Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

Wstęp

Czym jest dom? To miłość. To drugi człowiek. To może być miejsce, w który nie czujemy się samotni. Dom to kochająca się rodzina. Najlepiej wielopokoleniowa, ale nie zawsze tak jest…

Naszym bohaterom doskwiera samotność, mimo obecności rodziców. Szukają własnej drogi do szczęścia, chcą kochać i być kochanymi, chcą mieć swoje własne domy.

Bo każdy marzy o szczęśliwym domu. Pewnie dlatego, że tak naprawdę musimy go wykreować sami, biorąc przykład z rodziców, dziadków, a może wręcz przeciwnie, chcemy żyć inaczej, gdy w dzieciństwie i młodości nie spełnił naszych oczekiwań… Szczęśliwy dom to ten, z którym wiążą się ważne wydarzenia i gdy uśmiechamy się na ich wspomnienie…

Chciałybyśmy zbudować w swoim życiu szczęśliwe domy. Mądre i ciepłe. Pełne miłości. Pełne bliskości i odpowiedzialności. Piękne na co dzień i piękne w wspomnieniach jego mieszkańców.

Obiecuję…

Fotel, na którym aktualnie siedzę jest wykonany z brązowej skóry. Nie ma na sobie żadnego zadrapania, ale nie należy on do nowych. W końcu stał w tym samym miejscu trzy lata temu, kiedy przyszedłem tu pierwszy raz. Dlaczego więc nie widać na nim śladów użytkowania? Dlaczego ludzie, którzy wylewają tu tony łez, ludzie, z których gardeł wydobywa się przeogromny krzyk, każdego dnia, nie niszczą rzeczy martwych znajdujących się w tym gabinecie?

Jedynym dźwiękiem który dobiega w tym momencie do moich uszu jest stukot długopisu o kartki w notatniku. 42-letnia kobieta, zamężna, o czym wskazuje jej pierścionek na serdecznym palcu, posiadająca dzieci, o czym świadczy zdjęcie rodzinne na jej biurku. Trzyma w swoich długich, zgrabnych palcach długopis i kreśli w notatniku różne zawijasy, oznaczające litery. Zapewne są to informacje na temat pacjenta, który siedział w tym samym miejscu co ja, zaledwie dziesięć minut temu.

W końcu w pomieszczeniu zapada cisza, a więc przestaję się dookoła rozglądać i zerkam na biurko, zza którego szatynka uważnie mi się przygląda. Włosy ma ciasno spięte w kucyk, usadzony wysoko na głowie, okulary lekko zsunięte z nosa. Z cichym westchnięciem ściąga oprawki i układa je na biurku, nie spuszczając ze mnie wzroku.

— Williamie, możesz mi wyjaśnić, co oznaczają twoje wyniki badań? — jej surowy ton głosu nieco mnie rozbawia, co powoduje, że kąciki moich ust unoszą się powoli ku górze. A więc, tak jak sądziłem, cała moja dokumentacja medyczna z ostatnich miesięcy ląduje również i w tym gabinecie?

— Wydaje mi się, że nie muszę Pani nic wyjaśniać. Jasno można to wszystko odczytać. Siedzi przed Panią 19-letni ćpun, o czym do tej pory nie miała Pani pojęcia, prawda? — czuję pewnego rodzaju satysfakcję. Przychodzę tutaj minimum raz w tygodniu, rozmawiam z tą kobietą o większości sytuacji jakie dzieją się w moim życiu, a ona nie zauważyła, że czasami wstrzykuję sobie w żyłę różnego rodzaju substancje. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień podobno z moim stanem psychicznym bywało lepiej, dlatego częstotliwość moich wizyt w tym miejscu malała. Paradoksalnie, stawało się ze mną coraz gorzej. Czym mniej tu bywałem, tym więcej ćpałem. Zabawne, prawda?

— Jesteś z siebie zadowolony? Czujesz się szczęśliwy, że krzywdzisz siebie, a ze mnie zrobiłeś idiotkę, bo jako twój lekarz nic nie zauważyłam, tak? Dalej traktujesz mnie jak wroga? — Kiedy tylko kobieta zaczyna zasypywać mnie pytaniami, uśmieszek szybko schodzi z mojej twarzy. Wiem, do czego to zmierza, a to mi się bardzo nie podoba. — Kiedy ty w końcu zrozumiesz, że chcę ci jedynie pomóc?

— Wiem to — mówię agresywnie. Biorę głębszy oddech i wypuszczam wolno powietrze ustami. — Dawała mi pani rady, całe godziny ze mną rozmawiała, potem przepisywała leki, wysyłała na różnego rodzaju terapie, zajęcia… Wiem, że pani stara się jak tylko może. Szczególnie wtedy, kiedy widzi Pani jak moja mama przychodzi tu zapłakana. Wiem, że nikt nie chce mnie tutaj skrzywdzić.

— Dlaczego więc sam się krzywdzisz?

— Bo nic innego nie potrafię zrobić. Bo widzi Pani… Zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką krzywdę robię sobie i ludziom w swoim otoczeniu. Wiem, że z każdym dniem, kiedy po to sięgam, jestem coraz bliżej grobu. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

— William, jesteś ambitnym i inteligentnym chłopakiem. Jak możesz tak się marnować? Nie możesz wyrzucić swojej złości poprzez jakiś sport, sztuki walki? Dlaczego dostarczasz sobie tak szkodliwych substancji?

— Nie jestem zły — przez chwilę nie jestem pewny czy powinienem mówić dalej. Jednak od kilku lat przychodzę tu, płaczę, wyżalam się, krzyczę… Więc czemu by nie zrobić tego znowu? — Kiedy przyszedłem tutaj pierwszy raz byłem zły. Zdenerwowany, zdezorientowany, zrozpaczony. Jednak po trzech latach pozbyłem się złości. Widzi Pani… Nie jestem zły.

— A więc dlaczego?

— Bo kiedy jestem pod wpływem, to nie jestem Williamem, który każdego dnia patrzy na te same miejsca i przypomina sobie jak bardzo kiedyś był tu szczęśliwy. Nie jestem wtedy Williamem, który chociaż chce, nie potrafi wyrzucić z głowy tej jednej osoby, która po prostu odeszła. Nie jestem Williamem, który stracił część siebie. Kiedy jestem pod wpływem, jestem chłopakiem, który tańczy z grupą obcych ludzi i myśli tylko o tym, jaki zrobić kolejny krok. Jestem wtedy chłopakiem, który śmieje się, gdy widzi kawałek trawy. Chłopak pod wpływem, nie myśli o niczym, jest w zupełnie innej rzeczywistości niż William, który nie potrafi poradzić sobie z codziennymi czynnościami. Dlatego to robię. Bo tylko wtedy o nim nie myślę — po tych słowach wstaję z fotela, zabieram swoją kurtkę i wychodzę z gabinetu szybkim krokiem. Ellie, bo tak nazywa się moja pani psycholog, jest do tego przyzwyczajona. Już mnie nie zatrzymuje, nie biegnie za mną, nie woła. Nie robi tego, bo wie, że za parę dni sam tutaj wrócę. I ma racje. Zawsze tu wracam.

Po wyjściu z budynku, od razu kieruję się w stronę rzeki. Bywam tu codziennie, minimum raz. To miejsce jest przepełnione wspomnieniami, które są bolesne, ale nie potrafię z niego zrezygnować. Zarzucam kurtkę na ramiona, a z jej kieszeni wyciągam słuchawki, które po chwili wsuwam do swoich uszu, a następnie włączam na telefonie składankę swoich ulubionych piosenek.

***

Powrót do domu, obiad przyrządzony przez mamę, wyjście do miasta ze znajomymi. Kiedyś tak wyglądało moje życie. Kiedyś…

Od kiedy badania lekarskie ujawniły w moim organizmie obecność narkotyków, wizyty u terapeutki stały się częstsze. Z początku bywałem w gabinecie dwa razy w tygodniu, potem trzy… Teraz przychodzę do pani doktor codziennie.

I wiecie co? Te wizyty nic mi nie dają. Zdziwieni? Bo ja ani trochę.


Za każdym razem, gdy rano wyłączam budzik w telefonie, nie mam ochoty wychodzić z łóżka, bo wiem, że za około siedem godzin będę musiał siedzieć w tym samym fotelu co wczoraj. Gdybym nie pojawił się w gabinecie, kolejny raz będą szukać mnie po klubach, i o dziwo, znajdą mnie tam. Wtedy moja mama będzie płakać, pani psycholog ją pocieszać, a w kolejnym dniu i tak będę siedzieć u terapeutki. Nie myślę o samobójstwie, ale jestem jednak przekonany, że moja egzystencja to jedna, wielka, bezsensowna droga ku śmierci. Ludzie zazwyczaj żyją i niespodziewanie zgarnia ich śmierć. Natomiast ja, dobrowolnie podążam w jej ramiona sam… za co nienawidzę siebie z całego serca.

Dwa lata temu odszedł od nas ojciec. Rzucił na stół papiery rozwodowe, a po rozprawie sądowej ani razu się u nas nie pojawił. Zawsze był moim bohaterem, podziwiałem go, kochałem, miałem w nim wsparcie. Zresztą z mamą było tak samo, zawsze mogłem na nią liczyć. Kiedy mój stan psychiczny gwałtownie się pogorszył, przestałem panować nad swoimi emocjami, co odbiło się na sytuacji w domu. Ojciec nie wytrzymał. Odszedł. A mama tylko udawała, że wcale jej to nie rusza, ale tak naprawdę często płakała nocami. Do tej pory obwiniam się za jej płacz. I nie tylko za to. Powinienem ją wspierać, nie być takim egoistą, a ja nie zrobiłem nic, tylko dostarczałem jej kolejnych zmartwień…

Wiem, jaka myśl nie pozwalała jej normalnie żyć…, każdego dnia zadawała sobie pytanie: Czy rano zastanie swojego syna w łóżku? Czy raczej znajdzie go naćpanego w klubie? A może zadzwoni telefon i usłyszy, że jej syn leży nieprzytomny pod kroplówką w szpitalu? Jestem beznadziejnym synem, dlatego tata odszedł, dlatego mama płacze.

Pukanie do drzwi zmusiło mnie do powrotu na Ziemię. Niechętnie, jednak robię to. W drzwiach widzę uśmiechniętą mamę, która przynosi mi ciepłą herbatę i kanapki.

— O, wstałeś? Cieszę się. Uważaj, bo herbata jest jeszcze gorąca. Ja muszę lecieć już do pracy, więc dzisiaj nie podrzucę cię do szkoły. Pojedź proszę autobusem — po tych słowach nachyla się w moją stronę i składa na moim czole delikatny pocałunek — Kocham cię, William. Do potem — kobieta nawet nie czeka na moją odpowiedź. Nigdy nie odpowiadam, najzwyczajniej w świecie nie potrafię.

Przepraszam mamo. Kocham cię i przepraszam, że taki się stałem. Obiecuję… Obiecuję, że w końcu to się skończy. Naprawdę.

***

— Dzień dobry Farewell, spóźnienie — słyszę ponury i karcący głos nauczycielki, gdy wchodzę do klasy. — To wina kierowcy komunikacji miejskiej. Wolno jechał — mruczę pod nosem i kieruję się do ławki. Siedzę sam, przy oknie. Moja ławka jest ostatnia i zawsze pusta. Dlaczego więc dzisiaj ktoś postanowił w niej usiąść?

— Ławeczka ci się chyba pomyliła, bo tę zajmuję ja — mówię siadając obok chłopaka.

Nie jestem zbyt zżyty ze swoją klasą, nie teraz. Twarze ludzi z klasy jednak mniej więcej kojarzę, a ten gość o blond włosach, w okularach w czarnej oprawie nie jest mi znajomy… No cóż, może ktoś odświeżył swój wygląd, a ja nawet tego nie zauważyłem?

Wyciągam z plecaka książkę oraz zeszyt do matematyki i zajmuję się przepisywaniem zadania, które widnieje na tablicy.

— Kiedyś każda ławka była naszą — słyszę słowa, które mnie irytują i jednocześnie intrygują, bo głos wydaje mi się znajomy.

Tak, ten głos jest mi znany lepiej niż mój własny… Jednak przez ostatnie trzy lata towarzyszył mi jedynie we wspomnieniach i koszmarach. Wypuszczam z dłoni długopis, powoli unoszę głowę i patrzę chłopakowi prosto w oczy, jestem jakby sparaliżowany, ale już wiem… Wcześniej okulary w zielonych oprawkach. Kiedyś jego włosy miały inny odcień blondu, taki bardziej słoneczny, teraz były po prostu wyblakłe. Jednak oczy, o tak charakterystycznej, brązowej barwie, pozostały bez zmian. Wpatruję się w niego ze zdziwieniem, niedowierzaniem, ale i złością… Ostatecznie czuję się szczęśliwy.

Nicolas jest pierwszą osobą, którą obdarzyłem szczerym uczuciem, choć to nie mój pierwszy partner. Zaczęliśmy spotykać się już w pierwszej klasie gimnazjum. Nasz związek… cóż, w przeszłości nie byliśmy idealni. Kłóciliśmy się, czasami długo nie odzywaliśmy się do siebie, jednak żaden z nas nigdy nie pomyślał o tym, by zostawić drugiego. Kochaliśmy się. Do szaleństwa. Kiedy byliśmy w ostatniej klasie gimnazjum, jego rodzice rozwiedli się.

Ojciec był od zawsze autorytetem dla Nicolasa. Kiedy dostał propozycję pracy w Norwegii, postanowił zabrać ze sobą syna. Nicolas nie chciał jechać ze względu na mnie. Do dziś pamiętam, jak tuląc się do mnie szlochał:

,,Kocham cię tak mocno, że nic nie jest w stanie się z tym równać. Mogę zostawić ojca, przyjaciół, szkołę, nurkowanie. Jestem w stanie zostawić wszystko. Jednak nigdy nie zostawię ciebie.”

Tych słów nie jestem w stanie zapomnieć. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się w tamtej chwili płakać, jak bardzo nie chciałem wypuszczać go z ramion. Jednak jedyne co zrobiłem, to odsunąłem go od siebie i wypowiedziałem kilka słów, których żałuję do dziś.

,,Nigdy nie sądziłem, że zaangażujesz się tak bardzo. Nicolas, jesteś naprawdę wiernym chłopakiem, ale ja nie jestem w stanie dać ci tego samego. Nie umiem cię kochać. Już dłużej nie potrafię kłamać, że jest inaczej. Nie teraz, gdy dla mnie chcesz wszystko poświęcić. Przepraszam.”

Łzy w jego oczach tamtego dnia, do teraz są najboleśniejszym obrazem w mojej głowie. Wtedy, dokładnie trzy lata temu, widziałem go ostatni raz. Do dziś. Teraz, chłopak, bez którego nie potrafiłem funkcjonować siedzi obok mnie. Patrzy w moim kierunku niepewnie, nieufnie… Dlaczego? Dlaczego on tutaj jest? Dlaczego wrócił, dlaczego się do mnie odezwał? Czy mnie nie nienawidzi?

Nie wiem co w tym momencie dzieje się ze mną. Mam ochotę płakać, z drugiej strony rzucić się na niego, ale i również zadać mu tak dużą liczbę pytań.

— Czyli rozumiem, że będziemy udawać, że się nie znamy? — ponownie słyszę jego głos. Czy dalej próbuję sobie wmówić, że to on? Czyżbym ostatnim razem przesadził z ilością działek i mój mózg kompletnie przestał działać? Przecież to niemożliwe, że Nicolas tu jest.

— Ja… — zaczynam, jednak nie potrafię wydobyć słowa.

— Widzę, że mnie pamiętasz, Will — po tych słowach po moim ciele przechodzi delikatny dreszcz. Od 3 lat nikt nie zwrócił się do mnie w ten sposób, nikomu na to nie pozwoliłem.

— Oczywiście, że cię pamiętam, ale…. Dlaczego wróciłeś? — mój głos drży, chociaż staram się to opanować. Chcę tak dużo powiedzieć, a mogę jedynie wypowiedzieć pojedyncze słowa.

— Tydzień temu miałem osiemnaste urodziny. Przestałem być pod opieką ojca, więc… Wróciłem tu –Powiedział Nicolas. Oczywiście wiedziałem, że miał urodziny. Tego dnia tak mocno zanieczyściłem swój organizm, że mama znalazła mnie na wycieraczce, a ja dwóch poprzednich dni nie pamiętałem. Po prostu obudziłem się w łóżku i nie interesowało mnie, co się działo.

Nicolas miał swoją osiemnastkę, co oznacza, że za miesiąc ja będę miał lat dziewiętnaście. Niki poszedł do szkoły rok szybciej, dlatego jest młodszy od całej klasy. Jego rodzice nigdy nie myśleli, że ich syn nie poradzi sobie w szkole. Nic dziwnego. Chociaż najmłodszy, był najlepszy z całego swojego roku. Każdego dnia byłem z niego tak bardzo dumny.

— Chciałem pomieszkać z mamą. Tęskni za mną, dlatego wróciłem. Poza tym… Norwegia nie jest krajem dla mnie. Czułem się tam obcy, samotny. Nie podobała mi się mentalność ludzi. Krajobrazy są piękne, to trzeba przyznać. Jednak… Wolę być tu. Tu jest mój dom, tu jestem szczęśliwy — wypowiadając ostatnie słowa, uśmiecha się delikatnie, dzięki czemu mogę zauważyć ten jeden, jedyny dołeczek, który pojawia się w jego prawym policzku.

— Super. Najważniejsze, żebyś postępował zgodnie z samym sobą — mówię i wracam do notowania. Nie umiem z nim rozmawiać po tym, co mu zrobiłem. Nie umiem również na niego patrzeć przez to, jaki się teraz stałem. Jest jeden typ ludzi, których Nicolas nienawidzi — narkomani.

— Will? — spojrzał na mnie niepewnie. Zawsze, kiedy się zawstydzał, gdy czegoś chciał, ale bał się o tym mówić, jego głos tak przyjemnie drżał. To cudowne, że dalej umiem odczytać jego emocje.

— Tak?

— Poszedłbyś ze mną po szkole wybrać prezent dla mamy? -śmieję się cicho i uśmiecham w jego kierunku.

— Jasne, maluchu. Zawsze.

***

— Jesteś pewny, że to będzie dobre? — pytam kolejny raz, trzymając w dłoni damską bluzkę.

— No tak! Ile razy mam ci powtarzać? Przecież to do niej idealnie pasuje! Znasz ją — chłopak coraz bardziej się irytuje, gestykuluje, a to doprowadza mnie jedynie do śmiechu.

— Nie przeczę, pasuje. Jednak kiedy ostatni raz ją widziałeś?

— Pomijając skype? Trzy lata temu.

— Jesteś pewny, że dalej nosi ten sam rozmiar? Kupisz za małe, będzie jej głupio, że przytyła. Kupisz za duże, będzie zła, że uważasz, że jest gruba.

— Racja — po tych słowach w sklepie rozbrzmiewa śmiech Nicolasa, a po chwili również mój.

— Ona dokładnie taka jest.

— To co? Idziemy kupić jakąś ozdobę do domu?

— Jestem za — uśmiechnął się.

W takich okolicznościach opuszczamy kolejny sklep tego dnia z pustymi rękoma. I ostatecznie trafiamy tam, gdzie weszliśmy na początku. Chłopak kupuje ozdobny zegar, który pani ekspedientka wkłada w opakowanie prezentowe. Białe pudełko i piękna, niebieska kokarda. Idealnie dopasowana kolorystyka dla jego rodzicielki.

Dzisiejszy dzień jest wyrwany jakby z innej rzeczywistości. Z godziny na godzinę, w szkole, stawaliśmy się przy sobie coraz bardziej swobodni. Nico opowiadał o Norwegii, szkole, rodzicach. Ja natomiast wolałem słuchać, jednak również opowiadałem niektóre miłe sytuacje. Te, którym nie towarzyszyły narkotyki.

Widziałem w nas te dzieciaki, które szalały za sobą każdego dnia. Przekomarzanie się, lekkie bijatyki, obrażania się, a następnie ogromne wybuchy śmiechu. To cali my.

Po opuszczeniu galerii, udajemy się na spacer. Wiem, że dzisiaj postąpiłem źle. Powinienem być u pani psycholog, a tymczasem nie ma ze mną żadnego kontaktu, bo telefon wyłączyłem. Mama zapewne się zamartwia, spodziewa się, że leżę w jakiejś melinie. Jednak… Mój organizm zaczyna się domagać używki. Zaczynam odczuwać dreszcze na całym swoim ciele.

— Will, wszystko dobrze? Nie wyglądasz najlepiej — rozglądam się dookoła, kiedy słyszę jego głos. Przed chwilą wyszliśmy z galerii, jakim cudem jesteśmy już nad rzeką?

— Matko, Will, usiądź, cały się trzęsiesz. Co się z tobą dzieje? — jego słowa odbijają się echem w mojej głowie. Siadam na pobliskim kamieniu i obejmuję się ramionami. Muszę się opanować, zaraz wezmę, jeszcze tylko chwila… Jeszcze tylko sekunda z nim i wezmę, wstrzyknę sobie…

— Moje kochanie biedne… Will… — po tych słowach, obejmuje mnie mocno i przysuwa do siebie. W tym momencie czuję się… Silniejszy. Jakbym to ja miał kontrolę nad swoim życiem, a nie używki, które codziennie sobie wstrzykuję. Siedzimy wtuleni w siebie. Nie jestem w stanie określić jak długo, moje postrzeganie czasu jest zaburzone. Ale jego dotyk, czułe słowa, pomogły mi się nieco ustabilizować.

***

Pierwsze uderzenie. Otwierane drzwi z rozmachem wbijają się w ścianę.

Drugie uderzenie. Popchnięte drzwi, zamykają się.

Trzecie uderzenie. Złapane przeze mnie krzesło, leci na drugą stronę kuchni i uderza w ścianę.

Czwarte uderzenie. Upadam.

***

Zapalone światło. To zdecydowanie to. Nic innego, tak bardzo nie rani moim oczu, przez zamknięte powieki. Czyżby był już ranek? Czyżbym znowu był spóźniony do szkoły? Powoli uchylam powieki, a moim oczom ukazują się znajome, szare ściany. Mój ukochany pokój.

Wolnym ruchem podnoszę się do siadu, a następnie wychodzę z pokoju. Czuję, że całe moje ciało jest spocone. Potrzebuję odświeżenia.

— William? To Ty? — słysząc drżący głos rodzicielki, zaczynam się rozglądać. Kiedy podbiega do mnie i mocno mnie przytula, czuję się naprawdę zdezorientowany. Czyżbym znowu stracił kilka dni? Który dzisiaj mamy? Co robiłem wczoraj?

— Synku… Tak się cieszę, że w końcu wyszedłeś.

— Mamo ja… Jaki mamy dzisiaj dzień? Co się stało, co zrobiłem? — po tych słowach muszę odchrząknąć. Moje gardło jest tak suche, że każde wypowiedziane słowo sprawia mi ból. Kobieta delikatnie się ode mnie odsuwa. Ujmuje moją twarz w dłonie, a w jej oczach ponownie pojawiają się łzy.

— Nic takiego, kochanie. Wszystko dobrze, nie przejmuj się — te słowa oznaczają jedno:,,Wiem, że jesteś uzależniony, nie chcę mówić o tym, jak znowu wróciłeś naćpany”. Uśmiecham się smutno, po czym idę do łazienki.

Zimny prysznic jest tym, czego teraz najbardziej potrzebuję. Dlatego po wejściu do łazienki, od razu wchodzę do kabiny i puszczam wodę.

Mam taką pustkę w głowie… Wszystkie wydarzenia z mojego życia mieszają się, nie wiem, które było ostatnie. Nie wiem, czy straciłem kilka dni, czy kilka godzin. Mama nigdy ze mną o tym nie rozmawia, a ja nigdy nie pytam.

Po kąpieli, ubieram się, zarzucam plecak na plecy i wychodzę. Nie obchodzi mnie to, że nie mam pojęcia jaki dzisiaj jest dzień. Nie obchodzi mnie to, że najprawdopodobniej jestem spóźniony. To nic nowego.

Wchodzę do szkoły, idę głównym korytarzem. Zanim jednak udaje mi się dojść do sekretariatu, podbiega do mnie Niko.

— Will, co ty tu robisz?! Powinieneś leżeć w łóżku! — przykłada dłoń do mojego czoła, a ja zdezorientowany całym tym zajściem po prostu stoję. — Nie masz gorączki? Wczoraj nie było cię w szkole, bo miałeś wysoką temperaturę i nie ruszałeś się z łóżka. Ty nieodpowiedzialny bucu! Powinieneś leżeć — chłopak wypowiada słowa tak szybko, z tak wielkim oburzeniem, że głowa powoli zaczyna mnie boleć. Zaczynam przypominać sobie niektóre wydarzenia.

Rzeka. Kamień. Czyjeś ramiona.

Sklep. Przymierzalnia. Damskie ciuchy.

Szkoła. Ten chłopak. Śmiech.

Nicolas.

— Niedobrze mi — tylko tyle udaje mi się z siebie wykrztusić, zanim wszystko dookoła staje się dla mnie jednym wielkim echem. Nicolas łapie mnie w pasie i zaprowadza do pobliskiego kosza na śmieci, gdzie zginając się w pół, zaczynam wymiotować. Wszystko dzieje się tak szybko. Kiedy mój organizm nie ma już czego oddać, przed moimi oczami pojawia się chusteczka. Biorę ją do ręki, wycieram usta i powoli się prostuję. Szum na korytarzu, rozmowy ludzi zaczynają być nieco wyraźniejsze, rzeczywiste. A chłopak przede mną jest tym z moich wspomnień.

Już pamiętam.

— Will, kiedy przestaniesz być taki nieodpowiedzialny? Ty się chyba nigdy nie zmienisz… Chodź… Odprowadzę cię do domu… — tym razem ton Nicolasa jest zdecydowanie łagodniejszy. Już nie zły, a smutny, zmartwiony. Gdyby tylko wiedział, dlaczego tak się dzieje… Gdyby tylko wiedział, kim się stałem… Znienawidziłby mnie.

— Nico, musisz mi powiedzieć co się działo, gdy ostatni raz się widzieliśmy — po tych słowach kaszlę i na nowo się zginam, jednak tym razem nie wymiotuję. Chłopak mnie trzyma, po chwili pomaga mi dojść do wyjścia.

— Powiem. Tylko pozwól się odprowadzić do domu, głupku.

— Dobrze, ale powiedz — szepczę, poprawiając plecak, który mam na ramionach. Po chwili chłopak przestaje mnie podtrzymywać, a jedynie łapie mnie za rękę i w ten sposób opuszczamy mury szkoły. Ten gest jest dla mnie niezrozumiały, a jednocześnie miły. Chcę tak trwać.

— Od którego momentu chcesz wiedzieć?

— Rzeka.

— No to… — ręką zaczyna naciągać na drugą dłoń rękaw swojej bluzy, widzę, że jest zakłopotany. Boję się, że zrobiłem coś nieodpowiedniego. — Zacząłeś się trząść, więc kazałem ci usiąść. Potem cię przytuliłem i uspokoiłeś się w końcu. Zacząłeś coś mówić o jakimś klubie, chciałeś gdzieś iść, ale ci nie pozwoliłem. Szarpałeś się, ale cię zatrzymałem. Nie myśl, że jak jesteś starszy, to silniejszy. W końcu to ja jestem tu sportowcem. Odprowadziłem cię pod dom, tam znowu zacząłeś się trząść, przytuliłeś mnie i… — szybko puszcza moją dłoń, przez co czuję się w pewien sposób zraniony. Czuję od niego chłód, który jest pewnego rodzaju samotnością. — Przepraszam. Ty nie pamiętasz… Musiałeś naprawdę dziwnie się poczuć, gdy złapałem cię za rękę, ja…

— Czego nie pamiętam? — pytam pospiesznie, przerywając mu. Sięgam po jego rękę i na nowo złączam nasze palce ze sobą. Nicolas patrzy na mnie w taki sam sposób jak te trzy lata temu, postępuje ze mną tak samo… Patrzy na mnie z miłością i traktuje mnie jak największy skarb na świecie.

— Nie bardzo wiedziałem, co miałeś na myśli… Powiedziałeś, że zawsze mam cię prowadzić. Bym cię nigdy nie zostawiał, bym trzymał twoją dłoń, bo sam błądzisz. Potem się ode mnie odsunąłeś i szybko ruszyłeś do domu… W ciągu sekundy zrobiłeś się taki agresywny… Rzucałeś rzeczami w kuchni, twoja mama była przerażona, bała się, płakała, a ty byłeś w jakimś amoku. Nie wiem jak mi się to udało, ale uspokoiłem cię, poszedłeś spać. Następnego dnia twoja mama mówiła, że masz wysoką gorączkę i nie wychodzisz z pokoju, a dzisiaj przyszedłeś do szkoły…

— Czy moja mama powiedziała ci o przyczynie mojego zachowania? — zadałem kluczowe pytanie. Teraz się dowiem, jak bardzo mnie nienawidzi.

— Nie. A powinna? — chłopak ze zdziwieniem spogląda to na mnie, to na chodnik. Moją odpowiedzią jest cichy śmiech.

— Pochorowałem się nieco.

***

Organizm umiera bardziej, kiedy nie dostaje narkotyków, niż wtedy, gdy zostają one wstrzyknięte w jego żyły. Przekonuję się o tym na własnej skórze. Kiedy tylko zobaczyłem nieśmiałe, pełne uczucia spojrzenie Nico, pomyślałem, że to jest moja nadzieja. Wrócił. On naprawdę wrócił, to nie jest żaden sen, żadne moje wyobrażenie. To spełnione marzenie.

Do tej pory żyłem w taki sposób, by tylko o nim nie pamiętać. Nie obchodziło mnie to, co się dzieje, jak bardzo marnuję każdy dzień, jak bardzo zawodzę wszystkich, jak bardzo siebie niszczę. Liczyło się tylko to, że mogłem o nim na chwilę zapomnieć.

Dlaczego chciałem o nim zapomnieć, skoro mnie nie zranił?

Dlatego, iż nie potrafiłem się pozbyć uczuć do niego. Każdego dnia, nieważne jak bardzo się starałem, nie umiałem usunąć go ze swojej pamięci. Mijały dni, tygodnie, miesiące… Dalej nic.

Wiedziałem, wtedy byłem tego pewny, że już nigdy nie wróci, nigdy go nie zobaczę. Tym bardziej byłem pewny tego, że ułożył sobie życie z kimś innym. Na nowo się zakochał, był szczęśliwy.

Cieszyło mnie to w pewien sposób. Zawsze chciałem jego szczęścia. To było dla mnie najważniejsze. Jednak fakt, że ktoś inny daje mu szczęście, był nie do zniesienia. Nie umiałem sobie z tym poradzić. Dlatego uciekałem w inną rzeczywistość.

Teraz znowu jest w tym samym mieście co ja. W tej samej szkole co ja. Znowu dzielimy jedną ławkę, a jego stosunek do mnie nie zmienił się mimo upływu lat.

Nie chcę znowu go zawieść. Chcę odzyskać jego zaufanie, pokazać, że nadal go kocham, wyjaśnić, że tak naprawdę nigdy nie przestałem go kochać. Jednak jak mam to zrobić, będąc uzależniony od tego, czego on tak bardzo nienawidzi, czym gardzi? Zanim zacznę walczyć o jego miłość, muszę uporać się ze swoim problemem. I właśnie to robię.

I chyba nigdy w życiu tak fizycznie nie cierpiałem.

Od tygodnia nie byłem w szkole. Nie jestem w stanie wyjść poza swój pokój. Coraz bardziej nie wiem, co się dookoła mnie dzieje. Czasoprzestrzeń jest tak bardzo zaburzona w moim umyśle. Kiedy budzę się, nie wiem, czy jest dzień, czy noc. Leżę, trzęsę się, płaczę, po to, by za chwilę rzucać wszystkim, demolować swój pokój, krzywdzić samego siebie. Kiedy wyrzucę z siebie nadmiar energii, padam, nie jestem w stanie się ruszyć, a efektem końcowym są kolejne dreszcze i wymioty. A to wszystko dlatego, że nie wziąłem działki od kiedy zobaczyłem Nicolasa. Powoli nie daję rady. To jest silniejsze ode mnie. Czy Niko byłby w stanie zaakceptować mnie nawet wtedy, gdy będę zażywał jedną działkę dziennie?

Wstaję z łóżka, w ręce biorę czyste ubrania i opuszczam swój pokój. Mam tego dość, muszę to skończyć. Nie jestem w stanie tego wytrzymać. Pewnym siebie krokiem ruszam do łazienki, kąpię się, a następnie żegnam z mamą, długo ją przytulając.

Przepraszam mamo. Znowu Cię zawiodę. Kocham cię.

Sam już nie wiem, czy postępuję dobrze, czy źle. Jestem jedynie pewien tego, że muszę wziąć. Inaczej nie wytrzymam. Brak używki w mojej krwi doprowadza mnie do szaleństwa. Do tego, że rzeczywistość nie jest dla mnie jasna. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Paradoks… Narkotyki powinny nas otumaniać, a tymczasem dzięki nim mam trzeźwiejszy umysł.

Nawet nie wiem, kiedy zamykam za sobą drzwi klubu. Głośna muzyka, jednak parkiet jest pusty. Typowy widok. Ludzie są tu spokojni, czasami wieczorem odbywają się tu tańce, w dzień, w tygodniu, ludzie spokojnie wstrzykują sobie dawkę, siedzą i rozmawiają. Kulturalna rozmowa.

Widząc grupkę znajomych, od razu do nich podchodzę

— William, chłopie, kupę lat! Cieszę się, że wróciłeś. Działkę? — te słowa sprawiają, że czuję ogromną ulgę. Zaraz cała moja męczarnia się skończy, znowu będę mógł normalnie funkcjonować. Nie będę czuł bólu, umysł będzie jaśniejszy, a z rana będę mógł zobaczyć Nicolasa.

Idę do baru, gdzie zamawiam sobie piwo, a po wypiciu go, idę do łazienki ze strzykawką, którą dostałem od jednego z kumpli. Nawet nie pamiętam jego imienia. Tutaj nie jest to potrzebne. Ważne, że każdy z nas wie, co bierze drugi.

Znajduję wolną kabinę, chociaż tak naprawdę tutaj nie gra to żadnej roli. Otwarta czy zamknięta kabina, każdy wie, że drugi coś bierze. Chowanie się tu z narkotykami, jest jak chodzenie w stroju na plaży nudystów.

Prostuję rękę, a odnalezienie żyły nie jest trudnym zadaniem. Przykładam strzykawkę do wewnętrznej strony zgięcia łokcia i wprowadzam do swojego organizmu płyn, który odbiera cały mój ból i każdy problem. Jednak to nie wystarcza. Muszę zrobić to drugi raz. Tak cholernie mi tego brakowało, tak dobrze się teraz czuję. Nigdy nie powinienem z tego rezygnować.

Wracam na salę, gdzie wypijam kolejne piwo, a po nim kolejne. Następna dawka i następna. Aż w końcu świat przestaje dla mnie istnieć.

***

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

Czuję, jakbym miał zaraz opaść z sił i już nigdy nie wziąć kolejnego oddechu. Co się ze mną dzieje? Staram się otworzyć powieki, jednak światło jest tak jasne, że nie jestem w stanie.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

Kolejna próba otworzenia oczu tym razem daje rezultat. Wszystko dookoła mnie jest białe, takie jasne, tak cholernie rażące.

Białe…

U mnie w domu nic nie jest białe. W klubie nic nie jest białe.

Gdzie ja jestem?

Białe, miękkie łóżko. Białe ściany, urządzenie, które pika. Białe drzwi, ogromne, wpuszczające pełno światła okna. Chcę ruszyć ręką, ale coś mi ją przygniatało. Patrzę w jej kierunku i zamieram

Moje palce są splecione z czyimiś. Blond czupryna opiera się na moim łóżku, a chłopak spokojnie oddycha.

Nicolas.

Jestem w szpitalu.

Jak to się stało?

W jednej chwili zaczyna kręcić mi się w głowie i huczeć w uszach, a przez moje ciało przechodzi ogromny wstrząs. Podnoszę się i wymiotuję prosto na podłogę. To sprawia, że Niki natychmiast budzi się i podstawia mi miskę oraz chusteczki.

Czuję się w tym momencie tak cholernie źle. Znowu musi się mną opiekować, znowu widzi mnie w tak żałosnym stanie. Tego chciałem uniknąć.

— Wszystko wiem Will. Twoja mama mi powiedziała — wypowiada te zdania cicho, niepewnie, naciskając przycisk wzywający pielęgniarkę. Wyciera mi usta, a ja spuszczam wzrok.

— Dlaczego mi nie powiedziałeś?

— O czym?

— O tym, że nie chciałeś, bym wyjeżdżał. O tym, że mnie kochałeś. O tym, że masz depresję. O tym, że jesteś uzależniony. O tym, że dalej mnie kochasz — jego słowa nie są gniewne. Są smutne, wypełnione żalem, co uderza we mnie zdecydowanie bardziej.

— Wiem, jak bardzo kochasz swojego ojca, nie chciałem byś musiał wybierać między mną, a nim. Nie umiałem ci się przyznać do tego, że stałem się kimś, kim zawsze gardziłeś, kogo nienawidziłeś. Nie umiałem się przyznać do tego, że cię kocham. Bo kto by chciał, by tak zepsuty człowiek darzył go uczuciem?

— Will, Kochanie. Mogłeś powiedzieć, żebym jechał nie zrywając ze mną. Moglibyśmy się widywać, rozmawiać, dalej być razem. Wróciłbym do ciebie. Tak jak teraz. Jestem tu dla ciebie, wiesz? Chciałem cię odnaleźć, chciałem choć na chwile znów cię zobaczyć, dlatego wróciłem. I nie mów tak o sobie. Kocham cię. Za to, jakim jesteś człowiekiem. To, że zacząłeś brać, nic nie zmienia. Dalej cię kocham, dalej jesteś ważny i mam zamiar o ciebie zabiegać. Kochanie, nie uciekaj, nie kłam, nie odcinaj się. Pozwól sobie pomóc.

— Nico, ja nie potrafię. Starałem się. Kiedy tylko wróciłeś, chciałem z tym skończyć. Dawałem z siebie wszystko, naprawdę, ale przegrałem. A teraz jestem tu i nawet nie wiem co się ze mną działo. Nie umiem z tym skończyć, przepraszam… — po tych słowach po moich policzkach płyną łzy.

Tak bardzo żałuję tego, co zrobiłem ze swoim życiem. Zawiodłem mamę, Nicolasa, tatę, przyjaciół… Zawiodłem samego siebie. Teraz nie ma odwrotu, zniszczyłem wszystko. I nie mam siły, by to pokonać. Jestem zbyt słaby.

— Pomogę Ci William. Będę obok ciebie. Będę cię trzymał, gdy będziesz demolował pokój. Będę wycierał łzy, gdy będziesz płakał. Będę przytulał, kiedy drgawki zawładną twoim ciałem. Będę całował, kiedy będziesz chciał się poddać. Będę obok, Will. Jestem tu dla ciebie i zawsze będę, zaufaj mi — z każdym kolejnym jego słowem, płaczę coraz bardziej, nawet nie staram się tego ukryć. Kiedy kończy, mocno mnie do siebie przytula, a ja zaciskam palce na jego koszulce.

— A co jeśli nie dam rady? — szepczę, kiedy mój głos przestaje drżeć.

— Dasz radę William. Razem damy.

— Obiecujesz?

— Obiecuję.

***

Tego dnia, gdy obudziłem się w szpitalu i pierwszą osobą, jaką ujrzałem był Nicolas, zrozumiałem jedną, bardzo ważną rzecz. Miłość, szczęście to On. Z nim tylko mogę dać radę… Z nim mogę stworzyć dom, w którym będę czuć się swobodnie i bezpiecznie. Gdzie jest Nicolas, tam jest mój Dom. Zrobię wszystko, żeby nasz dom był szczęśliwy. Obiecuję.

Monika Zapart

IIustracje: Patrycja Kocot

Powód do życia

Rok.. Kiedy przeminął…? Jakim cudem prawie nie zauważyłam upływającego czasu? 12 miesięcy bezpowrotnie zniknęło w odmętach wszechświata. Ona odeszła..

Caroline była dla mnie najważniejsza. Znosiła moje narzekania, moje nastroje i ataki paniki. Codzień dawała masę powodów, by chcieć żyć tak, jakbym miała umrzeć następnego. Ale to nie ja umarłam.. To ona zostawiła mnie, kiedy najbardziej jej potrzebowałam. Opuściła mnie, zostawiając samą na świecie, pośród nieszczerych ludzi. Samą na pastwę okrutnego świata. Nie pozwoliła, bym mogła spojrzeć w te piękne, szmaragdowe oczy, w których widziałam własną duszę. Po prostu odeszła, zostawiając mnie z zanikającymi wspomnieniami. A ja muszę teraz radzić sobie sama.. raz po raz rozpamiętując wspólne chwile..

* * * * *

Dzień, kiedy pierwszy raz spotkałam ją na swojej drodze, zmienił moje życie diametralnie. Wystarczył jeden jej gest, a przepadłam jak kamień w wodę. Utonęłam w jej spojrzeniu. Zniewolił mnie jej uśmiech. Jej melodyjny głos był jak najwspanialsza piosenka, która po pierwszych nutach staje się naszą ulubioną. Nieperfekcyjny ideał, którego wady czym były gorsze dla otoczenia, tym bardziej mnie zniewalały. W tamtej jednej sekundzie trwającej wieki zakochałyśmy się w sobie bez pamięci. I choć nic o sobie nie wiedziałyśmy, czułyśmy, jakbyśmy znały się od zawsze. Była całym moim światem, podporą, przyjaciółką i ukochaną. Moją bezpieczną przystanią, latarnią, domem. Najwspanialszym darem, jaki mógł mi ofiarować świat, za który dziękowałam w każdej minucie dnia i o który modliłam się całe życie.

* * * * *

Tamtego pięknego dnia chodziłam sobie po mieście, tak po prostu, bez celu. Mijałam witryny sklepowe, sprzedawców ulicznych, nastolatków rozdających ulotki. Słońce świeciło jasno nad głowami ludzi, wiał delikatny jak szept kochanka wiatr. Zachwycona pogodą usiadłam na ławce w parku i spoglądałam na przechodzących nieznajomych. Wtedy zauważyłam Ją. Stała dokładnie naprzeciwko, miała na sobie wytarte czarne jeansy oraz koszulę w kratę. Przez ramię miała przewieszoną czarną torbę, a na nogach podniszczone conversy. Wpatrywała się w telefon, przegryzając wargę. Czując na sobie moje spojrzenie, zerknęła w moją stronę. Czas stanął w miejscu, serce spowolniło, a ja zagubiłam się w głębi jej oczu. Uśmiechnęła się do mnie delikatnie. Nie byłam w stanie odwzajemnić nawet tak prostego gestu. Po chwili podeszła do ławki, na której siedziałam i usiadła obok mnie. Nie odzywała się. Wpatrywała się we mnie sarnimi oczami, a ja starałam się uspokoić burzę emocji, jaka się we mnie rozpętała. W końcu uśmiechnęła się jeszcze raz, pokazując śnieżnobiałe zęby z niewielką szparką między jedynkami i wyciągnęła w moim kierunku prawą rękę.

— Hej- powiedziała, a ja już wiedziałam, że mogłabym słuchać jej głosu do końca życia.

— Witaj- odpowiedziałam, ściskając jej dłoń na powitanie.

— Jak tam mija ci dzień piękna dziewczyno? — wesoło zapytała, a ja zarumieniłam się, słysząc jej słowa.

— Od kilku chwil wspaniale- odparłam, uśmiechając się do niej.- A tobie?

— Odkąd cię zobaczyłam — cudownie- flirtowała ze mną. A kiedy kiedy nastał zmrok, nie zauważyłyśmy tego. Nie liczył się otaczający nas świat. Liczyłyśmy się tylko my i nieopowiedziane jeszcze historie…

* * * * *

Skupiłyśmy się tylko na sobie, byłyśmy jakby w bańce mydlanej, w innej rzeczywistości, w której istniałyśmy tylko my dwie. Przyszło lato, a my będąc w drugim miesiącu związku nadal spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Od wczesnego rana do późnej nocy przesiadywałyśmy w parku i rozmawiałyśmy. Nie było dnia, w którym się nie widziałyśmy. Kiedyś, podczas jednego z naszych spotkań, Caroline powiedziała mi o cyrku, który miał tamtego dnia rozstawić się kilka przecznic dalej. Stwierdziłyśmy, że to idealna okazja do zabawy. Wstałyśmy z ławki i ruszyłyśmy ulicą w stronę namiotów. Dotarłyśmy na miejsce. Tłum ludzi, a ja w nim nagle sparaliżowana atakiem paniki, zatrzymałam się i nie potrafiłam ruszyć dalej ani o krok. Caroline, widząc moją reakcję, zaczęła mnie uspokajać. Złapała mnie za rękę, spojrzała głęboko w oczy i swoim kojącym głosem szeptała słowa, że wszystko będzie dobrze i że mnie nie wypuści z rąk. Uwierzyłam jej i niepewnie szłam obok niej. Ludzie wpatrywali się w nas z zaciekawieniem. Pewnie byłyśmy dość osobliwą parą — dwie dziewczyny ubrane na czarno i trzymające się za ręce pośród barwnego, radosnego tłumu.

* * * * *

Nasze szczęście trwało trzy lata. Miłość między nami przetrwała mimo licznych sprzeczek o głupoty. Pomimo czasu, jaki upłynął, nasze uczucie nie zgasło- wręcz przeciwnie- nieustannie rosło. Żadna nie wyobrażała sobie życia bez drugiej. Caroline była dla mnie wszystkim. Kiedy musiałam się z nią rozstawać czułam nieznośny ucisk w piersi, który znikał dopiero w momencie, kiedy znowu mogłam trzymać ją w objęciach. Czułam się jak narkoman, który potrzebuje kolejnej działki. Odurzała mnie całą swoją osobą, jak najlepszy narkotyk. Zniewalała zmysły, wyostrzała głód. Uzależniłam się.

* * * * *

Pierwsze objawy, że coś złego działo się z dziewczyną pojawiły się w wakacje. Coraz częściej słabła, mimo braku wyraźnej przyczyny. Niekiedy nie potrafiła ustać na nogach zbyt długo. Leciała jej krew z nosa, wymiotowała.

Zaniepokojona namówiłam ją na wizytę u lekarza. Niestety nie stwierdził niczego odkrywczego. Zwykłe osłabienie powodowane brakiem snu. Ech.. gdybym mogła cofnąć czas.. Kazałabym zrobić dodatkowe badania.. kazałabym ją ratować! Nikt nie spodziewał się tego, że zaledwie kilka miesięcy później opuści nasz świat.. nikt więc nie przypuszczał, że trzeba jej pomóc.. a teraz ona nie żyje.. zostawiła bliskich z wyrzutami sumienia..

* * * * *

Stan jej zdrowia szybko ulegał pogorszeniu i nikt nie wiedział, co było tego przyczyną. Chodziłam z nią do różnych specjalistów. Na próżno. Czułam się bezsilna, nie mogąc pomóc jedynej osobie, na której zależało mi tak bardzo. Byłam gotowa oddać za nią życie. Nie mogłam zmniejszyć jej bólu, mimo że codziennie modliłam się do wszystkich bogów, jakich tylko imiona pamiętałam, aby jej pomogli. Mimo błagań i najszczerszych chęci nie byłam w stanie zrobić nic. I ta świadomość dobijała mnie za każdym razem, gdy patrzyłam jak wykończona leżała na swoim łóżku. I choć pocieszałam ją, że to minie, że ból zaraz zniknie, że to tylko przejściowe, to sama do końca w to nie wierzyłam. Czułam, że moja ukochana powoli oddalała się ode mnie. Znikała do miejsca, gdzie nie mogłam jej dosięgnąć. Ale musiałam być silna. Dla niej. To jedyne co mogłam zrobić.

* * * * *

Minęła jesień.. Minęła zima.. i nastała wiosna. Czas, kiedy rośliny budzą się do życia. Czas, kiedy wszyscy stają się weselsi, kiedy wszystko jest możliwe. Caroline kochała wiosnę, uwielbiała patrzeć, jak kwitną kwiaty na drzewach, jak wszystko ożywa, choć sama nieustępliwie zbliżała się w przeciwną stronę. Kochała słuchać śpiewu ptaków za oknem, radosnych głosów przechodniów na chodniku. Uśmiechała się, kiedy przynosiłam jej kwiaty. Wąchała każdy z osobna, zachwycając się ich zapachem. Robiła miliony zdjęć, pragnąc uchwycić ich niezwykłe barwy. Cieszyła się z wszystkich dobroci, jakie darował jej świat, chcąc jak najlepiej wykorzystać gasnące życie. Walczyła dzielnie każdego dnia z osobna. Codziennie starała się wygrać nierówną walkę z przeznaczeniem. Nie poddawała się, mimo cierpienia jakie przeżywała. Była prawdziwą wojowniczką, mimo że nie wygrała ostatecznego starcia…

* * * * *

W ostatnim tygodniu życia jej stan nagle się poprawił. Choć była dalej osłabiona, to mogła wstać z łóżka i wykonywać proste czynności. Caroline w końcu mogła wyjść z pokoju, w którym utknęła na tak długi czas, usiąść na naszej ławeczce w parku i słuchać radosnego śpiewu ptaków. Czuć ciepło słońca na swojej skórze. Po prostu żyć.

* * * * *

Przez cały następny tydzień nasze życie wyglądało tak jak przed Jej chorobą. Codzienne spotkania na ławce, chodzenie po parku za rękę, wspólne picie smoothie truskawkowego. Byłam wtedy taka szczęśliwa, widząc, że dobrze się czuła. Emanowała pewnością siebie jak za dawnych czasów. W każdym jej ruchu widziałam miłość jaką czuła do mnie, do życia i otaczającego nas świata. Była taka piękna, taka cudowna, że nawet śmierć zachciała ją mieć na wyłączność. Dlatego mi ją odebrała. Zabrała mój cały świat. Wszelkie szczęście jakie posiadałam. Moją miłość. Dom.

* * * * *

Nastał wieczór, więc wróciłyśmy do domu Caroline. Zamierzałam spać u niej, jak w każdy piątkowy wieczór, odkąd się poznałyśmy. Miałyśmy w planach oglądanie filmów przez całą noc, lecz obie byłyśmy tak zmęczone, że wolałyśmy położyć się spać. Przebrałyśmy się więc w piżamy i przytulone leżałyśmy w łóżku. Głowa Caroline spoczywała na mojej klatce piersiowej, a ja delikatnie głaskałam ją po włosach, żeby łatwiej jej się zasypiało. Była taka spokojna. Taka krucha. Zbliżyłam usta do jej głowy i złożyłam na niej pocałunek.

— Kocham cię Słońce- wyszeptałam do niej, choć wiedziałam, że mnie nie usłyszała. Jej równomierny oddech świadczył, że zasnęła. Uśmiechnęłam się. Całymi godzinami chciałam się w nią wpatrywać, lecz jakaś dziwna siła zmusiła mnie do zamknięcia oczu. To był ostatni raz, kiedy widziałam Caroline żywą. Gdy rano się obudziłam, jej ciało było zimne. Dusza mojej ukochanej uleciała do zaświatów, gdzie oczekiwano na jej przybycie. Mój Promyczek.. Moje Słoneczko.. Odeszło.. Już nigdy nie usłyszę z jej ust „kocham cię”. Już nigdy nie będę mogła wziąć jej w ramiona.. Mój skarb umarł. Nie było już dla mnie miejsca na świecie, odkąd odebrano mi miłość. Już nic nie będzie takie same..

Lilianna Mkhitarian

Ilustracja: Weronika Fedorowicz

Pamiętnik utraconego wspomnienia

.

12.04.2017

Pierwszy raz od bardzo dawna śniłem. Widziałem park, a w nim staw. Słyszałem szelest liści poruszanych przez wiatr. Śmiech dzieci. Stłumiony, jakby odległy, szum tętniącego życiem miasta. Miejsce to, kompletnie mi obce, a jednak czułem jakbym znał je od zawsze. Tak, to był miły sen…

13.04.2017

Następna noc przyniosła ten sam obraz. Znów widziałem park. Stojąc jakby z boku obserwowałem zamazane i niewyraźne twarze ludzi, mijających mnie bez choćby cienia uwagi. Cichy obserwator, niewidzialny dla ich oka. I to nieustanne wrażenie, że czyjeś zwrócone w moją stronę oczy, dokładnie wiedzą na co patrzą…

.

.

16.04.2017

Oczy. Duże i błękitne jak najczystszy ocean. Nie potrafię już myśleć o niczym innym. Przychodzą do mnie co noc, we śnie. Pustka, a w niej dwa wiszące naprzeciw mnie krążki. Oszalałem?

.

17.04.2017

Przeglądałem albumy rodzinne. Mam obsesję. Tak pięknego spojrzenia nie mogłem sobie wyobrazić. Strona po stronie, wszystkie szczegóły i detale. Nic.

Poważnie rozważam wizytę u psychologa

.

18.04. 2017

Jest ze mną aż tak źle? Przecież moje zmartwienia to tylko i wyłącznie moja sprawa. Dlaczego więc ci wszyscy ludzie tak dziwnie na mnie patrzą?

Przerwę w pracy spędziłem dziś całkiem sam, poza biurem. Świeże powietrze kojąco podziałało na skołatane nerwy. Siedząc na ławce i delektując się kanapką z serem (kiedy wyobrażam sobie, że to pieczony kurczak, smakuje o wiele lepiej!) spotkałem kolegę, jeszcze z podstawówki. Umówiliśmy się w weekend na piwo.

Oczy dziś do mnie nie przyszły.

.

22.04.2017

Rozmowa średnio się kleiła, a bar cuchnął. Siedzieliśmy tak, właściwie wciąż milcząc. Trudno jest nadrobić tyle straconych lat. Pytał o to, co się ze mną działo, gdy wyjechał. Do jakiej szkoły poszedłem, jakie studia skończyłem, czy mam kogoś, dlaczego również opuściłem rodzinne miasto. Takie banały. O ile jeszcze z początku potrafiłem udzielić mu konkretnej odpowiedzi, im dalej w las, tym wspomnienia coraz bardziej się rozmywały.

.

27.04.2017

Nie wiedzieć czemu, utrzymuję z nim kontakt. Nie jest to może jakaś fascynująca relacja, zwykłe rozmowy w czasie lunchu. Jednakże pomagają mi. Od kiedy spędzam z nim czas obrazy we śnie nie powracają, czuję się normalny. Jak kiedyś.

.

28.04.2017

Niepojęte, jak niewiele trzeba, by to co złe wróciło. Podczas dzisiejszej przerwy obiadowej wybraliśmy się do parku. Tego samego, w którym się spotkaliśmy. Gadaliśmy jak zwykle- o niczym. Dopóki w pewnym momencie, totalnie randomowo, porównał miejsce, w którym siedzimy do parczku, który znajdował się niegdyś niedaleko naszego ulubionego placu zabaw. Wtedy zrozumiałem, co tak ciągnęło mnie do tego miejsca. Natychmiast przed oczami pojawiła mi się sceneria ze snów. Potem już tylko wciąż powiększająca się ciemność.

Kiedy ponownie otworzyłem oczy leżałem w szpitalnym łóżku.

.

.

.

29.04.2017

Utrata świadomości spowodowana silnym stresem. Tak o tym mówią.

O powrocie do domu, a tym bardziej do pracy, nie mam co na razie liczyć. Uroki mieszkania samemu, cholera.

Oczy wróciły. Patrzyły wprost na mnie, a ich czułe spojrzenie sprawiało, że serce zaczynało mi walić jak oszalałe. Dziś dołączył do nich również uśmiech. Delikatne, blado-różowe wargi, gdzieniegdzie zaczepnie przygryzane białymi zębami.

Chyba zostanę tu dłużej niż sądziłem.

.

30.04.2017

Rozmawiałem z tutejszą psycholożką. O dziwo jej wnioski były dużo lepsze niż sądziłem. Stwierdziła, że to nic groźnego, a co najwyżej wizualizacja podświadomych pragnień. Według niej to, że żyję w ciągłym stresie, spowodowanym pracą jaką mam, w połączeniu z brakiem drugiej połówki doprowadza mój mózg do stanu, w którym sam musi rozładować kumulujące się napięcie. Hm, po naukowemu brzmiało to jakoś lepiej.

.

3.05.2017

W końcu mnie wypuścili. Podobno zdrowego, psychicznie też

Przez te parę dni miałem aż za dużo czasu do rozmyślań. Spokoju nie dawało mi pytanie, dlaczego właśnie park z dzieciństwa upodobałem sobie tak bardzo, że o nim śnię. Mój mózg bawi się ze mną w sadystyczne gierki pokazując urywki “czegoś” i ze złośliwym uśmiechem mówiąc: „No to resztę sam sobie dopowiesz”.

Taa, ja mu jeszcze pokażę…

.

4.05.2017

To, co dzisiaj pojawiło się w mojej głowie, kompletnie zbiło mnie z tropu. Tym razem w ramówce nie znalazł się park, a knajpka. Zwykła, prosta, z chińskim żarełkiem. Siedziałem sam, wgapiony w okno. Czekałem na kogoś? Nagle za szybą mignął mi jakiś chłopak. Gdy zauważył, że na niego patrzę, zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. To był on! Te oczy i delikatne wargi idealnie wpasowane w resztę twarzy. Zobaczyłem jeszcze, identyczny jak wtedy, uśmiech i jego, wbiegającego do lokalu by się ze mną przywitać.

Oczywiście nie mogło być za kolorowo. W tym właśnie momencie zadzwonił budzik.

.

5.05.2017

Wczorajszy sen coraz bardziej nie daje mi spokoju. Nie potrafię skupić się na tym co robię. Całe szczęście, że do pracy wracam dopiero w poniedziałek.

.

6.05.2017

Kolejny sen i coraz więcej pytań. Tym razem widziałem wesele, nawet nie wiem czyje. Ogromna sala i mnóstwo roztańczonych par. Kolorowe balony z datą 26 września, latające po całym pomieszczeniu. Ja, stojący gdzieś w tłumie, z kieliszkiem szampana w ręce. I on. Chłopak ze snów. Nie stoi daleko ode mnie. A jednak mnie nie widzi, zupełnie jakbym był mu obcy.

.

.

7.05.2017

Odkopałem dzisiaj mój stary jak świat przenośny dysk. Z braku lepszego zajęcia zacząłem go przeglądać. Trafiłem na folder zatytułowany “ wrzesień 11” i zamarłem. Ta sala, ci ludzie, ten ślub. I dokładnie ten chłopak ze snów, który okazał się być bardziej żywy niż sądziłem. Piękny nieznajomy.

.

8.05.2017

Do późnej nocy przeglądałem zawartość dysku znajdując coraz więcej JEGO. Widocznie musiałem go znać, i to bardzo dobrze.

Po powrocie z pracy usilnie starałem się znaleźć coś o nim w internecie. Przeglądałem media, portale społecznościowe. Nic. Jakby wcale nie istniał.

.

9.05.2017

Spotkałem się z moim przyjacielem. Ponownie jedliśmy w parku. Wyżaliłem mu się. Całkowicie i bez niedomówień. Miałem dość trzymania tego w sobie. Powiedziałem o snach, o dysku i o NIM. Na początku uznał mnie za wariata. Do czasu. Przyznał, że również kojarzy skądś mojego Pięknego Nieznajomego. Wziął ode mnie jedno jego zdjęcie i obiecał, że popyta swoich znajomych. Tej nocy nie mogłem zasnąć.

.

10.05.2017

Dostałem listę gości tamtego wesela. Wiele nazwisk, kilka znajomych, w tym moje. Jedno zaznaczone zielonym zakreślaczem. Podobno to jego, ale nie mają pewności, to było tak dawno temu. Ponownie przeszukam Internet.

.

13.05.2017

Znalazłem. Jeden artykuł sprzed wielu lat był jak światło w ciemnym tunelu. Lokalna gazeta z mojego rodzinnego miasta opisała go jako miejscowego bohatera. Nazwisko się zgadzało, zdjęcie też. Zagłębiłem się w tekst. Z każdym przeczytanym zdaniem coraz dobitniej uświadamiałem sobie, że pamiętam, co się wtedy stało.

Tej nocy, kiedy w końcu udało mi się zasnąć, wszystkie niejasności się rozwiały. Zobaczyłem JEGO, słyszałem jak wykrzykuję jego imię, piękne i dźwięczne. Podbiegłem i rzuciłem się w jego ramiona, a on przytulił mnie i delikatnie pocałował

Obudziłem się z krzykiem, a moje serce jeszcze długo nie przestało walić jak szalone.

.

14.05.2017

Zacząłem zagłębiać się w JEGO przeszłość. W naszą przeszłość. Od kiedy sny stały się wspomnieniami, zalewa mnie fala scen, urywków z naszego życia.

.

15.05.2017

Widzę cię, Ukochany, prawie że czuję, jak wplatasz dłoń w moje włosy, gdy twoje silne ramiona zamykają mnie w mocnym uścisku. Pamiętam twoją rozpromienioną w uśmiechu twarz gdy spoglądasz na mnie. Jesteś kołysanką, bez której nie potrafię już zasnąć.

Zobaczysz, że wkrótce znów zamieszkamy razem w naszym domu.

.

17.05.2017

Gdzie jesteś, Ukochany? Tęsknię do ciebie już od tak wielu dni.

Po pierwszej fali euforii zdrowy rozsądek wrócił za ster. Wtedy w mojej głowie pojawiła się jedna niepokojąca myśl. Przez tak wiele czasu byliśmy ze sobą tak blisko, Ukochany. Więc gdzie teraz jesteś? Co się z tobą stało? Czemu nasza sielanka dobiegła końca? Przez kogo? Obiecuję ci, Ukochany, że znajdę odpowiedzi na te pytania.

Zobaczysz, że wkrótce znów zamieszkamy razem w naszym domu.

.

19.05.2017

W mojej głowie pojawia się coraz więcej detali. Urywki wspomnień zaczynają się łączyć i układać w chronologiczną całość. Perfekcyjne i ekscytujące życie jakie wiedliśmy przeistacza się w szarą, nudną codzienność, na której kończy się to, co pamiętam. Czy to właśnie to było powodem naszego rozstania, Ukochany? Czy któryś z nas, żądny czegoś świeżego, obrał zupełnie nową drogę w życiu? Czy opuściłeś mnie i zmusiłeś do zapomnienia? Lecz wiedz, że ja nie odpuszczę, Ukochany. Przysięgam, że wrócę do ciebie, gdziekolwiek byś nie był.

Zobaczysz, że wkrótce znów zamieszkamy razem w naszym domu.

.

20.05.2017

Zobaczyłem dzisiaj zakończenie naszej historii, Ukochany

Nie był to żaden szczególny dzień, lecz od dłuższego czasu wisiało nad nami widmo kłótni, pamiętasz Ukochany? Tego poranka coś w nas pękło. Wystarczył byle powód i zaczęliśmy krzyczeć na siebie i wzajemnie się obwiniać. Zarzucaliśmy sobie wszystkie pierdoły, jakie tylko potrafiliśmy wymyślić. Zdenerwowany wyszedłeś do pracy, a ja wściekły zatrzasnąłem drzwi i zalałem się łzami. To przekreśliło nasze cudowne życie, mam rację, Ukochany? Ale nie bój się. Zobaczysz, że wkrótce znów zamieszkamy razem w naszym domu.

.

22.05.2017

Pamiętam już prawie wszystko, Ukochany. Już niedługo cię odnajdę.

Zobaczysz, że wkrótce znów zamieszkamy razem w naszym domu.

.

25.05.2017

Znalazłem. Dopasowałem ostatni element tej chorej układanki. Teraz już wiem, gdzie na mnie czekasz, Ukochany. Wiem gdzie iść.

.

26.05.2017

Przeszedłem naszym parkiem. Tym, w którym spacerowaliśmy miliony razy. Minąłem bogato zdobione ogrodzenie i poszedłem przed siebie. Nareszcie Cię znalazłem, Ukochany. Jestem tu, stoję przed Tobą. Tym razem nie jest to sen. Nie potrafię już dłużej powstrzymywać łez. Padam na kolana, słone łzy płyną po moich policzkach. Kiedy na moment się uspokajam, wyciągam czerwoną różę. Lubiłeś te kwiaty, prawda? Kładę ją przed Tobą. Czując, jak ponownie zaciska mi się gardło, ostatni raz przesuwam dłoń po gładkim marmurze.

Wiedziałeś, że nie zamieszkamy razem w naszym domu… prawda?

Kamila Bartkowiak

Ilustracje: Patrycja Kocot

Twoja na zawsze

Pamiętam jasny, długi korytarz, ciąg drzwi. Na drzwiach gabinetów tabliczki. Zestresowana przekroczyłam próg jednego z nich. Bałam się usłyszeć diagnozy i tego, że moje życie zmieni się, że coś pójdzie nie tak. Niestety los postanowił zabawić się moim kosztem i napisał najgorszy z możliwych scenariuszy.

— Rak — powiedział lekarz rzeczowym tonem, a ja miałam wrażenie, że moje serce zatrzymało się. Nie chciałam przyjąć tego faktu do wiadomości.

— A… ale..jak to? — spytałam, starając się, aby mój głos brzmiał pewnie. Bezskutecznie.

— Niestety, nie potrafię podać konkretnej przyczyny, która wyjaśniłaby pojawienie się komórek rakowych w pani mózgu — tłumaczył lekarz.

— Ile? — przerwałam mu. — Ile czasu mi zostało panie doktorze? — spytałam i chciałam usłyszeć, że dużo i że wcale nie jest bardzo źle.

— Może rok lub mniej. Trzeba przeprowadzić dodatkowe badania, które pozwolą nam ustalić stopień rozwoju choroby — odpowiedział.

— Czy istnieje sposób..? — zapytałam, bo miałam nadzieję, że może jeszcze nie wszystko stracone.

— Na wyleczenie? — dokończył za mnie lekarz. — Niestety żaden, który by panią wyleczył.

— A chemioterapia? — spytałam.

— Uważam, że może okazać się bezskuteczna w pani przypadku.

Ogarnęła mnie rozpacz. Patrzyłam na onkologa i on patrzył na mnie. Ja patrzyłam na niego z nadzieją, a on na mnie ze współczuciem.

— Naprawdę mi przykro — usłyszałam jeszcze.

— Mnie również — powiedziałam na pożegnanie. Podałam rękę doktorowi, a on ją nieznacznie uścisnął, tak jakby chciał mi dodać otuchy, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie dobrze… A wiedzieliśmy przecież, że tak nie będzie… Ruszyłam w stronę drzwi. Chwytając za klamkę, odwróciłam się jeszcze w stronę lekarza:

— Panie doktorze, bardzo proszę, niech pan nikomu nie udziela informacji o mojej chorobie — poprosiłam.

— Oczywiście — odparł onkolog.


* * * * *

Chodziłam bez celu przez kilka godzin ulicami miasta, pewnie chciałam zebrać myśli. Bałam się powrotu do domu i spojrzeć mu w oczy. Zostało nam tak niewiele czasu razem, a mieliśmy tyle wspólnych planów. Mieliśmy wziąć ślub, założyć szczęśliwą rodzinę. Planowaliśmy umrzeć razem, ze starości, otoczeni gromadą wnuków. Tymczasem wszystko to straciło na ważności. Nic z tego nie miało się już wydarzyć. Żadne z marzeń nie miało się spełnić. Serce mi krwawiło, gdy wyobraziłam sobie, jak mówię wszystko Chrisowi, jak ze łzami w oczach opowiadam mu od początku do końca o mojej rozmowie z lekarzem. Oczyma wyobraźni widziałam jego usilne starania, by być silnym i mnie wspierać. Byłam pewna, że nigdy nie pogodziłby się z moją śmiercią. Ja zresztą też na jego miejscu nie potrafiłabym. Nagle ogarnęła mnie obawa, że Chris mógłby sobie coś zrobić po moim odejściu. Nie mogłam na to pozwolić. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś mu się stało z mojego powodu. Jeszcze miał tyle do zaoferowania światu. Miliony okazji na szczęście. Nie mogłam go tego pozbawić. Wiedziałam już, co muszę zrobić. Znalazłam sposób na zapewnienie mu przyszłości.

* * * * *

Chris dołączył do mnie w miejscu, w którym się poznaliśmy. Wspaniała, płacząca wierzba pochylona nad strumieniem przypominała mi o wszystkich chwilach, które przeżyłam wspólnie z chłopakiem. Odkąd pierwszy raz ją zobaczyłam, stała się dla mnie naprawdę ważna. Gdy przytrafiło mi się coś złego, albo wręcz przeciwnie- wspaniałego, chodziłam do parku i opowiadałam jej o każdym wydarzeniu, pieszcząc dłońmi jej korę. Była moją oazą, nie oceniała, nie krytykowała. Wysłuchiwała moich żalów, szczęśliwych historii. Dlatego uznałam, że to właśnie w jej towarzystwie uczynię to, co złamie nam obojgu serca.

* * * * *

Ubrany jak zwykle w skórzaną kurtkę i bluzę z kapturem, przyśpieszył, gdy tylko mnie zobaczył. Uśmiechnęłam się delikatnie na jego widok, choć w środku czułam, jakby coś mnie rozrywało. Tak bardzo kochałam ten uśmiech, tę jego dobroć. Nigdy nie oczekiwał niczego w zamian, był całkowicie szczery w swoich uczuciach. Zawsze patrzył na świat w różowych okularach. Nie musiał mnie codziennie zapewniać, że mnie kocha. Doskonale wiedziałam, że darzył mnie miłością równie bezgraniczną jak ja jego. Kiedy był już przy mnie, jak zwykle pocałował mnie w czoło i przytulił na powitanie. Z rozkoszą wdychałam znajomy zapach perfum, szamponu i choć chciałam na wieki trwać w tym uścisku, gdzie czułam się bezpiecznie jak nigdzie indziej, odsunęłam się. Chłopak od razu zauważył zmianę w moim zachowaniu. Doskonale wyczuwał moje nastroje. Nie dbałam jednak o to, w końcu coś sobie postanowiłam.

— Kochanie co się stało?

— Chris.. ja muszę ci coś powiedzieć..- zaczęłam nie patrząc na niego. Zamiast tego skupiłam wzrok na wierzbie, szukając w niej wsparcia.

— Amy, o co chodzi? Co mi chcesz powiedzieć? — zapytał zdenerwowany.

— Chris, ja.. ja chcę zerwać.- Spojrzałam mu w oczy mówiąc te słowa. Zobaczyłam w nich niedowierzanie i ból.

— Zerwać..? Ale.. ale jak to? Dlaczego? — zbliżył się do mnie o krok. Cofnęłam się.

— Nie kocham cię- powiedziałam, choć ledwie przeszło mi to przez gardło. Moje serce krzyczało: Cofnij to! Przecież to nieprawda! Ranisz go! Musiałam jednak to zrobić. Dla jego dobra.

Kiedy spojrzałam na Chrisa, ujrzałam na jego twarzy całą gamę emocji. Od niedowierzania do rozpaczy. Od rozpaczy do gniewu. Zraniłam go. Tymi trzema słowami złamałam mu serce.

— Amy, dlaczego mówisz takie rzeczy? Przecież to nieprawda! Kochasz mnie, wiesz, że tak- mówił do mnie z szaleństwem w oczach. — Czego mi nie mówisz? Co ukrywasz? — dopytywał się, a ja już chciałam mu wszystko wyznać. Ugryzłam się jednak w język. Wmawiałam sobie w myślach, żebym była silna, że to dla jego dobra. Starałam się jak najlepiej rozegrać tą scenę.

— Chris, zrozum. Znamy się tak wiele lat, znudziłeś mi się.- Gula w gardle rosła z każdym słowem.- Nie chcę już z Tobą być. To koniec- skończyłam. Nie mogłam już dłużej przebywać w jego pobliżu. Łzy szukały ujścia, rozpacz ogarnęła całą mnie. Pełna skrajnych emocji, odwróciłam się od chłopaka i ruszyłam w stronę wyjścia z parku. Chris nie odpuszczał. Złapał mnie za rękę i zatrzymał.

— Amy, nie możesz mnie teraz zostawić. Błagam cię.

Wzięłam głęboki oddech. To miał być ostatni sztylet wbity w serce ukochanego. Decydujący. Musiałam być silna. Wyrwałam się.

— Mogę. — powiedziałam twardo.

Nawet na niego nie spojrzałam. Ruszyłam przed siebie, a z każdym pokonanym krokiem traciłam cząsteczkę duszy. To tak bardzo bolało. Poczułam ogromną chęć by dogonić Chrisa i odwołać wszystko co mu powiedziałam. Wiedziałam jednak, że podjęłam słuszną decyzję, byłam o tym przekonana. Wróciłam do naszego wspólnego mieszkania, by spakować swoje rzeczy.

* * * * *

Wyjąłem pocztę ze skrzynki i ruszyłem schodami na drugie piętro. W mieszkaniu zdjąłem buty i kurtkę, usiadłem na kanapie w salonie i przeglądałem korespondencję. Wśród sterty reklam znalazłem czarną kopertę. Zaciekawiony otworzyłem ją natychmiast. W środku znajdował się list na beżowym papierze. Byłem bardzo ciekawy od kogo jest. Wyjąłem kartkę i zabrałem się do czytania.


Drogi Chrisie,

Piszę do Ciebie tę wiadomość ze świadomością, że prawdopodobnie nie będziesz chciał jej przeczytać. Mimo wszystko chcę Ci wytłumaczyć moje zachowanie. Wiem, że złamałam Ci serce, uwierz, moje też się rozpadło, gdy mówiłam te wszystkie słowa, ale musiałam tak postąpić. Bo widzisz.. miałam raka. Choroba ogarnęła mózg. Nie miałam szans na poprawę i skoro to czytasz, to przegrałam walkę z chorobą. Wiedziałam, że to będzie dla ciebie straszne- patrzeć na mnie, umierającą z każdym dniem, więc zrobiłam najlepszą rzecz, jaką mogłam zrobić- odeszłam. Miałam świadomość, że jeżeli zniknę bez słowa, będziesz mnie szukał, dlatego powiedziałam Ci wtedy te straszne słowa. Wolałam złamać Ci serce jedną rozmową, niż żeby rozpadało się ono na kawałeczki każdego dnia, aż do mojej śmierci. A tak by było, gdybyś patrzył na moje codzienne cierpienie. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Uwierz, zrobiłam to tylko i wyłącznie dla Twojego dobra, choć pewnie ciężko dać temu wiarę. Pewnie pomyślisz, że byłam egoistką. Życzę Ci jednak, abyś spotkał osobę, która Cię uszczęśliwi. Byś mógł spełnić z nią nasze wszystkie marzenia, które snuliśmy pod naszą wierzbą w parku. Jeżeli tylko będę miała taką możliwość, to do końca Twoich dni będę Cię obserwować z nieba. Kiedyś się tam spotkamy i — kto wie? — może wtedy los pozwoli nam być razem. Tymczasem żegnaj mój ukochany. Kochałam Cię, kocham i nigdy nie przestanę. Pozostaje mi żywić nadzieję, że też to do mnie czujesz.

Twoja na zawsze,

Amy.


Łzy ciekły mi po policzkach, gdy czytałem te słowa. Nie mogłem uwierzyć, że Amy zrobiła to wszystko, że zostawiła mnie dlatego, że była chora. Zabolało, gdy uświadomiłem sobie, że przez ostatnie dni jej życia, nie było mnie przy niej. Jeszcze na dodatek ten list. Nigdy nie pogodziłem się z jej odejściem. A teraz..? Jak miałem żyć ze świadomością, że umarła i była sama? Może gdybym mógł być przy niej w ostatnich chwilach jej życia, byłoby mi łatwiej..

Złożyłem list, po czym podszedłem do komody i wziąłem jej zdjęcie. To była jedyna pamiątka, jaką po sobie zostawiła. Tylko ta jedna fotografia utrwalała mi jej obraz w głowie. Szeroki uśmiech ukazujący śnieżnobiałe zęby. Błysk szczęścia w oku. Wpatrując się w nie dostatecznie długo, byłem w stanie usłyszeć nawet jej śmiech. Delikatny jak skrzydła motyla szept, kiedy wyznawała mi miłość. Uśmiechnąłem się przez łzy, kiedy  przypomniałem sobie moment zrobienia zdjęcia. Tamtego dnia, w parku, pod naszą płaczącą wierzbą, poprosiłem ją o rękę. To pod tym drzewem planowaliśmy naszą przyszłość. Mieliśmy spędzić ze sobą resztę życia.. jednak śmierć mi ją odebrała, a ja nie mogłem nic zrobić. To bolało mnie najbardziej. Fakt, że nie mogłem pomóc swojej ukochanej w tamtych trudnych chwilach. A teraz ona odeszła i już nigdy więcej jej nie zobaczę.. Szlochałem do jej zdjęcia. Rozpacz opanowała mnie całego, nie mogłem oddychać. Ból był straszliwy, przejmujący. Wspomnienie jej zielonych oczu wywoływało kolejne fale łez. Jej promienny uśmiech, rozczochrane włosy chwilę po przebudzeniu. I te dwa słowa, które tak często szeptała mi przed snem.. te dwa, cudowne słowa, które ułatwiały zasypianie, które rozświetlały każdy mój dzień.. Kocham Cię.. Kiedy zabrakło mi już łez, a oczy spuchły od nieustającego płaczu, wytarłem twarz rękawem bluzy. Pocałowałem zdjęcie Amy. Odkładając je na miejsce, dotknąłem dłonią jej czoła i wyszeptałem:

— Ja ciebie też kocham Amy. Czekaj tam na mnie, wkrótce się spotkamy..

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу