakończeniu tej jakże ciężkiej rozmowy udała się do wskazanego jej gabinetu i zaczęła swoją pracę.

Pierwszy dzień pracy minął jej szybko, choć miała sporo obowiązków, wielu pacjentów i musiała zostać dłużej.

W przychodni panował już mrok, jedyne co dało się usłyszeć, to uderzanie palcami w klawiaturę. Wszyscy dawno już opuścili to miejsce, udając się do domów i zapewne teraz wylegując się już w swoich łóżkach. Alex postanowiła, że na dziś już sobie odpuści i resztę obowiązków dokończy jutro. Gdy nakładała na siebie swój długi czarny płaszcz, w drzwiach pojawił się mężczyzna, który bacznie się jej przyglądał.

— Ty jeszcze tutaj? — spojrzał na nią dokładnie, lustrując jej sylwetkę.

— Jak widać, szefie, musiałam dokończyć to, co zaczęłam — popatrzyła w jego oczy, oplatając szyję szalikiem.

— Zmywaj się, jest już późno, a na ciebie zapewne czekają w domu rodzice z kolacją — uśmiechnął się do niej złośliwie, przegryzając wewnętrzną stronę policzka.

— Tak się składa, że mieszkam sama i jedynie kto na mnie czeka, to mój piesek Harold, biała włochata kulka.- Odwróciła się i sięgnęła po klucze od auta.

— A twój chłopak?

— Sądzę, że to już nie pana interes — uśmiechnęła się złośliwie i zabrała torebkę, wychodząc z gabinetu. Widać było, że Lucasowi niezbyt spodobała się jej odpowiedź i to, jak zachowała się względem niego. Zacisnął szczękę i zabrał swoje rzeczy, zamykając klinikę i sam udał się do domu.

Przez cały następny tydzień Alex nie zamieniła słowa z Lucasem. Było jej głupio, że tak niegrzecznie zachowała się względem niego, ale sam był sobie winien, nie powinien wnikać w jej życie uczuciowe, zwłaszcza teraz, gdy miała z nim wiele problemów.

Niedawno zakończyła związek, który bardzo zniszczył jej pogląd na świat, a zwłaszcza na płeć męską. Jej już były chłopak nie miał dla niej ani krzty szacunku i obrażał ją na każdym możliwym kroku, a ona, cóż, dawała mu się, ponieważ go kochała.

Gdy wreszcie zebrała się na odwagę zakończenia tego jakże toksycznego związku, musiała wyprowadzić się z miasta, ponieważ John rozgadał na nią tak wiele okropnych plotek, że po prostu nie umiała znieść wzroku tych wszystkich ludzi. Przeprowadziła się do Springfield, gdzie kupiła imponujący dom na obrzeżach miasteczka. Umeblowała go według swojej wizji, choć po starym właścicielu pozostał duży brązowy zegar z kukułką, który dawał o sobie znać o pełnych godzinach. Irytował dziewczynę, ale nie miała serca go wyrzucić.

W sobotę wybrała się na pierwsze większe zakupy do domu. Spacerując po ogromnej galerii, zapatrzyła się na witrynę sklepu z ozdobami świątecznymi i wpadła na silną męską sylwetkę.

— Och! Przepraszam, zamyśliłam się i… — uśmiechnęła się i nieśmiało uniosła wzrok na osobę, w którą uderzyła i zamilkła.

— Nawet tutaj… panią spotykam — Lucas spojrzał na nią i podrapał się po karku.

— Jak widać. Jeśli już tak na ciebie, znaczy się pana wpadłam, to chciałam porozmawiać na temat mojego zachowania — spuściła głowę.

— Więc, co powie pani na kawę? — Uśmiechnął się łagodnie w jej stronę.

— Nie mam nic przeciwko — przegryzła wargę i ruszyła za nim w stronę najbliższej kawiarni.

Szli ramię w ramię bez słowa, można było stwierdzić, że jest to niezręczna cisza, aczkolwiek żadne z nich nie miało odwagi jej przerywać. Dopiero w momencie, gdy dotarli do kawiarenki, Lucas odezwał się jako pierwszy, pytając dziewczynę, na co ma ochotę. Zamówiła małą czarną i znalazła wolne miejsce przy stoliku, usiadła i założyła nogę na nogę, czekając, aż mężczyzna wróci z ich zamówieniami. Po niecałych 5 minutach w stronę dziewczyny podążał już uśmiechnięty Lucas z ich napojami.

— Więc o czym chciała pani porozmawiać? — usiadł naprzeciw niej.

— Chciałam pana przeprosić za moje ostatnie zachowanie, było to dość dziecinne z mojej strony i… Przepraszam — spojrzała zarumieniona w jego stronę.

— Może zacznę od tego, żebyśmy przeszli na Ty, nie jestem aż taki stary, żeby mówić do mnie per pan — wyciągnął w jej stronę dłoń. — Lucas.

— Alex — dziewczyna spojrzała mu w oczy i delikatnie się uśmiechnęła

— A więc kontynuując, nie gniewam się na ciebie, chociaż nie lubię, gdy moi pracownicy nie mają do mnie szacunku, aczkolwiek wybaczam ci to. Żeby mi to był ostatni raz! — wypowiadając ostatnie zdanie, zaśmiał się cicho.

— Jasna sprawa, szefie! — zasalutowała i upiła łyk aromatycznego napoju.

Gdy wypiła swoją kawę, zebrała się szybko, tłumacząc, że musi dokończyć zakupy. Przeszła sama kilka sklepów, powoli rozglądając się za prezentami dla najbliższych.

Była połowa listopada, a ona nie miała jeszcze żadnych planów co do Świąt czy Sylwestra. Alex nie należała do osób planujących wszystko z wyprzedzeniem, była bardziej osobą, która żyła chwilą, nie oglądając się na konsekwencje.

Po zakończonych zakupach ruszyła do domu, gdzie spędziła resztę wieczoru, oglądając jakiś głupi serial. Nie była nim zbyt zainteresowana, bo jej myśli krążyły, całkiem gdzie indziej. Zastanawiała się nad dzisiejszym spotkaniem z Lucasem, zaskoczył ją i to dość pozytywnie, do dziś poznała go tylko z tej gorszej strony, aroganckiego dupka, a dziś naprawdę było przyjemnie.

Niedzielę spędziła u mamy, która mieszkała pod miastem. Miała z nią bardzo dobry kontakt, kobieta była nie tylko jej matką, ale również jej najlepszą przyjaciółką, na którą mogła zawsze liczyć. Opowiedziała Anne o swojej nowej pracy i szefie, którego nie mogła pominąć. Zjadła w rodzinnym domu obiad i wróciła do siebie. Przygotowała sobie ubrania na następny dzień pracy. Jej strój tym razem składał się z czarnej sukienki przed kolano i wysokich kozaków, nie bawiła się w dobieranie biżuterii, bo nie czuła takiej potrzeby. Zrobiła sobie skromną kolację składającą się z kanapki z serem, którą zapiła gorzką herbatą.

Mieszkała w tym domu bardzo krótko, ale już powoli coraz mniej jej się to podobało. Czuła się samotna i przygnębiona. Jedyną postacią, która biegała po domu, był piesek, chociaż dziewczynie powoli wydawało się, że i jemu się tu przykrzy. Po zjedzonej kolacji udała się pod prysznic, a następnie do łóżka, gdzie bez większych problemów usnęła.

W poniedziałek rano jak zawsze obudził ją głośny budzik, zebrała się dość szybko jak na nią. Ubrała się w przygotowany poprzedniego dnia strój, pomalowała się delikatnie i zabrała z blatu kuchennego jabłko, udając się do wyjścia. Zamknęła swoje mieszkanie i poszła do samochodu. Męczyła się z nim ponad godzinę, bo nie chciał odpalić. Pech chciał, że akurat w poniedziałek musiała spóźnić się do pracy. Od progu w drzwiach czekał już na nią Lucas z groźną miną.

— J-Ja panu, znaczy się tobie wszystko wytłumaczę — dziewczyna nagle poczuła się mniejsza i zagrożona, co dało się zauważyć w jej oczach.

— Do mojego gabinetu, już! — Lucas starał się udawać poważnego i nie roześmiać w momencie, gdy zobaczył tę biedną dziewczynę prawie kulącą się przed nim.

— Lucas, ja przepraszam, samochód mi nawalił, to się więcej nie powtórzy — zaczęła się szybko tłumaczyć.

— Hej, hej spokojnie, nie zjem cię. Muszę udawać szefa dupka, gdy wszyscy patrzą. Rozumiem, sam mam samochód, który nie zawsze działa. A do twojego mogę zajrzeć po pracy, jeśli chcesz — uśmiechnął się, rozluźniając atmosferę.

— No, jeśli to nie problem, byłabym wdzięczna, ale masz dużo spraw na głowie… i dziękuję szefie, że mnie nie zabiłeś za to spóźnienie — dziewczyna odwzajemniła uśmiech.

— Daj spokój, mała, jesteśmy ludźmi. A teraz do pracy! — wskazał na drzwi, śmiejąc się.

Alex wyszła z jego gabinetu z uśmiechem na ustach i podążyła do swojego, rozpoczynając codzienne obowiązki. Dzisiejszy dzień nie był dla niej jakoś szczególnie ciężki, przyjęła kilku małych pacjentów i wypełniła wszystkie papiery. Mimo że pracę kończyła tuż po 16, na dworze panował już mrok, a pogoda nie była zbyt zachwycająca.

— Lucas? — Zapukała delikatnie do jego gabinetu.

— Tak? Wejdź! — krzyknął, pisząc coś w komputerze.

— Będę się powoli zbierać, wszystkie papiery masz na moim biurku iii… no to tyle. — Odwróciła się, kierując w stronę wyjścia.

— Ja powoli już kończę, więc za jakąś godzinę spodziewaj się mnie u ciebie, zobaczę co z tym twoim samochodem — mówił, wpatrując się w ekran laptopa.

— Oczywiście. Będę czekać. — Wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Wsiadła do samochodu i zanim udała się do domu podjechała jeszcze do pobliskiego sklepu, kupiła podstawowe składniki, żeby ugotować coś dla siebie i Lucasa na kolację. Chciała zrobić na nim dobre wrażenie i chociaż trochę go zaskoczyć. Dokupiła jeszcze kilka słodkości i dwie butelki czerwonego wytrawnego wina. Zapłaciła za całe zakupy i udała się do domu. Zdążyła ogarnąć mieszkanie i wstawić makaron oraz mięso do spaghetti, które postanowiła zrobić na kolację. Usłyszała dzwonek do drzwi i w fartuszku pobiegła je otworzyć.

— Wow, cóż za przywitanie — zaśmiał się chłopak w drzwiach.

— Nie zdążyłam ubrać mojej sukni balowej — uśmiechnęła się. — Wejdź.

— Ale pięknie pachnie, nie przeszkadzam? — Zaciągnął się zapachem, rozglądając się po mieszkaniu.

— Nie, tutaj masz kluczyki od mojego samochodu, stoi na podjeździe.

— Się robi — wyszedł, przymykając drzwi od domu.

Alex wróciła do przygotowywania posiłku, dodała jeszcze kilka przypraw i ustawiła naczynia na stole. Lucas już dobrą chwilę grzebał przy samochodzie i dziewczyna powoli zaczęła się niecierpliwić.

— Lucas? Długo jeszcze? — krzyknęła.

— Już skończyłem. — Wszedł do domu, ściągając rękawiczki z dłoni.

— Kolacja na stole. — Postawiła jeszcze wino na środku i gestem ręki zaprosiła go do stołu.

— Twoje autko, będzie działać. Musiałem przeczyścić kilka części, ale wszystko już działa.

A kolacja wygląda pysznie, dziękuję. — Uśmiechnął się do niej, siadając po drugiej stronie stołu.

— Starałam się, mam nadzieję, że będzie ci smakowało.

Kolacja przebiegła im bardzo przyjemnie, rozmawiali o swoich zainteresowaniach, przygodach, podróżach, nawet zahaczyli o temat marzeń. Oboje poznali się bliżej i załapali naprawdę dobry kontakt. W pewnym momencie chłopak się rozbudził i zorientował, że przyjechał samochodem, a pił wino. Alex zaproponowała mu nocleg, a on bez większego przekonywania się zgodził. Dziewczyna posprzątała po kolacji, a potem oboje postanowili obejrzeć film. Dochodziła północ, a ona patrzyła już ledwo na oczy. Pożegnała się z nim, życząc mu dobrej nocy i udała się do swojej sypialni, gdzie jeszcze przez długi czas nie mogła zasnąć, wspomnieniami wracając do mijającego dnia.

Następnego dnia dziewczynę obudził zapach naleśników dochodzący z dołu. Zeszła w kapciach i swojej niedługiej koszuli nocnej. Wchodząc do kuchni, ujrzała Lucasa podśpiewującego jakąś nieznaną jej piosenkę i smażącego w najlepsze naleśniki.

— Nie przeszkadzam panu? — zaśmiała się, przeciągając ramiona.

— Dzień dobry, dobrze trafiłaś, zaraz będą naleśniki — podrzucił jednego do góry skupiony.

— Widzę, że czujesz się tu jak u siebie. — Stanęła naprzeciwko niego, zakładając ręce na biodra.

— Czy to źle? Chciałem, zrobić Ci dobre domowe śniadanie. Patrząc na to, co masz w lodówce, nie odżywiasz się zbyt dobrze jak na Panią doktor. — Popatrzył na nią, marszcząc brwi.

— To tylko zawód, a nie styl życia. Daj mi te naleśniki, bo umrę z głodu! — Wzięła naczynia dla siebie i mężczyzny. Usiadła przy wyspie kuchennej, czekając na jedzenie.

— Proszę, królowo, częstuj się — zaśmiał się, stawiając jej przed nosem talerz z naleśnikami.

— Są przepyszne — zachwycała się, rozkoszując się smakiem.

Poranek minął im bardzo przyjemnie, dużo się śmiali i dobrze bawili w swoim towarzystwie. Po śniadaniu dziewczyna zebrała się szybko i pojechali razem jej samochodem do kliniki. Oczy wszystkich pracowników skierowały się na ich dwójkę wchodzącą razem. Dziewczyna zawstydzona tym zdarzeniem udała się do swojego gabinetu. A Lucas dał się pochłonąć obowiązkom i zasiadł do laptopa. Po pracy Alex zamieniła z nim zaledwie kilka słów, dziękując za wczorajszy wieczór i pomoc przy samochodzie.

Tak minął im cały tydzień, oboje byli pochłonięci pracą, która była trochę ich ucieczką od dnia codziennego. Mężczyzna był bardzo zadowolony z jej pracy, ale nie chciał jej chwalić, bo bał się, że obrośnie w piórka. Weekend oboje spędzili w swoich domach, nie robiąc nic produktywnego.

W poniedziałek Alex przyszła dziwnie poddenerwowana, Lucas nie chciał wnikać, co się stało, ale sam zmartwił się tym, co się u niej dzieje. Czy tego chciał, czy nie Alex stawała się powoli jego codziennością, a on powoli zaczynał darzyć ją uczuciem.

Dzisiejszego dnia nic jej się nie udawało. Wszystko leciało jej z rąk. Wpadła do gabinetu szefa, bez pukania i stanęła przed jego biurkiem.

— Chciałabym dwa dni wolnego — zacisnęła zęby, wyraźnie czymś się denerwując.

— Z jakiego powodu? — Wstał, spoglądając jej głęboko w oczy, doszukując się jakichś szczegółów.

— Prywatnego — warknęła.

— Alex, widzę, że coś jest nie tak, biegasz zirytowana, z rozmazanym makijażem i jestem w stu procentach pewien, że dzisiejszą noc przepłakałaś. Wiem, że nie znamy się wieki, ale możesz mi się wygadać i na mnie liczyć. — Przegryzł wargę, starając się ją przekonać

— Nie chcę tutaj o tym rozmawiać — mruknęła cicho, spuszczając głowę.

— Więc zapraszam cię na kawę i wszystko mi opowiesz, nie zostawię tak tego. — Zabrał płaszcz z wieszaka, kierując się do drzwi. — Zbieraj się.

Alex udała się jeszcze do swojego gabinetu i zabrała kilka rzeczy, które musiała dokończyć w domu. Wyszli razem z biura, idąc ramię w ramię bez słowa. Ona zastanawiała się, czy może zaufać mu do tego stopnia, by opowiedzieć mu o swoich problemach, zaś on nie chciał póki co zamęczać jej pytaniami. Wsiedli do jego samochodu, którym udali się do najbliższej kawiarni. Zamówiła gorącą czekoladę, a on duża Latte. Czuła się coraz bardziej skrępowana, jednak Lucas postanowił przerwać tę ciszę.

— Alex.. Ja wiem, że nasza znajomość nie zaczęła się najlepiej, ale z czasem zależy mi na tobie coraz bardziej i chciałbym byś powiedziała, co leży ci na sercu… — mówił do niej spokojnie i delikatnie jak do dziecka.

— J-ja… sama nie wiem, od czego zacząć. Nie było okazji, by ci o tym powiedzieć. Mój były facet nęka mnie od dłuższego czasu, przez niego przeprowadziłam się tu, bo w moim mieście wszyscy po prostu zabijali mnie wzrokiem. Nie mam pojęcia, jakim cudem mnie tu znalazł, ale wiem, do czego jest zdolny. Póki co to tylko listy z pogróżkami i straszenie, że mnie obserwuje, ale to jest wariat i on jest w stanie zrobić wszystko… — mówiła to z trzęsącymi się ze strachu rękoma.

— Przeprowadzam się do Ciebie — rzekł bardzo stanowczo i bez zastanowienia.

— Lucas, ale! — krzyknęła, lecz nie dane było jej skończyć.

— Nie ma żadnego, ale… po prostu zbieraj się, kawę dopijesz w samochodzie. Nie pozwolę narazić cię na niebezpieczeństwo jakiegoś debila. — Ubrał się szybko, ciągnąc ją za rękę za sobą.

Jego przeprowadzka nie trwała długo. Zabrał swoje najpotrzebniejsze rzeczy i po prostu dał się ponieść chwili. Nie myślał o konsekwencjach mieszkania z tą dziewczyną. Wiedział, że coraz bardziej, z każdym dniem się w niej zakochuje i starał jej się to pokazać jak tylko mógł. Z zarozumiałego i aroganckiego dupka, zrobił się facetem idealnym.

Każdego dnia przed pracą robił śniadanie dla ich dwójki. Jeździli razem do pracy, on nawet przełamał się do sprzątania, czego nigdy nie robił u siebie w domu. Ich relacje były bardzo bliskie, już nie raz Alex zasypiała w jego ramionach na kanapie po wieczornym oglądaniu filmów. Ona nie miała nic przeciwko, a on uwielbiał trzymać ją w ramionach.

Miesiąc wspólnego mieszkania minął jak z bicza strzelił. Każdego dnia jeździli razem do pracy, gotowali wspólnie, można wręcz było rzec, że zachowywali się jak para.

Pewnego piątkowego wieczoru Lucas zebrał się na odwagę, by wreszcie zaprosić dziewczynę na ich pierwszą poważną randkę. Nie wiedział, jakiej odpowiedzi mógł się spodziewać, ale na jego szczęście Alex przyjęła jego propozycje z ogromną chęcią. Wieczór spędzili w bogato ozdobionej restauracji, zajadając się ich ulubionymi daniami, dużo się śmiali, rozmawiali, czy po prostu patrzyli sobie w oczy. Lucas w pewnym momencie stał się bardzo poważny.

— Alex, bo jest pewna sprawa… która chodzi mi po głowie od momentu kiedy weszłaś do mojego gabinetu. Wiem, że wtedy zachowywałem się arogancko, ale zmieniłem się.

Dla ciebie i może zechciałabyś uczynić mi ten zaszczyt i zostać moją dziewczyną?

— Zaskoczyłeś, ale zgadzam się! — odpowiedziała, przytulając się do niego.

Oboje ten wieczór spędzili najlepiej jak się dało, nie zabrakło przytulania, pocałunków czy słodkich słówek. Około północy udali się do sypialni Alex, by dać się porwać w objęcia Morfeusza. Koło godziny drugiej w nocy Lucas poczuł niesamowity smród dochodzący z dołu. Szybko obudził swoją partnerkę i zbierając swoje rzeczy, wybiegli z domu. Okazało się, że cały ogród płonie, a ogień przenosi się coraz bardziej na dom. Wezwali straż pożarną, co niestety niewiele dało.

Dom całkowicie spłonął, ale wspomnienia pierwszych wspólnych w nim chwil, pozostały na zawsze w ich pamięci…

Aleksandra Bożek

Future

Wirtualny świat

Mężczyzna obudził się. Przetarł oczy ręką i wstał ze swojego łóżka. Podszedł do szafy i wyciągnął z niej szary uniform. Strój przypominał mundur, był szorstki w dotyku, z przypiętym na rękawie miniaturowym ryngrafem z rodowymi znakami. Bardzo go lubił, ponieważ podkreślał jego status społeczny.

Gregory, bo tak ów człowiek się nazywał, należał do arystokracji. Poza tym miał około 20 lat. Chciał zostać projektantem przestrzeni VR, gdyż wszędzie słyszał o wszechobecnych kopułach. Był ateistą.

Po przebraniu się zszedł na dół, do kuchni. Stały tam: lodówka, piekarnik z płytą indukcyjną i zmywarka. Wszystkie te przedmioty nie miały przycisków, ponieważ sterował nimi dom. Na środku pomieszczenia znajdował się stary, drewniany stół z ryngrafem w centralnym miejscu przedstawiającym rękę trzymającą chorągiew. Stół stylistycznie nie pasował do wystroju wnętrza, ale mężczyzna zatrzymał go, ponieważ należał do jego ojca, założyciela rodu Tuckerów.

Na płycie indukcyjnej smażyła się jajecznica. Gregory wiedział, jaki smak będzie miała jajecznica — za każdym razem posiadała identyczny smak, ponieważ jego dom, a konkretnie moduł kuchenny A.I. Kitchen, zawsze przygotowywał identyczne potrawy. Jedząc jajecznicę, myślał o swojej pierwszej inspekcji kopuły, którą każdy praktykant musiał odbyć.

Po spożyciu posiłku udał się do modułu garażowego — minimalistycznego, przestronnego, jasnego, ponieważ wszystkie schowki były ukryte w podłodze i wysuwały się dopiero wtedy, gdy właściciel domu tego sobie zażyczył. W centralnym miejscu garażu stało białe Audi, w pełni elektryczne i autonomiczne. Miało już dwadzieścia lat, jednak Gregory nie chciał go zmieniać na żadne inne zgodnie z ideą oszczędności. Otworzył drzwi i wsiadł do środka. Wnętrze było szaro — białe, posiadało cztery obrotowe siedzenia i stolik pomiędzy nimi. Mężczyzna wiedział, dokąd chce jechać, pomyślał, że sprawdzi jak działa najbliższa kopuła VR.

— Audi, start — wypowiedział arystokrata, a na tę komendę silnik włączył się prawie bezgłośnie.

— Adres: ulica Genetyków 1a. — Samochód ruszył, wyjechał z garażu i włączył się do ulicznego ruchu.

Na ulicy poruszało się niewiele samochodów, jednak wszystkie były autonomiczne. Ulicę zbudowano z paneli pobierających energię słoneczną oraz zamieniających nacisk pojazdów na jezdnię w energię elektryczną. Ruch samochodów był skoordynowany, dzięki komunikowaniu się wehikułów między sobą. Stłuczki, a tym bardziej poważne wypadki nie zdarzały się. Ogólnie na świecie, od momentu wynalezienia półprzewodników ze znikomą stratą energii w temperaturze pokojowej, głównie w Afryce zaczęły powstawać farmy słoneczne mierzone w hektarach.

Świat od dawna przygotowany na takie wydarzenie bardzo łatwo przestawił się praktycznie całkowicie na prąd. Problemem jednak nadal pozostawało przeludnienie, bo o ile prąd łatwo wytworzyć, to surowców na ziemi fizycznie na taką liczbę ludzi nie ma.

Najbardziej tragicznym przykładem jest Puszcza Amazońska, która teraz jest wielkości stanu Rhode Island. Najgorsze jest to, że ludzie w latach 20–tych XXI wieku zamiast myśleć o Ziemi, myśleli tylko o sobie i swoich portfelach. W efekcie w Afryce nie ma lwów, słoni, żyraf i innych dużych zwierząt, na świecie nie ma stałej pokrywy lodowej, a rafy są tak rzadkie, jak latimerie w latach 20–tych. Krótkowzroczni ludzie tamtego okresu zmieniali co chwilę auta, jedli w McDonaldach i bawili się w święta konsumpcjonizmu, takie jak Black Friday lub Boże Narodzenie. Na szczęście istnieli wtedy ekolodzy, którzy nawet za cenę własnego życia bronili Puszczy Amazońskiej. To oni obecnie wyparli różnych świętych z nazw szkół, instytucji itd.

Podczas podróży Gregory przeglądał na ekranie, umieszczonym pośrodku stolika, artykuły związane z coraz lepszą prognozą przyszłości USA, problemami w Kotle Bliskowschodnim oraz dane na temat kopuły, którą chciał właśnie sprawdzić. Według wygenerowanego raportu działała bez zarzutu. Przestał czytać, gdy na horyzoncie zauważył kopułę. Poczuł jak samochód zwalnia, obrócił się, aby zobaczyć przez przednią szybę, czy dojechał do celu. Samochód dojechał do bramy wjazdowej i zatrzymał się. Na dotykowym ekranie pojawiła się informacja: WPROWADŹ KOD. Tucker wpisał go i brama otworzyła się, a auto wjechało do środka. Gdy pojazd zatrzymał się w najbardziej optymalnym miejscu, mężczyzna wysiadł i wzrokiem poszukał wejścia. Gdy go nie znalazł, miał zamiar obejść całą kopułę, jednak usłyszał kobiecy głos.

— Gregory Tucker, miło mi pana poznać, jestem Lidia — powiedział mechaniczny głos. Gregory obrócił się i zobaczył kobietę ubraną w bordowy płaszcz. Gdyby nie to, że spotkał ją w takim miejscu, uznałby ją za człowieka.

— Pokaż mi wejście do kopuły 1a, przybyłem tu przeprowadzić inspekcję — rzekł do androida.

Robot posłusznie skinął głową, po chwili Tucker za plecami usłyszał szczęk otwieranych powoli drzwi. Obrócił się i ruszył w tamtym kierunku. Lidia podążyła za nim i zaczęła opowiadać.

— Od kiedy ten kompleks został uruchomiony, żaden użytkownik nie chciał zostać odłączony, jesteśmy stuprocentowo skuteczni. Na początku ludzie bardzo się stresowali, jednak po podłączeniu do ich mózgów dodatkowych stymulatorów uspokoili się, podejrzewamy, że dzięki programowi „VR house” liczba ludzi spadnie o 20–30 miliardy jednostek. W tej kopule przez naszą aparaturę przewinęło się milion sześćset tysięcy ludzi.

Gdy Lidia skończyła mówić, byli już w centrum sterowania kopułą. Gregory, jak zawsze, gdy ktoś mówił mu o projekcie „VR house”, pomyślał o tym, że są to nowoczesne obozy koncentracyjne dla ludzi ubogich i wykluczonych. Jednocześnie wiedział, że świat ze swoimi 30 miliardami ludzi jest przeludniony, a bardziej humanitarne sposoby, jak danie większych praw kobietom w Azji i Afryce skończyły się, w tym przypadku przez ich mężów, fiaskiem. Tucker czuł się rozdarty pomiędzy prawami człowieka a racjonalizmem.

Centrum nie miało żadnych przycisków, wajch i temu podobnych przełączników, w rogach stały maszyny symulacyjne wielkością przypominającą pierwsze komputery jednak mające o wiele większą moc obliczeniową. Pomieszczenie oświetlały cztery lampy, które skierowane były na panel kontrolny.

— Proszę wybrać osobę — powiedziała Lidia. Gregory podszedł do konsoli, na której widniały setki, jeśli nie tysiące numerów. Gregory wybrał numer G405.

Lidia podeszła do konsoli i wpisała odpowiednią komendę, na przeciwległej ścianie wyświetlił się obraz, na którym było widać wystawną ucztę na królewskim dworze. Połykacze ognia wypuszczali płomienne języki, błaźni zabawiali biesiadników, widać było radosną atmosferę. Warto zaznaczyć, że wszystko to było w widoku pierwszoosobowym. Gregory spojrzał pytająco na androida. Lidia natychmiast odpowiedziała.

— To symulacja losowo wybranego człowieka. Człowiek ten nazywa się Joseph Berkeley. Czy mam przeczytać historię jego działań? — spytał android.

— Proszę, jak najbardziej — odpowiedział mężczyzna. Sam był ciekaw, co ten człowiek myśli, czuje i dlaczego znalazł się w VR. Gdy Lidia zaczęła mówić, w tle nadal wyświetlany był obraz uczty.

— Joseph Berkeley urodzony w dwutysięcznym roku. Podłączony do VR w 2048 roku, sam się zgłosił z powodu bezdomności i braku rodziny. Najbardziej podobała mu się symulacja stylizowana na średniowiecze, bez chorób i ubóstwa. Chciał w niej być królem Francji, prosił też, aby jego armia posiadała XVIII–wieczne uzbrojenie. Początkowo dobry władca, po pół roku symulacji podbił połowę Europy, a jego rządy zmieniły się w tyranię — Lidia skończyła mówić.

Gregory zastanowił się nad tym, co właśnie usłyszał — dlaczego biedak, po półrocznej symulacji zaczął wprowadzać poddanych w ubóstwo? Dlaczego najpierw chciał zapobiec ubóstwu, a następnie sprawował okrutne rządy? Czy wynikało to z jakiejś zawiści, zazdrości, czy może to VR zmienia człowieka? A może nauki Erazma z Rotterdamu, o których słyszałem, gdy byłem dzieckiem, były kłamstwem? Może człowiek z natury jest zły, tylko nie chce tego przed sobą przyznać? Dokonaliśmy takiego postępu technologicznego — pomyślał Gregory — a ewolucyjnie nadal jesteśmy małpami i rządzą nami pierwotne instynkty. Z rozmyślań wyrwała go Lidia.

— Proszę, przeprowadził pan inspekcję, zapraszam do wyjścia — rzekł robot. Tucker posłusznie skierował się w stronę drzwi, nagle sobie coś przypomniał.

— Czy mogę zobaczyć, w jakich warunkach są przetrzymywane osoby? — spytał. Android zasmucił się i rzekł:

— Przykro mi, panie Tucker, ale do hali nikt nieupoważniony nie może wchodzić.

Gdy wychodzili na zewnątrz, Gregory zauważył napis na małych niepozornych drzwiach Przejście dla personelu. Były schowane w małym zaułku. Gregory nie dał po sobie poznać, że je zauważył.

Na zewnątrz oślepiło go jasne światło, tak mocno, że w pierwszej chwili nie spostrzegł człowieka stojącego obok. Był on w średnim wieku, miał zarysowany brzuch, a co najważniejsze, nosił szaro-czarny uniform i ryngraf na ramieniu. Miał więc wyższy rangą stopień od Tuckera.

— Witam, panie kapitanie — powiedział Tucker.

— Witam, jestem Constablo Zufio, przyjechałem przeprowadzić inspekcję — to mówiąc, zwracał się bezpośrednio do Lidii, całkowicie ignorując Gregory, ego.

— Constablo Zufio, miło mi pana poznać, jestem Lidia — powiedziała. Kapitan wziął Lidię za rękę i ruszył do centrum sterowania. Gregory wiedział, że Zufio trochę z Lidią w środku posiedzi, ponieważ Constablo uwielbiał sex z androidami, a Lidia nie mogła nic na to poradzić.

To by wyjaśniało, dlaczego Zufio odwiedza kilka kopuł dziennie. Gdy tylko para zniknęła mu z oczu, Gregory poszedł do przejścia dla personelu.

Przejście nie miało klamki, ale obok na ścianie przymocowany był system otwierający drzwi. Na nim widniał ekran oraz wgłębienie, do którego Gregory włożył swój ryngraf. Na ekranie pojawiła się wiadomość: GREGORY TUCKERZE, ZA PRÓBĘ WŁAMANIA DO POMIESZCZEŃ RZĄDOWYCH GROZI 5 LAT POZBAWIENIA WOLNOŚCI. CZY CHCESZ KONTYNUOWAĆ? Gregory pomyślał — nie chcę spędzić 5 lat w więzieniu, ale z drugiej strony nikt z moich znajomych nie wie, jakie warunki mają użytkownicy VR, a po drugie co takiego może tam być, że rząd chce to zataić?

Odliczył do trzech i otworzył drzwi. Pierwsze, co poczuł, to obrzydliwy zapach. Niewiele mógł zobaczyć, bo hala była pogrążona w ciemności. Odruchowo wyciągnął swój smartphone i wybrał opcję latarki. Widok był przerażający. Gdyby hala była sprzątana i zadbana, wyglądałoby to wszystko tylko niepokojąco, jednak tak nie było. W równych rzędach stały łóżka szpitalne, a na nich leżeli użytkownicy VR. Głowa każdego z nich była podłączona do kilku kabli, każdy miał też jedną rurkę wkłutą w rękę. Gregory poczuł dreszcze. Zobaczył wajchę odpowiadającą za oświetlenie hali i pociągnął ją. Powoli, stopniowo włączały się kolejne lampy, które nie były wymieniane od początku istnienia obiektu. Gdy zrobiło się wystarczająco jasno, zaczął nagrywać otoczenie komórką. Gdy posuwał się naprzód, zrozumiał, skąd się bierze smród w tej hali — ci ludzie po prostu byli brudni. Niektóre łóżka stały puste, zapewne zaraz zostaną zapełnione.

Hala była ogromna, jednak Gregory nie błądził, szukał sektora G miejsce 405. Gdy dotarł już na miejsce czterysta piąte, zobaczył Berkeleya, a właściwie jego widmo. Na pierwszy rzut oka Berkeley był martwy, jednak po dokładnym obejrzeniu jego ciała, widać było, że oddychał.

Miał bladą wysuszoną skórę i siwe włosy. Gregory pomyślał, że takie życie, to nie życie, jak można było skazać człowieka na taki los, umysł pozbawiony kontroli nad własnym ciałem, przecież nawet gdyby ten biedak chciał się odłączyć, to jak miałby to zakomunikować realnemu światu? Mężczyzna poczuł współczucie dla wszystkich osób uwięzionych w VR i złość do systemu, który wmawiał mu, że ludzie w wirtualnej rzeczywistości są szczęśliwi. Gdyby tak było, to ludzie podłączeni do VR nie zmienialiby się w despotów. Tucker biegiem ruszył do drzwi wyjściowych, jednocześnie puszczając swój wstrząsający film w świat. Chociaż wiedział, że teraz spędzi 5 lat w więzieniu, czuł się jak bohater. Nareszcie zrobił coś, z czym w pełni się zgadzał. Wybiegł na zewnątrz, wsiadł do swojego Audi i gorączkowo sprawdził swój telefon. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że cały film pobrał się w 20 sekund temu. Urząd do spraw bezpieczeństwa nie zdążył zablokować jego smartphone’a. Co więcej film miał już dwa pobrania i szesnaście udostępnień, więc raczej władzy nie uda się go całkowicie usunąć.

— Audi, garaż — Tucker wypowiedział komendę i auto ruszyło do domu.

O zablokowanie auta nie martwił się, ponieważ było już stare i niekompatybilne z nowym oprogramowaniem pozwalającym zatrzymywać auta przez rząd. Wiedział, że nie ucieknie, ponieważ nawet jeśli jego samochodu nie da się zatrzymać zdalnie, to i tak jest namierzany, więc rządowy dron bez problemu by go zlikwidował. Postanowił dać się pojmać i przeżyć te 5 lat w więzieniu.

W drodze do domu, gdy poziom adrenaliny się obniżył, powróciły do niego te okropne obrazy. Zastanawiał się, dlaczego ludzie w latach 20-tych nie dostrzegali zbliżającej się katastrofy, dlaczego w tych trudnych czasach wygrywały populistyczne rządy, dlaczego prawie nikt nie widział podobieństwa między kotłem bałkańskim a kotłem bliskowschodnim?

W takim niewesołym nastroju dojechał do domu. Pojazd samoczynnie wjechał do garażu i Tucker z niego wysiadł. Otworzył drzwi łączące moduł garażowy z resztą domu i stanął oko w oko z robotem policyjnym. Gregory wyciągnął ręce do skucia, jednak nikt go nie skuł. Usłyszał wystrzał i padł na ziemię.


Ostatnią myślą prosił, aby istniał jakiś bóg…

Radosław Zakrzewski

W poszukiwaniu helu3
Obcy świat

XXII wiek. Epoka przemian technologicznych, społecznych i ideologicznych. Nastał czas rozkwitu ziemskiej cywilizacji. Ludzie zjednoczyli się, widząc bezpośrednie zagrożenie, jakim było globalne ocieplenie i wyczerpanie surowców. Zaprzestano wojen. Granice między państwami, fizyczne jak i mentalne, zamazały się. Powołano do życia organizacje międzynarodowe mające na celu zapewnić każdemu mieszkańcowi Ziemi zrównoważony rozwój. Kilkadziesiąt lat po tzw. Wielkiej Rewolucji na świecie nie było już głodu ani podziałów społecznych. W elektrowniach nie spalano paliw kopalnych ani nie rozszczepiano atomów. Źródła odnawialne zapewniały 70% popytu na energię, a pozostałe 30% pokrywały reaktory termojądrowe, które, wykorzystując podobne procesy jak te zachodzące na słońcu, produkowały prąd względnie tanim kosztem.

Jedynym minusem nowej technologii było duże zapotrzebowanie na paliwo, jakim był hel3. Jego złoża w układzie słonecznym występowały tylko na ziemskim księżycu. Zaczęto więc eksploatować satelitę Ziemi. Szybko stało się jasne, że energią przyszłości jest hel3, a nie źródła odnawialne, ponieważ farmy słoneczne, wiatrowe itp. zajmowały za dużo miejsca, którego na Ziemi przez ciągle rosnącą liczbę ludności zaczynało brakować. Przez pięć kolejnych lat liczba reaktorów termojądrowych wzrosła dwukrotnie. Zapotrzebowanie na paliwo także. Tymczasem okazało się, że księżycowe złoża helu3 są dużo mniejsze niż początkowo uważano i rzeczywiście wystarczą jeszcze na około dwadzieścia–trzydzieści lat.

Zaczęto przeczesywać Drogę Mleczną w poszukiwaniu nowych pokładów surowca i planety zdatnej do zamieszkania, gdyż Ziemia borykała się z coraz to większym problemem, jakim było przeludnienie. Ruszył nowy program kosmiczny o nazwie „New Home”.

Po wyselekcjonowaniu kilku nadających się do zamieszkania planet należało rozwiązać problem transportu. Napędy, którymi dysponowano, były zbyt wolne, aby podróż mogła odbyć się w wymaganym terminie czasowym. Odkrycie nowego zasilania statków zajęłoby za dużo czasu, którego było coraz mniej.

Postanowiono stworzyć superkomputer. Nazwano go „Zeus”. Był wielkości kilkupiętrowego budynku. Miał za zadanie stworzyć symulację cywilizacji podobnej do ludzkiej. Jego jedynym ograniczeniem było to, że nie mógł udostępniać informacji o broni. Ludzie pamiętali czasy wielkich wojen i podziałów. Bali się, że odkrycie nowego narzędzia masowej zagłady cofnie ich do złych czasów, kiedy zabijano dla wpływów i pieniędzy. W powstałym wirtualnym świecie rodzili się nowi ludzie, tworzono dzieła sztuki, powstawały i upadały państwa. Po kilku próbnych symulacjach udało się odkryć nową jednostkę napędową, stworzoną przez cyfrową cywilizację, rozwijającą w próżni prędkość światła.

Na każdą z pięciu wcześniej wybranych planet wysłano dwa statki. Pierwszy bezzałogowy, miał na celu dostarczyć materiały potrzebne do założenia nowej kolonii i znaleźć najlepsze miejsce do lądowania dla drugiego statku, na którego pokładzie znajdowało się pięćdziesięciu dwóch ludzi — czterdziestu budowlańców, którzy mieli zajmować się rozbudową kolonii i wydobyciem helu3, czterech inżynierów kierujących pracami budowlańców i naprawianiem zepsutych maszyn, dwóch biologów mających badać obce formy życia i dwóch chemików szukających nowych sposobów na wykorzystanie miejscowych surowców. Jednak najważniejszą jednostką byli zwiadowcy. Było ich czterech. Kierowali statkiem i mieli dbać o łączność miedzy planetą macierzystą, czyli Ziemią, a pozostałymi czteroma koloniami, ale ich głównym zadaniem było rozpoznanie terenu wokół osady pionierów.


***


Wielki biały statek z napisem „NH1” właśnie minął jedyny księżyc planety „Home1”. Bezzałogowiec wylądował tydzień wcześniej. NH1 już dwa lata temu zaczął hamowanie, aby wytracić prędkość światła przed lądowaniem.

Dave wstał o ósmej czasu pokładowego. Umył się, zjadł śniadanie i poszedł na wcześniej ustaloną zbiórkę na mostku kapitańskim. Czekali tam już na niego kapitan i dwaj pozostali zwiadowcy. Przywitali się i usiedli przy dużym, multimedialnym stole, wykonanym z grafenu.

— Witam was na ostatnim zebraniu przed lądowaniem — zaczął kapitan okrętu. Miał około czterdziestu lat. Był najbardziej doświadczonym zwiadowcą. Przepracował 15 lat na księżycu, jako nadzorujący prace wydobywcze.

— Za godzinę podchodzimy do lądowania z autopilotem. Oto miejsce lądowania — na stole wyświetlił się obraz, wykonany przez sztucznego satelitę, doliny przeciętej rzeką i otoczonej z dwóch stron pasmem niewysokich gór. Obszar był zielony. Wśród zieleni majaczył mały, biały punkt — statek bezzałogowy.

— Dave, ogłoś pasażerom, że podchodzimy do lądowania. Wszyscy powinni znać procedurę. Reszta załogi przygotowuje okręt do lądowania. Mamy tylko godzinę! — kontynuował kapitan.

60 minut później wszyscy pasażerowie czekali już na lądowanie bezpieczni w swoich kajutach, a zwiadowcy siedzieli przed monitorami na mostku. Sterowanie międzyplanetarnym okrętem było wbrew pozorom bardzo proste. Na kokpicie sterowniczym nie było żadnych przycisków ani dźwigni. Zwiadowcy komunikowali się z komputerem bezpośrednio za pomocą myśli. Mieli wszczepione w mózg implanty, które to umożliwiały. Sieć łączącą ludzi i maszyny nazwano Meganetem. Przed pilotami stały grafenowe ekrany wyświetlające wszystkie potrzebne informacje i obraz z zewnętrznych kamer. Mogli więc wyznaczyć miejsce lądowania dla autopilota, nie widząc go bezpośrednio przez okna znajdujące się w sali.

Lądowanie odbyło się bez niespodzianek. Od razu przystąpiono do prac budowlanych. Należało jak najszybciej stworzyć miejsce do zamieszkania dla siebie i przyszłych przybyszów z ziemi. Tymczasowo wszyscy mieszkali na statku.

Tydzień po lądowaniu zwiadowcy wyruszyli na zbadanie terenów, które miały zawierać złoża helu3. Wyjechali ze statku pojazdem hermetycznym. Otaczały ich wysokie, dwumetrowe trawy, takie jak na Ziemi. Gdzieniegdzie stały formy przypominające drzewa. Miały wysokość pięciu metrów, a na ich gałęziach zawieszone były miliony małych, zielonych kokonów.

Przy pobliskim drzewie stał jeden z biologów i pobierał próbkę do badań. Niedaleko od statku wznosił się już pierwszy dom. Była to duża kopuła z okrągłymi oknami. Wokół niego chodzili robotnicy a jeden z inżynierów przeglądał coś na grafenowym pulpicie. Kierowali się na zachód wzdłuż rzeki przecinającej dolinę. W odległości około kilku kilometrów widać było ścianę drzew, która przypominała początek lasu. Zaczęli powoli zmierzać w jego kierunku.

Pojazd prowadził Sergiej, na fotelu obok niego siedział Arto, czyli kapitan załogi. Dave siedział z tyłu koło Hansa. Z lasu wracała właśnie mała ekspedycja. Byli to biolog, dwaj chemicy i kilku budowlańców niosący skrzynki wypełnione zapewne materiałami do badań. Arto kazał zatrzymać pojazd przy wracających z lasu. Wyszedł i wymienił z nimi kilka zdań, po czym wrócił.

— I co powiedzieli? — zapytał Hans.

— W lesie widzieli podobno coś, co wyglądało jak kamienny mur. Mówili, że wyglądał jakby to było dzieło jakiejś cywilizacji, kamienie idealnie do siebie pasują — powiedział kapitan.

— Przecież, gdy nas tutaj wysyłali, powiedzieli, że to niemożliwe, aby istniały tu jakieś inteligentne formy życia. Życie na tej planecie trwa za krótko — przypomniał Sergiej.

— Albo wcisnęli nam kit, żebyśmy się zgodzili. Myślicie, że ot tak dali nam 20 karabinów i kilkaset kilo amunicji? — zapytał Dave.

— Bez paniki, pojedziemy tam i zobaczymy, o co chodzi — powiedział Arto.

Sergiej wcisnął pedał gazu i pojazd wyrwał do przodu. Pięć minut później jechali już wśród drzew, które nie rosły tak gęsto jak na Ziemi, więc ich korony nie dotykały się. Szybko zobaczyli to, o czym mówiła poprzednia ekspedycja. Kamienny mur rozciągał się na 20 metrów. Wysiedli, aby lepiej zbadać obiekt. Rzeczywiście wyglądał jakby został przez kogoś ułożony, ale ponad 500 lat temu. Był zarośnięty trawą i przekrzywiony przez drzewa, które powoli zagarniały go dla siebie swoimi korzeniami.

— Dziwne… — zamyślił się Arto. — Mówili, że miał co najmniej dwa metry, a ten tu ma ledwo jeden. Może jest ich kilka?

Postanowili jechać dalej.

— Wyślę wiadomość do bazy, że jedziemy na dłuższą wyprawę — oznajmił Hans.

Przejechali następne 10 kilometrów, ale oprócz drzew niczego nie znaleźli.

— Daleko jeszcze do tych złóż helu? — zapytał Sergiej.

— Według mapy sporządzonej przez satelitę jeszcze 50 kilometrów z hakiem — odpowiedział kapitan, patrząc na monitor umieszczony na masce rozdzielczej.

Jechali dalej. Przez drzewa i brak asfaltowej drogi nie mogli rozwinąć znacznych prędkości. Wszędzie rosły te same drzewa. Po dwóch godzinach dojechali na wskazany obszar. Na niebie nie było ani jednej chmury. Termometr wskazywał 40 oC.

— Rozejrzyjmy się, Hans, weź georadar, trzeba sprawdzić czy hel rzeczywiście tu jest — powiedział Arto.

Postanowili pójść na południe. Po kilkunastu minutach marszu dostrzegli w oddali stertę kamieni. Kiedy podeszli bliżej, okazało się, że nie są to przypadkowo porozrzucane kamienie, ale bardzo stare ruiny jakiegoś budynku. Ze ścian został już tylko kilkumetrowy murek w kształcie prostokąta podzielony na pomieszczenia.

— Niech ktoś powie, że na tej planecie nie było inteligentnych form życia — powiedział Dave.

— Najwyraźniej były, ale dawno temu, teraz powinniśmy zająć się swoimi zadaniami. Hans, przeskanuj okolice w poszukiwaniu helu i jak najszybciej się stąd zbieramy, chcę wrócić przed zachodem słońca.

Hans szybko uwinął się z zadaniem. Wyniki były pozytywne. Ruszyli z powrotem w stronę pojazdu. Szli, szli i szli, lecz łazika nie było nawet widać. Przyśpieszyli kroku. Czyżby pomylili kierunek marszu? Stanęli i ze zdziwieniem popatrzyli na siebie.

— W którym kierunku poszliśmy, wysiadając z pojazdu? — zapytał Dave.

— Zachodnim — odpowiedział Hans.

— A nie w południowym?

— Albo wschodnim?

— Nie, na pewno nie!

— Mówię wam, że w zachodnim!

Zaczęli się kłócić. Tymczasem słońce znajdowało się coraz niżej na widnokręgu. Cienie drzew wydłużyły się, a temperatura zaczęła spadać. Arto zrozumiał, że musi uspokoić towarzyszy. Samochód nie mógł zniknąć. Spróbował ich uciszyć, ale przestali go słuchać. Coś w nich wstąpiło. Jeszcze chwila i zaczną okładać się pięściami — pomyślał kapitan.

Przestało mu na tym zależeć. Niech się biją. Czuł się, jakby odbierał świat przez poduszkę. Rozejrzał się dookoła. Wszystko było inne niż na Ziemi. Brakowało szumu liści, wiatru, słońce było dziwnie czerwone. Nagle spomiędzy drzew wyłoniła się obca istota.

Była wysoka na trzy metry i kroczyła na dwóch długich nogach. Miała szarą sierść. Patrzyła na niego czterema oczami, które nie znajdowały się na głowie, lecz bezpośrednio na miejscu, które u człowieka nazwałby klatką piersiową. Wtedy Arto obudził się z transu. Chwycił najbliższego Sergieja, który już zaczął się szarpać z Hansem i porządnie go spoliczkował.

Ten popatrzył na niego ze zdziwieniem, za co mu się oberwało, jakby zupełnie zapomniał o kłótni. Chwilę potem za plecami kapitana zobaczył stwora, który coraz bliżej do nich podchodził. Pozostali też się ocknęli z dziwnego transu i wszyscy patrzyli teraz na obcego, który był już naprawdę blisko. Wyciągnął przed siebie ręce, znajdujące się w połowie odległości między nogami a oczyma i wydał z siebie cichy dźwięk, jakiego do tej pory nikt z nich nigdy nie słyszał.

Pierwszy zaczął biec Dave, a za nim cała reszta. Gnali co tchu, nie wiedząc dokąd. W lesie zrobiło się ciemno. Sergiej zapalił latarkę, aby nie wpaść na któreś z drzew. Po chwili, nieco po prawej, zobaczyli swój wóz. Był w nienaruszonym stanie. Szybko weszli do środka. Sergiej spróbował go odpalić, lecz pojazd nie chciał ruszyć. Wpadli w panikę. Wydawało im się, że dziwny stwór z lasu zaraz ich dorwie. Arto wziął latarkę i uchylił szybę. Poświecił w kierunku, z którego przybiegli.

— Spokojnie, nigdzie go nie widzę, musiał przestać nas gonić.

Sergiej jeszcze kilka razy spróbował odpalić wóz. Wreszcie mu się udało i jak najszybciej ruszył z powrotem do kolonii. Byli tak wystraszeni tym niespodziewanym spotkaniem, że przez całą drogę nie zamienili ani słowa. Powrót trwał jeszcze dłużej niż poprzednio, ponieważ była już noc, a reflektory oświetlały tylko kilka drzew przed nimi i kierowca nie mógł z wyprzedzeniem planować manewrów wymijania. Kilka razy prawie zderzyli się z ciemnymi konarami.

Gdy wreszcie dojechali do bazy, słońce nadal kryło się za horyzontem. Wszyscy pracownicy znajdowali się na statku i odpoczywali po ciężkim dniu pracy.

Nikogo nie poinformowali o niezwykłym zdarzeniu, bo mogło to wywołać niepotrzebną panikę. Stan wyjątkowy mieli ogłosić jutro. Nie wiadomo, z czym mieli kontakt i nie wiedzieli, czy jest to zagrożenie dla kolonii. Byli nawet gotowi odlecieć z tej planety, gdyby było to konieczne.

Postanowili postawić przed statkiem straż. Pierwsi zgłosili się Sergiej i Arto. Gdyby tylko zobaczyli coś niepokojącego, mieli wszcząć alarm. Wzięli też dwa karabiny, jakby przyszło bronić rakiety. Po trzech godzinach warty zmienili ich Hans i Dave. Przez całą noc nie wydarzyło nic szczególnego. Rano ogłosili alarm i zakazali wszystkim wychodzić ze statku. Dwaj inżynierowie obiecali zmienić Hansa i Dave’a, aby mogli odpocząć i zjeść śniadanie. Podczas posiłku dosiedli się do nich pozostali dwaj zwiadowcy.

— I jak minęła wasza zmiana? — zapytał Arto.

— Tak samo jak u was. Nic się nie wydarzyło — odpowiedział Dave. — Jak długo będzie trwał stan wyjątkowy?

— Poczekamy dzień lub dwa. Jak nic się nie stanie, to pozwolimy wrócić ludziom do pracy. Może to, co spotkaliśmy dzisiaj w nocy, to po prostu przedstawiciel miejscowej fauny i nie zamierza przychodzić do nas w gości — przedstawił swoją teorię kapitan.

W tym momencie do sali, gdzie spożywano posiłki wpadł jeden z inżynierów, który miał stać na straży i zaczął do nich krzyczeć:

— Są! Wyszli przed chwilą z lasu od strony gór! Obcy!

Zwiadowcy jak najszybciej wybiegli z jadalni. Rzeczywiście, kilkaset metrów od rakiety, stały wysokie istoty, takie same jak te, które spotkali poprzedniej nocy podczas ekspedycji. Z tym, że było ich teraz dużo więcej. Podchodzili do obozu łukiem. Kapitan szybko rozdał karabiny zwiadowcom i dwóm inżynierom. Zawołali też kilku robotników i pokazali im jak korzystać z broni, w razie gdyby musieli odpierać zmasowany atak. Tymczasem w odległości stu metrów obcy zatrzymali się. Arto wysłał Sergieja na tyły statku, aby upewnić się, że nie są okrążani.

— Z tyłu czysto. Co robimy dalej? — zapytał, gdy wrócił.

— Czekamy — oznajmił kapitan.

Stali tak w wejściu do statku co najmniej pół godziny, ale obcy nawet się nie poruszyli.

— To nie może być atak — stwierdził Arto. — Za długo czekają. Gdyby chcieli nas zaatakować, zrobiliby to znienacka.

Nagle jeden z nieznanych przybyszów zrobił krok w ich kierunku. Gwałtownie wycelowali w niego swoje karabiny. On, widząc to, od razu się zatrzymał i nie ruszał się tak długo, dopóki kapitan nie rozkazał wszystkim odłożyć broń. Wtedy obcy podszedł na odległość zaledwie kilku metrów, tak że dobrze widzieli jego małe czarne oczy i brak głowy. W czymś przypominał im człowieka. Stał na dwóch nogach i miał dwie długie ręce, które zakończone kikutami. Do nich przyczepione były ostrza wykonane z jakiegoś metalu. Stał tak przez chwilę i patrzył na nich, gdy niespodziewanie zza jego pleców wyszedł drugi osobnik dużo mniejszy. Musiał schować się na plecach tego większego.

Był duplikatem tej samej istoty. Różnił się tylko dwa razy mniejszym wzrostem i tym, że jego rąk nie kończyły kikuty, tylko dłonie bardzo podobne do ludzkich. Zaczął do nich przemawiać, tak przynajmniej wydawało się zwiadowcom, w swoim języku opartym na niezrozumiałych chrząknięciach. Stali tak przez chwilę, nie wiedząc co zrobić. Wtem, jeden z inżynierów wbiegł to statku i po chwili przyniósł dziwne urządzenie wielkości dużej walizki podróżnej. Był to translator mowy — jeden z wynalazków Zeusa. Nie wiedziano jak działa, podobnie jak wiele innych urządzeń z superkomputera, których nie sposób było przetestować na Ziemi. Inżynier włączył przyniesione urządzenie. Teraz dopiero zorientowali się, że mniejsza istota przestała mówić. Patrzyła teraz na nich, jakby czekała czy zrozumiano jej słowa.

— Możesz powtórzyć to, co powiedziałeś? — zapytał intuicyjnie Dave i wskazał palcem na translator.

Obcy patrzył na niego przez chwilę i powtórzył jego gest. Wskazał na prawo swoim szpiczastym palcem i dalej wpatrywał się w Dave’a. Bariera językowa była nie do przejścia. Nawet prosty ludzki gest dla obcej istoty był znakiem nie do rozszyfrowania. Cisza trwała przez kolejnych kilka minut. Wreszcie nieznany przybysz zaczął znowu wydawać z siebie dźwięki. Po około minucie przestał. Teraz wszyscy w napięciu patrzyli na translator. Czy na pewno był włączony? Urządzenie zaczęło mówić ludzką mową, lecz głos przypominał raczej maszynę.

— Nasza planeta. Nie chcemy obcych przybyszów. Nie chcemy walki. Chcemy naszej planety. Nie chcemy obcych przybyszów, odejdźcie.

— Czy ta maszyna przetłumaczy na ich język to, co powiem? — zapytał Arto inżyniera.

— Spróbujmy — powiedział. Wyciągnął mikrofon umieszczony z boku urządzenia i podał go kapitanowi.

— Nie chcemy waszej planety, nie chcemy walki, odejdziemy. Dajcie nam na to czas do górowania słońca — starał się mówić jak najprościej Arto.

Po chwili translator mowy przetłumaczył słowa na niezrozumiałe dźwięki. Kiedy je usłyszał, obcy podniósł obie ręce do góry i lekko się ukłonił. Wszyscy odruchowo powtórzyli jego gest. Wtedy ten wszedł na większego osobnika i wszystkie istoty zaczęły wracać, skąd przybyły.

— Panowie, ta planeta nie jest naszym domem. Swój zniszczyliśmy już ponad 50 lat temu przez głupotę i teraz jesteśmy na niego skazani. To miejsce jest schronieniem inteligentnych form życia, które są gotowe do walki w jego obronie, jeżeli tylko tu zostaniemy. Nie mamy prawa go niszczyć. Zarządzam natychmiastowy powrót na Ziemię, czy ktoś jest temu przeciwny? — zapytał Arto.


Zapadła długa cisza...

Filip Szczepański

Dodatek

Amelia

Obudziły mnie promienie słoneczne. Wstałam, otrzepałam się z kurzu oraz liści i zaczęłam się rozglądać. Byłam w jakimś lesie. Nie znałam tego miejsca. O dziwo nie spanikowałam. W oddali widziałam jakąś postać — mężczyznę — miała na twarzy białą maskę, była ubrana na czarno i miała czarne rękawiczki. Chciałam go poprosić o pomoc, ale zrezygnowałam po tym, gdy zobaczyłam, że kieruje się w moją stronę i nie ma dobrych zamiarów.

„Czy teraz jest odpowiedni moment, żeby panikować?” — pytałam sama siebie. Zaczęłam biec. Nie pytajcie mnie dlaczego, sama nie wiem, to chyba taki odruch. Słyszałam jak moje rzeczy po kolei wypadają z plecaka. Obróciłam się, widziałam, że książki do rosyjskiego, lusterko po babci, kilka kolorowych kredek i parę cukierków leżało na ziemi. Stwierdziłam, że nie ma sensu dalej targać plecaka i zrzuciłam go z pleców. Biegłam dalej. Nagle moim oczom ukazał się jakiś stary dom.

Był cały obdrapany, z powybijanymi szybami, wszędzie wisały pajęczyny, lecz to nie zniechęciło mnie do tego, aby się w nim ukryć. Otworzyłam skrzypiące drzwi, szybko zasuwając je jakąś komodą. Przykucnęłam, tak aby nie było mnie widać zza okien. Usłyszałam szarpanie za klamkę, które po chwili ustało. Chyba zrezygnował — pomyślałam. Wtedy ujrzałam go za oknem, pobiegł dalej.

Chwilkę odpoczęłam. Zaczęłam się rozglądać. Siedziałam tuż pod drzwiami, więc widziałam całe mieszkanie. Na wprost mnie wisiał obraz budzący grozę — przedstawiał dwójkę ludzi z niekształtnymi twarzami — był dziwny. Tuż obok po prawej stronie stał stolik, na którym leżała otwarta zakurzona książka. Na ścianie po mojej prawej było okno, a po lewej — schody prowadzące na poddasze domu. Postanowiłam tam wejść.

Powoli wstawałam, podłoga strasznie skrzypiała. Niepewnie wchodziłam po schodach i nim się obejrzałam, byłam już na górze. Widać było, że pokój miał kiedyś kolor błękitny. Stały w nim dwa łóżka, jedno duże — małżeńskie — i jedno małe, takie dla dziecka, oddzielała je tylko komoda z lampką nocną i paroma uschniętymi rożami. Przy dziecięcym łóżku stał kosz z zabawkami. Przykucnęłam przy nim i zajrzałam do środka.

— Co tutaj robisz? — usłyszałam za plecami nieznany głos małej dziewczynki.

Ze strachu upuściłam pokrywkę od pudełka. Odwróciłam się. Moim oczom ukazała się rudowłosa 10-latka o brązowych oczach, piegowatej twarzy i w czerwonej sukience oraz czerwonych bucikach.

— Ukrywam się tu — powiedziałam przestraszonym głosem.

— Przed kim?

— Przed mężczyzną w białej masce.

— Tu jesteś bezpieczna. Chodź, pokażę ci mój ogródek.

Nie wiedząc, co się właśnie wydarzyło, złapałam dziewczynkę za rękę i poszłam z nią.

— Dlaczego moja komoda stoi przy drzwiach? — zapytała.

— Przepraszam, dałam ją tu, aby ten dziwny mężczyzna nie wszedł do środka.

— W takim razie chodź tędy — dziewczynka weszła pod schody i otworzyła drzwi, których wcześniej nie zauważyłam.

— Jak masz na imię? — zapytała.

— Izabella — odparłam. — A ty?

— Jestem Amelia.

— Gdzie są twoi rodzice?

Dziewczynka odwróciła się, spojrzała na mnie, uśmiechnęła się, złapała mnie za rękę i otworzyła drzwi.

— Zapraszam do ogrodu — odparła.

Moim oczom ukazało się mnóstwo czerwonych róż.

— Piękne — stwierdziłam. — Chciałabyś mi pokazać cos jeszcze? — zaśmiałam się.

Polubiłam ją. Siedziałyśmy w ogródku i gawędziłyśmy.

— Zjadłabym coś — stwierdziłam.

— Przepraszam, ale nie mam jedzenia. Ja nawet nie mam kuchni.

Zdziwiło mnie to, nawet bardzo. Chciało mi się spać. Pomyślałam, że rodzice się nie obrażą, gdy jedną noc zostanę u Amelii. Położyłam się spać razem z Amelią na dużym łóżku i szybko zasnęłam.


***


Obudziłam się i zobaczyłam różowy sufit. Wstałam. Byłam w swoim pokoju. W domu.

— Mamo? Mamo?! — krzyknęłam.

Mama weszła do pokoju.

— Amelia też tu jest? — zapytałam.

— Kim jest Amelia, słoneczko? — popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.

— Nikim — odparłam.

Zrozumiałam, że to był tylko sen.

Martyna Matłosz

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу