Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

ADAMSKI MIŁOSZ

Poniedziałek zapowiadał się świetnie. Jeremy jak zwykle rześki wstaje z łóżka, myje zęby, je śniadanie i rusza do szkoły. Po piętnastu minutach drogi dociera do szkoły. Zaczyna się lekcja polskiego. Niestety pani postanawia pytać z poprzedniej lekcji, więc nie było wyboru. Pani nauczycielka zaczęła odpytywać kolejno według numerków, po czym przyszła kolej na Jeremyego. Chłopak wyszedł z ławki, a przed panią ukazała się masywna sylwetka chłopaka o czarnych włosach. Niestety, nic nie umiał, więc dostał jedynkę. Zły z powodu słabej oceny Jeremy złapał za ławkę, podniósł ją, a następnie roztrzaskał o ziemię. Pani przestraszona pobiegła do dyrektorki, która następnie zadzwoniła po rodziców chłopca. Po lekcjach Jeremy postanowił udać się z kolegami na spacer, zapominając o treningu na siłowni. Gdy tak szli, jeden z chłopaków postanowił zażartować z Jeremiego, który panicznie bał się pająków. Wziął patyk i czekał aż jego oczom ukaże się wielki, straszny pająk. Po niedługim czasie odnalazł go i poczekał spokojnie na ten moment, gdy wejdzie na patyk, po czym rzucił go do kaptura Jeremyego. Idąc dalej, chłopak poczuł coś na szyi, myśląc, że to komar albo mucha szybkim ruchem złapał to w rękę, po czym rzucił na ziemię z przerażeniem. Od razu rozpoznał winowajcę i rzucił się na niego z pięściami.

— Dlaczego to zrobiłeś, wiesz, że boję się pająków! — krzyknął wściekły i rzucił się na kolegę.

— To są tylko żarty, puść mnie!

— To mają być żarty!

Kiedy jego kolegom udało się ich rozdzielić, spostrzegli, że jeden z nich nie może się podnieść, ponieważ Jeremy złamał mu nogę. Szybko zadzwonili po karetkę, która przyjechała po pięciu minutach. Jako że chłopak nie był pełnoletni, musieli przyjechać jego rodzice. Natomiast Jeremy jakby nigdy nic się nie stało, rusza w stronę domu, szykując plan zemsty. Po powrocie do domu rodzice zostali o tym zajściu poinformowani, ale chłopak nie chciał o tym rozmawiać, zamknął się w pokoju i poszedł spać. Następnego dnia w szkole zobaczył swojego kolegę z gipsem na nodze kuśtykającego o kulach. Nie zrobiło to jednak na nim wrażenia. Zły na niego Jeremy postanowił podejść i złamać ten gips, nagle jego kolega wylądował na ziemi, łamiąc gips na nodze. Uderzenie było tak mocne, że kość z nogi wyszła na wierzch i gdyby nie szybka interwencja nauczycieli nie wiadomo, jak dalej by się to zakończyło. Pół godziny później dojechała karetka, która zabrała poszkodowanego do szpitala. Przestraszony stanem kolegi Jeremy postanowił uciec. Po dotarciu do domu nikogo w nim nie było, więc zamknął się w pokoju. Po krótkim czasie zadzwonił do niego telefon. Mama chciała, żeby wytłumaczył całe zajście, ale Jeremy nie chciał się do niczego przyznać, więc mama postanowiła przerwać nieprowadzącą do niczego rozmowę. Po chwili chłopaka zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia. Z każdą minutą nasilały się. W końcu Jeremy postanowił pójść do szpitala, w którym leży kolega, aby wytłumaczyć całe zajście i przeprosić go za to, co zrobił, choć wiedział, że jego przeprosiny nic nie zmienią. Szybkim ruchem wstał z łóżka, wziął telefon, by sprawdzić rozkład jazdy autobusów, ubrał buty i popędził na przystanek. Gdy dotarł tam szybkim krokiem, powędrował do sali, w której znajdował się kolega. Kiedy zobaczył go bladego i słabego na łóżku, czuł jak łzy napływają mu do oczu, ale postanowił być twardy, co by się nie działo. Na pierwszy rzut oka przyjaciel nie był zadowolony z jego wizyty.

— Co ty tu robisz, przyszedłeś mnie pobić po raz trzeci!

— Chciałem cię tylko przeprosić.

— Przeprosić! Człowieku, przez ciebie nie będę miał nogi!

W tym momencie Jeremy stanął jak wryty.

— Jak to nie będziesz miał nogi?

— Normalnie, wdało się zakażenie i muszą ją amputować!

— Nawet nie wiesz, jak mi przykro. Przepraszam, błagam, wybacz mi.

— No dobra, ale to i tak nic nie zmieni.

Na twarzy Jeremi’ego było widać strach, który go ogarniał. Bał się bowiem konsekwencji jakie go mają spotkać. Jeszcze raz przeprosił kolegę, a następnie, aby wszystko odreagować udał się na siłownie. Trening trwał godzinę a podczas niego myślał o całym zajściu. Po powrocie do domu aby wymigać się od kłopotów związanych ze znajomym spakował najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył w kierunku przystanku autobusowego. Zdążył idealnie, podczas drogi mijał wiele nieciekawych miejsc wprost z horroru: tu zniszczone budynki porośnięte mchem i krzewami, tu ludzie poruszający się tak niemrawo jak zombie, istna scena z horroru. W tym momencie ujrzał kres swej podróży. Wysiadł na jakimś pomalowanym graffiti i porośniętym pajęczyną przystanku. Nie było to najprzyjemniejsze miejsce, ale wolał to niż konsekwencje jakie by go spotkały, gdyby tego nie zrobił. Po pewnym momencie Jeremy poczuł się głodny. W tej właśnie chwili spostrzegł że, zapomniał najważniejszej rzeczy, czyli pieniędzy. Idąc dalej, czuł nasilający się głód. Nie miał wyjścia, musiał więc je ukraść. Po chwili zawahania ruszył w stronę niewielkiego sklepu spożywczego znajdującego się na rogu ulicy. Przez chwilę jak smakosz wpatrywał się w najróżniejsze smakołyki. Zaczął od alejki z batonikami potem udał się w kierunku cukierków. Kiedy wybrał wziął do ręki i miał zamiar już wyjść ze sklepu, gdy nagle jego oczom ukazał się idący w stronę sklepu wysoki, tęgi policjant. Przez chwilę chłopak nie wiedział, jak się zachować, więc udając, że czegoś zapomniał, wrócił do sklepu. Jednocześnie ogarniał go strach, ale i głód. Postanowił pokręcić się chwilę po sklepie i poczekać aż policjant odejdzie. Gdy nadarzyła się okazja, chłopak zaczął powoli wychodzić ze sklepu. Gdy usłyszał głos sklepikarki, zaczął biec. Gdy oddalił się na wystarczającą odległość, skręcił w ciasną uliczkę i upewniwszy się, że nikt go nie goni, otworzył paczkę z cukierkami zaczął ucztę. Gdy zjadł je poczuł się senny więc zasnął. Obudziło go szarpanie. Poczuł czyjąś rękę na swoim barku która uparcie próbowała go obudzić. Gdy wstał jego oczom ukazała się postać dwóch tęgich chłopców. Jeden był niewysoki, a drugi przeciwnie. Jeremy wstał wystraszony, ale starał się tego nie okazywać. Nagle niski odezwał się donośnym, lecz wysokim głosem:

— Czego tu szukasz, nie lubimy niespodziewanych gości!

— Właśnie!

— Ja nie będę się tłumaczył jakimś osiedlowym dresom.

— Na moje oko on szuka kłopotów.

— Jeśli chcesz się bić, to powiedz od razu, a nie filozofuj.

Padły pierwsze uderzenia, najpierw Jeremy znokautował małego, a potem podszedł do tego wyższego, złapał go za bluzę, podniósł do góry, po czym powiedział:

— Radziłbym ci uciekać, chyba że chcesz skończyć jak kolega. Wskazał na leżącego z zakrwawioną twarzą malucha.

Ledwie go puścił, a ten już uciekał, gdzie pieprz rośnie. Zadowolony z siebie Jeremy ruszył dalej przez ciemną ulice. Szedł tak z godzinę, myśląc, co dzieje się z rodzicami. Gdy tak szedł, napotkał jednego ze szkolnych znajomych.

— Cześć, co ty tu robisz?

— A nic, tak się włóczę.

— Czy coś się stało?

— Wiesz……..

Jeremy opowiedział mu całą historię, po czym westchnął.

— No więc widzisz.

— Ucieczka nie rozwiąże problemu.

— No wiem, ale co mam zrobić, postaw się na chwilę w mojej sytuacji.

— Nieważne. Chodź do mnie, pogadamy w domu.

Jeremy ruszył za nim raźnym krokiem. Po pięciu minutach byli już w domu. Kolega zabrał Jeremie`go na górę kazał mu się umyć a on przygotuje coś do zjedzenia. Po krótkiej rozmowie z kolegą Jeremy postanowił wrócić do domu i przyjąć karę po męsku. Za umyślne spowodowanie wypadku Jeremy musiał być pod stałą opieką kuratora. Ale najważniejsze było to, że zrozumiał swój błąd i nie zamierzał zrobić tego nigdy więcej.

wstęp

MAJ KACPER

„(…)Zamykam oczy i słyszę jak

Stuka skrzydłami o lampę ćma

Zamykam oczy, by z Tobą być

Pod powiekami oglądam nasz film

Jakby w ogóle nie stało się nic(…)”Poluzjanci: „Trzy Metry Ponad Ziemią”

— Wysiadamy! — usłyszałem głos ojca. Leniwie osunąłem słuchawki na moją szyję. Nie znoszę, gdy muszę przerywać piosenkę. Przez luki w bramie, ujrzałem wielką budowlę wyglądem przypominającą odrestaurowany, średniowieczny dwór. Podeszliśmy do ceglanego muru, który „oddzielał” budynek od cywilizacji, po czym tata nacisnął guzik domofonu. W głośniku usłyszałem piskliwy, żeński głos:

— Nazwisko — zapytała machinalnie (jej głos mnie denerwował).

— Walter — odparł tata — przywiozłem syna

Trzask w słuchawce przerwał rozmowę, po chwili usłyszeliśmy głośne skrzypnięcie, a następnie brama się otworzyła. W środku przywitał nas schludny, wręcz sterylny, skwer. Drzewa były zasadzone rzędami tak równo, jakby ktoś używał do tego linijki. W centrum wybudowana była wielka biała fontanna z wyrzeźbionymi głowami lwa. Na ziemi nie leżał ani jeden śmieć (ciekawe, ile płacili dozorcom).

— No i jak ci się podoba? — zagadnął tata

— Hm — udałem zamyślonego… — Nie licząc faktu, że oddajecie mnie jak psa do schroniska? Tak! Z pewnością są tu jakieś plusy — odpowiedziałem.

— Wiesz, że robimy to, żeby ci pomóc- odpowiedział sucho. Czułem, że mimo jego twardego zachowania jest równie jak ja zasmucony całą sytuacją. Pożegnałem się z moim ojcem na tyle, na ile pozwalała mi moja duma i ruszyłem do pokoju.

Warto wyjaśnić co to za ośrodek. Do tej pory słowo „ośrodek” kojarzyło mi się tylko z wypoczynkiem. Nie! Z wypoczynkiem nie ma to nic wspólnego. Powiem krótko, doprowadziła mnie tutaj moja naiwność.

Ośrodek to miejsce, gdzie walczymy z naszymi słabościami, które stały się demonami. Codziennie mamy obowiązek uczestnictwa w psychologicznej grupowej sesji. W spotkaniu biorą udział inne osoby z problemami, a całością panelu koordynuje Pani Green — psycholog. Każdy z nas ma swój czas i opowiada swoją historię.

ROZDZIAŁ 1

— Tak, to ja Chris. Naiwny i łatwowierny.

Mam 15 lat. Pewnie zastanawia was, dlaczego się tutaj znalazłem. Rozsiądźcie się wygodnie, a ja wszystko wam wytłumaczę.

— Hej, stary, słyszałeś o tej nowej knajpce? — zapytał Timo –chodź, wybierzemy się tam razem, zrobimy jakąś zrzutę.

Zastanowiło mnie, dlaczego prosi o to akurat mnie. Znałem go w zasadzie tylko z tego, że siedział za mną na biologii. Nie przykładał się do nauki, jednak był klasowym „showmanem”. Jego prostacki humor nie miał dla mnie żadnej wartości, chociaż to może ja nie rozumiałem jego „wyszukanych” dowcipów. Zauważyłem również, że od jakiegoś czasu każdy chciał mi zaimponować. Nikt nie wyśmiewał się z mojego zamiłowania do czytania. (Teraz już wiem, jaka była przyczyna ich lgnięcia do mnie. Łączę to z sukcesem firmy mojego ojca i znaczną poprawą materialną naszej rodziny.) No dobra, rozgadałem się, przejdźmy do rzeczy:

autor ilustracji: Kacper Maj

— Dobra, zgadzam się- odpowiedziałem lekko zmieszany i zaciekawiony.

— Nie obrazisz się, jeśli zaproszę paru kumpli z naszej klasy?

— Oczywiście, jeśli to jakiś problem… — mówił dalej.

Wiedziałem, że od tej odpowiedzi będzie zależeć moja „kariera towarzyska”.

— STARY! — uśmiechnąłem się zestresowany- to żaden problem. Na jego twarzy ujrzałem uśmiech.

— No to świetnie, takiej odpowiedzi oczekiwałem — powiedział i dodał- to ja lecę, do piętnastej.

Był już koniec lekcji, więc ruszyłem do domu.

***

Spojrzałem na zegarek, była czternasta:

— Została tylko godzina — pomyślałem — muszę się spieszyć. Długo przeszukiwałem szafę, zanim udało mi się coś wygrzebać. Uczesałem się, pożegnałem z mamą (ojciec jak zwykle pracował) i ruszyłem w kierunku restauracji. Po wejściu usłyszałem:

— Chodź, tutaj jesteśmy — zaczął machać — siadaj! Usiadłem i zaczęliśmy rozmowę. W pewnym momencie zgłodniałem, a poza tym rozmowa nie kleiła się, zapytałem:

— Może coś zjemy? Słyszałem, że podają tu dobrą pizzę.

Wszyscy bez sprzeciwu przytaknęli, a ja zawołałem kelnera. Szybko uporaliśmy się z wyborem ulubionego rodzaju. Czekając na pizzę, Timo wyszeptał:

— Stary, głupio mi, ale zapomniałem pieniędzy- powiedział skrępowany- mógłbyś zapłacić za mnie? Z szybkości już miałem się zgodzić, gdy nagle, niczym echo, odezwała się reszta siedząca przy naszym stoliku. Zdenerwowałem się, bo nie pierwszy raz zdarza się, że moi koledzy „zapominają” pieniędzy. Zrozumiałem, że „przyjaciele” byli kolejnymi osobami, które zamiast dostrzegać moją osobowość, widziały tylko moją kieszeń. Gwałtownie wstałem od stołu i bez słowa skierowałem się w stronę drzwi. Już miałem je otworzyć, jednak poczułem rękę zaciskającą się na moim barku. Odwracając się, zobaczyłem Timo, który gniewnym tonem wycedził przez zęby:

— Co robisz? Przecież dopiero, co przyszedłeś.

— Nie przypominam sobie, żebym rozdawał kredyty! — odparłem.

— Jesteś bogaty, więc nie powinno być dla ciebie różnicy, kto płaci- zaśmiał się szyderczo.

— Jesteś żałosny! — powiedziałem, ale mimo wszystko zapłaciłem za pizzę. Mogli przecież rzeczywiście nie mieć pieniędzy. Dlaczego miałbym im nie ufać?

— Tak, to ja Chris. Naiwny i łatwowierny.

Wyszedłem z restauracji. Kiedy kierowałem się w stronę domu, blade światło księżyca oświetlało moją twarz. Wszedłem na klatkę schodową, a następnie otworzyłem drzwi i od razu poczułem, że coś jest nie tak. Tragizm atmosfery przeszedł mnie na wylot. Już wtedy coś we mnie pękło.

ROZDZIAŁ 2

Targały mną emocje jak nigdy dotąd. Nie chciałem tego słuchać, jednak jakaś siła kazała mi nasłuchiwać:

— Peter! Co my teraz zrobimy? Obiecaj mi, że wszystko będzie dobrze- krzyczała mama z żałością w głosie.

— To nie moja wina- krzyknął — skąd mogłem wiedział, że nas oszuka.

— Może i nie twoja! — wybuchła — ale przez niego w chwili obecnej nie mamy środków do życia i za moment wylądujemy na bruku.

— Cholerny oszust z tego Andrewa — powiedział.

— Nie możemy o tym powiedzieć Chrisowi. Załamałby się!

Poskładałem do kupy te strzępki rozmowy i zrozumiałem wszystko. Andrew to wspólnik mojego ojca. Wygląda na to, że wykręcił jakiś numer. Łzy napłynęły mi do oczu. Wielu z was może być zdziwionych moją reakcją. Jednak do tej pory nigdy nie słyszałem, takiej rozmowy w wykonaniu moich rodziców. Emocje, jakie dało się czuć, były dla mnie zupełną nowością. Byliśmy raczej bardzo spokojną i kochającą się rodziną. Dogadywaliśmy się bez problemu i nagle usłyszałem słowa: bruk, bankructwo, sąd, strata domu, samochodu i wizja wyjazdu moich rodziców za granicę do pracy. Wyszedłem na klatkę schodową, trzasnąłem drzwiami i wybiegłem. Nie zastanawiałem się nawet dokąd, w tym momencie byłem jak w amoku. Negatywne emocje w połączeniu z wyobraźnią zrobiły swoje i mój umysł napisał najgorszy scenariusz. W oddali słyszałem jakby głos moich rodziców wykrzykujących moje imię.

— CHRIS! CHRISTOPHER!!! Synku!

Błąkałem się po mieście. Czarne myśli narastały, obłęd się nasilał W jednym z zaułków wyrósł przede mną wielki namiot w gwiazdy. Było to na tyle dziwne zjawisko, że postanowiłem tam wejść. Ujrzałem stół z jedwabnym, czerwonym obrusem. Za nim siedział chudy mężczyzna ubrany w czarny płaszcz z wieloma kieszeniami. Wskazał na mnie palcem i wykonał gest, bym podszedł do niego. Jakaś siła pchała mnie w jego stronę. Na stole dymiło się kadzidło o dziwnym odurzającym aromacie. Będąc bliżej mogłem mu się lepiej przyjrzeć. Czarne, niezadbane włosy opadały na jego pomarszczone czoło. Miał sine i nieobecne oczy, które patrzyły na mnie jak zza mgły. Usta i dolna część twarzy zasłonięte były przez maskę chirurgiczną ozdobioną ryciną z uśmiechem:

— Witaj, strudzony wędrowcze — zaśmiał się — usiądź proszę.

— Mów mi Gregory, młody człowieku.

— Christopher — podałem mu niepewnie rękę.

— A więc, po co tutaj przybyłeś — zapytał

— Ja… — wydukałem.

Tak naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, co ja tam robię. Zastanawiałem się czy to jest fikcja czy rzeczywistość. Zacząłem więc improwizować:

— Spodobał mi się pański namiot, panie Gregory.

— Och, proszę tylko nie pan — zaśmiał się- wystarczy Greg! Słuchaj, mówię to każdemu, kto tu przybędzie, może uznasz mnie za wariata, ale nie, jestem tylko zwykłym człowiekiem. Popatrzyłem na niego z zażenowaniem. Było to na tyle widoczne, że mój rozmówca teatralnym gestem złapał się za pierś, jednak po chwili spojrzał na mnie i kontynuował:

— Jestem czarodziejem, chociaż nie…, alchemikiem, powiedział dumnie, a moje wywary i pastylki mają niesamowite zdolności. Każdy, kto do mnie przychodzi, ma jakieś zmartwienie, nawet ty. Spojrzał na mnie z rodzicielską powagą, czyż nie? Posłusznie pokiwałem głową. Wyjął spod stołu trzy buteleczki. Miały różne kolory: czerwony, niebieski i żółty. Dodatkowo każda opatrzona była rysunkiem- żółta miała narysowane diamenty, niebieska umięśnioną postać, na czerwonej butelce widniała kobieta tańcząca flamenco. Nie musiałem długo zastanawiać się, co oznaczają te rysunki, ponieważ sprzedawca szybko wytłumaczył mi ich znaczenie:

— Gdybym był bogaty… och wybacz- zawstydził się- żółty flakonik pozwala posiąść nieskończone bogactwa.- Niebieski- nieograniczoną siłę, jednak za każdą ofiarę musisz oddać dwa lata życia. Każdy ma wrogów. Ja sam musiałbym oddać dwadzieścia lat, żeby się z nimi uporać.

Nie słuchałem go uważnie, gdyż moją uwagę ciągle przyciągała trzecia fiolka. Gregory najwidoczniej to zauważył, bo powiedział:

— Najlepsze zostawiłem na koniec- powiedział- mój przyjacielu! Przedstawiam Ci oto: „Lady Salvię”. Potrafi ona cofnąć czas, a także pobudza wszystkie twoje zmysły i skupienie. Jednak musisz uważać, to, co zrobisz w przeszłości, będzie miało wpływ na przyszłość. Chcesz zapobiec wojnie? Dobrze, jednak licz się z konsekwencjami.

— Tak! Tego mi potrzeba-pomyślałem-cofnąć się w czasie. Wtedy wszystko wróci do normy (słysząc to teraz, widzę, jak bardzo moje zachowanie było naiwne i idiotyczne).

— Tak, to ja Chris. Naiwny i łatwowierny

Podałem rękę sprzedawcy i powiedziałem:

— Wybieram Lady Salvię- uśmiechnąłem się, a potem zapytałem- ile płacę?.

— Oddam ci ją za darmo- powiedział- wiem, że jeszcze tu wrócisz. Te słowa dziwnie zabrzmiały, jednak nie zastanawiając się długo, pożegnałem się z „przyjacielem” i wyszedłem. Ujrzałem piękne, białe płatki śniegu, które podczas dotknięcia znikały, jak gdyby za sprawą magicznego czaru. Zacząłem marznąć, więc postanowiłem wejść na klatkę schodową bloku, w którym mieszkam. Usiadłem obok moich drzwi i zacząłem opróżniać fiolkę. Gdy zażyłem całość, poczułem się… tak samo jak przedtem. Zasmucony moją dziecinną naiwnością otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Na progu przywitała mnie przerażona mama, która na przemian to krzyczała na mnie, to przytulała i całowała. Dziękowała Bogu, że jestem cały i zdrowy. Z pokorą wysłuchałem jej, po czym bez słowa udałem się do swojego pokoju. Dziwne, ale zupełnie nic w tym momencie nie czułem. Wszystko było mi obojętne. Byłem bardzo zdziwiony, gdy wspominała, że nie było mnie prawie 12 godzin. Zmęczony całym dniem położyłem się spać. Przyśniła mi się twarz Gregory’ego, która potwornie rechotała. Obudziłem się zlany potem. Postanowiłem zejść do kuchni, aby napić się wody, jednak nie mogłem się ruszyć. Poczułem dziwne łaskotanie na całym ciele. Gdy tylko spojrzałem w stronę kołdry, ujrzałem tysiące larw, które szły w stronę mojej głowy. Chciałem kogoś zawołać, jednak nie mogłem wydobyć z siebie żadnego głosu, tymczasem „podróżnicy” zaczęli eksplorować mój przełyk. Tłuste i oślizgłe larwy niczym za sprawą magicznej różdżki zniknęły, a ja wycieńczony zemdlałem. Nastał nowy dzień i jak gdyby nic zjadłem śniadanie i poszedłem do szkoły. Zadzwonił dzwonek na lekcje i pędem udałem się do klasy biologicznej. Gdy wszyscy usadowili się na miejscach, nauczyciel zrobił nam przemiłą niespodziankę:

autor ilustracji: Kacper Maj

— Mam nadzieje, że przygotowaliście się na sprawdzian, który zapowiadałem tydzień temu, jeżeli nie to za rok poszerzymy znajomości- zaśmiał się. Złapałem się za głowę-na śmierć o nim zapomniałem.

— Może coś wymyślę- dodawałem sobie otuchy. Profesor rozdał sprawdziany. Przerażony zerknąłem na kartkę- zadania były bardzo trudne. Zacząłem czytać pierwsze pytanie, a w moim umyśle „wyświetliła mi się niemal natychmiastowo prawidłowa odpowiedź”. Całość rozwiązałem w niecałe pięć minut. Nie było to nowością, że zawsze oddaję sprawdzian przed czasem, ale takiego speeda nigdy nie miałem. Nauczyciel postanowił natychmiast zweryfikować rezultat. W głowie miałem jedno pytanie: jak udało mi się odpowiedzieć na pytania zupełnie bez przygotowania. Zdałem sobie sprawę z tego, co potrafi Lady Salvia. Belfer krzyknął zza biurka:

— Chriss, gratuluję — wynik 100%, zawsze można na ciebie liczyć, uśmiechnął się i postawił mnie za wzór przed klasą. Reszta lekcji przebiegła równie pomyślnie jak biologia, więc nie będę się nad nimi skupiał. Po dzwonku udałem się w stronę domu, jednak w połowie drogi poczułem się dziwnie. Straciłem czucie w swoich nogach, ale mogłem się swobodnie poruszać. Jakaś siła pchała mnie w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Z wytężoną uwagą rozglądałem się za namiotem, który utkwił mi w pamięci. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem Gregory’ego siedzącego na starym stołku.


ROZDZIAŁ 3

— Zatem nie było tego namiotu? — przerywa Anthony (uzależniony 16 latek).

— Też chciałbym to wiedzieć i poskładać wszystkie puzzle w głowie.

Po czasie skojarzyła mi się jednak jedna scena i twarz, to wydarzyło się zaraz po wybiegnięciu z domu (po podsłuchaniu rozmowy rodziców). W pędzie potrąciłem znajomą mi osobę. Człowieka, którego personaliów zdradzić nie mogę (toczy się śledztwo), ale była to postać dobrze znana w naszej społeczności. Budząca ogromne zaufanie. I od tego momentu układanka się rozsypała. Sądzę, że zaprowadziła mnie ona w miejsce, w jakim być nie powinienem lub znalazłem się tam przypadkiem. Te fiolki, które opisywałem oraz maska chirurgiczna….nie! Nie mogę więcej powiedzieć. Boję się! Jeżeli to wszystko się skończy, opowiem więcej.


Gregory siedział i przeliczał duży plik pieniędzy. Taki obraz widywałem przez około pół roku. Zawsze ten sam schemat. Nie wiem zupełnie, dlaczego kupowałem dopalacze. Wielu z was może mnie wyśmiać i zastanawiać się, dlaczego w to wpadłem. Takich osób jak ja jest bardzo dużo — teraz to widzę. Byłem świetnym uczniem, uwielbiałem poszerzać swoją wiedzę, pieniądze wydawałem głównie na nowe książki. W skrócie — całe życie usłane różami i wystarczył drobny kłopot, który w tamtym czasie wydał mi się kompletną katastrofą. I ta „znajoma osoba”, której ufałem, zamiast zrobić to, co powinna, czyli pokazać mi, że ten mój pozorny problem to nic w porównaniu z innymi ludzkimi tragediami, pchała mnie dalej w to „bagno”. Nie zastanawiała się nawet przez moment, jak to wpłynie na moje dalsze życie. Gdyby w szpitalu nie wykryto u mnie w organizmie dopalaczy, może do tej pory miałaby miejsce taka sytuacja. To wielka miłość moich rodziców i ich decyzja, że postanowili umieścić mnie w tym ośrodku.

— Sorry, gościu- przerwał mi wzburzony Mike (mocno uzależniony 17 latek) — to wszystko nie składa się do kupy! Nie jesteś kolesiem, który powinien brać ten syf.

— Zło czai się wszędzie i w każdym miejscu — odparła pani Green- twój przykład otwiera nam oczy na ogromny problem. Osobom takim jak ty pomoc jest udzielana często za późno, ponieważ nie pasujecie do wzorca typowego dla osoby biorącej, tak jak słusznie zauważył Mike. Czy miałeś jakieś drastyczne przeżycie podczas nałogu?

— Najgorzej było nie pamiętać. Ten dopalacz na dłuższą metę robił w mojej pamięci dziury, których nie dało się tak łatwo usunąć (do tej pory nie udało mi się wszystkiego poskładać, choć minął już rok). Gregory — podobnie jak i reszta jego szajki — z łatwością to wykorzystywał. Czytając artykuły o zabójstwach, napadach i kradzieżach, wpajali mi, że to moja wina. Byłem na skraju załamania nerwowego. Jednak wtedy oni podsuwali mi ucieczkę od tego „złego” świata.

— Cały czas nie wyjaśniliśmy jednej rzeczy — powiedziała pani Green — jak skończyłeś z nałogiem?

autor ilustracji: Kacper Maj

Za sprawą wydarzenia po którym wszyscy się dowiedzieli. Pewnego dnia znów nawiedził mnie koszmar. Obudziłem się zlany potem z dużym bólem głowy. Zszedłem na dół i zobaczyłem tam moją mamę. Przywitała mnie swoim promienistym uśmiechem, jednak ja posłałem jej tylko nieobecne spojrzenie. Poprosiłem ją o coś na ból głowy. Znalazła tabletkę i szybko mi ją podała. Połknąłem i z książką w dłoni walnąłem się na kanapę. Po paru słowach litery zaczęły mienić mi się przed oczami, cały świat widziałem jak za mgłą. Próbowałem wołać o pomoc, jednak słowa nie wydobywały się z moich ust. Moje ciało nie łączyło się z podświadomością. Czułem się jak marionetka we własnym ciele i nie mogłem nad nim zapanować. Do pokoju weszła mama, aby sprawdzić jak się czuję. Na jej twarzy malowało się wielkie przerażenie. Moim ciałem zaczęły targać dreszcze, osunąłem się na ziemię. Nie słyszałem tego, co do mnie mówiła, jednak czułem ciepło jej dłoni. Już nic nie słyszałem. Krew dosłownie zaczęła wrzeć w moich żyłach, wszystko się we mnie gotowało. Czaszkę rozsadzał ogromny ból głowy. Czułem się jak więzień, więzień własnego ciała. Mimo ogromnego bólu nie mogłem nic zrobić by, choć trochę go uspokoić. Targały mną emocje, gdy widziałem twarz przerażonej mamy, która za wszelką cenę próbowała mnie ratować. Nie zasłużyła na to! Ja sam spodziewałem się najgorszego. Nie możecie sobie wyobrazić, jakie to potworne uczucie. Bardzo się bałem. Potem nastąpiła lawina zdarzeń: telefon, sygnał karetki, aparatura szpitalna. Obudziłem się w sali szpitalnej. Mimo bólu czułem wewnętrzny spokój To był początek długiej drogi, drogi do mojego starego życia sprzed nałogu. Obok łóżka stali moi rodzice zmartwieni tym, co się stało. Nawet ojciec znalazł czas, mimo że zawsze miał tysiąc spraw do załatwienia. Dowiedziałem się, że zaraz po wyjściu ze szpitala, trafię do ośrodka dla uzależnionych. Rodzice podpisali papiery, w których wyrażają zgodę na terapię. To koniec mojej historii, resztę już znacie.

Odkryłem w sobie jednak powołanie, by pomagać innym, którzy pogubili się tak jak ja.

— To ja Chris! 16 letni doświadczony chłopiec.

Brianna

PYTLAKOWSKA KLARA

Impreza, alkohol, samochód, kłótnia, pisk opon, ciemność…

Nie potrafię przypomnieć sobie żadnych szczegółów… Do sali, w której aktualnie leżę, wbiegła dziewczynka, chwilę po niej wszedł mężczyzna podający się za mojego ojca, tylko tyle dowiedziałam się o nim od lekarzy. Brunetka podbiegła do mojego łóżka i usiłowała się na nie wdrapać.

— Mamuś, pomóż mi — uśmiechnęła się w moją stronę.

Zdziwiona odruchowo przesunęłam się jak najdalej od dziecka. Zerkałam, to na ojca, to na brunetkę.

— Emm… Dziewczynko, coś ci się chyba pomyliło… — zaczęłam, ale gdy tylko zobaczyłam smutek malujący się na twarzy dziecka, spojrzałam na ojca i szeptem zapytałam:

— Tato, to nie jest moja córka prawda?

— Oczywiście, że nią jest! Własnego dziecka nie poznajesz?! — uniósł głos i zdenerwowany posadził dziewczynkę na łóżku.

— Przecież ja mam dopiero dwadzieścia lat! To niemożliwe, ona wygląda na trzy, może nawet cztery lata, to niedorzeczne. — odsunęłam się od dziecka.

— A to nie moja wina, żeś się w jakimś klubie puściła. — spojrzał na mnie z chęcią mordu w oczach, a ja kompletnie zdezorientowana wpatrywałam się w malutką brunetkę siedzącą obok mnie.

***

— Nie krzycz przy dziecku! — chwyciłam Rose za rękę i jak najszybciej się dało wybiegłam z brunetką z domu. Słyszałam krzyki za sobą, ale starałam się nie zwracać na nie uwagi. Wzięłam „siostrę” na ręce i ruszyłam w drogę na najbliższy plac zabaw. Jako że nie pamiętam praktycznie niczego sprzed wypadku, zaproponowałam Rose, by nie wołała do mnie mamo, lecz po imieniu, by traktowała mnie jak siostrę, a nie rodzicielkę, na którą się nie nadaję. Usiadłyśmy razem na huśtawce. Rose śmiała się donośnie za każdym razem, gdy szybowała, raz w górę, a raz w dół, ja natomiast rozkoszowałam się ciszą, o jaką ciężko w domu. Ojciec często wraca pijany, bije mnie, oskarżając mnie przy tym o śmierć matki. Rose często spędza noce u sąsiadki, by nie słyszała krzyków ani nie widziała mnie zapłakanej.

Ciszę, tę cudowną ciszę przerwały mi krzyki z drugiego końca placu. Zaciekawiona wstałam z huśtawki i wołając Rose, ruszyłam w tamtym kierunku. Za krzakiem szarpało się trzech niewiele starszych ode mnie chłopaków. Po chwili obserwacji stwierdziłam, że dwóch, prawdopodobnie silniejszych, znęca się nad chudszym brunetem. Zauważyłam na ławce panią Brooks, podbiegłam do niej z prośbą o przypilnowania brunetki. Kobieta z uśmiechem odpowiedziała, że to nie będzie żaden problem, a ja pobiegłam w stronę bijących się chłopaków. W jednym z napastników rozpoznałam kogoś kto… Wydaje mi się być taki znajomy. Bez namysłu wbiegłam pomiędzy nich, po chwili jednak tego pożałowałam. Cios, który został wymierzony w bruneta, przeszedł na mnie. Syknęłam z bólu, lecz nadal stałam murem, broniąc chłopaka. Znajomy, aczkolwiek nieznajomy chłopak, próbował mnie odepchnąć, ale po chwili zaprzestał swoich działań.

— Brianna, odejdź to są sprawy między nami. — warknął.

— A wyobraź sobie, że nie mam zamiaru. — syknęłam.

— Bria, chyba powiedziałem jasno. — szarpnął mnie za ramię i skąd on zna moje imię, czy mam je wytatuowane na czole?

Odwróciłam się tyłem do blondyna, by pomóc wstać brunetowi. Chłopak ma rozcięty łuk brwiowy oraz wargę. Zaczęłam szukać po kieszeniach chusteczek, a następnie przykładałam je do jego ran.

— Dosyć tego! Zapomniałaś już, kto tu jest Twoim chłopakiem?! — odwrócił mnie przodem do siebie.

— Czekaj, chłopakiem? To my się w ogóle znamy? — Chciałam parsknąć śmiechem, ale w tym wypadku nie był to najlepszy pomysł.

— Nie zgrywaj się, idiotko — Warknął.

Ponownie odwróciłam się do niego tyłem, gdy spojrzenia moje i bruneta się skrzyżowały, zauważyłam, że jego źrenice są nienaturalnie rozszerzone, co naprawdę mnie zaciekawiło.

Blondyn chwycił mnie za nadgarstek, a następnie gwałtownie mną szarpnął, przez co upadłam na ziemię. Jego kolega ponownie zaczął znęcać się nad brunetem, a on sam przykucnął nade mną. Patrzył się wprost w moje oczy, jakby chciał coś z nich wyczytać, po chwili jednak odszedł w stronę dręczonego chłopaka. Już miał podnieść rękę, by uderzyć bruneta, kiedy wskoczyłam mu na plecy.

***

— Jak wam nie wstyd, a Tobie Brianna… Zawiodłem się najbardziej, myślałem, że się zmieniłaś. A do tego bójka w miejscu publicznym i to jeszcze na oczach dziecka?! — sierżant podniesionym głosem wyrażał swoją opinię, a my siedzieliśmy ze spuszczonymi głowami… A przynajmniej ja i Nathan, bo tak nazywa się brunet z parku.

— Brianna, tak? — z zamyśleń wyrwał mnie Nathan.

— Co? A tak, o co chodzi?

— Dziękuję. — momentalnie znalazłam się w jego ramionach i muszę przyznać, mimo że jest obcą mi osobą, poczułam się bezpiecznie.

(Cztery miesiące później…)

— Gdzie jest Rose? No gdzie ona mogła się schować? — usłyszałam, gdy weszłam do mieszkania Nathana. Naprawdę przyjemnie jest żyć ze świadomością, że rano nikt nie będzie cię poganiał, pomiatał tobą czy też podnosił na ciebie rękę.

Od dwóch miesięcy razem z Rose mieszkamy u Nathana, z którym połączyło mnie pewne uczucie. Nie jest to miłość, ale to na pewno więcej, tak na pewno coś więcej niż przyjaźń.

Weszłam do salonu, gdzie Nathan bawił się z Rose w chowanego i usiadłam na fotelu. Spojrzenia moje i chłopaka skrzyżowały się, a ja nie dostrzegłam w nim już takiego blasku jak kiedyś. Zauważyłam też, że coraz częściej trzęsą mu się ręce. Za każdym razem, gdy pytam o co chodzi, zbywa mnie tandetną wymówką oraz wymuszonym uśmiechem.

***

Nathan

Mógłbym to zrobić teraz, ale nie… Brianna i Rose są w domu, nie chcę by Bria poznała bolesną prawdę o mnie. I tak wiele wycierpiała, sprawiłbym jej tylko większy ból, niby jaka kobieta po tyłu przejściach chciałaby mieć cokolwiek wspólnego z takim idiotą jak ja? Z alkoholikiem, który w przeszłości dla jednej flaszki był w stanie sprzedać przyjaciół, z którymi siedział w tym bagnie?

— Nathan, o co chodzi? — usłyszałem tylko skrzypiące drzwi, a po chwili obok mnie na starej podłodze siedziała brunetka.

— O nic.- spojrzałem w jej oczy, a ona wyraźnie szukała czegoś w moich.

— Nath… Ja wiem… — przerwałem jej, bojąc się tego, co być może zaraz powie.

— Nie Bria, ty nic nie wiesz.. Ja…

— Daj mi coś powiedzieć, proszę… Wiem, że jesteś uzależniony. Nie pytaj, skąd wiem bo… Ja i tak ci nie powiem, dowiedziałam się wczoraj i do tego przypadkiem. Chcę tylko, abyś wiedział… Jeżeli już nie możesz wytrzymać, jeżeli głód dominuje nad tobą, ja wiem, że to nierozsądne, ale nie mogę patrzeć jak cierpisz. — w jej oczach ujrzałem zbierające się łzy, przytuliłem do siebie dziewczynę.

— Jest w porządku, maluchu, jak sama widzisz, nie jest ze mną tak źle, daję radę, nie martw się.- ona tylko uśmiechnęła się blado i wtuliła w mój tors.

— Obiecasz mi, że już nigdy nie tkniesz tego gówna? — zapytała z nadzieją w oczach.

Nie pozostało mi nic innego niż złożyć obietnicę. Miałem jej powiedzieć, że nie dam rady? Że nałóg jest ode mnie silniejszy?

— Obiecuję.

***

Brianna

Położyłam Rose do spania, z uśmiechem wpatrywałam się w dziewczynkę, oby ona miała w życiu lepiej ode mnie. Mówiłam, raczej usiłowałam sobie wmówić, że nie nadaję się na matkę. Tak nie jest, każda z nas ma w sobie instynkt macierzyński, a Rose jest, była i będzie moją kochaną córeczką. Usłyszałam odgłos tłuczonego szkła, zerwałam się na równe nogi i ruszyłam do miejsca, z którego wydobył się dźwięk.

W kuchni spotkałam Nathana, który trzęsącymi się rękoma usiłował zebrać stłuczone szkło. Przykucnęłam przy chłopaku, widząc jego poranione i zakrwawione ręce, westchnęłam i sama posprzątałam w pomieszczeniu.

— Siadaj. — westchnęłam i pokazałam ręką na blat.

Brunet bez oporu wykonał moje polecenie, ja natomiast zaczęłam przeszukiwać szafki, mając nadzieję, że natrafię na apteczkę. Chwyciłam pudełko, w którym leżały bandaże, pośród białych tkanin dostrzegłam piersiówkę…

— Nath, co to jest? — zapytałam chłopaka, nie kryjąc swojego gniewu.

Nathan

— To na czarną godzinę… ja obiecałem ci, że nie tknę tego świństwa, więc tak też postępuję.- Zacząłem nerwowo się tłumaczyć.

— Ale jednak trzymasz to dziadostwo w domu, a w przypadku głodu, w przypadku tej twojej czarnej godziny, bez zastanowienia sięgnąłbyś po to… Ty jesteś poważny? — widziałem rozczarowanie w jej brązowych tęczówkach…

— Jestem, ja… To znaczy Bria… Eh… — zacząłem gubić się we własnych myślach, nie mam pojęcia, co mogę jej powiedzieć.

— Udowodnij mi to. — skrzyżowała ręce na piersiach. Podszedłem do dziewczyny, zestresowany spuściłem głowę w dół. Położyłem ręce na jej biodrach i nawet nie wiem, na co czekałem. Poczułem, jak robi mi się gorąco i nie wytrzymałem, musnąłem jej usta, na czym poprzestałem, bojąc się reakcji brunetki. Dziewczyna, początkowo zaskoczona, nie wykonała nawet najmniejszego ruchu, po chwili jednak odwzajemniła i pogłębiła pocałunek, poczułem ciepło na swoich policzkach, no nie wierzę, zarumieniłem się. Brianna zarzuciła swoje ręce na mój kark, powodując tym samym, iż pochyliłem się lekko do przodu.

***

— Wujku? Wujaszku, co ci jest? — te słowa były pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam, gdy wróciłam z pracy. Podejrzewając, co się stało, czym prędzej ruszyłam do salonu, skąd dobiegał głos Rose.

Nathan siedział… emm, wręcz topił się w fotelu. Chłopak był blady, spocony i przechodziły go dreszcze. Przykucnęłam przy brunecie i przyłożyłam swoją dłoń do jego czoła, by sprawdzić temperaturę. Chwyciłam Rose za rękę i zaprowadziłam do pokoju, włączyłam brunetce jedną z jej ulubionych bajek, po czym przebrałam ją w pidżamę. Sama natomiast ruszyłam z powrotem do salonu, ponownie spojrzałam na chłopaka, wydawało mi się że z sekundy na sekundę ginął mi w oczach.

— Nathan, kiedy ostatnio piłeś? — zapytałam z troską.

— Nie wiem, nie jestem pewien. — wymamrotał tylko, a po chwili jego ręce zaczęły drżeć.

Przerażona pobiegłam do kuchni, zaczęłam przeszukiwać szafki, by na nowo znaleźć apteczkę i ukrytą między tkaninami piersiówkę. Chwyciłam metalowy przedmiot, po czym ruszyłam do pokoju. Odkręciłam butelkę, by podać jej zawartość chłopakowi, uprzednio sprawdzając jej zawartość, a na sam zapach alkoholu zaczęło mnie mdlić. Nathan wręcz od razu pochłonął zawarty tam alkohol, siedział chwilę w spokoju, patrząc w sufit, a następnie krzyknął, że potrzebuje nieco więcej.

Zaczęłam przeszukiwać cały dom, niestety jedyne co znalazłam to dwie puszki z piwem. Pobiegłam do salonu, po drodze nieustannie się potykając. Podałam mu puszki, a on po chwili je opróżnił. Jego dłonie dalej się trzęsły, a ja przestraszona chwyciłam jego dłoń, chłopak agresywnie mnie odepchnął…

Oszołomiona po zderzeniu ze ścianą spowodowanym chwilą słabości chłopaka, nie wytrzymałam, na zewnątrz jestem zalana łzami, ale od wewnątrz wrze we mnie jak nigdy dotąd. Czuję się w pewnym sensie wykorzystana. Nathan mimo wcześniej danej mi obietnicy chlał wódę jak zwykła świnia, a z pieniędzy, które odkładaliśmy razem na nowe mieszkanie, znikały coraz to większe sumy.

— Nathan! — Krzyknęłam. — chłopak spojrzał na mnie z głupim uśmiechem.

Próbował się do mnie przytulić, ale odepchnęłam go od siebie. Zdezorientowany uniósł ręce do góry i głośno wypuścił powietrze, z kieszeni wyjął papierosy i bez zwracania na mnie jakiejkolwiek uwagi wsadził jednego do ust, szukając zapalniczki. Podczas podpalania dłonie dalej mu się trzęsły.

— Nathan! Nie pal! — wytrąciłam mu papierosa spomiędzy warg, rzuciłam na podłogę a następnie zdeptałam.

— Co ty robisz?! Odbiło ci, to kosztuje. — przerwałam mu.

— Tak samo jak mieszkanie, na które zbieramy, chociaż nie. Tylko ja zbieram.

— Bria spokojnie, ja te wszystkie pieniądze z powrotem tam odłożę, a teraz przytul się do mnie. — rozłożył ramiona.

— Człowieku, ty masz coś z głową! Z moich, podkreślam moich, oszczędności zniknęło ponad dwa tysiące, wracasz do domu nachlany, zaćpany i bóg wie co jeszcze, a teraz jeszcze to ja musiałam podać ci tę przeklętą flaszkę. Po tym wszystkim tak po prostu proponujesz, byśmy się przytulili? — zaczęłam wymachiwać rękoma.

Po chwili do pokoju weszła zdezorientowana Rose, przytuliła się do mojego ramienia i szeptem zapytała, dlaczego płaczę. Co miałam odpowiedzieć dziecku?

— Rose, kochanie to nic takiego, to ze szczęścia wiesz? — uśmiechnęłam się blado do brunetki.

— Kochanie idź do łóżka, muszę porozmawiać z wujkiem Nathem, dobrze?

— Dobrze mamusiu, ale obiecaj mi coś. Nie będziesz już płakać? — dziewczynka wydęła dolną wargę i przytulając białego misia, wyszła z pokoju.

Poczekałam jeszcze chwilę i dopiero gdy nastała zupełna cisza, zaczęłam.

— Nathan, albo bierzesz się za siebie i rzucasz to gówno, albo z nami koniec… Nie zobaczysz więcej ani mnie, ani Rose. — wycedziłam przez zęby.

— Bria, ty sobie chyba żarty robisz. Ja nie jestem uzależniony… — nie wytrzymałam.

— Nie jesteś? Ty jesteś niepoważny… Nie, ja tak dłużej nie wytrzymam, jutro z rana żegnasz się z Rose i koniec naszej znajomości, ja nie chcę mieć chłopaka alkoholika rozumiesz?!

Wyszłam z pokoju, trzaskając przy tym drzwiami. W drodze do kuchni Nathan przygwoździł mnie do ściany, swoimi rękoma trzymał mnie za nadgarstki, zawyłam z bólu.

— To boli! — krzyknęłam, gdy nie byłam już w stanie wytrzymać.

Zaczęłam się szarpać, po kilku minutach udało mi się oswobodzić prawą rękę, bez zawahania uderzyłam chłopaka w twarz. Oszołomiony zatoczył się kilka kroków do tyłu, wykorzystałam ten czas, by zamknąć się w pokoju i zacząć pakować...No dobra wrzucać wszystko, co należy do mnie i Rose, do toreb. Z samego rana, gdy Nathan spał na podłodze, tuż obok mojego pokoju, wraz z córeczką, najciszej jak się dało opuściłyśmy mieszkanie.

***

Brianna wraz z Rose zamieszkały w Domu Samotnej Matki, gdzie w końcu mogły zacząć nowe życie bez awantur.

Nathan natomiast nie miał szczęścia, załamany po utracie szansy na rodzinę, szansy na szczęście, oddał się doszczętnie nałogowi, wracał nie tylko pod wpływem alkoholu, ale i innych środków odurzających. Jego w pełni nałogowe życie niestety nie trwało zbyt długo. Dwudziestojednolatek wieczorną porą mimo typowo zimowej pory wybrał się na spacer, pijany chłopak był jedną z trzech ofiar wypadku samochodowego…

Mason

TUZ IZABELA

Wyłączyła silnik auta, ale wzrok miała nadal skupiony. Jej krótkie włosy były potargane przez wiatr, który wpadał do samochodu przez uchyloną podczas jazdy szybę. Twarz promieniująca uśmiechem na zdjęciach, które widziałem w jej mieszkaniu, teraz była zapadnięta i matowa.

Westchnąłem. Chciałem sprawić, aby było lepiej, ale przecież byłem tylko nastoletnim ćpunem.

Blondwłosa przekręciła się na swoim miejscu i oparła o drzwi, rozprostowane nogi położyła na moich udach.

— Gapiłeś się — mruknęła przymykając oczy.

— Nie prawda — ułożyłem się wygodniej na siedzeniu i spojrzałem na nią.

Jej różnobarwne tęczówki spojrzały wprost na mnie. Zadrżałem. Jej wzrok miał coś w sobie. Sprawiał, że czułem się jak otwarta księga. Miałem wrażenie, że kiedy nie odpowiadałem na jej pytania, na moim czole i tak pojawiały się odpowiedzi.

— Znowu to robisz — mruknęła, przywracając mnie do rzeczywistości.

— Zamyśliłem się.

— Ostatnio często ci się to zdarza.

— Co złego jest w myśleniu?

— Kiedy myślisz nad czymś zbyt dużo, stajesz się coraz bardziej przygnębiony.

— Mam wrażenie, że znasz mnie na wylot.

— To po prostu ty ujawniasz się przede mną.


Uchyliłem lekko okno starego pickupa, a następnie wyjąłem z kieszeni paczkę Marlboro. Zaproponowałem jednego papierosa dziewczynie, która z wielkim entuzjazmem wyjęła go z paczki. Spojrzałem na jej dłonie, w których trzymała zapalniczkę. Usilnie starała się uspokoić ich drżenie, aby bez przeszkód odpalić papierosa. Modliłem się, żeby i moje nie zaczęły dygotać. Zaciągnąłem się mocno i wypuściłem siwą chmurę, obserwując jak Nelly robi to samo. Było w niej coś… coś takiego, co sprawiało, że patrząc na nią, przechodził mnie dreszcz ekscytacji. Daleko było jej do ideału, jednak miała w sobie coś wyjątkowego. Jej zachowanie, mimo że było naznaczone wieloma wadami, które trudno było zaakceptować — przynajmniej na początku — przyciągało mnie jak magnes.

— Jakie jest twoje największe marzenie? — zapytała, gasząc niedopałek papierosa.

— Nie mam marzeń — skłamałem.

Pamiętam jak uciekłem z domu w pogoni za nowymi przygodami i spełnianiem najskrytszych marzeń, uciekając z dala od problemów. Złapałem stopa i trafiłem do tego małego miasteczka. Z plecakiem na ramieniu, w którym była tylko jakaś kanapka i wiara, że uda mi się spełnić marzenia i zacząć na nowo. Kanapka trafiła do kosza w mieszkaniu Jasona, a wiara została zamieniona na nieustające pragnienie, by czuć igłę strzykawki w mojej żyle. Teraz, kiedy szuka mnie policja, czuję tę adrenalinę, której mi brakowało, ale nie chciałem zyskać jej w ten sposób.

— Lekceważysz mnie — zmrużyła oczy. Zaśmiałem się, bo wyglądała naprawdę uroczo.

— Nie miałbym odwagi — jej dłoń była tak blisko mojej, a jednak zbyt daleko.

— To jakie jest twoje marzenie?

— Jakby dłużej się nad tym zastanowić, to chciałbym zwiedzić Paryż — lekko się zarumieniłem.

— Paryż? — prychnęła. — Serduszka, miłość i zakochane pary pod wieżą Eiffla? Nie znałam cię od tej strony.

— Fajnie byłoby płynąć Sekwaną jak w tych ckliwych filmach, których nie oglądałaś.

— Widocznie musisz mi je pokazać.

Zrobiło mi się cieplej na sercu, ponieważ oznaczało to, że zagości na dłużej w moim życiu.

***

Usiadłem na zniszczonym fotelu, z którego wychodziły już sprężyny. Jason chodził niespokojnie wzdłuż malutkiego saloniku. Szarpał się za włosy, a ja widziałem jak korci go, by znowu wziąć. Mnie też powoli zaczynały świerzbić ręce, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy kasy na towar.

— Moglibyśmy iść na dworzec — zaproponowałem po chwili milczenia.

Tęczówki mojego przyjaciela spojrzały na mnie, nie błyszczały już tak jak wcześniej.

— Nareszcie ruszyłeś swoją makówką.


Mieliśmy dwa portfele i zegarek jakiegoś mężczyzny. Radisson ze zdenerwowaniem przeliczał ilość pieniędzy w skradzionych portfelach.

— Dwie działki — mruknął, masując skronie.

Wiedziałem, że reszta będzie na nas wściekła za niepodzielenie się towarem, ale miałem to gdzieś. Liczyło się tylko to, że za chwilę poczuję ten błogi stan.

Byłem na dnie.

***

Siedziałem w pickupie, uważnie obserwując siedzącą na trawie Nelly. Przymknąłem na chwilę oczy, miałem dość. Działki, które zdobyłem razem z Radissonem, podzieliliśmy między siebie. On pozbył się swojej od razu po powrocie do mieszkania, natomiast moja dalej ciążyła w kieszeni czarnej bluzy gdzieś na podłodze auta. Mimo mojej poprzedniej chęci do zaaplikowania jej w swojej żyle, kompletnie straciłem na to ochotę. Chciałem zaprzestać. Mimo drżących rąk wierzyłem, że może mi się udać. Miałem spędzić ten wieczór, obserwując gwiazdy razem z Turner.

Wysiadłem z auta i postanowiłem przysiąść się do blondynki. Siadłem za nią, a jej ciało się trzęsło.

— Odsuń się — mruknęła.

Mimo słów dziewczyny i stanu, w jakim była, przysunąłem się bliżej jej drobnego ciała i objąłem je ramionami. Z oczu blondynki płynęły słone łzy, jej oddech był płytki, a ona dalej się trzęsła.

Odsunąłem się od niej i wstałem na równe nogi, stanąłem przed przyjaciółką i wyciągnąłem w jej stronę dłoń. Oczy Turner spojrzały na mnie, a przez moment mogłem wyczytać z nich przerażenie całą tą sytuacją. Jednak po chwili chwyciła moją dłoń i sama również wstała. Pociągnąłem ją w stronę auta, chociaż czułem, że lekko się opiera. Dla niej ten dzień był męczący tak samo jak dla mnie. Obydwoje byliśmy na głodzie, a ja miałem tylko jedną działkę. Chciałem, żeby się uspokoiła, liczyłem, że to właśnie sen przyniesie jej chwilowe ukojenie. Jednak kiedy obydwoje ułożyliśmy się w aucie tak, że prawie całe ciało dziewczyny było na moim, zacząłem czuć większe pragnienie. Wiedziałem, że nie zasnę tej nocy. Sytuacja z Nelly trochę mnie uspokoiła psychicznie, gdyż chciałem być dla niej oparciem w tej ciężkiej chwili, a nie dodatkowym balastem. Jednakże mój organizm cały czas domagał się narkotyku. Dawki chwilowego ukojenia, która była tak blisko, a jednak — zbyt daleko. Była tylko jedna działka, a narkomanów na głodzie było dwóch, więc mamy problem. Cieszyłem się choć trochę z nieświadomości dziewczyny o miejscu znajdowania się działki.

— Śpisz? — spytała, kiedy przymknąłem powieki.

— Nie, nie śpię — westchnąłem.

Chciałem jak najszybciej zasnąć, chciałem przestać myśleć o tym, co zrobić.

— Dlaczego nigdy nie opowiadałeś, z jakiego powodu uciekłeś?

— Nie lubię tej historii — otworzyłem oczy, skupiając wzrok na zniszczonym dachu auta.

— Musisz chyba za kimś tęsknić, ja tęsknie za swoją rodziną, ale wiem, że wyparłaby się mnie — słyszałem w jej głosie nutkę złości. Złości, która była skierowana na nią samą.

— Tęsknię za młodszą wersją siebie.

— Czyli?

— Za starym sobą, bez przemożnej potrzeby wstrzykiwania sobie w żyłę narkotyków… Za powrotem do dzieciństwa, kiedy miałem oboje kochających się rodziców i nie znałem całego, tego gówna.

***

Dni niepokojąco się dłużyły. Od ataku Turner minął zaledwie tydzień. Nie widziałem się z nią, odkąd rozstaliśmy się następnego dnia o świcie. Mam nadzieję, że trzyma się o wiele lepiej niż ja. Wypuściłem drżący oddech. Przez cały ten tydzień przeżywałem katusze, starając się odwieść myśli od małej torebeczki z narkotykiem. Miałem dość. Chciałem uciec tak, jak — tamtego dnia. Ostatnio widziałem swoją twarz na ulotkach przywieszonych na słupie w centrum Londynu. Założyłem wtedy kaptur na głowę, wyobrażając sobie pogardliwe spojrzenia innych ludzi. Było mi wstyd, a ten kaptur miał mnie ochronić, dać poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo mi teraz brakuje. W głębi duszy pragnąłem choćby chwilowego powrotu do domu, ale wiedziałem, że nie byłoby już tak samo. Tkwiłem w tym bagnie po uszy.


Byłem marionetką w świecie. Marionetką własnych lęków i słabości.


Pod wieczór zamknięty w moim „pokoju”, leżąc na zniszczonym materacu, starałem się nie myśleć o tym, co dzieje się za ścianą. Zrobili sobie z naszego mieszkania klatęKlata — miejsce gdzie zażywa się narkotyki.. Miałem ochotę opuścić moje cztery ściany i dołączyć do nich, jednak po chwili odpuszczałem. Ktoś zapukał do drzwi. Nie odezwałem się. Kimkolwiek jest ta osoba, miałem nadzieję, że sobie pójdzie. Nie chciałem gości. Jednak ten ktoś był nieustępliwy i po chwili stanął w progu pomieszczenia, a ja uchyliłem powieki. Nelly. No tak… Zapewne będzie namawiała mnie do wzięcia udziału w ich zabawie.

— Czemu siedzisz tu sam? — zapytała po zamknięciu za sobą drzwi.

— Nie chcę się tam pokazywać.

— Czemu?

— Bo wiem, że się złamię — spojrzałem na jej twarz, kiedy usiadła koło mnie.

— To przecież nic złego — jej źrenice były powiększone.

— Nie chcę skończyć, jako ćpun — na jej twarzy pojawił się grymas.

— To jakim cudem znalazłeś się w mieszkaniu ćpunów, z jedną działką w kieszeni bluzy? — spytała prowokacyjnie, unosząc brew. Wiedziała o działce. Gadatliwy Radisson.

— Ja… nie chcę tego. Chcę to zakończyć.

— Dobrze o tym wiem, ale może odpuść na ten jeden wieczór.

— Wytrzymałem już prawie półtora tygodnia, nie sądzisz, że lepiej tego nie przerywać?

— Zaszalej, to nasz ostatni wieczór.

— Mówisz jakbyśmy o wschodzie słońca mieli się żegnać — wstrzymałem oddech.

— Obiecam ci, że jeżeli dziś dołączysz do reszty, od jutra będę czysta razem z tobą.

— Nie — szybko zaprzeczyłem.

Nie chciałem, aby znosiła to cierpienie. Jest zbyt delikatna, aby wytrzymać na głodzie.

— Tak, zrobię to. Zaraz przyniosę ci coś mocnego — nim zdążyłem zaprzeczyć — starsza przyjaciółka opuściła pokój, a ja zostałem sam. Nie na długo.

Po paru minutach dziewczyna stanęła w drzwiach z woreczkiem z białą substancją w środku, strzykawką, opaską uciskową i szklanką wody.

— GonzalesGonzales — inne określenie amfetaminy. — powiedziała, zajmując miejsce obok mnie.

Podała mi do ręki szklankę i otworzyła białą torebeczkę.

— To nie jest dobry pomysł.

Wsypała zawartości woreczka do szklanki i wzięła ją ode mnie. Zaczęła mieszać roztwór strzykawką, a następnie uzupełniła strzykawkę.

— Będę tego żałował, robię to tylko dla ciebie — mruknąłem, kiedy zawiązała na moim przedramieniu opaskę uciskową. Następnie czułem zimną igłę wodzącą po moich żyłach, a później lekkie ukłucie.

Nie byłem jeszcze pod wpływem narkotyku, ale już żałowałem. Jednak jest już za późno. Pozostało tylko czekać na efekty.


Między trzecią a czwartą, kiedy wszyscy byli już naćpani, w mieszkaniu pojawili się niespodziewani goście. Myślałem, że uniknę kiedyś takiej sytuacji, ale nie było mi to dane. Gośćmi okazali się być policjanci, co pamiętam jak przez mgłę. Jednakże doskonale zapamiętałem grymas na twarzy Nelly, kiedy skuwali ją w kajdanki. Właściwie skuli wszystkich moich znajomych, także i mnie. Wyprowadzali ich z mieszkania po kolei i umieszczali w radiowozach stojących przed starą kamienicą. W głębi duszy jakaś część mnie cieszyła się z takiego obrotu sytuacji. Miałem szansę powrócić do dawnego życia. Wiedziałem przecież, że to nie będzie to samo. Jednak wierzyłem, że choć trochę uda mi się to przywrócić.

Siedząc teraz w swoim pokoju, w rodzinnym domu, żałowałem, że doprowadziłem do tego wszystkiego. Zawód na twarzy mojego ojca, kiedy odbierali mnie z komisariatu; płacz mojej matki, która winiła się nawzajem z ojcem za mój stan; ostatni smutny uśmiech Nelly, który miałem okazję zobaczyć. Żałowałem tego, co musieli przeżywać przeze mnie. Może gdybym nie uciekł, mój tato nie uważałby mnie za błąd, może moja mama nigdy nie musiałaby płakać przeze mnie, może Turner nie musiałaby znajdować się w chłodnej celi tak jak reszta moich znajomych.

Już dawno potrzebowałem pomocy, którą otrzymuję dopiero teraz. Tylko nie wiem, czy jest jeszcze dla mnie jakiś ratunek. Zostałem ćpunem jako szesnastolatek. Mógłbym przecież być teraz wzorowym uczniem tutejszego liceum. Nie powinienem już gdybać, postąpiłem jak postąpiłem. Dokonałem wyboru i uciekłem z domu, aby nie patrzeć na mojego ojca, który był pracoholikiem i na matkę, którą problemy w małżeństwie — jak i z własnym synem — skłaniały do zaglądania do kieliszka. Chyba chciałem pokazać im wtedy, że potrafię poradzić sobie lepiej niż oni. Miałem cel, który gdzieś po drodze się zgubił. Wylądowałem na dnie. Z dnia na dzień tracąc wiarę w siebie.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу