Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Gilbert

Sandra Miler

Był piękny początek wiosny, gdy wszystko na nowo budziło się do życia. Pąki rozkwitających kwiatów tworzyły barwne ścieżki, a rozćwierkane ptaki przylatywały do swoich domów. Jadąc rowerem, czułem lekki powiew wiatru, mierzwiący mi włosy.

W pewnym momencie puściłem kierownicę i położyłem dłonie na kolanach. Zamknąłem powieki, chcąc wsłuchać się w śpiew ptaków, choć doskonale wiedziałem, że to, co robiłem, było zwyczajnie niebezpieczne. Sądziłem jednak, że nic mi się nie stanie; że jeśli się przewrócę, nabawię się jedynie kilku zadrapań, drobnych ranek czy siniaków, które przecież tak szybko się goiły.

Mój wypadek okazał się niestety o wiele poważniejszy — wylądowałem na twardej, betonowej ścieżce z lewą nogą wygiętą pod takim kątem, że aż krzywiłem się z bólu. Nie potrafiłem samodzielnie wstać, nawet podpierając się o rower. Zacząłem więc głośno wołać o pomoc.

Zza drzewa wyłoniła się średniego wzrostu dziewczynka patrząca na mnie swoimi wielkimi, mądrymi oczami. Ubrana była w białą, zwiewną sukienkę, która w odróżnieniu od innych, wyglądała nad wyraz przeciętnie. Jej lśniące, kasztanowe włosy były niedbale upięte w kucyk. Gdy podchodziła do mnie bliżej, sprawiała wrażenie przestraszonej i niepewnej swoich kroków.

— Wszystko w porządku? Możesz wstać? — zapytała. Nie znałem jej i byłem niemal pewien, że nigdy wcześniej nie widziałem jej w pobliżu naszego sierocińca. Nie myślałem nad tym wiele — tępy ból sprawiał, że świat wokół mnie wirował, głos dziewczynki dochodził mnie jakby z daleka.

Pokręciłem głową w odpowiedzi — tylko na to było mnie stać.

— Nie ruszaj się, dobrze? Niedługo po ciebie wrócę — powiedziała, a w tonie jej głosu czułem strach i troskę.

Kilka minut później wróciła, a u jej boku znajdowało się dwóch starszych mężczyzn, opiekunów domu, w którym się znajdowałem — pierwszy z nich trzymał w dłoniach apteczkę, drugi zaś nachylił się nade mną, oferując pomoc.

Dziewczynka natomiast nie robiła nic — jedynie przyglądała mi się w milczeniu.


* * *


Gdy w końcu dotarliśmy do domu dziecka, przywitała nas pani Eleonora — nasza główna opiekunka, której, przyznam nieskromnie, byłem ulubieńcem. Najwyraźniej nikt wcześniej nie poinformował jej o tym, co się ze mną stało, bo kiedy tylko mnie zobaczyła, pobladła, zakrywając usta dłonią.

— Gilbercie, co się wydarzyło? — zapytała zatroskana.

— Nic takiego — uspokoiłem ją. — Zwykłe złamanie, wypadek rowerowy — wytłumaczyłem. Eleonora spojrzała na mnie spod byka. Zwróciła się do dziewczynki, która mi pomogła i która wciąż stała obok mnie ze wzrokiem utkwionym w drewnianą podłogę. Poprosiła ją, aby zaprowadziła mnie do mojego pokoju, a ona zgodziła się wyraźnie zawstydzona.


* * *


Dziewczynka otworzyła mi drzwi, a ja wsunąłem się do pokoju, trzymając się ich framugi. Zaprosiłem ją do środka — bez większego powodu, pragnąłem podziękować jej tylko za pomoc.

Usiadłem na łóżku z trudem, poklepując miejsce obok siebie. Dziewczynka zawahała się.

— Dlaczego chcesz, abym usiadła? — spytała podejrzliwie.

— Och — uśmiechnąłem się — chciałem ci jedynie podziękować, przedstawić się; może zapytać o imię. Gdyby nie ty, leżałbym na tej dróżce aż do rana.

— Nie ma za co — wzruszyła ramionami. — To był przypadek, że na ciebie wpadłam — dodała, spoglądając nerwowo na zegar, wiszący w moim pokoju. Najwyraźniej nie miała ochoty ze mną rozmawiać.

— Nie masz zamiaru się przedstawić? Nie kojarzę cię — zagaiłem.

— Irenka, a ty jesteś Gilbert, już wiem — mruknęła — Przepraszam, ale się śpieszę, nie powinnam zostawiać siostry samej — wytłumaczyła. Wydawała się naprawdę zagubiona.

— Rozumiem — przytaknąłem. — Jeśli jednak będziesz miała ochotę ze mną porozmawiać, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Jako starszy kolega zawsze służę pomocą — zaśmiałem się.

Na moje słowa, na twarzy Irenki zagościł delikatny uśmiech, jakbym był pierwszą osobą, która proponowała jej rozmowę.

— Dobrze. Zapamiętam — pokiwała głową, a potem odwróciła się w stronę drzwi.

Irenka

Justyna Kniaź

Pierwsze promienie słońca przebijają się przez firany, oświetlając niewielki pokój, a ptaki śpiewają cicho, siedząc na drzewach w ogrodzie. Pani Eleonora krząta się w kuchni, słychać dokładnie jak schyla się i wyciąga z szafy talerze. Ja natomiast leżę w łóżku. Boże. Momentalnie podnoszę głowę i rozglądam się po całkiem już jasnym pokoju. Wszystkie łóżka wokół są zajęte przez głęboko jeszcze śpiące dziewczęta. Wychylam się dalej i widzę, jak niebieska furgonetka wjeżdża na nasze podwórze — to dostawa pieczywa, a więc do śniadania pozostało już tylko pół godziny. Zaspałam.

Wybiegając z pokoju, chwytam jeszcze mój beżowy sweterek i możliwie cicho wychodzę na korytarz. Karcąc się w duchu za swoje niedbalstwo i nieodpowiedzialność, idę spiesznie pomiędzy pokojami i kieruję się w stronę schodów. „Marianka, Marianka” — nieumyślnie powtarzam jej imię w głowie, myśląc tylko, czyy sama sobie poradzi. A jeśli jeszcze śpi? Jeśli leży spokojnie ufając, że przyjdę na czas? Jeśli nie zdąży się ubrać i uczesać i przyjść punktualnie na śniadanie? Za każde takie uchybienie groził każdemu dodatkowy dyżur przy zmywaniu naczyń. Dlaczego tylko miałaby pokutować z mojej winy?

Gwałtowne zerwanie się z łóżka sprawiło, że dostałam gęsiej skórki i cała się trzęsłam, ale podążałam dalej, chcąc jak najszybciej dotrzeć do pokoi dzieci przedszkolnych. Zbiegam już z ostatnich schodów, gdy nagle jedne z drzwi po lewej stronie otwierają się tak gwałtownie, że o mało co nie przewracam się na posadzkę. To pani Eleonora, która widząc mnie na korytarzu jeszcze w czasie ciszy nocnej, mówi surowo:

— Dziecko drogie, czego ty tutaj szukasz? Z tego, co wiem twój pokój znajduje się na innym piętrze.

Stanęłam jak wryta. Dotychczasowy problem mojego zaspania został teraz przysłonięty czymś zupełnie innym. Od pięciu lat codziennie z rana chodziłam do siostry, aby ją obudzić, przynieść czyste ubrania, pomóc jej się ubrać i uczesać i nigdy też nie zostałam na tym przyłapana. Opieka sierocińca kończyła się bowiem na tym, iż o godzinie 6:45 do każdego pokoju wkraczała jedna z opiekunek oznajmiając piskliwym głosem, iż do śniadania, na którym każdy bezdyskusyjnie ma się zjawić o czasie, pozostało niejakie piętnaście minut. To na pewno uczy sumienności, rzetelności oraz punktualności, oczywiście, ale czy 6– letnie dzieci, które przecież potrzebują ciepła i troski? Nigdy nie widziałam w tym słuszności, dlatego z całego serca pragnęłam i uważałam za swój święty obowiązek to, by Marianka nie musiała do końca doświadczać takiego życia.

— Irenko za moment śniadanie. Masz zamiar tam iść w samej koszuli i sweterku? — ciągnie pani Eleonora, podczas gdy ja wciąż nie jestem w stanie powiedzieć ani słowa.

— Marianka — szepnęłam, ledwo słysząc swój własny głos.

— Została już obudzona tak jak wszyscy, nie rozumiem, w czym problem?

W czym problem? W głowie jednocześnie skłębiły mi się wszystkie myśli i wyrzuty przeciwko sierocińcom, które zgromadziłam w głowie przez lata. Pamięć o miłości mamy i taty, która w zestawieniu z tym miejscem i tymi ludźmi wydawała się fantazją, doprowadzała do rozpaczy. Łzy powoli napływają mi do oczu, gdy nagle zza pleców pani Eleonory wyłania się moja siostrzyczka — roześmiana, w towarzystwie grupy koleżanek. Zobaczywszy mnie, uśmiecha się jeszcze szerzej i macha swoją szczupłą rączką. Gdyby nie ta mała osóbka, z pewnością już dawno bym stąd uciekła.

— Wszystko w porządku, widzisz? Zobaczycie się później — mówi jeszcze pani Eleonora.

Przytakuję, aby jak najszybciej skończyć rozmowę. Dusząc w sobie smutek, uśmiecham się jeszcze do Marianki, pocieszona myślą, że daje sobie radę. Następnie odwracam się na pięcie i ruszam w stronę pokoju.

Na śniadanie wchodzę spóźniona. Chcę to zrobić najciszej, jak tylko się da, ale drzwi złośliwie skrzypią i kilkadziesiąt par oczu w jednej chwili zwraca się w moją stronę. Nikt nie patrzy na mnie zbyt długo, ciekawość opada po paru sekundach, jednak i to stanowiło dla mnie wieczność. „Och Irenka, no tak, była u siostrzyczki, tylko po co?”, „Uczesałaby się przynajmniej, zamiast wciąż wykonywać nie swoje obowiązki”, „Zachowuje się jakby była jej własną matką.” — zdają się mówić wszyscy. W rzeczywistości stoję jedynie blada w progu stołówki, podczas gdy inni jedzą spokojnie, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi.

Siadając przy najbliższym stoliku i spuszczając głowę utwierdzam się tylko w swojej nadwrażliwości — nikt nie mówi tu o mnie, ale o siedzącej niedaleko szczupłej dziewczynie, której sukienka zdecydowanie nie pasuje do klimatu biednego sierocińca. Tutaj nowe ubrania dostaje się jedynie z okazji ważnych świąt lub uroczystości, to znaczy raz na dwa lata.


* * *


— Isiu, masz moje skarpetki? — pyta Marianka, gdy spotykam ją po śniadaniu. Piorę jej ubranka codziennie, gdyż z powodu braku środków na cały nasz sierociniec nie przypada ani jedna pralka, a opiekunki zwyczajnie nie radzą sobie z ilością brudnych ubrań zużywanych przez dzieci.

Przytulam Mariankę mocno, nadrabiając to, czego nie zrobiłam dziś rano.

— Tak, tak, suszą się jeszcze na zewnątrz, zaraz ci je przyniosę.

Zanim odchodzę, spoglądam jeszcze na dziewczynkę — patrzy na mnie swoimi dużymi zielonymi oczami, jest szczupła i bardzo wysoka jak na swój wiek. Jej włosy są długie, falowane — zupełnie jak moje. W tym wszystkim zawsze przypomina mi mamę. Mamę, która przez pierwsze sześć lat mojego życia razem z tatą tworzyła spełnienie wszystkich moich dotychczasowych marzeń. Nie pamiętam, abym miała wtedy jakiekolwiek zabawki — każdą wolną chwilę spędzaliśmy bowiem, śmiejąc się głośno i nie myśląc o kryzysie, który ciążył na wszystkich Polakach. II wojna światowa pociągnęła jednak za sobą wiele ciężkich chorób oraz brak opieki lekarskiej, która szybko stała się dostępna jedynie dla niektórych. Wkrótce zachorowała także mama. Leżała w domu z gorączką wiele dni, a nikt wokół nie był w stanie jej pomóc. Czternastego dnia umarła. Razem z tatą przepłakaliśmy przy niej co najmniej pół nocy. Marianka była jeszcze niemowlęciem. Był to rok 1952.

Dwa dni później tata stracił pracę, nic dziwnego — kryzys się pogłębiał, a on spędził ostatnie dwa tygodnie, opiekując się mamą oraz nami, coś takiego jak zwolnienie zwyczajnie nie istniało.

Był wtedy chłodny marcowy poranek, gdy tata ze łzami w oczach obudził mnie wcześnie rano. Wszystko już było gotowe — dokumenty, parę ubrań i adres sierocińca. Potem przyszła do nas wysoka pani, wzięła na ręce śpiącą jeszcze Mariankę i wskazała samochód, do którego miałam wsiąść. Szok był dla mnie tak wielki, że w tym momencie nie potrafiłam nawet zapłakać, ale dobrze rozumiałam, że nie mamy innego wyboru. Tata wziął mnie w ramiona w ostatniej chwili przed wyjazdem i łamiącym się z rozpaczy głosem wyszeptał: „Dbaj o nią. Kochamy cię”.


***


Wychodzę przed budynek, by ściągnąć ze sznurków schnące ubrania siostry. Trwa właśnie przerwa między zajęciami, a więc większość dzieci spędza ten czas w pokojach, czyniąc podwórko całkowicie pustym. Przechodzę boczną ścieżką w dół, gdy nagle spomiędzy drzew unosi się głośny świst wiatru. Odwracam się szybko, spoglądając w to miejsce. Po chwili dochodzi jeszcze głośny trzask łamanych gałęzi i ciche zawodzenie. Przestraszona podbiegam tam i po chwili widzę umorusanego ziemią Gilberta, prawdopodobnie Gilberta, bo jest ode mnie o pięć lat starszy i kojarzę go jedynie z wieczornych rozmów moich współlokatorek, które potrafią codziennie na nowo zachwycać się jego delikatnie kręconymi włosami i bladą cerą. Teraz jednak chłopak leży obok przewróconego roweru, trzymając się kurczowo za lewą nogę. Oczy ma zaciśnięte. Spogląda na mnie tylko przez moment. Ja natomiast biegnę po wychowawców.

Przez kolejny tydzień rano punktualnie bywam u siostry. Przynoszę czyste ubranka, zaplatam jej warkocze, potem długo rozmawiamy, aż nie będę zmuszona wrócić na pobudkę do pokoju. Ósmego dnia wychodząc, widzę na końcu korytarza wysoką postać. Przyspieszam kroku, jednak ta po chwili jest tuż za mną. W świetle wschodzącego słońca widzę, że to Gilbert.

— Odprowadzę cię — mówi pewnie, obserwując mnie uważnie. Ubrania oraz grzebień, które trzymam w rękach, po chwili zostają mi odebrane i niesie je chłopak. Dalej idziemy w milczeniu, ale Gilbert spogląda na mnie regularnie, sprawdzając jakby, czy wciąż tu jestem i czy zaraz przypadkiem nie ucieknę. Co prawda i to biorę przez chwilę pod uwagę, jednak jego obecność dziwnie mnie uspokaja, mimo że w głowie mam chaos. Gdy dochodzimy do pokoju Marianki, ten oddaje mi ubrania, odwraca się i odchodzi, nie oczekując na żadne słowa z mojej strony. Zostawia za sobą jedynie to, czego nie umiem bliżej określić, mianowicie myśl, która mówi, że mógłby tak przychodzić codziennie.

Teresa

Karolina Szmygin

Powoli siadam na łóżku. Skrzypi niemiłosiernie. Obrzydza mnie. Prześcieradło, koc i wypchana, zdecydowanie nie pierzem, poduszka trącą wilgocią. Najchętniej spałabym na podłodze, ale marcowa noc jest chłodna. Jeszcze nieco ponad tydzień temu nie sądziłabym, że w ogóle się tu znajdę. Mimo tego, że rodziców nie widziałam od dawna, nie byłam przecież sierotą. To, że zniknęli z mojego życia, nie przesądzało o ich śmierci. Poza tym miałam dom. Bogaty dom. Dużo sukienek i pięknych przedmiotów, przysłanych z Francji. Mieszkałam w luksusowej willi pod Warszawą. Bez rodziców udało mi się przeżyć jedenaście lat. Wraz z moją opiekunką Martą dobrze sobie radziłyśmy. Nie chodziłam do szkoły, prawie wcale nie oddalałam się poza mury rezydencji, ale było mi dobrze. Czułam się bezpieczna. Z odejściem rodziców zdążyłam się już dawno pogodzić. Ojca nie znałam, a z matką nigdy nie byłam blisko. Sądziłam, że uda mi się przetrwać w tym stanie zawieszenia do pełnoletniości. Potem chciałam wyjechać. Uczyć się, studiować. Ale ktoś zachwiał moim planem. Ktoś z kim żadne rozmowy ani negocjacje nie były możliwe.

Wszystko stało się tak szybko. Nie zdążyłam się obejrzeć, a już szary, średniej jakości i zapachu samochód zatrzymał się pod drzwiami wysokiej kamienicy. Takiej same jak inne przy ulicy. Nudnej i zwykłej, wciąż nie całkiem wyremontowanej po wojnie. Chciało mi się płakać. Zresztą wciąż chce, gdy tylko przypomnę sobie minione godziny; dziwaczne spotkanie powitalne zorganizowane przez opiekunkę sierocińca, podczas którego wszyscy wgapiali się we mnie bez słowa, a później także w mój srebrny zegarek. Przewiercali mnie wzrokiem, nie zważając na usilne prośby wychowawczyni o parę serdecznych słów, którymi w końcu sama musiała mnie uraczyć. Mało brakowało, a z moich oczu naprawdę popłynęłyby łzy. Jednak nie zrobiłam tego. Doskonale pamiętałam, co powiedziała mi mama, zanim mnie zostawiła. „Nie okazuj słabości”. Wiedziałam, że świat mnie zniszczy, w momencie, w którym spróbuję się mu poddać. Tak więc teraz też udaje mi się przemóc. Przykrywam się kocem i usiłuję odepchnąć od siebie irracjonalne wrażenie, że cały się porusza na skutek potencjalnie zawartego w nim robactwa. Długo jeszcze nie mogę zasnąć, wsłuchując się w nieregularne oddechy dziewcząt śpiących na łóżkach obok. Ktoś z drugiego końca pokoju nieustannie pokasłuje i pociąga nosem. Zaciskam powieki, powtarzając sobie w głowie, że to wszytko jest tylko chwilowe.

Rankiem odczuwam przypływ sił. Wiem, że jestem tu lepsza od wszystkich. Aby to udowodnić wkładam najlepszą sukienkę i schodzę na śniadanie. Jest zimno. Jak widać nikt nie kłopotał się z ogrzaniem tego miejsca. Rozglądam się krytycznie po wnętrzu, na które wczoraj nie zwróciłam, z poczuciem totalnej bezradności udając się do sypialni z niejaką panią Eleonorą.

Kamienica w pewnym sensie przypomina mój dom. Nie widać w niej śladu mody współczesnej; agresywnych kolorów ani dziwacznych kształtów. Wszystko wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tu jeszcze przed wojną i wytrwale opierał się wpływom zachodnim. Przez myśl przelatuje mi jakieś optymistyczne stwierdzenie, jednak szybko ginie w natłoku wrzasków dochodzących zza drewnianych drzwi. Nie chcę tam wchodzić, ale unoszę wysoko brodę, poprawiam dokładnie rozczesane włosy i naciskam klamkę. Widok, który mi się ukazuje rani mój zmysł estetyczny w każdy możliwy sposób. Jest mi wręcz żal wszystkich tych dzieci siedzących przy stole, ubranych prawie że identycznie… nijako. Moja twarz wykrzywia się w grymasie zniesmaczenia i zażenowania. Nawet nie próbuję go powstrzymywać. Dobrze mi ze świadomością, że mimo upadku, wciąż jestem tą lepszą. Siadam wygodnie na jednym z krzeseł i dokładnie lustruję każdego z osobna. Widzę dziewczyny, w gruncie rzeczy ładne, lecz koszmarnie zaniedbane, chłopców mniej więcej w moim wieku, chudych i wątłych, dzieci, które mogłyby być pełne uroku, ale twarze mają brudne, a włosy krzywo ścięte. Mój wzrok szczególnie długo spoczywa na „osobniku” siedzącym na rogu stołu. Wysoki, lekko zgarbiony, łokcie opiera na stole. W oczach ma dziwne błyski. Wydaje się być oderwany od rzeczywistości. Nikt koło niego nie siada. Wreszcie dochodzę do wniosku, że jest brzydki. Odwracam wzrok, ale mimochodem co chwila wracam nim na róg stołu. W pewnej chwili chłopak wyrywa się z otępienia i nasze spojrzenia się krzyżują. Uśmiecha się do mnie złośliwie, jakby z drwiącą satysfakcją po czym wstaje od stołu, a ja czuję, jak cała się czerwienię. Jestem na siebie zła. Dałam wciągnąć się w te głupie gierki z domu dla podrzędnych sierot bez perspektyw.


***


Minął już prawie tydzień od momentu, kiedy pojawiłam się tu po raz pierwszy. Wciąż nawet nie próbuję identyfikować się z tym miejscem. Przecież to tylko na chwilę. Początkowo inni podopieczni oferowali mi pewną formę przyjaźni. Nie zgadzałam się. Wolałam pozostać sama. Bałam się konieczności zmian, która mogłaby się pojawić wskutek nowych znajomości. Mimo wszystko budzę duże zainteresowanie, zwłaszcza wśród dziewcząt. Bezustannie chcą się przyglądać moim sukienkom i spinkom do włosów. Nie chcą ich jednak dotykać. To dobrze. Nie muszę się wiec bać kradzieży.

Siedzę przy oknie w sypialni i przyglądam się pozornie beztroskim zabawom wychowanków. Widzę parę dziewcząt skaczących na skakance i dzieci goniące się wokół jedynego drzewa na podwórzu. W głębi siedzi ten brzydki chłopak, Teodor. Majstruje coś w metalowym pudełku, przygryzając dolną wargę i marszcząc grube, ciemne brwi. Pierwszy raz widzę go bez tej porażającej złośliwości w oczach, przez którą nikt nie chce się z nim przyjaźnić. Widzę, jak ciepły wiatr dmucha mu we włosy. Przez chwilę mam nieodpartą ochotę, aby ich dotknąć. Wydają się takie miękkie...Chwila moment — o czym ja w ogóle mówię? Oto Brzydki Teodor, irytujący i prawdopodobnie aspołeczny. Kieruję wzrok w stronę bazgrzącego coś w swoim notesie Gilberta. Wydaje się miły, aczkolwiek dużo czasu spędza z młodszą od siebie o pięć lat Irenką. Nie wiem co o tym sądzić. Wszyscy wydają się w porządku, dopóki nie przypomnę sobie o tym, kim są i gdzie się znajdują.

Wyglądam na korytarz. Jest całkiem pusty. Wszyscy wyszli na zewnątrz, ciesząc się pierwszymi w tym roku ciepłymi promieniami słońca. Zamykam drzwi i sięgam po kuferek schowany pod łóżkiem. Jest prawie pusty. Na dnie jedynie leżą dwa zdjęcia i perłowy naszyjnik, który należał do mojej mamy. Wyciągam pierwszą fotografię; jest na niej mój tata. Taki młody i uśmiechnięty. Stoi przed naszym domem, który właśnie kupił. Kolejna przedstawia obydwoje rodziców w dniu ślubu, są tacy szczęśliwi, mimo trwającej wtedy wojny. Wiem, że niedługo później urodziłam się ja, a potem… tata odszedł. Wyemigrował do Francji i mogę się tylko domyślać z jakich powodów. Zaraz po wojnie miał wrócić. Obiecywał to w listach pisanych do mamy i do mnie. Mówił, że nas kocha i już nie może się doczekać spotkania. Jednak wojna się skończyła, a on nie wracał. W końcu przestał też pisać, więc mama zdecydowała się go odnaleźć. I tak utraciłam ich oboje. Nie tęsknię za nimi, ale mam do nich żal. Czasem myślę, że od zawsze to planowali. Odpycham od siebie te myśli. Zaczynam szukać zegarka, który nosił tata. Bez skutku. Powoli wpadam w panikę, zdając sobie sprawę, że po spotkaniu powitalnym wcale nie odłożyłam go na miejsce. Moje policzki stają się gorące, a oczy pieką. Byłabym się rozpłakała, gdyby nie gwałtownie otworzone drzwi. Pojawiła się w nich dziewczyna o pospolitym kolorze włosów i nijakim wyrazie twarzy, której imienia nie pamiętam, za to ona z pewnością zna moje. Poza tym, że jest odrobinę nachalna, wyraża nieco przesadne zainteresowanie moimi przedmiotami użytku codziennego. Podejrzewam, że gdybym nie chowała swojego grzebienia do walizki, używałaby go za każdym razem, gdy wychodzę z pokoju. Tym razem jednak nawet nie zwraca na mnie uwagi. Wygrzebuje coś tylko spod swojej poduszki i szybko kieruje się do wyjścia. Mimo tego automatycznie odkładam kuferek na miejsce i staram się zachowywać tak, jakby zawilgocona podłoga w nogach łóżka była najodpowiedniejszym miejscem do przesiadywania.

Eleonora wygnała mnie na podwórze, abym zaczerpnęła odrobinę świeżego powietrza. Szczerze, nie widzę w tym żadnego sensu, ale ulegam. Jak zdążyłam już wywnioskować, nie robi na niej najmniejszego wrażenia to, że mój status społeczny kilkakrotnie przewyższa jej. Snuję się po ubitej ziemi, z której w nielicznych miejscach wyrastają kępki trawy. Wreszcie decyduję się zatrzymanie się przy murze. Chętnie bym usiadła, ale mam na sobie francuską sukienkę w kwiaty, której nie chcę pobrudzić. Z obrzydzeniem przyglądam się dziewczynom mających totalnie gdzieś stan swoich szarych spódniczek. Widzę jak jedna z nich (dokładnie ta sama, która nie zaszczyciła mnie nawet pojedynczym spojrzeniem w pokoju) beztrosko siedzi obok Teodora opierając się o zarośnięty mchem mur, który z pewnością pobrudzi jej bluzkę. Po co to właściwie robi. Mogłaby siedzieć wraz z innymi na ławce bez strachu o niemożliwe do sprania plamy, a jednak wybrała mur. W dodatku w towarzystwie chłopaka, którego nikt tutaj nie lubi. Mimo jego nieopisanej brzydoty, którą już pierwszego dnia automatycznie połączyłam z jego osobą, odczuwam niewielkie ukłucie. Dziewczyna jest zbyt pewna siebie. Opowiada mu coś z ogromnym zaangażowaniem. Temat musi być naprawdę intrygujący, ponieważ z tego całego rozentuzjazmowania co chwila wyrzuca z ust niewielką porcję śliny. Z całych sił wytężam słuch, by wychwycić choć część ich rozmowy. Wyczuwam w jej wypowiedzi i przesadnym zainteresowaniu sarkazm, co pozwala mi odetchnąć ulgą. On nic sobie z tego nie robi. Nawet na nią nie patrzy, tylko udaje, że słucha, przejmując tym samym cichą przewagę. Widzę, że to on w głębi duszy nabija się z niej tym wymalowanym na twarzy drwiącym uśmiechem i uniesioną brwią. Bezwiednie też się uśmiecham, co jednak próbuję ukryć pod zasłoną włosów. On to zauważa. Ironiczny grymas przekształca się w coś bardziej szczerego i naturalnego. Dopiero po chwili orientuję się, wpatrujemy się w siebie nawzajem. Po raz pierwszy odnoszę wrażenie, że tu wcale nie jest tak okropnie.

I pewnie dalej trwałabym przy tej jakże szlachetnej myśli, gdybym nie przeniosła wzroku na błyszczące, metalowe elementy, które trzymał na kolanach i które nieodparcie mi coś przypominały.

Teodor

Alicja Szałańska

Budzę się równo o ósmej — o godzinę za późno, aby zdążyć na śniadanie, które niemal codziennie, prócz poniedziałków, w które kucharki dodają do mleka trochę mąki ziemniaczanej, robiąc z niego budyń, składało się z zupy mlecznej i szklanki niesłodzonego, śliwkowego kompotu. Co więcej, budzę się za późno także na obowiązkowe poranne spotkanie zaczynające się równo po śniadaniu — o siódmej czterdzieści, na którym przydzielano nam obowiązki na dany dzień.

Rozglądam się po pokoju — małym pomieszczeniu z trzema, drewnianymi łóżkami, jednym jedynym biurkiem i masą rzeczy leżących odłogiem na podłodze. Upewniwszy się, że moi współlokatorzy opuścili go na czas, kolejny raz mnie o tym nie informując, przeklinam tak siarczyście, jak tylko potrafię — a potrafię całkiem nieźle — po czym obracam się na brzuch, wciskając głowę w poduszkę.

Pulsujący ból głowy przyprawia o mdłości, choć w brzuchu, z powodu wczorajszego opuszczenia kolacji, mam zwyczajnie pusto. Wstrzymuje oddech i zaczynam kontemplować nad swoim losem w bezruchu po to, aby już po kilku chwila wyciągnąć jakże prosty i zrozumiały wniosek — dopadł mnie kac, który z kolei uświadamia mi, że podkradanie alkoholu z pokoju wychowawców i picie go w tajemnicy przed wszystkimi, w szopie za domem, bez odpowiedniej przekąski, nie było najlepszym pomysłem. Szybko obiecuję sobie, że już nigdy tego nie powtórzę, choć w dotrzymywaniu obietnic jestem raczej słaby.

Zza uchylonego okna znajdującego się tuż nad moim łóżkiem słychać radosne okrzyki dzieci. Musiały one, ku mojemu rozczarowaniu, rozpocząć swój dzień od dawki sportu. Wzdycham ciężko z nosem wciąż wciśniętym w poduszkę. Wiem, że powinienem wstać, ubrać się i ze spuszczoną głową udać się do pokoju wychowawców, przepraszając ich za opuszczenie śniadania oraz zbiórki. Nie robię tego jednak — po części z mojego lenistwa i talentu do nieprzestrzegania zasad, po części ze złego samopoczucia. Przykrywam się kołdrą pod sam czubek głowy, z nadzieją, że zagłuszy ona odgłosy dochodzące

z zewnątrz, po czym zamykam oczy.

Moje nadzieje szybko okazują się jednak złudne — bawiące się dzieci słyszę tak samo dobrze, jak przed przykryciem się, a nawet lepiej.


***


Ktoś puka do drzwi, dlatego wynurzam się spod kratkowanego, cienkiego materiału, krzycząc gburowate „Otwarte”.

Nie mam ochoty na gości — nie teraz, gdy moja próba zaśnięcia okazuje się nieudana,

a zegar ścienny wiszący nad drzwiami wybija dwunastą. Mam dwie godziny do obiadu i wiem, że jeśli nie zbiorę się w sobie wystarczająco, aby udać się w tym czasie na stołówkę, to skończę, zmywając w ramach kary naczynia przez najbliższy miesiąc. Kolejny miesiąc, uściślając, bo albo robiłem coś złego, albo nie robiłem nic, a jak wiadomo, obie rzeczy były karalne.

Gilbert wsuwa się do mojego pokoju, witając mnie szerokim, lekko sztucznym uśmiechem. Macha mi, opierając się o drzwi, jak gdyby podejście do mojej osoby bliżej, miało skutkować złapaniem jakiejś okropnej choroby.

Przewracam oczami.

— Nie jestem chory, jeśli chcesz wiedzieć. Niczym cię nie zarażę — zapewniam go zgryźliwie.

— Co nie zmienia faktu, że czuję od ciebie alkohol już z drugiego końca pokoju. Do tego mam w kieszeni szklane kulki na wymianę z chłopcami, więc wolę nie podchodzić bliżej — próbuje być tak złośliwy, jak ja. Nie wychodzi mu to jednak — jest na to zbyt miły.

Zaciskam dłonie w pięści, odliczając do dziesięciu. Kłócenie się z nim czy wdawanie

w bójkę nie ma najmniejszego sensu — Gilbert jest radosnym, wysportowanym i, co najważniejsze dla płci przeciwnej, przystojnym chłopcem, który na piękne oczy i szarmanckie słówka dostaje największy kawałek schabowego w środę i pozwolenie na opuszczanie sierocińca na dłużej niż godzinę. A ja? Ja jestem tym gorszym — tym, którego od podporządkowania się do zasad dzielą mile świetlne; tym, który lubuje się w zabieraniu innym wartościowych przedmiotów, jak szklane kulki Gilberta, i rozkręcaniu ich w szopie, gdzie wychowawcy trzymali narzędzia i chemikalia. Dlatego nieważne, jak mocno bym go uderzył, czy jak siarczyście bym przeklął, z góry jestem skazany na porażkę.

— Czego chcesz Gilbert? — mruczę. — Jeśli to coś ważnego, powiedz i wyjdź. Jeśli nie, wyjdź szybciej.

— Mamy dzisiaj dodatkowe spotkanie przed obiadem. Przyjechała nowa dziewczyna, więc pani Eleonora zadecydowała, że trzeba ją powitać — odpowiada. — Co więcej, pani Eleonora obroniła cię dzisiaj przy śniadaniu przed dyrektorem, który przyszedł na obchód. Na pytanie, gdzie jesteś, powiedziała, że źle się czujesz, dlatego lepiej udawaj chorego do końca dnia.

Przez myśl przechodzi mi, że jeśli kac uznać za chorobę, wcale nie muszę udawać. Nie dzielę się tym jednak z Gilbertem — nie lubi mnie, a ja nie lubię jego, z równoważną temu wzajemnością. Zresztą z pozostałymi wychowankami sierocińca również nie mam dobrych kontaktów — odkąd pamiętam, miałem opinie złodziejaszka i kleptomana, co automatycznie odrzuca innych ode mnie. Przyznam jednak, że wcale mi to nie przeszkadza — ludzie mnie irytują; oglądanie i naprawianie ich cennych przedmiotów — już nie. Choć nie uważam, abym był złodziejaszkiem — po jakimś czasie zawsze zwracałem im to, co podebrałem, nie chcąc narobić sobie aż tak wielkich kłopotów.

Jedyną osobą w sierocińcu, która nie żywi do mnie negatywnych uczuć, jest pani Eleonora — nasza główna opiekunka. Z niewiadomych mi przyczyn, zdaje się przymykać oko na wszystkie moje wykroczenia, a do pewnego stopnia — nawet je akceptować. Może wciąż łudzi się tym, że kiedyś przestanę, może tak długo, jak oddaje wychowankom zabrane im przedmioty, nie widzi

w tym problemu — nie mam pojęcia. Niemniej, ja również ją lubię, darząc ją tym rodzajem szacunku, którego brakowało mi dla innych.

— Niech będzie — przytakuję. — A teraz możesz już iść — wyganiam go ruchem dłoni. Gilbert żegna mnie tak samo szerokim uśmiechem, jakim wita, jakby nie potrafił czuć się moim zachowaniem urażony, po czym zamyka za sobą drzwi.

Zwlekam się z łóżka. Jeśli, zgodnie ze słowami Gilberta, śmierdzę alkoholem aż tak bardzo, muszę wykąpać się przed zejściem na dół. Przyjazd nowej osoby nie jest niczym nowym — nasz sierociniec znajduje się w samym centrum Warszawy, a dzieci, które straciły na skutek wojny swych prawnych opiekunów, nie brakuje. Jednak z powodu tego, że nagrabiłem już sobie porannym zaspaniem, postanowiłem udać się na jej powitanie.


***


Tak jak przypuszczałem, na spotkaniu nie muszę nawet udawać, że źle się czuję. Ze względu na swoje samopoczucie i wygląd — trupio bladą twarz i wygniecione ubrania, które poprzedniej nocy rzuciłem w kąt pokoju, zamiast je złożyć, po podziękowaniu pani Eleonorze, siadam jak najbardziej na brzegu jednego ze stołów.

Nie słucham tego, co ma do powiedzenia nowa dziewczyna. Wyłapuje jedynie jej imię — Teresa i to, że pochodzi z bogatej rodziny. Podobno wygląda na chwalipiętę, jak nazywają ją po cichu dwie siostry — starsza Irenka i młodsza Marianka, siedzące obok mnie, a jej całe przedstawienie się polega na przechwałkach o ubraniach, podobno z Francji, i biżuterii.

Jej zachowanie nieco mnie śmieszy, gdyż ostatnim, co powinno robić się po staniu oficjalną sierotą, były przechwałki. Zamiast przyjaciół, właśnie zyskuje sobie wrogów, izolując się od innych już w pierwszej godzinie swojego pobytu tutaj. Oznacza to, że albo nie należy do elity intelektualnej, albo wciąż nie pogodziła się z tym, że do nas trafiła.

Mimo że przestałem jej słuchać już na początku, wciąż na nią zerkam. Nie uważam, aby była aż tak małostkowa. Ubrana w błękitną sukienkę w kwiaty prezentuje się raczej skromnie

i zwyczajnie. Jedynym elementem mogącą świadczyć o jej statusie, jest zegarek na jej nadgarstku ze skórzanym, brązowym paskiem i wypukłą tarczą. Z takiej odległości nie jestem w stanie dostrzec wielu szczegółów, mam jednak wrażenie, że jego wskazówki stoją w miejscu.

Intryguje mnie to; sama Teresa również — w końcu nie codziennie trafia do nas ktoś, kto zamiast cichego przedstawienia się i ucieczki do swojego nowego pokoju, wybiera przechwałki.

Gdy spoglądam na nią po raz kolejny, zauważam, że ona robi to samo. Mierzy mnie wtedy wzrokiem od góry do dołu, a potem odwraca głowę z dezaprobatą. Pewnie myśli, że się nią zauroczyłem. Jeśli tak, to zabawne. Sprawy sercowe kompletnie mnie nie interesują — dla potwierdzenia dodam, że ostatnią dziewczynę miałem jako dzieciak, gdy nie pałałem się jeszcze drobnymi kradzieżami. Interesuje mnie tylko jej niedziałający zegarek. I to, czy naprawdę jest taką „chwalipiętą”.


***


Zegarek zwijam jej dopiero nazajutrz, gdy damska część sierocińca okrąża ją przy kolacji, wypytując o jej francuską biżuterię. Ku mojemu zaskoczeniu, nie zyskała sobie wrogów — wszyscy podchodzą do niej z uśmiechem i standardowymi pytaniami, to ona bardziej odrzuca ich uprzejmość. Nawet siostry, które dnia poprzedniego określiły ją jako „chwalipiętę”, gapiły się na nią jak sroka w gnat.

Mając to szczęście, że nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi dopóty, dopóki komuś nie ginęło coś wartościowego, dyskretnie zbliżam się do stołu, przy którym siedziała Teresa, mieszając się z tłumem. Jednym ruchem ręki zgarniam ze stołu zegarek, po czym się odsuwam. Przy opuszczaniu stołówki, spoglądam na tarczę — tak jak zakładałem, jest zepsuty. Po co jej zepsuty zegarek?


***


Wsuwam się do szopy, wyciągając z kieszeni zapałki. Dłońmi odszukuje leżącą na blacie stolarskim lampę naftową. Sprawdziwszy, czy jest w niej jeszcze trochę nafty, którą wlałem w nią w zeszłym tygodniu, podnoszę klosz i zapalam knot. Wyciągam z kieszeni zegarek i kucam na podłodze, trzymając go tak, aby padało na niego światło naftówki.

Znam się na zegarkach — za dzieciaka, gdy mieszkałem jeszcze z dziadkami, pod Warszawą, dziadek, zapalony zegarmistrz, potrafił opowiadać mi o nich godzinami, a ja potrafiłem go tyle samo słuchać. Dzięki temu łatwo rozpoznałem firmę tak cennego dla Teresy przedmiotu. Był to zegarek firmy IWC Schaffhausen, na oko z roku 1950. Pewnie miała go z Francji tak jak jej pozostałe błyskotki.

Z drugiej kieszeni wyjmuje klucz zegarmistrzowski, który dziadek podarował mi przed śmiercią. Liczę na znalezienie przyczyny jego zatrzymania. Jeśli było to zwykłe uszkodzenie

z powodu zabrudzenia czy wyschnięcia smaru, jestem w stanie to naprawić i zwrócić jej go za kilka dni.


***


Siedzę w ogrodzie niedaleko szopy, plecami oparty o pień starego, podniszczonego dębu.

W ustach trzymam wykałaczkę, w dłoniach — działający już zegarek Teresy, którego zaginięcia jeszcze nie nagłośniła. Obok mnie siedzi Kaśka — jedyna osoba, która podchodziła do mnie co jakiś czas w celu przeprowadzenia monologu aniżeli rozmowy. Gada jak najęta, a ja uśmiecham się pobłażliwie, kiwając co jakiś czas głową. Nie słucham jej — jej słowa wlatują mi jednym uchem, wylatują drugim. Choć na początku stwierdziłem, że Teresa wcale mnie nie interesuje, teraz ciągle na nią spoglądam. Tłumaczę to sobie tym, że chcę widzieć, jak się czuje po stracie zegarka, jednak była to słaba wymówka.

Teresa podchodzi do mnie po kilku minutach siedzenia na ławce przed domem. Na powitanie kopie mnie w kostkę, nazywając „imbecylem”, co nie jest dla mnie szczególną obrazą. Kaśka prycha pod nosem i odchodzi w inne miejsce. Teresa natomiast splata ręce na klatce piersiowej, nadymając policzki.

Patrzę na nią — w swoim ciemnoszarym płaszczu i ciemnymi włosami związanymi

w warkocz wygląda jak z żurnala.

— Teodor jestem — przedstawiam się, na co przewraca oczami.

— Słyszałam, że jesteś złodziejaszkiem — patrzy na zegarek w moich dłoniach. — To moje.

— Och — podnoszę się z ziemi, otrzepując spodnie. W tym układzie sięga mi zaledwie do ramion. — Osobiście wolałbym, aby mówili na mnie majster-klepka aniżeli złodziejaszek — wzruszam ramionami. Nie mam powodu, aby ją okłamywać — jej zegarek jest mi zbędny, czekałem jedynie na jej reakcję.

— Naprawiony IWC Schaffhausen ze stalowym kalibrem z 1950, trzymaj — podaję jej go.

Wpatruje się we mnie, jednak nie odzywa się ani słowem — jest tak zdziwiona, że aż brakuje jej słów.

Uśmiecham się szeroko, gdy zirytowana uderza mnie w ramię.

— Nawet nie wiesz, jakiego strachu się przez ciebie najadłam! — krzyczy swoim cienkim, dziewczęcym głosem, a ja zaczynam się śmiać. Jest urocza.

— Nie dziękuj — odpowiadam i wymijam ją, zanim zdąży zezłościć się na poważnie.

Przyznam, że wpadła mi w oko.

Eleonora

Maria Woszczyło 

Nim zdążyłam położyć głowę na poduszce, kojącą ciszę przerwał donośny odgłos telefonu. Przeganiając sen, zerwałam się z łóżka i w tempie godnym zawodowego biegacza, dobiegłam do komody stojącej w przedpokoju.

— Halo? — odezwałam się. — Tak… tak, zaraz będę.

Nigdy nie pytałam, dlaczego to właśnie mnie dyrektor wzywał zawsze w środku nocy i nie pozwalał wypocząć po ciężkim dniu, skoro w domu starców pracowało jeszcze kilkanaście innych pielęgniarek. Byłam wdzięczna za każdą chwilę, którą mogłam spędzić poza domem. Kiedy nie otaczała mnie drętwość ścian i przepełnione szyderstwem obrazy, czułam się znacznie lepiej. Myśli stawały się przejrzyste, serce napełniało ulgą, a uśmiech sam przyklejał się do ust. Byłam zdolna do wszelkich poświęceń, tylko żeby nikt nie kazał mi wracać do tej przygnębiającej samotni. Także teraz omal nie zaklaskałam z radości. Omal… Zaraz obok ulgi pojawił się ścisk, który z każdą sekundą przemieniał się w poczucie bezsilność.

— Pani Eleonoro? Stan pani Teresy znacznie się pogorszył. Ktoś powinien czuwać nad nią przez noc.– Beznamiętny, zachrypnięty głos dyrektora jeszcze przez chwilę pobrzmiewał echem w mojej głowie. Próbując zachować pozory profesjonalizmu przed samą sobą, powstrzymałam łzy. Nie wypadało płakać. Przez dwadzieścia lat pracy w ośrodku, widziałam śmierć już wiele razy. Jednak każda starsza osoba, która tam przebywała była dla mnie szczególna.

Wybiegłam z domu z niedopiętą kurtką, czego od razu pożałowałam, gdyż kwietniowe noce bywały zimne. Przenikliwe dreszcze przebiegły całe moje ciało. Wiedziałam, że powinnam biec, by dotrzeć na miejsce jak najszybciej, jednak czując chłodne, nocne powietrze w moich płucach, poczułam się bezradna i zmęczona. Biegłam przez całe swoje sześćdziesięciopięcioletnie życie. Zawsze stawałam przed sytuacją przesądzoną, gdzie nic nie mogłam już poradzić. Biegłam jednak z przekonaniem, że ludzka desperacja może czynić cuda. Po całym tym czasie mogłam zobaczyć już, jak bardzo się myliłam. W wielu przypadkach, desperacja jedynie pogarszała całą sytuację. Przykładem mógł być tutaj rozwód z moim mężem, Tadeuszem, bo, choć po każdej kłótni padałam przed nim na kolana, pozwalając obrzucić się najgorszymi wyzwiskami, on i tak podał mi papiery rozwodowe do podpisania. Początkowo próbował błagać go o wybaczenie, jednak po kilku minutach skapitulowałam i zrezygnowaniem złożyłam swój podpis na śnieżnobiałym dokumencie.

Owa scena wyryła się w mojej pamięci na zawsze. Pochylona nad stołem w naszej pięknej, nowoczesnej kuchni, cała zapłakana, z drżeniem rąk przykładająca długopis do kartki. Tuż obok, ledwo widoczny przy słabym świetle lampy, stał pewny siebie Tadeusz. Choć wyraz jego twarzy rozmywał się już w mojej pamięci, wiedziałam, że uśmiechał się niemal promiennie, zadowolony, że znów tak szybko się poddałam. Jego ostatnie słowa, wciąż sprawiały, że zaciskałam boleśnie szczękę.

„Ten dom… Urządziłem go, wkładając w to całe swoje serce specjalnie dla ciebie. Wiem, że nie masz się teraz gdzie udać. Zostań tutaj. Ja się wyprowadzę” — powiedział wtedy. Być może był to ostatni gest dobroci wobec kobiety, którą niegdyś kochał, jednak ja w to nie wierzyłam. Wiedział, że nienawidzę tego miejsca, tych pustych pomieszczeń i wielkich okien. Nie było w tym domu niczego, co mogłabym nazwać przytulnym. Czułam się w nim samotna, nawet jeśli przepełniony był ludźmi. Tadeusz zrobił to specjalnie. Czerpał przyjemność ze znęcania się nade mną, nawet gdy nie było go obok. Teraz każdy, nawet najmniejszy detal przypominał mi o jego wyrachowanym uśmiechu, który niegdyś brałam za oznakę miłości i poświęcenia.

Niestety mimo upływu tylu lat i pojawienia się tysięcy zmarszczek na mojej twarzy nie zmądrzałam. Wciąż łatwo się wzruszałam i chciałam się buntować, choć wiedziałam, że nie potrafię.


***


Siedziałam skulona na twardym krzesełku przy łóżku Teresy. Obserwowałam jej pogodną twarz i delikatne drganie powiek, gdy spała. Nie mogłam uwierzyć, że ta kobieta jeszcze dziś rano słodko przekomarzała się z Teodorem, gdy uciekli spod mojej opieki z zajęć integracyjnych. Zastanawiało mnie, co wtedy myśleli. Cokolwiek to było, zazdrościłam im. Byli młodzi, pomimo siwych włosów, bólu stawów i słabego wzroku. W świecie, który widzieli tylko oni, odnaleźli swoje szczęście i powołanie.

Za przeszklonymi drzwiami stał zdruzgotany Teodor. Spoglądał na mnie błagalnym wzrokiem. Nie rozumiał, co się działo. Dla niego Teresa była nastolatką, nie staruszką walczącą o życie.

Wiedziałam o tym już od dawna. Wszyscy w domu starców wiedzieli. To nic nowego, że utrudzeni w swej starości, poniżeni i porzuceni ludzie woleli zapomnieć o otaczającej ich rzeczywistości i pozwolić rozwijać się swojej wyobraźni. Stworzyli swój własny świat, w którym wciąż szukali sensu życia, kierowali się uczuciami i walczyli o swoje marzenia. Wracali do chwil, w których byli jeszcze niepokornymi nastolatkami skrzywdzonymi przez los, zesłanymi do domu dziecka. Mieli szansę poznać siebie jeszcze raz.

Uniosłam głowę i spojrzałam na cierpiącego Teodora. Należało mu się kilka słów pocieszania. Oto jedyna kobieta, którą pokochał i pamiętał, gasła powoli na jego oczach. Cicho uchyliłam drzwi i położyłam mu rękę na ramieniu.

— Proszę pani, jak ona się czuje? Co się stało? Jeszcze dzisiaj… — Nie skończył, gdyż z jego oczu popłynęły łzy. Nic nie odpowiedziałam — przytuliłam go tylko, choć nie było to w naszym domu starców mile widziane.

— Mam prośbę — szepnął po chwili. — Proszę mi powiedzieć, kiedy się obudzi. Chcę zabrać ją do nowej kawiarni, na ulicy obok.

— Oczywiście, obiecuję — odpowiedziałam i mrugnęłam do niego. Nie miałam serca mówić mu, że może nie mieć już na to okazji.

Zostawiłam zapatrzonego w Teresę Teodora i postanowiłam poszukać innych „nastolatków”. Pomimo później pory, nikt z nich nie spał. Wiedziałam to. bo nie raz przyłapałam ich na przebywaniu w nie swoich pokojach po ciszy nocnej.

Zerknęłam dyskretnie do pokoju Gilberta. Siedział na łóżku i przy nikłym świetle lampki nocnej czytał książkę. Niedawno miał złamaną nogę, po tym, jak spadł z wózka inwalidzkiego, myśląc, że jechał na rowerze. Niektóre pielęgniarki śmiały się po cichu ze zbzikowanego staruszka, mi jednak było go szkoda. Szok, jaki przeżył po wypadku, uświadomił mu okrutną rzeczywistość. Znów stał się bezwładnym starcem, zależnym od innych, czekającym na swój koniec. Przez wiele dni siedział apatyczny na łóżku, wpatrując się w jeden punkt. W jego świecie byłam wychowawczynią, której mógł zaufać i która uważała go za swojego ulubieńca. Później, ku mojej ogromnej uldze, Gilbert zagłębił się w swój świat ponownie. Noga się zrosła, a on ruszył się z pokoju, by rozpocząć znajomość z Ireną, „nastolatką”, która znalazła go, gdy leżał bez ruchu na ziemi po upadku. Myślę, że ich wspólne młodzieńcze rozmowy pomogły mu zapomnieć o swojej starości już na zawsze — a przynajmniej tego mu właśnie życzyłam.

Ruszyłam na inne piętro, by sprawdzić, co robi teraz Irena. Stanęłam cichutko koło jej drzwi i wsłuchałam się w ciszę panującą po drugiej stronie. Nie słyszałam nawet najdrobniejszego szelestu. Zajrzałam przez szybę i zobaczyłam pogrążoną w głębokim śnie Irenę. Na jej ustach widniał delikatny uśmiech. Być może śniła jej się siostra, pani Marianna, mieszkająca piętro wyżej. Irena zawsze się o nią martwiła i poświęcała jej każdy ułamek sekundy. Nie raz szukałam Ireny po całym ośrodku, żeby na końcu odnaleźć ją gdzieś w kącie podwórza, przeczesującą siwe już włosy siostry. Teraz gdy spała, biła od niej spokój. Od kiedy zaczęła rozmawiać z Gilbertem, jej nadwrażliwość i nadgorliwa opiekuńczość zaczęła znikać. Obydwoje sobie pomogli, choć nie byli do końca tego świadomi.

Moje ciche rozmyślania przerwał cichy dźwięk dochodzący z oddali. Zajęło mi chwilę, zanim zorientowałam się, że to kardiomonitor. Jego spokojne, równomierne pikanie mogło oznaczać tylko jedno. W tej minucie pani Teresa odeszła już na zawsze. Zerwałam się do biegu, choć wiedziałam, że nic już nie poradzę.


***


Dyrektor domu starców zawzięcie twierdził, że wszystkich marzycieli kreujących swój własny świat i decydujących się w nim żyć, należy bezwzględnie pouczać i ściągać z powrotem na ziemię. Uważał, że ich bliscy i oni sami mają prawo by pamiętać swoje życie. Choć próbowałam, nie byłam w stanie się z nim zgodzić. Nie potrafiłam i nigdy nie nauczyłam się niszczyć szczęścia staruszków. Jakim prawem my, zarozumiali realiści, moglibyśmy decydować o tym, co dla nich najlepsze?

Teraz ja również się starzeje i nie mam na tym świecie nikogo, kto wziąłby mnie pod opiekę. Za kilka lat trafię do domu starców i moje dalsze losy będą zależeć od kilku lekarzy i chmary pielęgniarek. Samotna i bezwolna, również stworzę swój świat, w którym będę mogła odnaleźć pocieszenie i prawdziwą bratnią duszę, jakiej w tym życiu mi zabrakło.

W głębi serca już nie mogę się na to doczekać. Nie chcę, by ktoś wyrwał mi tę ostatnią szansę na szczęście.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу