Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

BIEDNY NIE ZNACZY GORSZY

Ada Solak

Od kiedy pamiętam, zawsze byłem traktowany jak ktoś gorszy. W szkole często naśmiewali się ze mnie, z mojego domu, z tego, że nie mieszkam z tatą. Nic nie mogłem na to poradzić, moja mama bardzo się starała, ale nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów.

Kiedyś, podczas długiej przerwy podeszła do mnie Ola, koleżanka z mojej klasy. Bardzo mi się podobała, byłem bardzo szczęśliwy, kiedy zwróciła na mnie uwagę. Zaproponowała, że podzieli się ze mną swoim śniadaniem, ponieważ ona nie ma nic ochoty. Ze względu na to, że w moim domu się nie przelewało, zgodziłem się. Trochę mnie to zdziwiło, że Ola po oddaniu mi kanapki szybko ode mnie odeszła. Nagle usłyszałem krzyk mojej wychowawczyni:

— Kuba! Jak mogłeś ukraść Oli kanapkę?! To niewyobrażalne! — patrzyła na mnie wściekła.

— Aa aa… ale, ale ja niczego nie ukradłem… — odparłem zdezorientowany. Zrobiło mi się bardzo przykro, nie spodziewałem się, że tak dobrze wychowana dziewczynka, może się tak zachować.

— Proszę pani on kłamie! Monika i Jola widziały jak wyciągał kanapkę z mojego plecaka. Jestem taka głodna — rozpłakała się Ola.

— Och kochanie, nie martw się. Pójdziemy do sklepiku i coś sobie wybierzesz, dobrze? — Zaproponowała pani Matylda, wycierając Oli oczy.

— A Ty, mój drogi, zostaniesz dzisiaj po lekcjach. Chciałabym też porozmawiać z twoją mamą.

— Tak, proszę pani. — odpowiedziałem przerażony, jeszcze nigdy nie zostałem w szkole po lekcjach. Było mi bardzo przykro, nie wiedziałem jak zareaguje moja mama na wiadomość o wezwaniu do szkoły. Jak się okazało Ola wraz z resztą klasy zaplanowała to sobie, celowo udawała miłą częstując mnie kanapką. Wtedy, zrozumiałem jak bardzo nielubiany jestem w klasie. Od tej chwili starałem się trzymać z boku, nikomu nie przeszkadzając. I tak przetrwałem do gimnazjum. Oczywiście incydent z Olą, nie był jedyną przykrością, jaka mi się przydarzyła podczas nauki w szkole podstawowej. Jednak, to on zapadł mi najbardziej w pamięci, to on sprawił, że przestałem ufać ludziom. Na początku gimnazjum uczyłem się bardzo dobrze, zaimponowało to moim rówieśnikom. Myślałem, że wydarzenia z minionych lat nie będą miały już miejsca. Ponownie, uczyłem się ufać innym. Dzięki byciu dobrym uczniem zawarłem nowe znajomości i zyskałem uznanie nauczycieli. Wreszcie zaczęto mnie zauważać, znajomi proponowali mi wspólne wyjścia do kina, na pizzę. Bardzo często musiałem odmawiać, gdyż byłem świadomy, że mnie po prostu na to nie stać. Nie chciałem przysparzać mamie problemów, wiedziałem jak jej ciężko. Powoli wszyscy zaczęli się ode mnie odwracać, koszmar z podstawówki powrócił. Znów byłem sam, nielubiany, traktowany jak dziwadło. Nie chciałem nikomu tłumaczyć, co jest przyczyną mojej odmowy. Moi rówieśnicy bardzo szybko do tego doszli, zaczęli mnie wyśmiewać, żartowali z mojej sytuacji. Totalnie się załamałem. W nikim nie miałem oparcia, zacząłem wagarować, opuściłem się w nauce. Często powtarzano mi, że nic w życiu nie osiągnę. Zacząłem w to wierzyć, nie chciało mi się żyć, przestałem się starać. Opuściłem się na tyle w nauce, że moje szanse na szkołę średnią przepadły.

Ostatniego dnia szkoły, moja klasa chciała zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, nie liczyłem na to, że będą chcieli mnie na nim. Lekko się zdziwiłem, że na miejsce zdjęcia wybrali sobie szkolną toaletę. Przeszedłem obok tego obojętnie i zbierałem się do opuszczenia szkoły. W ostatniej chwili złapał mnie Paweł, klasowy przywódca. Uważał się za najlepszego, ponieważ jego rodzice byli prawnikami. Miał dużo pieniędzy i uwielbiał pomiatać ludźmi. To on dokuczał mi najbardziej.

— Hej, hej! Kuba, gdzie tak uciekasz? — zapytał z dziwnym uśmiechem.

— Odebrałem świadectwo, więc idę już do domu — Odpowiedziałem zrezygnowany.

— I nie pożegnasz się z nami? Zero pamiątkowych zdjęć? Przeżyliśmy razem ładne 3 lata. No jak to..

— Co? Jak to? Chcecie mieć ze mną zdjęcie? Myślałem, że jestem dla was pośmiewiskiem — odparłem zdziwiony.

— Nie żartuj tak, bardzo Cię przepraszam, za wszystkie te przykrości. Nie gniewaj się już. Chodź, zróbmy sobie to zdjęcie. Zobaczysz, kiedyś będziemy się z tego śmiać — przekonywał mnie.

— W sumie pewnie masz rację… No to chodźmy

Weszliśmy do toalety, gdzie była już moja cała klasa. Wszyscy byli bardzo mili, żartowali i uśmiechali się do mnie. Zdziwiło mnie to, ale pomyślałem, że to przez to, że kończymy szkołę. Pewnie myślą już o wakacjach. Po wspólnych zdjęciach, wszyscy zbierali się do wyjścia. Chłopaki powiedzieli, żebym został, czułem się zdezorientowany. Postanowili, że zrobią świetny żart, zamykając mnie w toalecie. Przesiedziałem tam cały dzień, uwolniła mnie pani sprzątaczka, która również nie omieszkała mnie obrazić. Czułem się okropnie, każdy mną pomiatał. Przypomniałem sobie historię z Olą, zdecydowałem, że w technikum nie dam tak sobą pomiatać.

Po wakacjach przyszła nowa szkoła, nowa klasa. Sami chłopcy, przerażało mnie to. Moje plany o byciu bardziej męskim legły w gruzach. Znowu stałem się klasową ofiarą, z tą różnicą, że stale dobrze się uczyłem. Wyśmiewano mnie, ale nie poddawałem się. W międzyczasie poznałem wspaniałą dziewczynę, która nauczyła mnie na nowo ufać ludziom. W technikum nie było już takich incydentów jak w poprzednich latach, na ubliżanie słowne przestałem zwracać uwagę. Kaja pokazała mi, że warto wierzyć w siebie. Dzisiaj mam 28 lat, własną firmę, dom i kochającą żonę. Stać mnie, by spełnić każdą zachciankę mojej mamy, której tak wiele zawdzięczam. Gdy spotykam starych znajomych, przykro mi patrzeć na to, co się z nimi stało i jakie drogi wybrali. Daje mi to dużo do myślenia, nie warto kogoś dyskryminować, z góry przekreślać tylko, dlatego, że nie jest tak samo bogaty jak reszta. Moje życie nauczyło mnie bardzo wielu rzeczy, ale najważniejszą z nich jest to, że dobro zawsze wraca, zło również, często z podwójną mocą.

CZARNE ŁZY

Agnieszka Oleszczak

Gdyby teraz ktoś mi powiedział, że mogłam zostać w rodzinnym miasteczku, przyznałabym mu rację. Bo wiecie co? Czasem jesteśmy po prostu zaślepieni czekającą na nas przygodą i nie widzimy tego, co daje nam teraźniejszość. A przecież to ona jest jedyną pewną, która wyznaczy przyszłość. Od niej wszystko się zaczyna. Od niej zależą decyzje, które podejmę i czy się spełnią. Tylko czym jest teraz?

To po prostu ta chwila, ten wciąż zmienny odłamek czasu, który nigdy nie przestanie biec. I to właśnie teraz dla tamtego okresu zmieniło moje życie i światopogląd. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że to kiepski pomysł, wykrzyczałabym mu w twarz, że przemawia przez niego zwykła hipokryzja; że nie chce, abym się realizowała, spełniała marzenia… Dlatego przepraszam was, moi przyjaciele, za wszystkie niszczące naszą przyjaźń słowa. Nie chciałam, żeby tak wyszło. Chyba nikt nie chciał. Ale od początku…

Kiedy po okropnie męczącym dniu szkoły wróciłam do przytulnego domu, czekał na mnie list zaopatrzony w czerwoną pieczęć, której za nic nie kojarzyłam. Powiedzmy sobie szczerze, kto zapamiętuje takie rzeczy? Patrzyłam się na nią jedząc obiad, bo zdecydowałam, że dopiero po nim otworzę kopertę. Kiedy to się stało, wyciągnęłam z niej białą, złożoną na trzy poziome części kartkę i przeczytałam tylko pierwsze kilka słów zanim wybuchłam niepohamowanym śmiechem. Tak po prostu. Zdaję sobie sprawę z tego, że śmiech to nie jest najlepszy sposób reagowania na szczęście. Powinnam może piszczeć albo podskakiwać jak jakaś instruktorka zumby. Ale mogę sobie tak gdybać, nic nie zmieni tego, że ja się zwyczajnie zaśmiałam.

— Mamo! — krzyknęłam z wielkim niezmywalnym uśmiechem na twarzy. — Chodź tutaj!

— Mówisz coś do mnie, Delilah?! — usłyszałam przytłumiony głos mojej mamy.

Nagle jej postać pojawiła się w progu kuchni. Mama była umazana jakimś smarem i miała w dłoniach chustę. Powinnam wspomnieć, że bardzo lubi majsterkować. Podałam jej kartkę nie przejmując się pozostawianymi przez palce mamy śladami i czekałam na reakcję. Obserwowałam jak z sekundy na sekundę jej twarz zmienia wyraz na coraz bardziej niedowierzający.

— O mój Boże, Del! Jedziesz do Polski! — wyszczerzyła się i wyrzuciła ręce do góry mnąc kartkę. — Chodź tu, muszę cię wyściskać!

Przytulałyśmy się jedynie parę sekund, ale to zdecydowanie wystarczało. Nigdy nie robiłyśmy tego dłużej. Nie było to nic szczególnego, tylko mama nie lubiła tego robić. Jakoś o to nie pytałam, najzwyczajniej w świecie tak jest. I było dobrze, więc po co niepotrzebnie drążyć temat?

— Cieszę się, Delilah, to naprawdę świetnie — wciąż się uśmiechała. — A teraz wybacz, wracam do tego roweru, bo jego naprawianie zajmie mi całe życie…

Pomachała mi umazanymi smarem palcami przed twarzą, więc odchyliłam się, żeby mnie nie pobrudziła. Skrzywiłam się na ten zapach, chociaż powinnam już dawno się do niego przyzwyczaić. Mama zeszła wąskimi schodami do garażu, a ja pobiegłam do swojego pokoju. Wcisnęłam list w pierwszą napotkaną szufladę i rzuciłam plecak na krzesło. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i usiadłam przed lustrem. Zadzwoniłam do najlepszej przyjaciółki, bo co jak co, ale to ona powinna dowiedzieć się jak najszybciej. Zawsze tak było, to w końcu najlepsza przyjaciółka.

— Carla! — zaczęłam, kiedy usłyszałam, że odebrała. — Jadę do Polski, na tą wymianę, o której ci mówiłam!

— Czekaj, co? — spytała zdezorientowana.

Zaczęłam jej wszystko od nowa tłumaczyć i kiedy skończyłam nastała krótka niezręczna cisza.

— Wiesz co, Del… nie wiem czy to taki dobry pomysł — powiedziała ostrożnie Carla.

Zatkało mnie.

— Tam wszyscy są biali i słyszałam, że nie lubią takich jak my — mówiła z każdym słowem coraz ciszej.

Spojrzałam na siebie w lustrze. Ciemne włosy, orzechowe oczy, pełne usta i charakterystyczny duży nos. Nie byłam też zbyt wysoka ani zbyt szczupła. Właściwie to mogłabym być każdą osobą przedstawianą na obrazkach w podręcznikach. Tylko ładniejszą, oczywiście. Nie wiem kto wybiera ludzi do tych sesji, ale powinien brać jakieś leki na oczy… lub mózg. No i mam czarną skórę, to chyba istotne. Właściwie to jest brązowa, ale tak się mówi, to znaczy, słyszałam, że tak jest.

— Przecież to tylko plotki — oburzyłam się.

— No nie wiem… — westchnęła Carla.

— Dobra, dzięki, że cieszysz się moim szczęściem, Car — powiedziałam i od razu się rozłączyłam.

Nie miałam już ochoty na rozmowę z nikim, więc po prostu wysłałam wiadomości do reszty przyjaciół i wyłączyłam telefon.

Nawet nie zauważyłam kiedy minęło tyle czasu, ale nagle znalazłam się w samolocie do Polski. Trafiło mi się miejsce obok jakiegoś natrętnego dzieciaka i już miałam dość tej podróży. Założyłam słuchawki i udawałam, że nie istnieję. Całe szczęście nie odczułam za bardzo lotu i szczęśliwie znalazłam się w Europie wśród obcych ludzi. Na lotnisku miałam szukać kartki z moim imieniem. Było ciężko, bo było naprawdę dużo osób, ale w końcu udało mi się ją dojrzeć i z ulgą ruszyłam w tamtą stronę. Trudno było nie zauważyć jednak krzywych spojrzeń w moją stronę.

— Dzień dobry — przywitałam się.

Podczas przygotowań do wyjazdu zdążyłam nauczyć się podstaw języka polskiego. To był istny koszmar, ale obiecałam sobie, że to zrobię. No i zrobiłam.

— Dzień dobry, Delilah — powiedziała dość młoda kobieta. Stała w towarzystwie swojego męża. Poznałam ich już przez Internet i nawet trochę rozmawialiśmy. Ciągle na twarzy pojawia mi się uśmiech, kiedy wymawiają moje imię. Strasznie je kaleczą, ale nie przeszkadzało mi to. Zresztą ja robię to samo ich imionom. Karolina i Piotr. Całe szczęście ustaliliśmy, że mogę nazywać ich angielskimi odpowiednikami. Caroline i Peter brzmi dużo lepiej, bardziej dostojnie, ale nie chcę im tego powiedzieć, bo może ich to urazić.

Jak na razie tylko oni patrzyli na mnie normalnie i nie czułam się w ich towarzystwie nieswojo. Traktowali mnie jak kogoś, kogo dobrze znają i strasznie mnie to ucieszyło. To bardzo miłe, że nie starają się wyznaczyć między nami muru. Będziemy mieszkać razem cały semestr.

Peter zabrał mój bagaż do samochodu, a ja razem z Caroline poszłyśmy jeszcze do jednego z lotniskowych sklepów.

— Chcę to zrobić sama — powiedziałam i weszłam do naprawdę małego sklepiku. Większość rzeczy była za ladą i sprzedawca musiał mi je podać.

— Dzień dobry — powiedziałam na początku, ale nie otrzymałam innej odpowiedzi niż krzywe spojrzenie. Mina trochę mi zrzedła, ale postanowiłam się nie poddawać. Pomyślałam, że powiedziałam coś nie tak, więc od razu przeszłam do rzeczy. — Czy mogę dostać sok pomarańczowy i czekoladę, proszę?

Starszy mężczyzna tym razem nawet na mnie nie spojrzał. Dalej siedział w kącie i czytał jakąś kolorową gazetę. Zdecydowałam się powtórzyć, ale to też nic nie pomogło. Wreszcie już lekko zdenerwowana uderzyłam dłonią w ladę, a mężczyzna wstał i podszedł do mnie. W duchu ucieszyłam się, że zwrócił na mnie uwagę, ale była to zbyt szybka reakcja.

— Możesz wyjść? — spytał, ale raczej nie pozostawił mi wyboru. Zdezorientowana opuściłam sklep i podeszłam do zdziwionej Caroline.

— Nic nie kupiłaś? — zapytała patrząc na moje puste ręce.

— Nie, rozmyśliłam się — powiedziałam z uśmiechem i poszłyśmy do samochodu.

Wydawało mi się, że minęło dopiero parę chwil, a już byliśmy przed domem, w którym będę mieszkać jakiś czas. Był naprawdę piękny. Bardzo podobały mi się spadziste dachy, a u mnie w miasteczku nie było ich zbyt wiele. Ludzie decydowali się głównie na płaskie, które okropnie wyglądały w moich oczach. A tutaj był piękny, ciemnobrązowy dach. Kurczę, podoba mi się tu! Ech, wiem, że to głupie zachwycać się zwykłym dachem. Ale hej! Uczę się architektury! To troszkę tłumaczy… Nie? Z przodu był śliczny ogródek, całe szczęście bez żadnego zbiornika wodnego. Chyba bym się w nim utopiła już pierwszego dnia wybiegając z domu. Weszliśmy do środka i odebrało mi mowę. Tu serio było idealnie. Jeśli tak wyglądają wszystkie domy w Polsce, to ja tu zostaje. Dla takich mieszkań warto.

Peter pokazał mi mój pokój i pomógł wnieść do niego bagaże. Było ich sporo, ale starałam się wybierać mądrze. I tak wyszło jak zawsze, każdy to zna. Kiedy tylko zostałam sama, usiadłam na nowym, tymczasowym łóżku i zadzwoniłam do mamy. Rozmawiałam z nią chwilę, zapewniłam, że wszystko w porządku. Potem napisałam przyjaciółkom, że jest świetnie i oczywiście nie zapomniałam, żeby wspomnieć o spadzistym dachu. Tylko na tyle wystarczyło mi baterii, więc musiałam odłożyć telefon i go naładować. Dzięki temu szybciej się zaklimatyzowałam. Było trochę ciężko przyzwyczaić się do tego, że nie mam własnej łazienki, ale ogólnie było niesamowicie. Tego dnia zjadłam już tylko kolację z małżeństwem i poszłam spać.

Rano obudziłam się naprawdę wcześnie. Bolał mnie brzuch, więc Caroline przygotowała mi melisę, którą wypiłam zatykając nos. Nie cierpię tego zapachu, bo przypomina mi brudne skarpetki. Ubrałam się i pomalowałam. Włosy naturalnie miałam kręcone i chciałam je wyprostować, ale zabrakło mi czasu i musiałam wychodzić. Peter powiedział, że tylko raz zawiezie mnie do szkoły samochodem, bo bilet autobusowy otrzymam dopiero jutro. Podróż wcale nie trwała długo i zaczęłam się zastanawiać czy nie zdecydować się na pieszą drogę powrotną. Peter zatrzymał się na parkingu, pożegnałam się z nim i wręcz wyskoczyłam z samochodu. Odczułam magicznie działanie ziołowej herbaty i z uśmiechem na twarzy weszłam do szkoły. Gwar jaki tam panował zakłócił moje myśli i przez chwilę poczułam się jakby przygwożdżona i nie mogłam się ruszyć. Całe szczęście szybko to opanowałam i skierowałam się do sekretariatu, aby uzgodnić wszystkie rzeczy związane z moją wymianą. Strasznie się zdziwiłam, kiedy zawołali nauczycielkę angielskiego. Myślałam, że w tych czasach wszyscy posługują się tym językiem chociaż w małym stopniu. Widocznie nieźle się myliłam. Kiedy nauczycielka dotarła do gabinetu, uśmiechnęła się do mnie życzliwie. To był pierwszy taki wyraz twarzy, z którym się spotykam od kiedy tutaj przyjechałam. Oczywiście pomijając Caroline i Petera. Odetchnęłam z ulgą chyba trochę zbyt głośno i rozmawiałam z nauczycielką na te wszystkie ważne tematy, które trzeba było omówić. Dowiedziałam się też, że ma na imię Ewa i mogę się do niej zwrócić z każdą sprawą. Kiedy skończyliśmy było już parę minut po dzwonku. Pani, która widocznie miała wielkie serce, zaprowadziła mnie aż do drzwi klasy, w której miałam zajęcia. Moje pierwsze zajęcia. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam klamkę. I parę sekund później słyszałam tylko śmiech. Byłam naprawdę zdezorientowana. Nie wiedziałam co mam zrobić, co już zrobiłam źle i czy nie pomyliłam przypadkiem klas. Spojrzałam na nauczycielkę angielskiego, której twarz była teraz zmartwiona.

— Patrzcie, Czarnuch! — ktoś krzyknął.

Znałam to słowo. Spojrzałam w stronę tej osoby. To był chłopak, miał na sobie bluzę z kapturem i dżinsy. Jego zęby już z takiej odległości były okropnie żółte, a włosy jakby ścinane własnoręcznie przed lustrem.

Postanowiłam nie zwracać na to uwagi, przywitałam się krótko i usiadłam w ławce. Wciąż słyszałam te śmiechy i różne dziwne słowa, których nie znałam, ale spodziewałam się obelg. Kurde, ludzie. Co jest z wami nie tak? To tylko czarna skóra! Sami taką macie jak wracacie z wakacji. Różnimy się tylko tym, że ja nie muszę być na wakacjach, żeby ją mieć.

Do końca zajęć nawet nie zorientowałam się co to za lekcja. Wszystko było inne. I niczego nie rozumiałam.

Do końca dnia zdążyłam rozpłakać się trzy razy, zwiedzić toaletę siedem i usłyszeć słowo czarny jakieś sto. Kolejne dni były coraz gorsze. Ludzie zaczęli podstawiać mi nogi na korytarzu, rzucać we mnie kredą, popychać mnie na różne rzeczy… Kilka razy nawet zdarzyło się, że ktoś zamknął mnie w szatni. Dawałam sobie z tym wszystkim radę. Odreagowywałam łzami, często przebywałam w toalecie. Dzisiaj jednak było najgorzej.

Podczas mojego pobytu w toalecie na jednej z lekcji, ktoś podarł moje zeszyty i podręczniki. Spojrzałam na to wszystko, a później rozejrzałam się po klasie. Wszędzie widziałam parszywe uśmieszki. Niektórzy zasłaniali się rękami, inni nawet nie próbowali. Tylko jeden chłopak siedział dumnie na krześle z wielkim uśmiechem i przeszywającym wzrokiem. Podeszłam do niego.

— Ty to zrobiłeś? — zapytałam po angielsku, bo nagle wszystkie polskie słowa umknęły mi z pamięci.

Chłopak podniósł brwi i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— Zapomniałaś już jak się mówi po polsku? — splunął w bok mówiąc to.

— A może ty zapomniałeś, że mówisz po angielsku? — wbiłam w niego karcący wzrok.

Chłopak patrzył na mnie wciąż się tylko uśmiechając. Zaczął bujać się na krześle.

— Musisz za to zapłacić — powiedziałam, a wszyscy nagle wybuchli śmiechem, jakbym powiedziała coś niesamowicie zabawnego. Starałam się jednak nie tracić spokoju. W środku oczywiście byłam jedną wielką papką.

Nagle poczułam, że ktoś za mną stoi. Ktoś inny przytrzymywał mnie, żebym się nie ruszała. Zaczęłam się wyrywać, ale to nic nie dało. Im bardziej się szarpałam, tym głośniej wszyscy się śmiali. Czułam jak ktoś rysuje coś po moim ubraniu markerem i nie mogłam z tym nic zrobić. W końcu drugi chłopak mnie puścił, a ja zgodnie z działaniem fizyki, spadłam na okropnego chłopaka, który obserwował wszystko z nieznikającym uśmiechem. Akurat w tym momencie wszedł nauczyciel.

— Co tu się dzieje? — zapytał zdenerwowany.

Chciałam już tłumaczyć, ale chłopak nie pozwolił mi dojść do głosu.

— Ona mnie zaatakowała! Rzuciła się na mnie! Wszyscy mogą potwierdzić — mówił, jak dla mnie strasznie szybko. Zobaczyłam jak reszta klasy kiwa głowami. Wszystko stało się szybko i nawet nie zdążyłam zebrać myśli, kiedy siedziałam u szkolnego pedagoga.

— Ale chwilę, to nie jest moja wina — próbowałam zaprzeczyć.

— Od razu było po tobie widać, że będą z tobą problemy — powiedziała kobieta.

Patrzyła na mnie tak jak inni i nawet nie próbowała zrozumieć sytuacji. Ona była pewna, że ja jestem winna. Robiłam wszystko, żeby się nie rozpłakać. To było teraz dla mnie tak samo ważne, jak oddychanie. Nagle do pomieszczenia weszła nauczycielka angielskiego, która pomogła mi pierwszego dnia szkoły. Mimowolnie uśmiechnęłam się na jej widok.

— Grażyna! Jestem pewna, że ta dziewczyna nic nie zrobiła — powiedziała pewnie i stanęła za mną.

— Spójrz na nią tylko! Przecież to oczywiste, że to jej wina — Pani pedagog wskazała na mnie palcem. — Oni wszyscy są tacy sami!

— Boże, ale ty głupia jesteś czasami — westchnęła głęboko. — Przecież to przestraszone dziecko.

— To jest czarnoskóry bandyta. Co z tego, że to dziewczyna? Albo dziecko? Jak ty możesz być tak ślepa? — Pani pedagog, której imienia nie potrafię wymówić, ściągnęła z wrażenia okulary i położyła je na stole.

— W jakim świecie ty żyjesz? Naoglądałaś się za dużo filmów — powiedziała anglistka i złapała mnie za ramię. — Zgłoszę to, co tutaj zaszło. Może wtedy zrozumiesz swój błąd.

Ewa wyprowadziła mnie z gabinetu pedagoga i usiadła ze mną na ławce przed nim. Trwała lekcja, więc korytarz był pusty. Czułam, że muszę wytrzymać jeszcze trochę z wypuszczeniem łez, ale organizm mnie nie posłuchał i ciepłe krople spływały mi po twarzy. Usta bolały mnie od ich przygryzania. Kobieta przytuliła mnie lekko i pozwoliła mi jeszcze chwile płakać.

— Odwiozę cię do domu — powiedziała.

Ruszyłam za nią do samochodu i starałam się w międzyczasie powstrzymać płacz. Droga minęła mi nieprzyjemnie. Czułam się beznadziejnie. W głowie powtarzałam słowa pani pedagog i zastanawiałam się, czy ludzie naprawdę tak o nas myślą. Przecież nigdy w całym moim życiu nie spotkałam czarnoskórego przestępcy.

Dojechaliśmy do domu. Zapukałam, bo zapomniałam kluczy. Całe szczęście w środku była już Caroline, która okropnie przeraziła się zarówno moim wyglądem jak i wizytą nauczycielki. Bez słowa udałam się do swojego pokoju, żeby ściągnąć z siebie pomazane markerem ubranie i sprawdzić, czy książki da się posklejać taśmą bezbarwną. Poddałam się już po pierwszej próbie. Chłopak naprawdę się postarał i niektórych stron w ogóle nie było. Rzuciłam wszystko na biurko i usiadłam na podłodze z bezradności. Rozpłakałam się jak małe dziecko chowając twarz w ramionach. Po jakimś czasie odnalazłam telefon i zadzwoniłam do mamy.

— Delilah? Jak tam? — spytała pogodnie i jeszcze bardziej rozbolało mnie serce, że muszę psuć jej humor.

— Mamo, chcę wrócić — powiedziałam, a raczej wyszeptałam do słuchawki.

Usłyszałam, że ktoś wszedł do mojego pokoju, ale chciałam dokończyć rozmowę.

— Co się stało, skarbie? — Mama miała zmartwiony ton głosu.

Rozpłakałam się jeszcze bardziej o ile to w ogóle możliwe.

— Po prostu wracam — powiedziałam. — Kocham cię, niedługo będę.

Rozłączyłam się, otarłam łzy i wstałam z podłogi. Odwróciłam się do mojego gościa. Caroline stała w drzwiach ze smutnym wyrazem twarzy. Podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła.

— Przykro mi, że tak to się wszystko potoczyło — powiedziała. — Jesteś wspaniałą dziewczyną, Delilah. Jeśli będziesz chciała kiedyś przyjechać nas odwiedzić to śmiało. Będziemy czekać. I wysyłaj nam kartki na święta, dobrze?

Uśmiechnęłam się. Caroline była niesamowita i straszliwie rozgadana.

— Cieszę się, że mogłam u was mieszkać.

Peter pomógł mi się spakować, a Caroline upiekła ciasto, żebym mogła je wziąć ze sobą. Ewa, to znaczy, nauczycielka angielskiego, załatwiła dla mnie wszystkie rzeczy związane z wymianą i właściwie to mogłam wyjeżdżać. W drodze na lotnisko dowiedziałam się, że osoby, które mnie gnębiły jak i szkolny pedagog zostaną pociągnięci do odpowiedzialności za to wszystko, co powiedzieli lub co zrobili. Naprawdę poprawiło mi to humor.

Ciężko było pożegnać się z Karoliną i Piotrem. Nawet z Ewą. Oni wszyscy zdążyli stać się dla mnie ważnymi ludźmi w tak krótkim czasie. Tylko oni potrafili się za mną wstawić. I tylko oni nie patrzyli na mnie przez pryzmat koloru skóry. Dzięki nim dałam radę przetrwać.

Ten okres był dla mnie okropny. Długo zajęło mi dojście do siebie. Ciągle słyszałam w głowie wszystkie te słowa i obelgi. Dlatego zastanówcie się, czy wasze słowa nikogo nie ranią. Zastanówcie się, czy na pewno nikt przez was nie płacze w samotnej kabinie w toalecie. I kurczę, nie oceniajcie ludzi po okładce! Zapamiętajcie to.

KOCHAĆ INACZEJ

Martyna Klik

Budzik zbudził mnie o 7 rano jak każdego ranka. Otworzyłem oczy, i przez chwilę patrzyłem w sufit. Nic nie powinno popsuć mi dzisiejszego dnia, miałem spotkać się z chłopakiem, którego poznałem tydzień temu przez Internet. Był przystojny i miał świetne poczucie humoru, ponadto oboje lubiliśmy te same rzeczy, czułem się jakbym znał go całe życie.

Podniosłem się z łóżka i podszedłem do lustra.

— Dasz sobie dzisiaj radę, nie przejmuj się co inni będą mówić lub robić, wieczór będzie wspaniały — powiedziałem sam do siebie.

Zszedłem do kuchni, zjadłem śniadanie i poszedłem do szkoły. Po drodze próbowałem nie myśleć o wszystkich okropnych stereotypach, które rzucają w moje stronę ludzie ze szkoły. „Gej? To teraz taka moda”, i wiele innych, o wiele gorszych rzeczy, które sprawiają, że jest mi niedobrze.

Doszedłem do szkoły, przed nią, jak zwykle siedzieli „szkolni gwiazdorzy”, byli rok starsi, chodzili do 3 technikum. Opuściłem głowę i miałem nadzieję, że przejdę niezauważony. Niestety…

— Hejka, Mysiu — usłyszałem obok siebie. Starałem się to zignorować lecz nagle czyjaś noga wyrosła przede mną i upadłem. Ludzie wybuchli śmiechem, a ja zagotowałem się w środku. Wiedziałem, że w starciu z nimi nie miałem szans. Więc podniosłem się po prostu i wszedłem do szkoły.

Ludzie dowiedzieli się o mojej odmiennej orientacji, gdy w pierwszej klasie liceum wyznałem to swojej przyjaciółce. Niestety, nie zachowała tego dla siebie tak, jak mi obiecała, bo następnego dnia połowa szkoły już o mnie wiedziała. Przez rok przeszedłem wiele, agresje fizyczną i psychiczną. Momentami myślałem o skończeniu wszystkiego, lecz zdecydowałem, że będę silny i jeszcze im wszystkim pokaże.

Gdy szedłem przez korytarze zmierzając w stronę klasy, w której miała się odbyć pierwsza lekcja, mój telefon zaczął wibrować, wyjąłem go więc i spojrzałem na ekran „Hej, nie mogę doczekać się dzisiejszego spotkania :)” Widząc tę wiadomość uśmiechnąłem się i natychmiastowo mój humor się poprawił.

Dzień mijał powoli, na każdej przerwie znosiłem wyzwiska. Przechodząc przez to wszystko, nie dziwiłem się dlaczego Polska wylądowała na liście jednych z najbardziej dyskryminujących państw na świecie.

Gdy zadzwonił ostatni dzwonek poczułem się bardzo szczęśliwy. Wyszedłem ze szkoły i praktycznie pobiegłem do domu. Wziąłem szybki prysznic, przebrałem się i poszedłem do centrum. Właśnie tam miałem spotkać Daniela.

Siedząc na ławce rozglądałem się dookoła, byłem strasznie podekscytowany. Nagle zauważyłem gwiazdki szkolne, z którymi miałem styczność dzisiaj rano. Uśmiech zszedł mi z twarzy, szli oni w moją stronę patrząc dokładnie na mnie. Jeden z nich wyciągnął telefon, napisał coś, i spojrzał na mnie. Mój telefon zaczął wibrować. Ne ekranie pojawiła się wiadomość od Daniela. „Myślałeś, że kiedykolwiek znajdziesz miłość, gejuszku?”. Przeczytałem to i skamieniałem. Osoba, której zwierzałem się co wieczór, której ufałem i przy której wierzyłem, że mogę być sobą, okazała się kolejnym chorym żartem, jednym z najgorszych.

Moje oczy zaszkliły się i chciałem wstać, aby jak najszybciej opuścić to miejsce. Oni mieli jednak inne plany. Złapali mnie za ramię i pociągnęli w stronę toalet publicznych.

— Myślałeś, że znajdziesz w naszym mieście drugiego takiego odmieńca jak ty?

— Nie powinieneś się nawet urodzić, wybryki natury takie jak ty są zarazą naszego społeczeństwa

Mówili do mnie, rzucali w mnie wyzwiskami, a ja stałem tam po prostu i patrzyłem się na nich tempo. Moje życie powoli traciło jakikolwiek sens, zacząłem im wierzyć, zacząłem naprawdę myśleć, że jestem po prostu zwykłym wybrykiem natury.

Chłopaki rzucali we mnie wyzwiskami przez jeszcze kilka minut a potem, śmiejąc się, najzwyczajniej odeszli. Osunąłem się na ziemie i siedząc tam zastanawiałem się dlaczego nie mogłem urodzić się normalnym.


Tygodnie mijały powolnie. Budziłem się, szedłem do szkoły, wracałem i szedłem spać. Rutyna powoli mnie zżerała. Nie chciałem poznawać nikogo nowego. Nie wiedziałem dlaczego ludzie są tak nietolerancyjni. Nigdy nic im nie zrobiłem, nawet się nie odzywałem, ja po prostu byłem inny.

Wszystko ciągnęło się aż do czasu, gdy pewnego dnia na obowiązkowej wycieczce wpadłem na pewnego chłopaka. Natychmiastowo spodobał mi się lecz co miałem powiedzieć? Ja byłem wybrykiem natury, a on najprawdopodobniej miał dziewczynę i był szczęśliwy.

— Hej, jestem Łukasz — przedstawił się, podając mi rękę. Zdziwiłem się ale odpowiedziałem mu i zaczęliśmy rozmawiać. Wymieniliśmy się numerami a następnie pisaliśmy ze sobą przez bardzo długi czas. Byłem przerażony, wiedziałem, że zakochałem się, lecz nie miałem zamiaru wyznawać mu swoich uczuć, nie chciałem stracić jedynej osoby, na której mi zależy.

Nasza znajomość toczyła się przez parę miesięcy, w trakcie których spotkaliśmy się kilka razy. Poprawiał mi humor i nie czułem się tak samotny jak wcześniej.

Pewnego dnia otrzymałem od niego wiadomość „Musimy porozmawiać. Jutro w parku o 16, przyjdź proszę”, po przeczytaniu tego przeraziłem się i jednocześnie byłem podekscytowany spotkaniem. Bałem się, że nasza znajomość może się skończyć. Ależ się myliłem…

Poszedłem w wyznaczone miejsce o wyznaczonej godzinie. Łukasz już czekał na mnie na ławce. Podszedłem do niego i przywitałem się. Popatrzył na mnie smutnym wzrokiem i skinął głową, żebym usiadł obok niego.

— Muszę ci coś w końcu wyznać — powiedział i przez chwile patrzył na moją twarz — jesteś zabawny, fajny, dobrze wyglądasz, chciałem ci to powiedzieć od dawna, lecz dopiero teraz zdobyłem się na to, zakochałem się w tobie.

Po usłyszeniu tych słów poczułem jakbym czas stanął w miejscu. Życie w dziwny sposób nabrało sensu. Wszystkie problemy przez które przechodziłem nagle przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

Odpowiedziałem mu, widząc jego przerażoną minę, i wtedy na jego twarzy wykwitł najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałem.

LEPSZE ŻYCIE

Aleksandra Powęzka

Jesień tego roku była wyjątkowo mroźna, przez nieszczelne okna wpadał do domu Domarskich niewyobrażalny chłód. Na zewnątrz było ciemno i ponuro, co dawało wrażenie jeszcze większego zimna. W kuchni przy piecu siedziała mała dziewczynka o imieniu Gaja, a obok jej młodszy brat Janek. Nagle do środka wpadła kobieta, a za nią czwórka dzieci. Była to Sawa, ich matka, która z przemęczenia wyglądała na starszą niż była w rzeczywistości. Na jej twarzy można było dostrzec pojedyncze zmarszczki, oczy miała niezwykle piękne, wręcz nienaturalnie niebieskie, ale jednocześnie bardzo smutne. Rude włosy upięte były w luźny kok. Delikatne dłonie, wyraźnie zniszczone z przepracowania trzymały mocno dużą paczkę. Wszystkie dzieci ustawiły się wokół stołu i patrzyły na matkę z ciekawością, Sawa otworzyła obiekt zainteresowania. Wewnątrz paczki znajdował się list zaadresowany do niej i prezenty dla dzieci. Dwie najstarsze córki, Zoja i Bianka, dostały tomik wierszy Wisławy Szymborskiej. Bliźniacy, Natan i Gabryś, wielką kolekcje żołnierzyków, którą po chwili już się bawili. Gaja otrzymała piękną porcelanową lalkę z rumianymi policzkami i brązowymi lokami delikatnie opadającymi na jej ramiona. Janek dostał drewniane, kolorowe klocki.

Kuchnia zamieniła się w istny harmider. Każdy chciał zwrócić na siebie uwagę i pokazać rodzeństwu, co dostał. Wszyscy byli bardzo szczęśliwi z otrzymanych prezentów. Może to dlatego, że nie dostawali ich tak często jak inne dzieci. W pewnym momencie śmiechy ucichły i sześć par oczu skierowało wzrok na siedzącą na krześle mamę. Trzymała ona list w dłoni, a po policzkach spływały jej łzy. Jedyne co potrafiła z siebie wydusić drżącym głosem to to, że ich tata nie wróci już do Polski. Nastała cisza. Sawa patrzyła jak jej dzieci przyjmują do wiadomości fakt, że kochający ojciec, który wyjechał zarabiać pieniądze po to, żeby żyło im się lepiej, już nie wróci. Wszystko dlatego, że ułożył sobie życie za granicą. Z jednej strony czuła się winna, ponieważ to ona kazała mu wyjechać, żeby mogli żyć godnie, aby w końcu inni przestali ich dyskryminować z powodu braku pieniędzy. Natomiast z drugiej strony czuła złość na to, co zrobił jej i dzieciom. Nigdy nie wyobrażała sobie, że spotka ją coś takiego. Jej myśli przerwał stanowczy ton Zoji.

— Mamo nie martw się! Będzie dobrze.

— Wiem kochanie — odparła lekko zaskoczona tak dorosłą postawą swojej córki. — Spójrzcie na ścianę przed nami. Widzicie co jest tam napisane? Musimy się tego trzymać! Poradzimy sobie ze wszystkim.

Na białej ścianie niebieskimi literami widniał napis „Po deszczu zawsze wschodzi słońce”. Były to ulubione słowa całej rodziny, które utwierdzały ich w przekonaniu, że nieważne jakby było im źle i ciężko zawsze czekać będzie ich coś dobrego.

Słowa córki „będzie dobrze” bardzo jej pomogły. Zawsze pragnęła stworzyć dla swoich dzieci idealny dom, taki o jakim zawsze marzyła. Sama nie miała lekko w życiu. Wychowała się w biednej rodzinie i była wytykana palcami przez rówieśników. Nie potrafiła sobie z tym poradzić, czuła się gorsza, niezrozumiana Wspomnienia, które pojawiły się w jej myślach szybko zniknęły, kiedy zobaczyła, która jest godzina. Czas przygotować kolację i położyć dzieci do łóżka. Rano wszystko zacznie się od nowa. Świadomość, że musi opiekować się szóstką dzieci utwierdziła ją w przekonaniu, że nie może się załamywać tylko iść do przodu.

Noc minęła Sawie szybko. Obudził ją Gabryś, który oznajmił, że chce jeść, ponieważ zaraz idzie szkoły. Po śniadaniu wszyscy umyli zęby, założyli buty, kurtki i wyszli na przystanek autobusowy. Spotkali tam swojego sąsiada Wojtka, który chodził do klasy z bliźniakami. Pochodził on z bogatej rodziny i wraz z kolegami przy każdej możliwej okazji wyśmiewał rodzinę Domarskich. Nie mógł zrozumieć jak to jest nie mieć pieniędzy. I tym razem nie obyło się bez jego złośliwych dogryzek. W pewnym momencie powiedział coś, co strasznie zdenerwowało bliźniaków, którzy chcieli rzucić się na niego z pięściami. Wspomniał o tym, że pewnie ich ojciec nie wraca do domu i wyjechał, żeby tylko od nich uciec. Chłopcom zrobiło się bardzo przykro, ale powstrzymali złość i z ulgą spojrzeli w kierunku nadjeżdżającego autobusu.

Podróż autobusem zawsze wyglądała tak samo. Nawet tam nie mogli uwolnić się od ciągłych złośliwości skierowanych w ich stronę. Wyzwiska były codziennością. Tylko mała Gaja nie rozumiała tego wszystkiego. Chodziła dopiero do przedszkola, a tam dzieci nie są jeszcze przesiąknięte nienawiścią do innych. Małe dzieci traktują każdego tak samo, nie patrzą na kolor skóry, na wyznawaną wiarę, czy to z jakiej rodziny ktoś pochodzi.

Wysiedli z autobusu. Zoja jako najstarsza z rodzeństwa zaprowadziła Gaję i bliźniaków. Bianka szła powoli po schodkach prowadzących do szkoły gdy usłyszała z daleka jak ktoś wykrzykuje jej imię. Była to Pola, jej jedyna koleżanka. Bianka bardzo ucieszyła się gdy ją zobaczyła, podbiegła do niej i oznajmiła, że musi jej coś wyznać. Wtedy Bianka opowiedziała całą historię o liście od ojca i o tym, że teraz zostają sami z mamą.

— Bardzo cię proszę, nie mów tego nikomu. I tak już jestem pośmiewiskiem w tej szkole. Na każdym kroku słyszę złośliwe dogryzki w stosunku do mnie i do mojego rodzeństwa. — głośno westchnęła i dodała. — Tylko tobie mogę zaufać.

 Nikt nic nie dowie się ode mnie. Przecież widzę jak Ci ciężko się z tym wszystkim pogodzić. Możesz na mnie liczyć. — uśmiechnęła się szczerze i wskazała na zegarek, że już czas iść na lekcje.

Dzień dla Bianki wydawał się wyjątkowo dobry. Czuła ulgę, że może zaufać choć jednej osobie. Bardzo cieszyła się z tego, że ma przy sobie kogoś tak wspaniałego jak Pola. To ona jako jedyna nie patrzyła na to z jakiej rodziny pochodzi. Gdy nadszedł czas ostatniej lekcji, wszyscy usiedli na swoich miejscach i czekali aż nauczyciel wejdzie do klasy. Bianka na chwile umilkła żeby przysłuchać się rozmowie dziewczyn siedzących w ławce tuż za nią. Zapytała co je tak rozbawiło.

— No słyszałam, że twój tatuś was zostawił bo wstydził się mieszkać w domu z takim czymś jak ty i twoje rodzeństwo — powiedziała z dumą Mariola. Znienawidzona przez Polę i Biankę dziewczyna z klasy.

— Kto ci to powiedział? — nie była w stanie uwierzyć, że Pola mogła zrobić coś tak okropnego i zdradzić jej tajemnice

— Podsłuchałam waszą rozmowę z Polą. Nadal nie mogę uwierzyć, że wasz ojciec wytrzymał z wami tyle pod jednym dachem — z każdym słowem czuła się lepiej z myślą, że sprawia coraz większy ból Biance.

Przyjaciółki Marioli dumne z tego co powiedziała ich przywódczyni głośno się zaśmiały. Roztrzęsiona Bianka wybiegła z klasy a za nią Pola, która ledwo co zdołała ją dogonić.

— Ej nie przejmuj się nimi! To było do przewidzenia, że o wszystkim się dowiedzą. Zawsze znajdą powód żeby sprawić ci ból — starała się podnieść na duchu koleżankę.

 Wiem. Muszę iść do domu. Nie chce już tam dziś wracać. Jedyne o czym marzę to to, żeby położyć się w łóżku i o wszystkim zapomnieć

— Dobra. Trzymaj się! Pamiętaj, jak coś się będzie działo od razu masz mi powiedzieć — pożegnała ją Pola i szybko pobiegła w stronę szkoły.

Bianka uznała, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza i przemyśleć wszystko, co tak bardzo zaprzątało jej głowę. Czuła dużą ulgę, że Pola okazała się osoba godną zaufania

Zbliżała się do domu. Wzięła głęboki oddech i nacisnęła klamkę po czym weszła do środka. Ku jej zaskoczeniu ujrzała uśmiechniętą mamę z blaszką szarlotki w rękach.

— Co się stało, że tak szybko wróciłaś? Powinnaś być za godzinę.

— Źle się czułam. Ale po krótkim spacerze już mi lepiej — próbowała nie dać po sobie poznać małego kłamstwa. — Jak się czujesz mamusiu?

— Nie martw się o mnie kochanie. Dzisiaj czuję się już dobrze — mówiła pełnym optymizmu głosem

Rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Sawa z uśmiechem na twarzy pobiegła zobaczyć kto to.

W ułamku sekundy całe szczęście gdzieś uciekło, a jej twarz nagle pobladła.

W drzwiach stało dwóch policjantów i bliźniacy.

— Czy to pani synowie? — zapytał obojętnie jeden z policjantów.

— Tak! Ale o co chodzi? Co się stało? — serce jej zamarło.

— Pani synowie mocno pobili kolegę z klasy. Wszystko pani opowiedzą, my tylko odwieźliśmy ich do domu. — Zwrócił się do chłopców — ostrzegamy, że jeszcze jeden taki wybryk z waszej strony a wylądujecie na komisariacie.

Chłopcy pobiegli do pokoju obok. Sawa podziękowała policjantom, zamknęła drzwi i dołączyła do bliźniąt, kazała im to szybko wyjaśnić. Gabryś przemówił pierwszy.

— Mamo nie złość się, ale po prostu ten Wojtek, no wiesz który? — nawet nie czekał na potwierdzenie tylko mówił dalej — mieliśmy dość tego, że on ciągle się z nas śmieje. Obraża nas, bo nosimy stare ubrania po kuzynach, a dziś wspomniał o tym, że dobrze że zostawił nas tata. Nie mogliśmy tego dłużej słuchać. On nas sprowokował.

Sawa nawet nie wiedziała jak to skomentować. Znowu czuła, że ich zawiodła, ale nie mogła się nad sobą użalać.

— Rozumiem, że jest wam ciężko. Wiem jaką mamy sytuację, ale obiecuję, że znajdę pracę, a za zarobione pieniądze kupimy nowe ubrania. Ale na miłość Boską, myśleliście, że to, że go pobijecie coś pomoże? Tak nie można rozwiązywać problemów — zamyśliła się na chwilę. — Macie szczęście, że skończyło się tylko odwózką do domu przez policjantów.


Z kuchni dobiegały głośne śmiechy, Sawa poszła zobaczyć, co się stało. Przy stole siedziała Gaja i Bianka, przy oknie stała Zoja ze skrzypcami w rękach.

— Mamo spójrz, nie mówiłam Ci tego wcześnie, ale od jakiegoś czasu wraz z panią od muzyki uczyłam się gry na skrzypcach– wzięła głęboki oddech–na wiosnę jedziemy na koncert, do filharmonii. Jeśli go wygram pani powiedziała że kariera skrzypaczki stoi przede mną otworem.

Sawa widziała szczęście na twarzy córki a to było dla niej najważniejsze.

— Jestem z ciebie taka dumna! Zagraj nam coś teraz.

Delikatne chude palce złapały smyczek, a palce drugiej dłoni oplotły się wokół nich. W kuchni zabrzmiał pierwszy dźwięk wydobywający się z tego pięknego instrumentu. Wszyscy wsłuchali się w spokojną muzykę. Sawa na chwilę zanurzyła się w marzeniach. To właśnie teraz zaczyna się jej nowe życie. Wsłuchując się w dźwięki muzyki poczuła wielki przypływ energii, który dał jej siłę. Obiecała sobie, że rano pójdzie popytać w okolicznym miasteczku o pracę. Przecież zawsze kochała szyć, ale przez dzieci i męża nigdy nie miała czasu rozwijać swojej pasji. Może to właśnie jest ten moment, w którym powinna wziąć sprawy w swoje ręce i brać od życia garściami. Ze stanu chwilowej zadumy wybudziły ją gromkie brawa skierowane w kierunku Zoji.

Reszta dnia minęła rodzinie Domarskich na planowaniu przyszłości.

Sawa opowiedziała córkom, jaki ma plan na zarabianie pieniędzy. Po tak miłym dniu wszyscy szybko zasnęli.

Za oknami zaczęło robić się coraz jaśniej. Sawa wstała, włożyła szlafrok i poszła w stronę kuchni. Zegar wskazywał jeszcze wczesną godzinę, więc nie było sensu budzić dzieci. Chciała zjeść śniadanie w ciszy. Posmarowała bułki masłem, a z szafki wyjęła dżem wiśniowy. Do szklanki nalała ciepłe mleko i usiadła naprzeciw okna. Zawsze lubiła jeść takie śniadania. Przypominało jej to wakacje u babci, które zawsze były czymś wspaniałym. Mogła tam robić, co chciała i właśnie tam miała prawdziwych przyjaciół. Całymi dniami bawiła się w okolicznych lasach, a wieczorami wracała do domu dziadków. Kiedy zaczynała się szkoła musiała wracać do rzeczywistości i do ciągłych upokorzeń.

Ze wspomnień wybił ją blask światła, który odbijał się od okien. Z naprzeciwka zauważyła wielki samochód ciężarowy, na którym widniał napis „PRZEPROWADZKA”. Nagle do kuchni wbiegł Gabryś z Natanem i Bianką. Sawa oznajmiła im, co zaplanowała na dzisiejszy dzień.

 Może nie pójdziecie do szkoły, co wy na to? Pomożecie mi zrobić wielką reklamę mojego salonu krawieckiego, powiesimy ją przed domem, aby każdy mógł ją zauważyć.

Cała gromadka wybuchła entuzjazmem. Sawa ubrała najmłodsze dzieci, przygotowała śniadanie i wybrała się do miasta po materiały. Zabrała ze sobą Zoję.

Całą drogę planowały jak będzie wyglądać szyta suknia. Zaparkowały samochód tuż przy malutkim kościołku i udały się w stronę sklepu. Wybrały piękny czarny welur. Już miały wychodzić ze sklepu, kiedy spotkały swoją sąsiadkę, która ze zdziwioną miną zapytała, co one tu robią.

— Postanowiłam założyć własny zakład krawiecki, dzisiaj przyjechałam po materiały. Jeśli ma pani ochotę to bardzo zapraszam do siebie — powiedziała dumna Sawa.

— Też mi coś! Zakład krawiecki sobie wymyśliłaś? Takie jak ty powinny zająć się rodzeniem dzieci, gotowaniem i sprzątaniem. Szycie to sztuka nie dla takich biednych kobiet jak ty. Zapewniam cię, nie będziesz mieć kolejek.

Sawa postanowiła nie dać się sprowokować. Wyszła ze sklepu. Wsiadła do samochodu, zapaliła silnik po to, żeby po chwili go zgasić.

— Zaraz wrócę, zostań w samochodzie.

Udała się w stronę kościółka. Uklękła przed ołtarzem i rozejrzała się wokoło. Na ścianach wisiały stare obrazy ukazujące sceny z Biblii. Kościół sprawiał wrażenie bardzo starego i biła z niego niepowtarzalna energia. Na ołtarzu znajdował się wielki obraz ukrzyżowanego Jezusa. Sawa już miała zabrać się do modlitwy, kiedy zdała sobie sprawę, że zapomniała jak to się robi. Zawsze większą wartość miała dla niej rozmowa niż wydukane na pamięć słowa.

— Boże, jeśli mnie słuchasz spraw, aby moje dzieci w końcu doznały spokoju, aby przestały być wyśmiewane. Wiem, że nie jestem idealną matką, ale staram się jak mogę. Jest mi ciężko, zostałam teraz sama, ale się nie poddam. Potrzebuje tylko wsparcia. Jakiegoś znaku, że jest ktoś kto mi pomoże. Nie daje rady sobie z tym wszystkim. Nie mam siły udawać, że wszystko jest dobrze kiedy tak naprawdę nie jest. Czemu ludzie tacy są? Czemu oceniają nas przez pryzmat naszej sytuacji materialnej?

Wstała, przeżegnała się, ucałowała krzyż i wróciła do samochodu. Podróż powrotna przebiegała w ciszy. Kiedy podjechały pod dom zobaczyły bliźniaków wieszających plakat na płocie.

Na białym tle wielkimi zielonymi kolorami widniał napis „Zapraszam do najlepszego zakładu krawieckiego”. Obie wysiadły z samochodu i jednoznacznie stwierdziły, że chłopcy spisali się na medal. Sawa obiecała im za to pyszne ciasto marchewkowe.

Weszła do domu, założyła jakieś luźne ubrania, wyciągnęła maszynę i zabrała się do szycia. Najpierw zdjęła miarę z Zoji, a potem zaczęła robić szkice. Poczuła się jak dziecko które odzyskało coś, za czym bardzo tęskniło. Nie spodziewała się, że wciąż pamięta jak to się robi.

Przerwał jej dzwonek do drzwi. Sawa poprosiła Biankę, żeby je otworzyła, bo ta jest zajęta. W drzwiach stała piękna, młoda kobieta. Była ubrana w długi, czarny płaszcz, oraz sukienkę w kolorze dojrzałej śliwki. W rękach trzymała jeszcze ciepłe ciasto marchewkowe.

— Dzień dobry. Nazywam się Emilia Witkowska, jestem waszą nową sąsiadką.

— Dzień dobry, miło panią poznać. Mama jest w kuchni — zaprowadziła kobietę do mamy. — Czy napije się pani kawy albo herbaty?

Emilia skusiła się na szklankę herbaty z cytryną. Uścisnęła dłoń Sawie i usiadła. Wyraźnie była zaciekawiona tym, co szyje.

— Jakie to piękne! — wzięła w dłonie niedokończoną suknię Zoji i oglądała ją z każdej strony. — Podziwiam, że potrafi stworzyć pani coś tak cudownego ze zwykłego materiału. Ja mam dwie lewe ręce do takich rzeczy.

Emilia opowiedziała Sawie o powodzie przeprowadzki. Sawa natomiast opowiedziała po krótce o tym, co skłoniło ją do rozpoczęcia swojej działalności. Zdała sobie sprawę, że bardzo dawno tak dobrze jej się z nikim nie rozmawiało jak z Emilią. Okazało się, że jeden z jej adoptowanych synów będzie chodzić do klasy z Bianką, drugi zaś z bliźniakami. Obie bardzo ucieszyły się, że ich dzieci będą miały się z kim bawić. Emilia uznała, że już czas wracać, ale przed wyjściem obiecała, iż na pewno wróci z jakimś materiałem na sukienkę. Godzina była już tak późna, że Sawa nie widziała sensu kończyć dziś sukienki dla córki. Zajrzała tylko do pokoju dzieci, upewnić się czy śpią i sama się położyła.

Zima mijała szybko, kobiety coraz bardziej się zaprzyjaźniały, a tym bardziej dzieci, które stały się nierozłączne. W szkole przestawali się z nich śmiać, po sytuacji, w której Adam, najstarszy syn Witkowskich, nastraszył chłopców z klasy bliźniaków. Chłopcy uznali, że nie ma co ryzykować szczególnie z powodu tego, że Adam ćwiczył sztuki. Zoja przestała słuchać złośliwych dogryzek od koleżanek.

Z początku Sawa szyła całymi nocami szaliki, i czapki. Z rana robiła śniadanie dzieciom do szkoły po czym pakowała uszyte wcześniej rzeczy i jechała na targ, gdzie starała się je sprzedać. Za oknami można było dostrzec już kwitnące drzewa i kwiaty. Nadszedł wielki dzień dla Zoji, już wieczorem miał odbyć się koncert, do którego długo się przygotowywała. Z samego rana wyjechała wraz z mama i Emilią do Warszawy. Czuła wielki stres, gdy dojechały do filharmonii. Udały się na widownie gdzie zajęły już miejsca. Z niecierpliwością czekały na rozpoczęcie całej uroczystości. Cisze przerwa Emilia

— Muszę przyznać ci się do czegoś. W dniu kiedy się poznałyśmy idąc do twojego domu spotkałam naszą sąsiadkę Martę. Kiedy dowiedziała się, że idę do ciebie, ostrzegła mnie abym lepiej tego nie robiła. Mówiła, że tak naprawdę nikt nie zdaje się z twoja rodzina bo nie dorastacie innym nawet do pięt. Najgorsze było to, że nie czuła żadnego wstydu wypowiadając tak okropne słowa. Uznałam, że nie chce być jak ona. Nie chce być człowiekiem który ocenia innych przez pryzmat tego ile ma pieniędzy. Jestem bardzo szczęśliwa, że cię poznałam. Podziwiam Cię za to jak dałaś sobie radę z tym wszystkim.

Sawa przypomniała sobie jak niedawno modliła się do Boga o znak. Była pewna, że to właśnie Emilia jest tym znakiem. Uścisnęła ją serdecznie i głośno się roześmiała.

Światła zgasły a na scenie pojawiła się Zoja w przepięknej czarnej sukni. Z każdym kolejnym dźwiękiem, który wychodził spod zręcznych palców córki Sawa czuła się coraz bardziej szczęśliwa. I była pewna, że da radę z każdą przeciwnością losu. Szczęśliwa uścisnęła dłoń Emilii i zasłuchana w przepiękną muzykę zamknęła oczy.

ZESPÓŁ ODRZUCENIA

Natalia Ciosmak

Słysząc słowa mamy, że się przeprowadzamy byłam przeszczęśliwa. Pomysł ten wydawał mi się wybawieniem. Czymś w rodzaju drzwi do nowego życia. Gdy wprowadziliśmy się do nowego miasta, poszłam do nowej szkoły. Wiadomo jak to jest gdy pojawia się ktoś nowy w środku roku szkolnego. Dziesiątki oczu spoglądające na mnie z ciekawością, jakby hieny czekające na swoją ofiarę. Przynajmniej ja tak się czułam. Starałam się iść korytarzem szkolnym z wysoko uniesioną głową, w praktyce szłam zgarbiona i patrzyłam w podłogę. Ah… Ta ironia życiowa. Powiem szczerze, że dość szybko poznałam nowe osoby. Na początku wydawali się tacy mili i przyjaźni. Niestety, pozory mylą. Tego samego dnia wracałam razem z nimi ze szkoły. Mijaliśmy po drodze szkołę specjalną dla osób upośledzonych. Dla mnie to nic wielkiego, ale jak zauważyłam dla moich nowych znajomych było to rodzajem czegoś „innego”, może trochę śmiesznego. Z błękitnego budynku wyszła dziewczynka wyglądająca na około 12 lat. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest upośledzona umysłowo. Miała prześliczne, złote loki i wielkie, błękitne oczy, które były skryte za wielkimi okularami. Wyglądała na bardzo zamkniętą w sobie. Bartek, jeden z moich nowych znajomych, podszedł do niej i niespodziewanie zaczął ją zaczepiać, to szczypnął, pociągnął za włosy, a na koniec złapał jej okulary. Trzymał je wysoko nad głową dziewczynki, drocząc się przy tym. Dosłownie wmurowało mnie, nie wiedziałam co mam zrobić. Nie chciałam stać się pośmiewiskiem, m.in. Bartka. Z drugiej strony chciałam pomóc tej dziewczynce. Byłam w rozsypce. Nie zrobiłam nic. Byłam neutralna. Przecież skoro nic nie robię temu dziecku to mu nie szkodzę, nie jestem winna, czyż nie? Nie chciałam na to patrzeć, więc po prostu odwróciłam się i powiedziałam, że mama każe wracać mi na obiad. Patrząc po ich minach dali się na to nabrać. Sytuacja powtarzała się przez miesiąc, a ja zawsze się wycofywałam. Nie chciałam być odrzucona przez rówieśników, we wcześniejszej szkole nikt mnie nie lubił. Pewnego dnia po nękaniu tej dziewczynki wróciłam do domu i zajęłam się obiadem. Po 20 minutach usłyszałam głos otwieranych drzwi. Tato musiał podrzucić moją siostrę ze szkoły do domu i pewnie pojechał na zakupy, bo słyszałam tylko ciche kroki. Po chwili stanęła przede mną ta sama dziewczynka, którą nękali zarówno dzisiaj jak i miesiąc temu moi nowi znajomi. Była moją siostrą. Ukrywałam to. Ona jak widać wszystko rozumiała, nigdy przy moich znajomych nie spojrzała nawet na mnie. Stwarzała pozory jakbyśmy się nie znały. Nic nie powiedziała, podeszła do mnie i przytuliła. To nie był jednak zwykły uścisk. Nawet nie wiem jak, ale przekazała im wszystkie swoje emocje. Była bardzo inteligentna i wiedziałam że rozumiała całą sytuację. Tydzień później sytuacja powtórzyła się znowu, nie wycofałam się. Zrobiłam kilka kroków w przód.

— Przestań — powiedziałam. Bartek i jego dziewczyna — Alicja, odwrócili się.

— Co powiedziałaś? — dopytywał chłopak.

— Powiedziałam żebyś przestał. Ta dziewczynka jest bardziej inteligentna niż cała nasza klasa razem wzięta — powiedziałam pewnym siebie głosem, unosząc przy tym wysoko głowę.

— Chyba sobie żartujesz. To jakiś Down, a nie człowiek. — Alicja roześmiała, słysząc te słowa Bartka.

— To nawet nie jest zespół Downa, tylko Aspergera, jakbyś chciał wiedzieć — wycedziłam. Chłopak na te słowa zrobił minę jakby usłyszał pierwszy raz w życiu tę nazwę.

— A skąd ty to niby wiesz? Hm? — zapytał, próbując przy tym „cwaniaczkować”.

— To moja siostra — wypaliłam i podeszłam do niej otaczając ją ramieniem.

— Nie żartuj sobie. Mam dość już tego przedstawienia — chłopak zaczął się śmiać, myśląc że żartuję sobie. Jednak widząc moją minę, zastygł. — Naprawdę to coś, jest twoją siostrą? — Wybałuszył oczy i zrobił dwa kroki w tył.

— Nie coś, tylko moja siostra. Jest normalnym człowiekiem i jest o wiele inteligentniejsza niż ty. To, że ktoś jest niepełnosprawny nie ważne czy fizycznie czy psychicznie, nie znaczy że mamy go od razu skreślać. Jestem dumna z posiadania mojej siostry i nigdy więcej nie będę obojętna na nękanie osób upośledzonych. Każdy z nas prowadzić godne życie, nikt nie ma prawa być poniżany. — Po zakończeniu wypowiedzi usłyszałam brawa. Zdziwiona obróciłam głowę i zobaczyłam grupkę osób z naszej szkoły. Z powodu kłótni nie zauważyłam nawet, że inni zaczęli się schodzić. Spojrzałam na siostrę i zobaczyłam cień uśmiechu na jej twarzy. To wystarczyło, bym zrozumiała, że jest mi wdzięczna.

K R Z Y K


Olga Koszarna

Biegnij!

Pusta ulica. Noc. Znowu ONI. Uciekam, jak najszybciej uciekam. Jestem blisko. Gonią mnie. Jest ich kilku. Może trzech. Nie wiem. Biegnę. Mówię sobie szybciej. Nie daję rady. To ponad moje siły. Budynek. Źle. Pomyliłem uliczki. Nie mogę zawrócić. Błąd. Dogonili mnie. Najwyższy chwyta mnie za…

Budzę się. Jest wcześnie rano, słońce jeszcze nie wzeszło. Mogę jeszcze spróbować zasnąć, ale i tak wiem, że mi się nie uda. Ten sen, koszmar. Wszystko powraca, gdy tylko zamknę oczy. Nie mogę już tego znieść. Wstaję, idę do łazienki. Staję przy lustrze. Mówiłem mamie, żeby je zdjęła, zasłoniła, jednak ona twierdzi, że przesadzam. Nie rozumie mnie. Jedyna osoba, na której polegam. Chora sytuacja. Biorę prysznic, ubieram się. Nigdy nie wiem, co ze sobą zrobić o tak wczesnej porze. Zawsze idę się myć. Staram się to robić jak najdłużej, najdokładniej. Codziennie mam za dużo czasu i nic do zrobienia. Jest prawie szósta rano. Za godzinę zacznę się denerwować. Będę musiał wyjść do szkoły. Nienawidzę tego miejsca, tych ludzi. Są puści. Nic sobą nie reprezentują. Gdyby przyjrzeć się dokładnie, byłbym taki sam. Chciałbym być jak oni. Nie musieć się martwić. Idę zjeść śniadanie. Mam do wyboru płatki owsiane albo kanapki. Hm… Nigdy nie mogę się zdecydować. Nawet przy tak prostej czynności. Mleko się skończyło. Zjem kanapki. Zrobić też dla mamy? Nie, ona nie jada śniadania. Za chwilę muszę ją zbudzić. Nie lubię tego robić. Ona nigdy nie chce wstać. Spóźni się do pracy. Czas jakoś szybciej dzisiaj leci. Jest prawie siódma.

— Mamo, słyszysz? Musisz już wstać. Znowu się spóźnisz. — mruczy coś pod nosem. Zawsze mówi jeszcze pięć minut. Idę umyć zęby. Znowu to lustro. Nie widziałem jeszcze kota. Dziwne, zazwyczaj czeka na mnie w kuchni. Może w końcu magiczna siła sprawiła, że wyparował? Albo przynajmniej go coś zgniotło? Może to okrutne, ale ta ruda kula złożona z tłuszczu i sierści do najmilszych nie należy. Chyba zrobię jeszcze kilka zadań. Dzisiaj mam sprawdzian z fizyki. A może to jutro? Nie wiem, nie mogę dostać kolejnej jedynki. Będą miał zagrożenie. Jest prawie koniec semestru. Nie mogę dostać złej oceny. Trzęsą mi się ręce. Jakby były zmęczone. Za chwilę będę musiał wyjść. Pada śnieg. To dobrze. Nie lubię zimy bez niego. Śnieg nadaje jej uroku. Nie wziąłem ze sobą telefonu. Muszę się wrócić. Gdzie go położyłem? Może na szafce. Otwieram drzwi. Słyszę syknięcie. To Andy. Jednak nic go nie zabiło w magiczny sposób.

— Mamo, wstałaś już? — może mnie usłyszy. Mam telefon, ale nie wiem czy wziąłem słuchawki. Znalazłem. Idę. Codziennie taka sama sytuacja. Staram się zostawić rzeczy, których będę potrzebował. Nigdy nie działa. Może to głupie, ale zawsze daje nadzieję. Idzie mój sąsiad. Wraca z kościoła. Niedługo tam zamieszka.

— Dzień dobry — nie liczę na odpowiedź. On udaje, że mnie nie widzi. Uważa, że Bóg mnie ukarał za grzechy. Jaki bóg, jakie grzechy? Nigdy się nie dowiem. Jestem prawie na miejscu. Nawet, gdy idę po woli, zawsze jestem na czas. Teraz tylko wejść po schodach i otworzyć drzwi. Spokojnie. Dam radę, to nic trudnego. Jest ich zaledwie czternaście. Czternaście stopni do piekła. Dobry tytuł na książkę, albo płytę. Szkoda, że nie jestem artystą. Muszę otworzyć drzwi. No dalej, potrafię to zrobić. Patrz w podłogę, nie odrywaj od niej wzroku. Nikogo tu nie ma. Nikogo nie widzisz. Codziennie, od dwóch lat. Trudno jest iść, gdy nie widzi się drogi. Zawsze dziwnie na mnie patrzą. Uważaj na filary! Patrz w podłogę. Spokojnie. Jestem pod klasą. Jeszcze kilka minut. Siadam na ławce. Nie mam wyboru, muszę spojrzeć… Wiedziałem. Znowu patrzyli, zawsze to robią. Szybko odwracają wzrok. Myślą, że nie zauważę. Mylą się. Szepczą. Śmieją się. Patrzą. Może nie mają innych zajęć? Oczywiście, że jest inaczej. To tylko rozrywka, jestem atrakcją. Nic się nie zmieniło. Od dwóch lat. Nie wiem jak rozwiązać pierwsze zadanie. Zapomniałem wzoru. Znowu. Czy to musi być takie trudne? Uczyłem się, wcześniej pamiętałem. Zaraz muszę oddać sprawdzian. Szykuje się kolejna jedynka. Nauczycielka znowu będzie mi dokuczać. Nie lubię jej, ona mnie nienawidzi. Nie zrozumiem dlaczego. Gdzie ja mam ten telefon. Chcę posłuchać muzyki. Nie przetrwam kolejnej przerwy bez muzyki. Jestem pusty, jak ci ludzie. Nic w sobie nie mam. Co ja tu robię? Nie mogę na siebie patrzeć. Jestem obrzydliwy. Wszyscy tak mówią. To prawda. Nawet kot nie może mnie znieść. Zastanów się, jak napisać odpowiedź na to pytanie. Nienawidzę języka polskiego. Najgorszy przedmiot, jaki istnieje. Nienawidzę tego miejsca. Która godzina? Jeszcze dwadzieścia minut. Za długo.

— Proszę pani? Mogę wyjść do toalety? — zawsze będzie krócej. Nie wziąłem telefonu. Gdzie ta łazienka. Jest. Lustra, znowu te lustra. Chyba kupię sobie maskę, żeby nie musieć na siebie patrzeć. Nic dziwnego, że ludzie mnie unikają. Sam bym to zrobił, gdybym mógł. Skończ, nie myśl tak. Jeszcze dwie lekcje. I dom. Może nic mi się nie stanie. A może w końcu coś… Dobra, nie myśl o tym. Dasz radę. Przerwa? Jeszcze tylko jedna lekcja. Historia. Jest coś nudniejszego? Koniec. Do domu. Przetrwałeś. Brawo. Pójść do biblioteki? Nie… Powiem mamie, żeby poszła. Tak, to dobry pomysł. Szybciej. Za długo idziesz. Jeszcze chwilkę. Znowu ta pokraka… Za co ten kot mnie tak nienawidzi? Może za twarz? Przestań! Zjeść coś? Nie. Idę odrobić lekcje. Tylko kilka zadań i wypracowanie. Mama wróci za godzinę. Nie chcę mi się tego pisać. Może kolejna jedynka nie zaszkodzi. Iść też mi się tam nie chcę. Co robić? Film? Jaki? Albo książka. Tak, dobry pomysł. Gdzie ją położyłem?

— Kamil! Wróciłam! Jesteś? — nie ma mnie. — Oh… Śpisz, przykryję cię, skarbie. — Nie szepcz. Nie musisz. Nie śpię, tylko udaję, żeby z tobą nie rozmawiać. Idź już. W końcu zamknęła te drzwi. Szkoda, że nie na klucz. Mogłaby go wtedy zgubić, a ja bym już nigdy nie wyszedł. Nigdy. Może w coś pogram? Nie, komputer hałasuje. Wolę ciszę. Szkoda, że nie mam szczura, albo chociaż chomika. Po co ci chomik? Kot by go zjadł. Może nie. Dobra, przestań. Zachowuj się normalnie. Która godzina? Już późno. Głodny jestem. Idę do kuchni. Kanapki, kanapki… z serem? Tak. Wezmę cztery kromki, może pięć. Nie, sześć. Dlaczego na noc jestem zawsze taki głodny? Widział ktoś w tym domu majonez? Muszę się umyć. Głupia łazienka, głupie lustra. Jutro je zbiję. Ewentualnie po jutrze. Wystarczy tylko przyłożyć rękę wystarczająco mocno… Nie ma ciepłej wody. Znowu zmarznę. Dwudziesta druga siedemnaście. Jeszcze nie idę spać. Jest wcześnie. Nie widać gwiazd, zasłonię okno. Nie ma na, co patrzeć. Chyba tylko na wybryk natury, którym jestem. Cicho! Wezmę jeszcze koc. Nigdy nie było tak chłodno. Zamknę oczy, spokojnie. To tylko sny, nic mi nie zrobią. Nic mi nie zrobią. Tylko sen. Tylko koszmar. Spokojnie.

Biegnij, biegnij!

Gdzie jesteś? Nie widzę cię! Wracaj! Wracaj, słyszysz? Nie zostawiaj mnie. Nic ci nie będzie. Proszę. Popatrz na mnie, popatrz. Moja twarz? Nie, nie szkodzi. Patrz na mnie, przecież to ja. Słyszysz? Słyszysz?! SPÓJRZ! Błagam! Nie zamykaj oczu! Nie! Nieeeee!! Ciii, trzymam cię, nie zostawię cię. Pusta ulica. Noc. Znowu. Nie. Nie. Nie, NIE. Biegnij, uciekaj. Skręć! Prosto! Szybciej. Muszę jej pomóc. No dalej, dam radę jeszcze chwilę. Coś mnie szarpie… Znowu ONI. Nie. To nie koniec, jeszcze nie… AAAAAAAA!

Otwieram oczy. Nikogo nie ma. Szybko oddycham. Ten sen, koszmar. Dlaczego musi mi się to śnić. Nie wytrzymam tego dłużej. Czy nie dość wycierpiałem? Idę do łazienki. Cholerne lustro. Prostuję rękę, uderzam. Krwawię. To nic. Wchodzę pod prysznic. Czerwona woda. Chyba boli mnie ręka.

— Kamil, nic ci nie jest? Słyszałam trzask. Wszystko w porządku? — nie. Dlaczego idę do tej kuchni? Przecież ona zawsze tam siedzi w sobotę. — Pamiętasz, że dzisiaj przychodzi pani Ania, żeby z tobą porozmawiać? Ponoć jest bardzo dobrym specjalistą, spróbujesz przynajmniej?


— Te jej chore wymysły. Ja mam ochotę wyskoczyć przez okno, nie rozmawiać. Mam już tego dość. Wolę rozmawiać sam ze sobą. Może i nie siebie nie rozumiem. Nikt inny też nie. Nie chcę tu być. Dlaczego? Te ściany, ulice. Są puste. Nie mają w sobie wspomnień, szczęścia. Niczego. Nie chciałem się przeprowadzić. Ona stwierdziła, że będzie lepiej. Ona mną steruje. Pomimo że jej nie ma. Ten wypadek. Nie chcę już płakać. Wszystko mi go przypomina. Czuję się źle. Nigdzie nie mogę wyjść. Ludzie na mnie patrzą jak na kosmitę. Spójrzcie na mnie. Jestem takim ciekawym zjawiskiem. Przecież blizna to taka nadzwyczajna rzecz! Co z tego, że sprawia mi to ból. Wiem, że nie wyglądam pięknie. Sam nie mogę na siebie patrzeć. Gdy spojrzę w lustro, przypomina mi się ten wypadek. Dokładnie wszystko słyszę, czuję i widzę. Nie mogę krzyczeć. Jestem bezsilny. Kiedyś próbowałem to ignorować. Teraz nie mam siły. Nie mam siły się przeciwstawić. Jestem odmieńcem. Ludzie tutaj mnie nie znają. Nie wiedzą, co się stało. Kim jestem, dlaczego akurat mam taką bliznę. Owszem, pytali o nią. Nie odpowiadałem. Nie znoszę tych wyrazów współczucia. Tego, że wszyscy nagle zamieniają się w specjalistów od życia. Tak naprawdę, nie wiedzą nic. Gdyby nie to, że ktoś im powiedział jak się nazywają, to też by nie wiedzieli. Oni są chorzy. Nie ja. Chcę zniknąć, zmienić imię, zapomnieć. O niczym innym nie marzę. Każdej nocy, gdy zasypiam, modlę się o normalny sen. Za każdym razem śni mi się wypadek. Potem uciekam. Nie wiem przed kim. Ona do mnie krzyczy. Obydwoje do mnie mówią. Nie mogę tego znieść. Chcę się położyć, ukryć twarz w poduszce i wyć. Minęło tyle czasu… Wspomnienia mnie bombardują. W jednej chwili rozdzierają mnie od środka. Następnie czuję wieczną pustkę. Od tamtej pory jestem pusty. Nie chcę więcej o tym rozmawiać. Zrozumiała pani, czy mam powtórzyć? Nikt mi nie pomógł i nikt tego nie zrobi. Nie będzie panie wyjątkiem. Ja nie chcę tego wsparcia, nie chcę spróbować żyć. Nie chcę. Mówią na mnie „Krzyk”. A ja jestem cały czas cicho. Mówią na mnie „Krzyk”.

Biegnij.

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу