Автор дарит % своей книги
каждому читателю! Купите ее, чтобы дочитать до конца.

Купить книгу

…Wolności

— Wydrap oczy temu psiryjowi!

— Niech wie, gdzie jego miejsce! — krzyczało małe zbiegowisko, które otaczało dwóch osobników. Ten większy — Elchart ewidentnie wygrywał z tym małym jasnobrązowym, leżącym w kącie. Bił go bez zahamowań. Jeszcze raz go kopnął, tym razem najmocniej.

Splunął na Flina gdy, gdy niespodziewanie do tunelu weszła Szczurza Zarządczyni. Zbiegowisko momentalnie się rozproszyło, zostawiając pobitego w kącie. Jednak Zarządczyni nie zważając na obrażenia Flina podeszła i spojrzała na niego surowym wzrokiem.

— Mam nadzieję, że przyjdziesz na jutrzejszą ceremonię Przyjęcia — powiedziała — Zależy mi, aby każdy był na niej obecny, w szczególności ty.

rys. Agata Bartczak

Po tej rozmowie Flin został sam. Wszystko go bolało. Chwilę siedział nieruchomo. Po chwili poczłapał do małej, oblepionej pajęczyną kraty na górnej części ściany, z której mógł patrzeć na park. Tam zawsze coś się działo. Przychodzili tam dorośli z dziećmi, psy, koty. Byli tacy szczęśliwi. Jednak coś mu w parku nie pasowało. Ci ludzie robili to, na mieli ochotę. Każdy wyglądał inaczej, miał inne umaszczenie. Niektórzy tworzyli muzykę z tych śmiesznych pudełek z patykiem i cienkimi żyłkami, inni kopali piłkę, jeszcze inni biegali wokół jakby bez celu. Gdzie w tym wszystkim spójność?

— A ty co tak długo tam siedzisz? — Flin podskoczył lekko, gdy to usłyszał.

— Nieważne… — powiedział — Weź mnie tak nie strasz, co?

— No, spokojnie. — Eliza przyjrzała się swojemu przyjacielowi — Co ci się stało? Pobili cię?

— Tak, Elchart i ci idioci.

— Myślałam, że ta banda tylko ci grozi — skrzywiła się szczurzyca.

— No ja też, do czasu. Wszystko przez to, że moja rodzina jest związana z Radą i myślą, że przez to mam nie wiadomo jak świetne życie.- westchnął z frustracją Flin.

— Współczuję, ale tak poniekąd masz więcej luzu niż inni.

— Nie mam więcej luzu. Po prostu moja matka ma mnie gdzieś. Czasem chciałbym być w takiej rodzinie jak ty.

— Co ty. Moi rodzice nie dosyć, że ingerują w każdy aspekt mojego życia, to jeszcze zachowują się jak ortodoksi. Nie zdziwię się, jak jeszcze męża mi wybiorą. — zażartowała Eli.

— No nie dogodzisz. — odpowiedział szczur. Spojrzał przez kratkę na słońce, które właśnie wstawało. — Dobra, ja muszę już iść do pracy, ale widzimy się na jutrzejszej ceremonii. Moja matka chce, żeby pojawił się na niej każdy szczur z naszego kanału.

rys. Agata Bartczak

Na Tunelu Głównym roznosiły się szepty i ciche dźwięki szurania łap. Wszystko zdawało się być poukładane i na swoim miejscu: samice po prawej, samce po lewej. Z przodu znajdowało się podwyższenie z trzynastoma miejscami, na których siedzieli członkowie Rady Kanałowej oraz po raz pierwszy Flin. Szczurza Zarządczyni stała na środku sceny. Uderzyła laską o podłogę, wywołując tym ciszę.

— Dzisiaj do naszego licznego grona przyjęliśmy szczury, które oficjalnie stały się pełnoprawnymi członkami naszego kanału. — wygłosiła Zarządczyni władczym i spokojnym głosem — Z tej okazji wypowiedzmy razem kodeks stanowiący jedną z najważniejszych części życia naszej wspólnoty.

Wszystkie szczury znajdujące się w tunelu wstały, skrzyżowały swoje przednie łapy i zgodnie jednym głosem zaczęły odmawiać zasady. Flin zrobił to samo. Wypowiadał kolejne zdania, nie skupiając się na nich wcale. Mówił je jak zaprogramowana maszyna. Wydawał się nieobecny. Ciągle myślał o tych ludziach. Jednak w pewnym momencie wśród tłumu zauważył Elizę, która patrzyła na niego ostrzegającym wzrokiem. Momentalnie się ocknął. Świadomie wypowiedział tylko dwa ostatnie punkty kodeksu:

— … 12. Nie opuszczę mojej wspólnoty, aż do końca moich dni.

13. Będę zwalczać każdy odchył innego szczura i naprowadzę go na odpowiednią drogę.

Zdał sobie sprawę z tego, że pierwszy raz zrobił to ś w i a d o m i e. Zwrócił uwagę na każde słowa, sens. Po zakończeniu ceremonii Przyjęcia w jego głowie krążyło tylko jedno pytanie: „Czy ja naprawdę powinienem tu być?”.

W przejściu tunelu stanęła szara szczurzyca z czarną plamą na grzbiecie.

— Eli! Jesteś w końcu. — powiedział Flin.

— Jestem. Czemu mi nie powiedziałeś, o co chodzi?

— Nikogo tu nie ma? — szczur rozejrzał się niespokojnie. — Nie ma. A więc: byłaś na wczorajszej ceremonii?

— Byłam.

— Odmawiałaś kodeks?

— Odmawiałam. Jak wszyscy. — odpowiadała Eli

— I nie wydał cię się on trochę dziwny?

— O czym ty do jasnej cholery mówisz?

Flin milczał.

— Hmm?

— Ja nie chcę tu być. To wszystko jest jakieś chore. Te zasady, ceremonie, obrzędy…

— Czyli chcesz uciec..?

— Chyba będę musiał. — speszył się trochę Flin.

— Wiesz, co oni mogą ci zrobić za same chęci? Z resztą jak ty chcesz żyć poza naszym kanałem?

— Jakoś, nie wiem, ale tak jak teraz długo nie pociągnę. A ty nie zastanawiałaś się, jak jest gdzie indziej, w innym kanale, w parku, poza miastem? Ja nie chcę tu być. Będę dokładnie taki sam jak wszyscy.

— Nie dasz sobie rady na zewnątrz, w dodatku sam.

— Chciałbym, żebyś uciekła ze mną.

— Słuchaj ja nie mogę… — na twarzy Elizy było widać zakłopotanie –A moi rodzice? Ja… nie umiem żyć inaczej. Szanuję twoją decyzję. Nikomu nie powiem, ale ja po prostu nie mogłabym być gdzieś indziej.

— Zależy mi na tym. Nie znam nikogo oprócz ciebie.

Eli westchnęła ciężko.

— Nie, po prostu nie mogę.

Z końca korytarza coś nagle uderzyło o ścianę.

— Słyszałaś to?

— Chodźmy lepiej stąd.

Flin właśnie przyjmował kolejne pakiety z jedzeniem, znalezione przez szczury poszukiwaczy. Wraz z innymi pracownikami musiał je układać i odpowiednio sortować. W końcu było to pożywienie dla całej kolonii. Zazwyczaj temu jasnobrązowemu szczurkowi szło to bardzo sprawnie. Lecz tego dnia nie mógł się skoncentrować. Czuł się obserwowany. Nigdy nie był bardzo lubiany, ale teraz inni układacze nie odezwali się do niego nawet słowem. Do jamy niespodziewanie wszedł posłannik Zarządczyni. Przychodził tam bardzo rzadko — zazwyczaj tylko z okazji różnych ceremonii.

— Flin Hygger jest proszony ze mną. — rozkazał posłannik.

Flin lekko się zdziwił, ale też ucieszył, że nie musi dalej siedzieć z innymi pracownikami.

Pachoł prowadził go dość krętymi korytarzami, nie mówiąc mu przy tym nic, ale Flin już wiedział gdzie idzie: do siedziby Rady. Gdy wszedł, przełknął ślinę. Czuł narastające napięcie. Byli tam wszyscy członkowie, cała trzynastka. Zwoływano ją tylko w bardzo ważnych sytuacjach.

— Gans, możesz już iść — powiedziała matka Flina –A ty podejdź tu bliżej.

Szczur poczuł, że jego serce zaczęło bić szybciej. Zawsze ogarniał go stres, gdy słyszał głos mamy.

— Słyszałam niepokojące plotki o tobie i …o ucieczce konkretniej.

Flin był poddenerwowany. Ogon zaczął mimowolnie kręcić koła w powietrzu.

— Wiesz, jakie konsekwencje czekają każdego, kto chociaż spróbuje nas opuścić. Znasz losy innych, hmm… delikwentów. Po naradach stwierdziliśmy, że dla twojego dobra musimy coś z tym zrobić — kontynuowała jak zwykle opanowanym głosem, który go przerażał.

— Przecież to tylko plotki — próbował się bronić oskarżany.

— Plotki, które skądś się wzięły — odezwał się jeden ze starszych szczurów z końca sali.

— Spokój! — podniosła się Zarządczyni — Od teraz będziesz pilnowany przez radnego Edmunda.

Flin już miał świadomość, że jest bezsilny. Z siedziby wychodził z dużo starszym od siebie „opiekunem” za plecami. Dla swojego dobra musiał coś z tym zrobić.

Edmund śledził go krok w krok. Patrzył przenikliwie na jego każdy ruch. Nieważne czy był w pracy, w Tunelu Głównym, czy w swojej norce. Nieraz nadepnął mu na ogon lub łapę. Kazał odmawiać różne przypisy ze Świętej Mowy, które dyktował mu z pamięci. Naciskał na to, żeby nie odstawał od innych w żadnym względzie. Jednak nigdy z nim nie rozmawiał na inne tematy. Nie chciał, może nie mógł. Zostawiał Flina tylko wtedy, gdy spał. Choć za każdym razem patrzył, jak zasypia i jak się budzi.

Przez cały ten czas Flin nie zamienił słowa z Elizą. Chciał to zrobić, ale wiedział, że może przez przypadek zdradzić jego plany. Szczurek porzucał wszelkie nadzieje na ucieczkę i wcześniejsze pożegnanie się z przyjaciółką. Myślał o tym cały czas… Pewnego razu postanowił wybrać się na Spotkanie Kanału. Miał nadzieję, że znajdzie tam Eli. Ona za każdym razem tam przychodziła. Wszedł do Tunelu Głównego. Wszyscy na niego patrzyli podejrzliwie jak zwykle przez ostatnie dwa tygodnie. Szukał jej wzrokiem. Jest. Znalazł ją. Była jak zwykle na lewym krańcu części, w której stały samice. On analogicznie zajął miejsce na prawym końcu części dla samców. Po jego lewej stanął Edmund. Jest dobrze. Poczekał, aż prowadzący zacznie, a radny Edmund bardziej skupi się na uczestniczeniu w Spotkaniu. Flin zaczepił Elizę i próbował powstrzymywać emocje, tak samo jak ona, powiedział do niej cichym tonem tylko trzy słowa: „noc, kratka, dzisiaj”. Dalej udawali, że się nie znają.

Był środek nocy. Jasnobrązowy szczur upewnił się, że Edmund wyszedł z jego nory. Zważał na każdy krok. Starał się biec jak najciszej i jak najszybciej. Dotarł do kratki, pod którą już stała Eliza. Chyba pierwszy raz się nie spóźniła.

— Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę — powiedziała Eli — szkoda, że ostatni raz…

— Wiesz, że możesz iść ze mną. Jeszcze nie jest za późno.

Eli posmutniała momentalnie.

— Mówiłam ci, że nie mogłabym zostawić tego wszystkiego. I jest za późno. Rodzice chcą mnie wydać za Elcharta.

— Za Elcharta? Tego Elcharta? Nie, nie mogą.

— Mogą i to zrobią.

— Chodź ze mną. Proszę — błagał Flin łamiącym się głosem.

— Przykro mi.

— Hej! Ja mogę z tobą iść — odezwał się zza ich pleców jakiś głos.

Zmroziło ich. Flin miał przed oczami wszystkie możliwe najgorsze scenariusze. Odwrócił się szybko. Edmund. Czyli już się z tego nie wykręcą.

— To nie jest tak jak… — próbowała Eli.

— Myślisz? — dokończył radny — Teraz to oboje będziecie skazani na tortury. A mogłeś nie wkręcać w to koleżanki.

Nie wiedzieli co zrobić. Biec? Ale dokąd? Schować się? Jak? W powietrzu wisiało napięcie.

— Żartowałem — powiedział Edmund — Nie słyszeliście? Też chcę stąd uciec. Mogę ci pomóc.

— Co?! Dlaczego?! — dopytywał się zdziwiony Flin, który teraz niczego nie rozumiał.

— Chciałem odłączyć się od tej kolonii już os jakiegoś roku, ale do otwarcia przejścia są potrzebne dwa szczury. I gdy miałem ciebie pilnować wiedziałem, że nie mogę przepuścić takiej okazji. Wszystko wiedziałem o Elizie. Specjalnie naprowadziłem cię tak, abyś spotkał się z nią akurat dzisiaj, bo to właśnie dziś większość strażników świętuje Dzień Służby.

Flin dalej patrzył na niego jak na jakiegoś cudotwórcę.

— Kończcie te czułości, bo strażnicy zaraz skończą świętowanie — dodał Edmund.

— Eliza, jesteś jedynym szczurem, na którym zawsze mogłem polegać — powiedział Flin — „Byłaś dla mnie wszystkim, co się w życiu liczy…”

— „[…] teraz, gdy po wszystkim, wszystko jest już niczym…”. — dokończyła Eli — Pamiętaj o mnie.– westchnęła ciężko, powstrzymując się od rozpaczy i zniknęła na końcu korytarza.

— Ach, klasyk — wtrącił się radny Edmund.

Gdy wychodzili na świeże powietrze, była ciepła, letnia noc. Nie mogli się przestać zachwycać praktycznie każdym elementem parku. Poczuli, że wreszcie są wolni. Było im raźnie i wesoło. Jednak Edmund opuścił park, bo chciał zamieszkać na wsi. Słyszał o nich dużo dobrego. Flin został sam, ale jemu to nie przeszkadzało. Przynajmniej tak twierdził. Z czasem nauczył się znajdować jedzenie.

W parku na ziemi leżały już liście. Rośliny powoli przygotowywały się na zimę. Do parku dalej przychodzili ludzie. Grali w piłkę, spacerowali, uprawiali jogging.

— Mamo, mamo, zobacz! — zawołała pewna dziewczynka — Jaki ładny.

— Co ty tam masz? — mama dziewczynki przyjrzała się skulonemu stworzonku — Zostaw go kochanie. On już nie żyje.

I poszły dalej oglądać park w jesiennych kolorach

A to małe, wychudzone, jasnobrązowe stworzonko leżało samotnie, już bez życia obok kilku nadgryzionych trutek na szczury, powoli przykrywane kolejnymi warstwami liści, które spadały z drzew.

Agata Bartczak

...Domu

„Ann Adams, lat 17, zaginęła dnia 17.09.16 r. Jest średniego wzrostu. Ma rude włosy, zielone oczy i charakterystyczną bliznę na czole. W dniu zaginięcia ubrana była w fioletową bluzę z kapturem, jasne jeansy i bordowe buty na obcasie. Jeśli ktoś ją widział lub wie coś na temat jej pobytu, prosimy dzwonić pod numer: +44 657 920 718 lub zgłosić się na policję w celu złożenia zeznań.” Takie nagłówki jak ten coraz częściej pojawiały się w lokalnej gazecie. Coraz więcej nastolatek znikało w niewyjaśnionych okolicznościach.

Tymczasem w pewnym domu:

— Nie! Zostaw mnie!

— Słucham?! Co to ma znaczyć, hm?!

— A… Ale ja nic…

— Cisza! Nie masz prawa głosu w tym domu dopóki się nie zmienisz!…

Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Wybiegła z płaczem z domu z trudem wymijając ojca. Nie mogła już tego znieść. 16 lat to stanowczo za mało, aby poradzić sobie z takim traktowaniem przez kogoś, kto powinien nas kochać.

Las nocą. Zdanie to w innych budziło niepokój, ale Alice była inna, wyjątkowa. Kochała tę wielką, zieloną puszczę w Aberlour — miasteczku w Szkocji, gdzie mieszkała.

rys. Hania Zalewska

Nadal łkając szła ciemną drogą, usiłując się uspokoić. Otaczały ją wielkie sosny, lecz rozpoznać je mogła jedynie po zapachu, gdyż strawione zostały przez ciemności. Nie bała się. Tu była wolna. Cały strach został w domu i wiedziała, że kiedy tylko tam wróci, on znów obłapi ją w swe sidła.

Po długim czasie nareszcie przestała płakać. Spojrzała przed siebie. Ciemność. Zaniepokoiła się. Gdzie jestem? — pomyślała. Postanowiła zwiedzić okolicę, ponieważ jeszcze nigdy tu nie zawędrowała. Było tu inaczej. Mniej drzew, ciszej, pusto. W pewnej chwili wpadła na coś. Myślała, że to ogrodzenie starego, zapomnianego cmentarza, ale myliła się. Okazało się, że owszem — było to ogrodzenie — ale małego domu. Wydawał się opuszczony, niewiele nie mogła stwierdzić przez panujący mrok. Wyjęła telefon z kieszeni czarnych jeansów i włączyła latarkę. Teraz mogła dokładniej przyjrzeć się chatce. Wokół niej rosła długa, gęsta trawa. Alice zawahała się chwilę, ale ostatecznie weszła przez skrzypiącą furtkę na posesję. Ściany chatki wyglądały jak po ataku dzikiego zwierzęcia: obdrapane, ze złuszczającą się farbą. W oknach umieszczono kraty. Miały na sobie zacieki z czerwonej farby, która do złudzenia przypominała schnącą krew. To ją przeraziło, ale i — co dziwne — zaciekawiło. Jakaś część dziewczyny kazała jej iść dalej, wejść do środka. Nie panowała nad sobą. Ruszyła w kierunku drzwi. Weszła po kilku drewnianych schodkach i nacisnęła klamkę. O dziwo, udało się je otworzyć. Odruchowo, niczym w filmach zawołała: „Halo? Jest tu kto?” Nikt się nie odezwał. Skierowała światło telefonu na wnętrze i rozejrzała się. To, co ujrzała, zszokowało ją. Dom na zewnątrz wyglądał, jakby zatrzymano go w czasie, złym czasie. A wnętrze? Meble były nowoczesne i w świetnym stanie, lecz całość sprawiała wrażenie, jakby nikt tam nie mieszkał i nigdy z niczego nie korzystał. Zrobiła kilka kroków w przód. Pomacała ścianę ręką znajdując włącznik światła. Nacisnęła i wszystkie lampy się zapaliły. Jej oczom ukazał się niewielki salon w odcieniach beżu z dużym telewizorem i kanapą. Zamknęła drzwi wejściowe i przeszła przez salon do innego pomieszczenia. Okazało się, że była to sypialnia. Nie wyglądała nadzwyczajnie, ot taki sobie pokój. Idąc dalej, trafiła do małej kuchni utrzymanej w ciepłych barwach. Na jej środku znajdował się marmurowy blat, a obok stał stół i trzy krzesła. Alice wyszła stamtąd. Dotarła do łazienki. Królował w niej kolor zielony oraz piękne drewniane szafki rzucające się w oczy. Idąc korytarzem, natknęła się na czarne drzwi. Położyła smukłą rękę na klamce, ale drzwi były zakluczone i nie mogła ich otworzyć. To ją zaintrygowało. No bo po co zamykać drzwi w środku domu, skoro drzwi wejściowe i tak są otwarte, a dom znajduje się głęboko pośród drzew? A poza tym wygląda na nieużywany, więc co może się tam kryć? To wydało się jej podejrzane. Była już tak znużona, że jedyne o czym marzyła w tamtym momencie to sen. Nie miała siły wracać do swojego domu. Położyła się na miękkiej kanapie i natychmiast zasnęła. Została w tajemniczym domku na noc. Nie mogła jednak wiedzieć, że ktoś jej się przygląda…

O godzinie 10:13 obudził ją telefon od dziewczyny — Mary. Była równolatką Alice. Jej oczy kolorem przypominały morze zimą, a włosy ogień. Taka uroda jest niezwykle rzadka nie tylko w Szkocji, ale na całym świecie.

Mary martwiła się o partnerkę, ale ta jej wyjaśniła, co się stało i obiecała, że niedługo wróci na St. George Street, gdzie mieszkała. Wstała z kanapy i rozejrzała się z obawą, że jednak domek nie jest opuszczony. Nikogo jednak nie dostrzegła. Wszystko było w takim stanie jak wieczorem. Poczuła, że zgłodniała, więc niezwłocznie opuściła chatkę. Teraz mogła dokładnie przyjrzeć się wysokim sosnom. Słońce delikatnie muskało promieniami jej policzki. Czuła zapach lasu, który tak bardzo kochała.

— To będzie dobry dzień — powiedziała po cichu do siebie.

Szła dalej rozmyślając o ciekawym domostwie. I znowu… Ktoś ją obserwował, ale dziewczyna tego nie zauważyła. O 11:15 była już w mieście. Zawędrowała na przystanek i autobusem pojechała do domu. Miała bardzo dobry humor, ale kiedy tylko weszła do przedsionka, usłyszała zdenerwowany głos taty dobiegający z salonu:

— Alice?

— Tak, tato?

— Gdzie byłaś!? Pewnie znowu u tej swojej… — spojrzał na nią z politowaniem i położył rękę na podłokietnik fotela, na którym siedział.

— Nie tato.

— Nie przerywaj mi! Jesteś beznadziejna.

— Ale… — próbowała wszystko wyjaśnić, lecz wiedziała, że nie ma to żadnego sensu. Widząc rozgniewaną twarz ojca wyszła z pomieszczenia, aby uniknąć dalszego obrażania jej.

Weszła do kuchni i szybko przygotowała sobie kanapki z serem. Zabrała je do pokoju i położyła na biurku. Podłączyła telefon do ładowarki i poszła się umyć. Kiedy wróciła, wzięła jedzenie w rękę i usiadła na łóżku. Zabrała się za czytanie jednej z książek Charlotte Link. O godzinie siedemnastej wyszła z domu i udała się do jej ukochanego miejsca w Aberlour — lasu. Znowu szła dobrze jej znaną drogą wśród drzew. Zmierzała do chatki w sercu gęstej puszczy. Miała nadzieję znaleźć tam klucz do zamkniętych drzwi. W pewnym momencie Alice poczuła na sobie czyjś wzrok. Zatrzymała się i rozejrzała dookoła, lecz jak zwykle w takiej sytuacji nikogo nie było. Zaczęła nasłuchiwać, ale jedyne co docierało do jej uszu, to śpiew ptaków i jej przyspieszony oddech. Uspokoiła się i brnęła dalej przed siebie. Kiedy dotarła na miejsce, weszła do budynku i raz jeszcze przeszukała go w celu znalezienia klucza. Niestety poszukiwania nie przyniosły skutku. Jednak coś się zmieniło. Krzesła w kuchni zmieniły ułożenie. Dziewczyna przestraszyła się i cofając się wpadła na szafkę w korytarzu, zbijając wazon. Mój Boże, wczoraj go tu nie było — pomyślała spanikowana. Ile sił w nogach wybiegła z domku uciekając w stronę miasta. Kilka razy potknęła się o własne nogi, a to przez to, że po jej głowie krążyła pewna myśl: „Ktoś mnie obserwuje. Wie, że tam byłam”

Już umyta siedziała w różowej piżamie i niechlujnym koku na podłodze swojego pokoju. Pomimo tego, że znajdował się on na piętrze, miała wrażenie, że ktoś przygląda się dokładnie każdemu jej ruchowi zza okna.

— To tylko moja wyobraźnia, tylko wyobraźnia — mówiła do siebie po cichu.

— Dobranoc, Alice! — usłyszała z pokoju mamy.

— Dobranoc — odpowiedziała, lecz przeczuwała, że dla niej ta noc nie przyniesie niczego dobrego…

Dziewczyna odwiedzała chatkę jeszcze przez długi czas, chociaż nadal bała się, że jest obserwowana. Ostatnie odwiedziny…

Ale zacznijmy od początku.

Jesień, 27 października. Cudowna pogoda. Alice jak zwykle udała się na spacer do lasu. Miała na sobie granatowy płaszczyk, ciemne spodnie i czarne trampki. Jej szyję oplatał pomarańczowy szalik kontrastujący w ciemnobrązowymi falowanymi włosami. W ręce trzymała biały telefon z przypiętymi do niego słuchawkami tego samego koloru. Słuchała piosenek Toma Odella, gdyż w połączeniu z leśną atmosferą dawały jej poczucie wolności i bezpieczeństwa. Szła beztrosko, ciesząc się cieplutkim słońcem, które ogrzewało jej buzię i sprawiało, że miała jeszcze więcej piegów niż zazwyczaj. Jej dobry humor spotęgowała rozmowa z Mary, którą odbyła chwilę wcześniej. Dziewczyna maszerowała z uśmiechem przed siebie, nucąc piosenki i wdychając cudowny zapach igliwia. Kochała tu być.

Weszła do domku i położyła odzienie na sofie. Nie wyjęła jednak słuchawek z uszu, nadal nuciła sobie pod nosem. Skierowała się do tajemniczych drzwi. Od niechcenia nacisnęła klamkę, a drzwi ku jej zaskoczeniu otworzyły się na oścież. To, co tam zobaczyła, było nie do opisania. Krew. Wszędzie krew. Na podłodze leżały tasaki i siekiery. Nagle światło w pokoju zapaliło się i Alice ujrzała siedzącego w kącie pokoju mężczyznę.

— Czekałem na ciebie, Alice Carter — powiedział z uśmiechem.

Dziewczyna zaczęła uciekać, lecz zdołała dobiec tylko do lasu. I właśnie w miejscu, które tak bardzo kochała, straciła życie.

Jakiś czas później w gazecie można było przeczytać kolejną informację o zaginięciu: „Alice Carter, lat 16, zaginęła między 27.10 a 30.10, 2016 r. Jest średniego wzrostu. Włosy koloru ciemnego brązu, falowane. Brak znaków szczególnych. Opuściła dom w granatowym płaszczu, pomarańczowym szalu, ciemnych spodniach i trampkach. Jeśli ktoś ją widział lub wie coś na temat jej pobytu, prosimy dzwonić pod numer: +44 734 621 998 lub zgłosić się na policję w celu złożenia zeznań.” Po upływie dwóch tygodni dziewczynę znaleziono martwą w tajemniczym domku w lesie. Jej ojciec — Jack Carter — brał aktywny udział w odnalezieniu sprawcy, gdyż zrozumiał, że to jego wina. Poszukiwania przyniosły pozytywne skutki. Morderca został skazany na dożywocie w więzieniu. Od tego czasu pan Carter inaczej traktował ludzi. Przestał pić. Aberlour oraz serce ojca Alice odzyskały spokój.

Hania Zalewska

…Spełnienia

— Trzy do zera! — usłyszał Alex, kiedy jego drużyna strzeliła kolejnego gola. Ich radość przerwał głośny dzwonek na lekcję. Wchodząc do szkoły, Alex zatrzymał się na chwilę, aby porozmawiać z Bertem. Masz zadania na matematykę? — spytał dyskretnie Berta.

— Nie dam ci niczego spisywać, frajerze — odpowiedział stanowczo Bert, po czym dołączył do swoich kolegów.

Alex ewidentnie nie był zachwycony tym faktem, ale zdążył już do tego przywyknąć. Odkąd jego rodzina popadła w długi, a matka straciła pracę, Alex się zmienił, przez co stracił najlepszych przyjaciół.

— Spóźnienie! — powiedziała chłopakowi pani Smith, patrząc na niego z pogardą — Już drugi raz dzisiaj. Nie chcesz chyba, żebym kazała ci przyjść z rodzicami, prawda?

Zdenerwowany Alex usiadł w ostatniej wolnej ławce tuż przed nauczycielem. Pani Smith rozpoczęła swój wykład o słowotwórstwie.

— Oddaję — szepnął Rick rzucając w Alexa papierkiem — Następnym razem uważaj, z kim się zadajesz, bo pożałujesz, pustaku.

— Turlaj dropsa, Rick! — odpowiedział Alex bez wahania.

Pani Smith najwyraźniej to usłyszała, gdyż przerywając swoje zdanie, zwróciła się ku Alexowi i zabrała mu dzienniczek, aby wpisać kolejną F.

rys. Agata Bartczak

— Jutro masz przyjść po lekcjach z ojcem — odpowiedziała oddając dzienniczek.

— Tak, oczywiście — odpowiedział zniesmaczony Alex, przypominając sobie, że jego ojciec jak i jego starszy brat popełnili samobójstwo jedenaście lat temu. Nic nie poprawiłoby mu teraz humoru oprócz tego, co ujrzał, patrząc przez okno. Jego uwagę przykuła niska dziewczyna z fioletową torebką stojąca pod płotem. Była piękna. Chłopak nie mógł oderwać od niej wzroku. Dziwnie się poczuł, bo pierwszy raz w życiu się w kimś zakochał.

rys. Agata Bartczak

Nagle zadzwonił dzwonek. Wszyscy gwałtownie wybiegli z ławek i udali się w stronę drzwi wyjściowych. Alex pragnął czym prędzej pójść do nieznajomej. Udałoby mu się to, gdyby nie zatrzymała go pani Smith.

Po pięciu minutach rozmowy z nauczycielką Alex zestresowany wybiegł ze szkoły i udał się w stronę nieznajomej. Zdyszany podbiegł pod płot i ujrzał, że dziewczyny już tam nie ma. Rozejrzał się wkoło. Zdenerwował się i udał się na teren szkoły.

Minęło kilka lekcji, ale Alex w tym czasie rozmyślał tylko nad tym, jak mógłby znaleźć tę dziewczynę. Po ostatnim dzwonku wyjechał rowerem ze szkoły i wrócił do domu, aby opowiedzieć mamie o pięknej nieznajomej.

— A, no i miała też małą fioletową torebkę — skończył opowiadać mamie chłopak ze łzami w oczach.

Gdy to usłyszała, zaniemówiła. Z wielkim zdziwieniem spojrzała na syna i pobiegła do piwnicy. Minęło parę chwil zanim wróciła z albumem fotograficznym.

— Co jest? — zapytał Alex — Czego szukasz w tym albumie?

Mama się nie odzywała. Znalazła fotografię, którą pokazała chłopakowi.

— Spójrz na nią — powiedziała mama — Poznajesz twarz tej dziewczyny?

— Tak, to ona! — odpowiedział Alex — To dziewczyna, którą widziałem dzisiaj przed szkołą.

— Wiesz, kim ona jest? — spytała mama — To twoja kuzynka, Mary.

Alex zdziwił się jeszcze bardziej.

— Problem w tym, że Mary…

— Czekaj. To ona jest moją kuzynką? — przerwał — Super, może w końcu ją poznam!

— Mary nie żyje od ponad dwóch lat — powiedziała niechętnie — Od czasu jak odeszła, regularnie objawia się komuś z rodziny…

Alexa zamurowało. Postanowił resztę dnia spędzić u siebie.

Igor Siekierka

...Ukochanej

W słoneczny, sobotni poranek w paryskim domu, mieszczącym się na obrzeżach miasta, szesnastoletni Oscar, syn Arieli i Ignacego Strawickich, siedział w swoim pokoju pisząc ze swoją dziewczyną, Zuzą. Umawiali się oni na spotkanie w parku. Musicie bowiem wiedzieć, że Oscar pomimo tego, że urodził się we Francji, to jego matka miała polskie korzenie, a ojciec był rodowitym Polakiem, który wyemigrował z kraju, by po śmierci ojca zamieszkać wraz z wujkiem i kuzynem. Rodzice zadbali także, aby nasz bohater nauczył się mówić to polsku. Dzięki znajomości języka polskiego udało mu się poznać jego przyszłą, o dwa lata starszą dziewczynę, Zuzannę Lendę, której rodzicie wyjechali z Polski w celu znalezienia dobrze płatnej pracy. Zuza i Oscar szybko się polubili i w przeciągu trzech miesięcy zostali parą.

Zuza chciała spotkać się ze swoim chłopakiem dzisiaj o szesnastej w okolicznym parku. Oscar bez większych przeszkód się zgodził. W międzyczasie pomógł mamie posprzątać dom, odkurzając salon, myjąc okna czy zamiatając przedpokój. Zjadł również obiad i odrobił zadanie domowe z matematyki, które zadała mu jego niezbyt lubiana nauczycielka. Gdy wybiła godzina piętnasta trzydzieści, młodzieniec wyszedł z domu. Po drodze do parku kupił u miejscowego piekarza drożdżówkę, którą skończył jeść dopiero w metrze. Po trzydziestu minutach nasz bohater dotarł na miejsce, gdzie na ławce czekała już Zuzanna, ubrana w czarną, skórzaną kurtkę oraz w czarne, obcisłe spodnie. Nie wyglądała ona na zbyt szczęśliwą. Tradycyjnie przywitanie zaczęło się od przytulenia się i pocałowania. Jako pierwsza odezwała się Zuza, wyjątkowo cichym i smutnym głosem:

— Jak dobrze cię znowu widzieć, kochany.

— Ja też się za tobą stęskniłem, Misiu, przez te dwa tygodnie — odpowiedział Oscar — Jak tam w Warszawie? Co tam u twojej rodziny?

— Niedługo moja ciocia będzie brała ślub — odparła dziewczyna — Niestety, na lotnisku dostaliśmy informację od rodziny, że moja chora na raka płuc babcia zmarła trzy godziny po naszym wyjściu ze szpitala.

— Bardzo mi przykro, nawet nie wiesz, jak ci współczuję — rzekł chłopak, przytulając zasmuconą dziewczynę — Kiedy odbywa się pogrzeb?

— Za cztery dni — odpowiedziała.

— Lecisz na pochowanie babci?

— Tak, była mi bardzo bliska. A co przez ten czas się działo u ciebie, jak mnie nie było?

— Nic konkretnego. Tak jak co dzień: szkoła, dom, komputer i sen. A tak właściwie dlaczego chciałaś się ze mną spotkać? — zapytał.

— Bo widzisz, Oscarze… ja lecę do Polski… na stałe. — odpowiedziała ze smutkiem.

— Jak to? Przecież twoi rodzice tutaj pracują, wynajmujecie tu mieszkanie, tutaj się uczysz. Przecież jak wyjedziesz z Paryża, to żadnej z tych rzeczy nie będzie!

— Wyjeżdżam, ponieważ kupiliśmy dom w Poznaniu. Moi rodzice też już znaleźli pracę, poza tym mamy jeszcze dużo oszczędności. A ja od kolejnego roku zaczynam chodzić do nowej szkoły. Nie chciałam ci tego mówić, bo wiem, jakbyś to przeżywał. Właśnie dlatego chciałam się z tobą spotkać. Żeby cię pożegnać, bo cię kocham i nie wiem, jak bym się czuła, gdybym odeszła bez słowa.

Oscar po tym co usłyszał, nie mógł się otrząsnąć. Po minucie ciszy zapytał:

— Czyli mnie zostawiasz?

— Co? Nie! Przecież będziemy utrzymywać kontakt przez internet — odpowiedziała zdziwiona tym pytaniem Zuza.

— Przez internet? To przecież nie ma sensu. I dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej, że odchodzisz? Mógłbym przynajmniej się do tego stopniowo przyzwyczajać, a tak zraniłaś mnie jeszcze bardziej. Jak mogłaś mi coś takiego zrobić? Osobie, która kocha cię najbardziej na świecie. Nie widzę sensu dalszego prowadzenia tej rozmowy. Idź i nigdy więcej do mnie nie pisz. — mówiąc to chłopak wstał z ławki i poszedł w kierunku metra, zostawiając Zuzannę samą.

Podczas drogi do domu Oscar nie mógł przestać myśleć o dziewczynie. Nie rozumiał całej tej sytuacji i czuł się zdradzony przez ukochaną. Bardzo bolało go to, że Zuza nie powiedziała mu tego wcześniej, narażając tym samym go na wielki szok. Młodzieniec czuł się wewnętrznie strzaskany i nie widział dalszego sensu życia. Gdy Oscar wyszedł z metra, powitały go ciemne chmury, które przez piętnaście minut zdołały pokryć cały Paryż. Skierował się w stronę domu, a tam czekała go kolejna niemiła niespodzianka.

Gdy chłopak wszedł do mieszkania, poczuł zapach alkoholu, a jego oczom ukazał się przerażający widok. Na kuchennym stole stały opróżnione flaszki wódki, a w kącie pomieszczenia leżała pijana matka. Oscar szybko podbiegł do niej, pytając się co się stało. Ta odpowiedziała tylko, że ojciec stracił pracę, a następnie poszła do swojej sypialni i zasnęła. Była to tragiczna sytuacja, ponieważ ojciec był jedyną osobą, która utrzymywała rodzinę, bo matka posiadała jedynie podstawowe wykształcenie. Chłopak, chcąc zapomnieć o wszystkich otaczających go problemach, wyjął z szuflady paczkę tabletek nasennych, wziął cztery sztuki i poszedł do swojego pokoju, gdzie zapadł w naprawdę głęboki sen. Obudził się dopiero o dwudziestej drugiej słysząc jakieś krzyki. W pośpiechu wyszedł z pokoju, a w salonie zobaczył pijanego ojca, który bił jego również pijaną matkę. Oscar odsunął rodzica od mamy i próbował przemówić do niego, by się uspokoił, lecz ten tylko odepchnął syna i uderzył go z całej sił w twarz. Podbił mu oko. Zdenerwowany chłopak, wiedząc, że nie da rady dotrzeć do swojego ojca ani słowami, ani siłą, postanowił zadzwonić na policję. Niestety, nigdzie nie mógł znaleźć telefonu, a krzyki bitej matki coraz bardziej pogłębiały Oscara w rozpaczy. Gdy zobaczył, że jego tata zmierza w jego stronę, by rozprawić się także z nim, chłopak szybko pobiegł na balkon i z wysokości trzech metrów skoczył na trawnik. Lekko poobijany, w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem zaczął uciekać przed siebie. Życie nie oszczędziło go i tym razem, gdyż z ciemnych niczym asfalt chmur zaczął padać grad, a na niebie pojawiły się błyskawice. Oscar nie myślał o niczym innym, tylko by uciec… Uciec jak najdalej od wszystkich trosk, które niczym jeden cios uderzyły w niego w ten dzień. Po piętnastu minutach wyczerpującego biegu schował się pod miejscowym mostem. Nie czuł zimna, chociaż trząsł się z nadmiaru emocji i biegu. Powoli docierało do niego to, co się stało. Rozejrzał się wokół. Uliczne lampy rozświetlały mrok pod filarami. Znalazł jakieś porzucone legowisko kloszarda. Próbował się na nim jakoś umościć. Jednakże mokry i przemarznięty nie zasnął, a jego głowę przez resztę nocy wypełniały myśli o samobójstwie.

rys. Mikołaj Kuszyński

Następnego dnia rano Oscar postanowił pójść do swojego najlepszego przyjaciela Lucasa i opowiedzieć mu o wszystkim, co się stało. Dość dużym problemem naszego głównego bohatera było to, że uciekał z domu tak, jak stał. Nie miał ani telefonu, ani laptopa, ani nawet rzeczy na przebranie. Wyglądał okropnie! Był cały przemoknięty i brudny, na jego rękach oraz nogach można było zobaczyć parę siniaków, a jego prawe oko było podbite. Po około godzinie doszedł do domu kolegi i zadzwonił w dzwonek. Otworzyła mu matka Lucasa:

— Oscar czy to ty? Jak ty wyglądasz? Co się stało? Wejdź, chłopcze — mówiąc to złapała rękę nastolatka — Twoje dłonie są zimne jak lód. Będziesz nam musiał wszystko opowiedzieć.

Następnie zrobiła mu gorącą kąpiel, przyszykowała czyste ubranie i przygotowała ciepłą zupę. Po umyciu się naszego głównego bohatera Lukas, Oscar i Sabina (bo tak miała na imię matka przyjaciela naszego bohatera) usiedli przy stole. Wtedy opowiedział wszystkim całą wczorajszą historię. Sabina słysząc, jaki los spotkał chłopca, zaproponowała, by zamieszkał on z nimi na dwa miesiące. Kobieta z wielką chęcią ugościłaby młodzieńca na dłużej, ale niestety jej stan finansowy nie był zbyt dobry, gdyż sama musiała utrzymywać siebie i swojego syna od śmierci męża. Po godzinnej rozmowie nastolatkowie poszli do pokoju Lucasa. W tym samym czasie Sabina zadzwoniła na policję w celu poinformowania funkcjonariuszy o tym, co zaszło wczorajszego wieczora. Na szczęście organy władzy już o wszystkim wiedziały i przekazały informacje tymczasowej opiekunce bohatera, że jego ojciec siedzi teraz w areszcie, a matka znajduje się na oddziale intensywnej terapii. Powiedziała to wszystko Oscarowi, któremu ulżyło na wieść, że rodzicielka żyje. Lecz pomimo tego, że młodzieniec znalazł sobie dach nad głową i bezpieczny kąt, nie oznaczało to braku dalszych problemów.

Minęły dwa miesiące. Cała sytuacja mocno odbiła się na psychice chłopaka, przez co jego oceny w szkole poleciały drastycznie w dół. Przez ten czas jego średnia z większości przedmiotów z 4,80 zmieniła się na 2,75. Powoli zaczynał palić papierosy. Popadł też w depresję. Wkrótce miał opuścić dom przyjaciela i udać się do rodziny zastępczej przydzielonej przez sąd. I właśnie tego poniedziałkowego wieczoru napisała do niego osoba, po której najmniej by się tego spodziewał, i która była jedyną osobą, którą jeszcze kochał, a mianowicie Zuzanna. Chciała się spotkać z Oscarem w czwartek wieczorem, w okolicznej kawiarni „Café et thé”. Pomimo początkowej niechęci chłopak się zgodził. Nadeszła chwila spotkania. Wiedział, że to nie będzie łatwa rozmowa, ale nie mógł już dłużej wytrzymać bez swojej byłej drugiej połówki. Po wejściu do kawiarni nie ujrzał on swojej znajomej. Postanowił więc na nią poczekać, kupił sobie gorącą czekoladę z mlekiem i orzechami, po czym usiadł w przy stoliku mieszczącym się obok okna.

Po około dziesięciu minutach do pomieszczenia weszła Zuzanna. Zdjęła płaszcz i dosiadła się do stolika.

— Nie zmieniłeś się zbytnio — powiedziała, początkując tym samym rozmowę.

— Tak ci się tylko wydaje — odparł ponuro Oscar. — Czego chcesz?

— Chciałam się z tobą spotkać, porozmawiać i pożegnać się, ten ostatni raz. Dzisiaj oddaliśmy klucze do mieszkania nowej właścicielce, a jutro rano wyjeżdżamy. Co się działo u ciebie pod moją nieobecność?

— Po co ci to wiedzieć? Zostawiłaś mnie, nie uprzedzając mnie wcześniej. Dlaczego w ogóle chcesz ze mną rozmawiać? — zapytał poirytowany chłopak.

Po tym pytaniu Zuza spoważniała. Poprawiła włosy i przybliżyła się do rozmówcy.

— Zrobiłam to, ponieważ nadal cię kocham. Słyszałam od Lucasa o wszystkim, co przeżyłeś. Uwierz mi, ja też cierpiałam rozłąkę z tobą przez te dwa miesiące, bo jesteś miłością mojego życia, z którą przeżyłam wiele pięknych chwil. Wiem, że w rodzinie zastępczej nie będzie ci dobrze, a ty pogrążysz się w jeszcze większej depresji. Ja i moja rodzina chcemy ci pomóc. Wyjedź z nami. Rozmawiałam już z rodzicami i powiedzieli, że jak najbardziej będą mogli cię utrzymywać. Razem będziemy szczęśliwi, bo dla mnie dom jest tam, gdzie jesteś ty.

Po tych słowach Oscar się rozpłakał. Roztkliwienie i wielka radość wypełniły jego serce. Płakał ze szczęścia. Para wszystko sobie wybaczyła i uzgodniła, że młodzieniec wymknie się z domu w nocy i przyjdzie do hotelu Zuzanny, a rano razem z jej rodzicami wyjadą do Polski. Całą resztę wieczoru młodzi spędzili razem.

Tak jak para zaplanowała, tak też się stało. Oscar uzgodnił z Lucasem, że następnego dnia, wieczorem, przyjaciel wszystko powie swojej mamie, a ona wyjaśni wszystko organom administracyjnymi. Nocą nasz bohater się wymknął i rano razem z rodziną ukochanej wyjechał do Polski. Tam przestał palić, poznał nowych przyjaciół i zaczął uczęszczać do nowej szkoły, gdzie zdobywał bardzo dobre oceny. Rodzina państwa Lendów w pełni go zaakceptowała i stała się jego drugim domem. Zuzanna i Oscar zostali sobie wierni aż do śmierci. A wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie Zuzanna i jej miłość, która stworzyła dom dla osoby, którą kocha.

Mikołaj Jędrzejczak

…Wojny

Ludzka chciwość… przyczyna tak wielu wojen, tak wielu morderstw, tak wielu konfliktów. Pożądanie czegoś, co nie jest nasze, towarzyszyło ludziom od zawsze. Chciwość to plaga, która zbiera żniwo, zawsze niezależnie od pory dnia, godziny czy wieku. Czy posiadanie czegoś nie naszego, cudzego, ukradzionego, może dać nam szczęście? A ludzie chciwi? Oni niszczą przez swą żądzę nie tylko samych siebie, ale często także innych. Czasami nie dostrzegają nawet jak bardzo…

W pewnej części nieokreślonej krainy, w królestwie zwanym Zalią zmarł król. Był nim Herald V Mądry. Znany był z posiadania ogromnej wiedzy, która przełożyła się na sprawną administrację państwa, gospodarkę oraz wojsko. Jego pokojowe podejście do różnorakich konfliktów było znane w całej krainie. Lecz po nagłej, niewiadomej śmierci władcy, koronę odziedziczył jego syn Merod. Nikt nie wiedział jeszcze, że w przyszłości przez pychę i chciwość tego mającego 23 lat młodzieńca okoliczne tereny Zalii zamienią się w istne morze łez i krwi…

Nadszedł dzień koronacji nowego króla. Przed królewskim pałacem zgromadziły się setki osób, czekających na przemówienie nowego monarchy, jak przystało na tradycję. Lecz zanim usłyszycie mowę nowego władcy, musicie poznać trochę historii. Otóż za panowania dziadka Meroda, Andila II wywiązała się wojna pomiędzy królestwem ludzi a mrocznymi elfami. Przed tą wojną orkowie, (czyli jeszcze inna rasa) byli wykorzystywani przez ludzi jako niewolnicy. Ciężko pracowali w kopalniach, na polach czy na budowach. Gdy mroczne elfy znienacka zaatakowały Zalię, ludzie z wielkim zapałem do walki stanęli w obronie swoich ziem. Niestety z tygodnia na tydzień przegrywali. Gdy straty w żołnierzach osiągnęły zawrotną liczbę 30 tysięcy, a połowa kraju była już okupowana, król Andil postanowił podjąć bardzo desperacką decyzję. Zaproponował orkom, którzy byli coraz bardziej skorzy do buntu pewną umowę. Powiedział, że jeżeli będą walczyć ramię w ramię z ludźmi podczas tej wojny, to odda im połowę królestw, pod warunkiem że uda im się przezwyciężyć najeźdźców. Siła orków tkwiła w ich zdolnościach bojowych i liczebności. W przeciągu kilku miesięcy udało im się odbić kraj i pokonać wroga. Po tej wojnie mroczne elfy uciekły do swojej podziemnej krainy i słuch o nich zaginął. Władca ludzi dotrzymał umowy a byli niewolnicy otrzymali południową część królestwa.

Gdy minęła godzina czekania na młodego króla, mieszczanie zamierzali powracać do swoich domów. Lecz w ostatniej chwili na balkonie pojawił się on. Młody, przystojny młodzieniec ze srebrnymi włosami i wysoką posturą, odziany w drogie, złote szaty. Na jego głowie widać było piękną, ozdobioną w przeróżne kamienie szlachetne koronę. Z tyłu zaś stali dwaj najlepsi doradcy króla czyli teolog Ludwig oraz mąż stanu Hadrian. Nagle wybrzmiał głos nowo koronowanego monarchy:

— Drodzy poddani, bardzo się cieszę, że was tu widzę. Wasze przybycie tutaj świadczy o tym, że ufacie mi i chcecie się zapoznać z moimi poglądami. Na początku chciałbym was zapewnić, że będę starał się sprostać wszelkim waszym oczekiwaniom. Będę starał się być najlepszym królem, jakim tylko mogę sobie wyobrazić. Pewnie myślicie, że będę wam mówił o moich poglądach, o mojej historii, o moim ojcu czy o innych pobocznych sprawach. Jeżeli tak, to jesteście w błędzie. Dzisiaj chciałbym wam przekazać tylko jedną rzecz, a są nią Południowe Obszary naszego byłego królestwa. Te same, na których gnieżdżą się te podłe demony, zwane orkami. Otóż według mnie te teren należą się nam. Prawowitym mieszkańcom owych ziem. Tam kiedyś mieszkali wasi i moi przodkowie, tam wychowywali się zdolni ludzie naszej historii, tam był nasz dom! I powtórzę jeszcze raz, że on nam się należy! A moją wolą jest to, aby wypędzić z tamtą orków, którzy splugawili naszą świętą ziemię. Odzyskamy to, co nam zabrano i sprawimy, że zjednoczymy nasze ziemie, że zjednoczymy historie, że zjednoczymy nasz dom.

Po tych słowach tłum zawiwatował głośno i pokłonił się nowemu królowi. Lecz doradcy nie byli już tacy zachwyceni. Wiedzieli, jak wielkie konsekwencje mogą wyniknąć z takiego konfliktu. Lecz nawet ich wybitne umysły nie przewidziały, że straty będą tak ogromne…

Po pierwszym tygodniu panowania Meroda wojska ludzi uderzyły na państwo orków. Orkowie byli zszokowani zaistniałą sytuacją, nie wiedzieli, dlaczego zostali zaatakowani. Pierwsze wioski padały pod naporem atakujących jak do domki z kart. Mityczne stworzenia nie były przygotowane do wojny oraz znacznie odstawały technologicznie. Lecz historia lubi się powtarzać i pokazała, że orkowie nadal są mistrzami w wojaczce. Zawierucha wojenna nadal trwała i pochłaniała coraz to większe koszty z obu stron. Merod chcąc za wszelką cenę wygrać tę wojnę, zaczął coraz gorzej traktować poddanych. Wprowadził ogromne podatki, wcielał obywateli siłą do wojska i przywłaszczał sobie majątki bogatszych ludzi, by opłacić kampanię wojenną. Poddani zaczęli masowo głodować, chorować i zostawać bez dachu nad głową. Lecz to wszystko było niczym w porównaniu do tego, co działo się na terytorium orków. Tam gdzie przeszli ludzie, nie zostawało nic prócz gruzów. A tam gdzie ludzie nie doszli, było równie źle. W większych miastach można było zobaczyć wychudzone kobiety i dzieci, gnijące ciała na ulicach, rozprzestrzeniała się epidemia, a nawet dochodziło do aktów kanibalizmu, które były popełniane przez mieszkańców, by nie umrzeć z głodu. W miastach był brak jakiegokolwiek pożywienia czy czystej wody, na którą mogła sobie pozwolić tylko elita. Reszta czerpała z kałuż. Przez niewyobrażalnie szybkie rozprzestrzenianie się choroby znachorzy i kapłani nie mogli nadążyć z leczeniem chorych, toteż martwe, zakażone ciała były zjadane przez zwierzęta, przez co choroby rozprzestrzeniały się dalej. Państwo orków przestało być państwem, a jedynie rozproszonymi miastami-państwami posiadającego wspólnego władcę. W obu krajach zaczęła szerzyć się anarchia. Mimo wszystko ludzie posuwali się coraz bardziej w głąb terytorium orków, aż do momentu gdy dotarli oni do podnóża góry Ilad’Kor, na której umieszczona był stolica tych przedziwnych stworzeń.

W czasie gdy Merod wyruszył z główną armią na stolicę wroga, w królestwie coraz więcej miast i możnowładców zastanawiało się nad słusznością idei swojego władcy. Postanowiono zorganizować powstanie, którego przywódcą został były doradca króla Ludwig. Prawie wszyscy mieszkańcy państwa widząc w Ludwigu ostatnią nadzieję na poprawę swojego życia, przyłączyli się do buntu. Nie mieli z kim walczyć, gdyż pozostawione w miastach resztki wojsk przyłączyły się do buntowników, widząc w tym lepszy interes. Nasz teolog postanowił napisać list do przywódcy orków o zaistniałej sytuacji w królestwie ludzi i wysłaniu pomocy w celu pokonania szalonego króla. Następnego dnia wszyscy, którzy mieli wystarczająco dużo sił, przyodziali zbroje, wzięli miecze i prowiant, i ruszyli z odsieczą dla jeszcze nie tak dawno ich byłych wrogów.

Gdy po czterech dniach dotarli na miejsce, zobaczyli toczącą się ogromną bitwę u podnóża góry Ilad’Kor. Ostatni bastion orków wyszedł z miasta i walczył o swoją wolność. Buntownicy zaatakowali amię monarchy od tyłu, co dało przegrywającym orkom czas na wykazanie większej inicjatywy a tym samym uzyskanie przewagi. Merdon i jego żołnierze znaleźli się w potrzasku. Bitwę zwieńczył strzał z kuszy Ludwiga wprost w krtań szalonego władcy.

Batalia zakończyła się zwycięstwem połączonych sił rebeliantów i orków. Lecz nie świętowali, gdyż skutki tej bitwy oraz całej wojny były przerażające. Śmierć poniosło setki tysięcy wojowników i miliony zwykłych osób z powodu głodu, pragnienia czy chorób. Gospodarka obu krajów została zrujnowana, a tereny, gdzie dawniej mieściły się miasta, wioski, domy czy lasy teraz zajmowała wypalona gleba. Od tamtego momentu ludzie i orkowie wiedzieli, że wojna nie prowadzi do niczego prócz śmierci. Dlatego wraz z innymi rasami tej krainy podpisano traktat o nieagresji, by nigdy więcej nie doszło do takiej rzezi jak podczas tej wojny. Ludzie zobowiązali się również do zrekompensowania chociaż części strat, jaką ponieśli zaatakowani. Po między tymi rasami zapanował wieczny pokój. Za dowodzenie w trakcie rewolucji zaoferowano Ludwigowi królewski tron. Czy przyjął tę ofertę? Tego niestety nie wiem. Wiem jednak jedno. Nie zawsze to co uważamy za słuszne i za nasze, jest takie za jakie to postrzegamy.

Mikołaj Jędrzejczak

rys. Hania Zalewska

…Kol Marken

W nieistniejącej już od wielu miliardów lat Krainie Sancubus Nigra na północy znajdowało się morze Fulgur. Natomiast w południowej części tego świata pięły się góry Arx Mons. Główny bohater o imieniu Greus mieszkał na zachodzie w jedynym zamku w całej krainie, którą zaludniała rasa Ginderborgów. Były to stworzenia mniejsze od ludzi. Na głowie miały spiczaste rogi a ich plecy pokrywały duże grube łuski, których nie mogła przebić żadna strzała. Odznaczały się dużą walecznością i uwielbiały przygody. Greus wraz z dwójką przyjaciół, Mantres i Kipreds, chcieli się wybrać do lasu Marken, w którym według powieści starców przebywał Carniks. Mieszkał on w Kol Marken, co w języku Ginderborgów oznaczało północ, a południe nazywano Kal. Jego skórę pokrywała szaro-czarna sierść. Poruszał się na czterech krótkich łapach, a w swoich przeciwników pluł trującym jadem, który zatruwał oszołamiał. Wielkość tego stwora wynosiła około pięciu metrów. Pilnował on świetlistego miecza, który był w stanie przebić pancerz najstarszego Ginderborga. Przyjaciele wyruszając w długą podróż nie musieli zabierać prowiantu, ponieważ żywili się roślinnością, taką jak Czarny Bez, a ten w krainie rósł wszędzie. Wzięli ze sobą miecze, tarcze, łuki i eliksiry. Rasa Ginderborg umiała mistrzowsko strzelać z łuku i tworzyć najróżniejsze mikstury na odporność przed ogniem czy zatruciem. Przez pierwsze cztery dni ich podróż była łatwa, nie napotkali żadnych przeszkód. Podczas piątego dnia zauważyli starca, który tak naprawdę miał ich zwieść na złą drogę. W ciemne strony gór Arx Mons, zamieszkiwane przez Hertesumy, które miały one skrzydła pododne do orlich, lecz poruszały się na nogach i miały krótki dziób. Naiwni bohaterowie tej wyprawy dali się zwieść na złą drogę, staruszek poradził im by poszli prawą sicieżką, a nie lewą Greus i jego przyjaciele byli zdziwieni poradą starzuszka bo według map zawsze chodzi się scieżką po lewej stronie. Jednak oni ufali satruszkowi i dali się oszukać. Planowali, że przejście przez góry potrwa około 3 dni, i tyle zapasów czarnego bzu zabrali. Niestety nie przewidzieli, że będą musieli zmierzyć się z trudnościami. Pierwszy dzień spędzili na stromej wspinaczce po linach, na których umocowali kotwice, dzięki temu zaczepili linę i mogli się po niej wspinać. Wszystko się zmieniło w nocy, kiedy znurzeni trudną wspinaczką położyli się spać. Ich wypoczynek nie trwał długo. Najpierw usłyszeli szum a potem zobaczyli przerażający widok. Nad ich głowami latała chmara Herpsum.

rys. Mikołaj Kuszyński

Zerwali się do walki. Szybko chwycili za łuki i zaczęli strzelać. Herpsumy upadały na ziemię jeden po drugim, mimo to ich liczebność była przytłaczająca i zaczęły swoimi szponami przecinać skórę Ginderborgów. Greus i kumple zaczęli uciekać pochyleni, co spowalniało ich ucieczkę, lecz dzięki temu byli chronieni przed szponami twardym pancerzem na grzbiecie. Górzysty teren nie ułatwiał odwrotu. Podczas ciemności nie zauważyli skarpy. Spadli z niej. Chwilę trwało zbieranie się z ziemi. Lecz ptaki nadal nie dawały za wygraną. Nadlatywały ze wszystkich stron. Wędrowcy poobijani nieco zwinęli się w kulkę, dzięki temu zasłonili się pancerzem, który po raz kolejny ochronił ich od ataków. Lecz nie wszystko poszło zgodnie z planem, ponieważ najmniejszy Kipreds był na tyle lekki, że Herpsumy zdołały go podnieść. Były to stworzenia mądre, więc nie zabrały go do gniazda, lecz zrzuciły z wysokości wielu metrów. Kipreds przeżył. Chociaż był cały połamany, poraniony i krwawił. Wtedy Mantres, który fascynował się potworami, przypomniał sobie, że Herpsty panicznie boją się ognia skrzesał iskrę z krzemienia i podpalił suchy patyk. Wszystkie Herpstumy uciekły w popłochu, a Greus wziął się za opatrywanie przyjaciela. Panowala cisza. Mrok nocy rozświetlało nikłe światło maleńkiego ogniska. Kipredes przestał jęczeć. Greus pochylił się nad nim mocniej, lecz ten już nie oddychał. Nie żył. Przyjaciele pogrążyli się w rozpaczy, lecz się nie poddawali. Po oddaniu czci ciału i spaleniu go, wyruszyli w dalszą wspinaczkę. Teraz byli pogrążeni w smutku i jedynie o czym myśleli, to zemście na tych okrutnych bestiach. Po uciążliwej tułaczce przez kolejny tydzień dotarli do rzeki, która dzieliła ich od lasu. Rzeka Abanis była miejscem, w którym nie jedno stworzenie się utopiło przez porywający nurt. Nie mogli przez nią przepłynąć, więc znaleźli miejsce, w którym drzewo rosło bardzo blisko i dzięki temu gałęzie znajdowały się nad rzeką. Zawiesili linę i przedostali się na drugą stronę. Znaleźli się w najciemniejszym i najniebezpieczniejszym lesie w całej krainie. Nie mogli określić dnia ani nocy, jednak wiedzieli, że odpoczynek i spanie nie jest dobrym pomysłem, bo czekała ich śmierć. Poruszali się po jedynej ścieżce, która prowadziła do króla lasu, czyli jak wspominałem, do Carniksa. Musieli być czujni, aby nie zostać zaatakowanym znienacka. Przypomnieli sobie o jadzie Carniksa i chcieli zażyć mikstury, lecz po dokładnym przeszukaniu plecaków znaleźli tylko jedną fiolkę ze specyfikiem, który uodparniał ich od trucizny. Przypomnieli sobie, że Kipreds, który zajmował się zielarstwem, nosił wszystkie mikstury. Po dłuższym zastanowieniu ustalili, że ten, kto zostanie zatruty, wypije ją. Szli cicho ścieżką. Rozglądali się na boki, chociaż w panującej ciemności trudno było coś zobaczyć. Uszy łowiły każdy szelest i dźwięk. Napięcie rosło. Po drodze leżały kości różnych zwierząt. Im bardziej się zbliżali do celu, tym scieżka się zwężała, a z drzew przyglądały im się świecące szarym blaskiem oczy, które ciągle obserwowały bohaterów. W pewnym momencie znaleźli się na łące, a mimo że dookoła nie rosły drzewa, nadal było ciemno. Nagle ziemia zaczęła się trząść. Przed ich oczami pojawił się stwór podobny do szura tak jak opowiadano w legendach. Zaczął pluć jadem we wszystkie strony. Przybysze wzięli do rąk tarcze i się skulili. Dawały one ochronę przed jadem. Greus wyciągnął strzałę z kołczany, założył na cięciwę łuku i wystrzelił ją w głowę. W tym samym czasie Mantres podniósł miecz i wbił go w brzuch dużego szczura. Carniks głośno zaryczał i przewrócił się na ziemie. Greus i Mantres ciszyli się zwycięstwem, gdy nagle szczur powstał i wypluł strumień trucizny wraz z krwią. Jak się okazało Mantres przebił jego gruczoł jadowy. Szybko chwycili za łuki i wbili strzały prosto w jego bok. Greus chwycił miecz, wdrapał się na grzbiet bestii. W tym samym czasie Mantres odwrócił uwagę potwora. Greus wbił miecz w serce. Bestia wykrwawiła się, lecz nie zmieniało to dramatycznej sytuacj. Zaczęli się kłócić, kto ma wypić miksturę. A czasu było co raz mniej i musieli wybrać. Greus chciał, żeby Mantres wypił miksturę, lecz on chciał na odwrót i w końcu Greus wypił ją.Czuł, jak jej ciepło rozlewa się po komórkach jego ciała. I widział cierpienie swojego przyjaciela i wybawcy. Klęknął przy nim i szepcząc słowa o przyjaźni, głaskał umierającego po włosach. Łzy płynęły mu z oczu a gardło ściskał spazm płaczu. Mantres umarł. Stracił kolejnego przyjaciela. Rozpacz i żal owładnęły jego duszą. Zastanawiał się czy nie popełnić samobójstwa. W końcu pozbierał się, otarł łzy. Po oddaniu czci zmarłemu przyjacielowi spalił ciało. Potem skierował się do lochu bestii i znalazł miecz, który wziął ze sobą. Czując żałobę w sercu wrócił tą samą drogą. Po powrocie opowiedział wszystkim o przygodzie i wrzucił miecz do morza Fulgur. Jego chęć odzyskania skarbu spowodowała śmierć przyjaciół. Pogrążył się w wieloletniej żałobie. Obiecał sobie, że żaden przedmiot materialny nie będzie stawiał wyżyj od przyjaciół. I była to jego ostatnia przygoda.

Mikołaj Kuszyński

…Celu

Miasto, w którym urodził się Marek nosiło nazwę „Środa”. Populacja Środy wynosiła około 10 tysięcy mieszkańców. Miasto to słynne było jednak ze sportu. Klub, który nosił nazwę „LKS Środa”, odnosił wiele sukcesów wojewódzkich oraz ogólnopolskich w różnych dyscyplinach sportu. Największe sukcesy odnosił w tenisie stołowym.

Pewnego razu tata Marka, Robert, postanowił zabrać syna na pierwszy w jego życiu trening. Marzył o tym, aby jego pociecha tak jak on, uprawiała sport i czerpała z niego wiele radości. Postanowił, że spróbuje zainteresować tenisem stołowym. Gdy Marek wraz z jego ojcem weszli na salę, maluch czuł podekscytowanie. Od najwcześniejszych lat cechował go upór w dążeniu do celu. Nawet jako brzdąc, gdy chciał coś zrobić, a tego nie potrafił, to szukał jakiekolwiek sposobu na poradzenie sobie i nie przestawał, póki nie skończył. Poza tym Marek był bardzo wesołym chłopcem i towarzyskim. Jego ojciec wiedział, że z takimi cechami może daleko zajść w sporcie oraz w życiu. Pierwsze chwile przy stole tenisowym chłopiec spędzał, odbijając piłeczkę na własnej rakietce pod okiem trenera Adama. Szkolący uczył go, jak prawidłowo trzymać rakietkę oraz pokazał mu wiele zabaw z piłką. Widział wielkie zaangażowanie u Marka, który bardzo starannie wykonywał polecenia.

Mijały tygodnie, a Marek cały czas trenował. Pięć razy w tygodniu przychodził na salę miejscowej klubu sportowego, aby dwie lub trzy godziny uczyć się panowania nad piłeczką od tenisa stołowego. Radził sobie co raz lepiej. Trener nadzorował jego postępy oraz cały czas ustawiał rękę oraz ruchy malca w jak najlepszy sposób. Roberta bardzo dziwiło, z jakim zapałem słucha i trenuje jego syn. Sam przyprowadzał i odprowadzał Marka na każdy trening. Dziwił się i czuł, jak rośnie w nim podziw dla syna, który za każdym odbiciem piłeczki jeszcze z większym zaangażowaniem trenuje.

Po kilku miesiącach treningów, gdy Marek skończył już szósty rok życia, przyszedł czas na pierwsze zawody. Turniej odbył się w nieco większej miejscowości, nieopodal Środy. Do zawodów przystąpiło około trzydziestu zawodników, nawet o dwa lata starszych od niego. Przyszedł czas na pierwsze spotkanie. Marek zmierzył się z zawodnikiem o dwa lata starszym od siebie. Mimo dzielnej walki, starszy rywal okazał się lepszy przy stole.

— Marku — zaczął trener zaraz po zakończonym pojedynku, widząc niepewną minę chłopca.

— Tak, trenerze?

— To był naprawdę dobry mecz. Nie możesz się przejmować. Rywal był starszy i na pewno dłużej gra w tenisa.

— Proszę pana, ale ja wcale nie jestem smutny. Bardzo mi się tu podoba i nie mogę doczekać się kolejnych meczy. Mam nadzieję, że niedługo zacznę również wygrywać, ale na razie chcę się uczyć. Sprawia mi to wiele przyjemności. Po tej wypowiedzi trener Marka zaniemówił. Zaskoczyła go dojrzała postawa chłopca. Czuł, że ma on wielki talent i dyspozycje, aby grać na najwyższym poziomie w tenisa stołowego.

Po powrocie z zawodów już następnego dnia Marek powrócił do treningów. Trenował w co raz bardziej zróżnicowany sposób i robił duży postęp. Każdy jego dzień wyglądał w podobny sposób: szkoła, trening, sen. Mimo swojego młodego wieku nie miał czasu na zabawę. Nie przeszkadzało mu to. Był bardzo uparty i ambitny. Na każdym treningu dawał z siebie 110%.

Minęły dwa lata ciężkich treningów, Marek cały czas się nie poddawał. Pięć razy w tygodniu, po dwie lub trzy godziny spędzał na sali. Miał już osiem lat. Nie przeszkadzało mu to, że brakowało mu czasu dla przyjaciół. Zawody pochłonęły go całkowicie, w skrytości ducha cierpiał, gdy przegrywał, jednakże mierzył się ze starszymi osobami i nie miał szans na lepsze wyniki. Ponadto większość zmagań miała charakter towarzyski i wygranie ich nie dawało awansu na żadne zawody ogólnopolskie.

Po kolejnych latach gry po raz pierwszy zyskał szansę na awans to turnieju ogólnopolskiego. Aby się udało, musiał znaleźć się w najlepszej dwójce turnieju wojewódzkiego. Stanowiło to jego marzenie od początku kariery. Turniej odbywał się w tej samej miejscowości, w której Marek kilka lat temu zagrał swoje pierwsze zawody. Do zawodów przystąpiło 32 zawodników. Aby awansować, Marek musiał zwyciężyć cztery pojedynki. Do zmagań przystępował jako faworyt, co udowodnił wygrywając pierwsze trzy spotkania. Do czwartego, decydującego przystępował z wielkim skupieniem. Mecz rozpoczął się znakomicie dla zawodnika z Środy. Udało mu się doprowadzić do stanu 2:1 w setach. Niestety, ale w czwartym secie musiał uznać wyższość rywalowi, minimalnie ulegając 9:11. Nadeszła pora na decydujący, piąty set. Zaczął się on tragicznie dla Marka. W najgorszym momencie wynik był równy 1:7. Chłopaka podłamało to trochę, jednakże wiedział, że grać trzeba do końca. Powoli zaczął odrabiać straty, doprowadzając do wyniku 9:9. Wpadł na pomysł, że ostatnie dwie akcje kompletnie zaryzykuje, grając szybką piłkę. Taktyka ta opłaciła się. Dwunastoletni Marek awansował na ogólnopolski turniej, jednocześnie spełniając pierwsze, sportowe marzenie.

Bardzo szybko wyznaczał sobie kolejne cele. Jak wiadomo, chciał zawiesić sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Jego kolejnym celem, jaki sobie wyznaczył był medal Mistrzostw Polski. To marzenie każdego młodego tenisisty. Marek zdawał sobie sprawę, że na jego pierwszym turnieju ogólnopolskim zdobyć medal, to coś praktycznie nierealnego. Ale gdzieś na dnie serca kołatała nadzieja. Wrócić do domu z tytułem mistrza Polski, to dopiero coś.

Turniej ogólnopolski, na który zakwalifikował się, miał miejsce dwa tygodnie po zawodach wojewódzkich. Tak więc dwa tygodnie ponownie bardzo wytrwale się przygotowywał, pod okiem trenera Adama. Gdy wreszcie nadszedł czas zmagań, wraz z szkoleniowcem udali się do Warszawy, gdzie miały odbyć się zawody. Trwały one dwa dni. Marek zagrał łącznie 4 mecze, z czego dwa wygrał, zajmując miejsce 33. Był to dla niego wielki sukces, chociaż wciąż jego cel był znacznie większy.

rys. Agata Bartczak

Po powrocie z Warszawy Marka czekał jeden z najtrudniejszych momentów w życiu. Tydzień po zawodach w wypadku samochodowym zmarł jego ojciec. Marek załamał się. Mimo młodego wieku był bardzo dojrzałym chłopakiem. Śmierć ojca wstrząsnęła nim. Był to jedyny okres od siedmiu lat, w którym zrobił przerwę od treningów. Nie mógł się pogodzić z tragedią. Ojciec z matką byli dla niego bardzo ważni. Tata nie tylko wspierał go w sprawach tenisowych, ale we wszystkich trudnościach, które go spotkały.

Czas mijał w bezruchu i z rozpaczą. Nie potrafił znaleźć sobie miejsca w domu, szkole, życiu. Po miesiącu powlókł się na salę klubu. Chciał popatrzeć. Jak to się stało, że wylądował z rakietką w ręce przy stole tenisowym? Grał bez opamiętania, szybko, ze złością, z jakimś zacięciem. Następnego dnia wrócił na salę i z podwójną motywacją zabrał się za treningi. Postanowił, że od teraz nie tylko będzie robił to dla siebie, ale także dla ojca. Kwalifikowanie się do turniejów ogólnopolskich stało się dla niego czymś całkiem normalnym. Tak naprawdę nie sprawiało to już mu satysfakcji. Najdalej na Mistrzostwach Polski udało mu się zająć 9 miejsce. Jego wyznaczony cel stawał się co raz bardziej realny.

Wreszcie przyszedł czas na ogólnopolskie zawody, które miały odbyć się w Rzeszowie. Marek miał wielkie nadzieje. Sądził, że był świetnie przygotowany. Przez fazę grupową oraz mecz o najlepszą szesnastkę przeszedł bez większych problemów. W końcu nadszedł mecz o ósemkę. Markowi nigdy nie udało się zajść tak daleko, więc był bardzo podekscytowany, a zarazem skupiony. Okazało się, że przeciwnik nie był w stanie zapobiec mądrej i dobrej grze Marka, ulegając 0:3. Marek znalazł się w najlepszej ósemce Polski. Pierwszy raz stanął przed szansą zdobycia medalu, ponieważ kolejna wygrana oznaczała co najmniej trzecie miejsce w turnieju głównym. Ale żeby nie było za łatwo, przyszło mu się zmierzyć z faworytem całych zawodów — zawodnikiem z Gdańska.

Świetnie wszedł w mecz. Zwyciężył pierwszego seta. W drugim jednak musiał uznać wyższość rywala, doprowadzając do stanu 1:1. W trzecim secie, przegrywał już wysoko. W końcu udało mu się w bardzo efektowny sposób, po wielu emocjonujących wymianach zwyciężyć trzecią część meczu, doprowadzając do wyniku 2:1. Czwarty set ponownie znakomicie zaczął. Doprowadził do wyniku 10:5. Trwała bardzo emocjonująca wymiana, kontra za kontrą. Nagle Marek upadł, przegrywając piłkę. Próbował wstać, jednak czuł straszny ból w prawej nodze. W meczu był stan 2:1 i 10:6 dla Marka. Brakowało mu dosłownie jednej piłki. Wielki ból w nodze uniemożliwiał mu jednak dokończenie pojedynku. -Trenerze! — zaczął rozmowę. -Marku, niczym się nie przejmuj. Na pewno będziesz miał jeszcze wiele szans na spełnienie marzeń. -Tego nie wiem. Muszę dokończyć ten mecz. -Ale jak to? Przecież nie dasz rady! Nie możesz! -Mogę. Zrobię to. Muszę! Kulejąc udał się kierunku stołu. Kibice byli w szoku, że zawodnik chce dokończyć pojedynek. Gracze kontynuowali. Niestety, ale kolejne piłki nie były szczęśliwe dla zawodnika ze Środy i spotkanie osiągnęło wynik 10:9. Ta piłka była ostatnią szansą na spełnienie marzeń Marka. W tym momencie przypomniał sobie o ojcu. Postanowił zaryzykować i tak jak, gdy pierwszy raz udało mu się awansować na turniej ogólnopolski, tak teraz stwierdził, że po serwisie rywala z całej siły uderzy w piłkę ryzykując. Przeciwnik zaserwował wprost na rakietę Marka, a ten tak jak zaplanował, z całej siły uderzył piłkę, która minimalnie musnęła róg stołu. Chłopak oszalał z radości, machał rękoma, płakał. Szczęście przyćmiło na chwilę ból, który odczuwał i zmęczenie. Spełnił swoje marzenie.

Niestety, ale Marek kolejne mecze musiał oddać, ze względu na kontuzję. Zajął ostatecznie trzecie miejsce i oczywiście zdobył wymarzony medal Mistrzostw Polski!

Po powrocie z Rzeszowa okazało się, że uraz był poważniejszy niż wszystkim się wydawało. Diagnoza była prosta. Koniec ze sportem najprawdopodobniej do końca życia. Marek informację tą przyjął mimo wszystko ze spokojem. Spodziewał się jej, ponieważ ból był na prawdę ogromny. Wiedział jednak, że spełnił swoje największe sportowe marzenie. Był dumny. Zrobił to nie tylko dla siebie, ale również dla zmarłego ojca. Mógłby mieć do siebie pretensje do końca życia tylko dlatego, że wtedy nie zagrał tego spotkania do końca.

Po zakończeniu krótkiej, ale bardzo emocjonującej kariery, Marek większość czasu wolnego spędzał w ukochanym domu, gdzie pomagał mamie. Chciał jej wynagrodzić całe wsparcie, które od niej otrzymał oraz pomóc w ciężkich chwilach bez męża. W swoim domu zawsze czuł się bezpiecznie i otrzymywał ogromne wsparcie od domowników. Bardzo mu to pomogło w realizacji marzeń.

Stasiu Lemański

...Prawdy

Pewnego dnia szkoły, po feriach zimowych wszyscy uczniowie oraz nauczyciele wrócili do szkoły. Każdy rozmawiał i wspominał wspaniałe dwa tygodnie odpoczynku. Jedynie Tomkowi chodziło kompletnie coś innego po głowie. Mianowicie, dzień przed zakończeniem ferii jego rodzice zapowiedzieli, że jeżeli nie zmieni swojego podejścia do nauki oraz innych osób, to dostanie pierwszy w jego życiu szlaban na komputer oraz telewizor. Tomek jednak nie wziął do serca tego, co mówili Maria i Robert, a wręcz przeciwnie. Nie rozmyślał on nad tym, aby się zmienić. Zamienić swoje skąpstwo, pychę i wynoszenie się nad innych na pracowitość, pokorę oraz życzliwość wobec ludzi. Rozmyślał nad tym, w jaki sposób przechytrzyć rodziców lub nauczycieli. Na następny dzień zapowiedziany miał bardzo ważny sprawdzian z matematyki. Wiedział, że jeżeli nie zaliczy go, to otrzyma szlaban. Pomyślał, że może spróbować ściągnąć, jednak szybko przypomniał sobie, że jego nauczycielka od matematyki, która miała na imię Katarzyna, chociaż jest bardzo młoda, to ambitna i szczególnie na sprawdzianach bacznie przygląda się klasie. Jedyne słuszne wyjście było nauczeniem się na sprawdzian, ale wtedy musiałby uczynić to, czego nie cierpi, czyli ustąpić swoim rodzicom. Po lekcjach Tomek wrócił do domu.

Następnego dnia rano Tomek, który cały wieczór i pół nocy spędził na graniu w gry komputerowe, szedł do szkoły z nadzieją na cud. Nie spieszyło mu się za bardzo, ponieważ liczył, że coś uda mu się jeszcze wykombinować. Już był przy bramie szkoły, już miał wchodzić do środka, gdy nagle za rogiem budynku ujrzał panią nauczycielkę od matematyki, która całuje się i przytula do obcego faceta. Nie zszokowałoby to Tomka, jednakże wiedział on, jak wygląda mąż pani Katarzyny. Wiedział to, ponieważ mężczyzna ten, przyjechał poprzedniego dnia po żonę do szkoły. Facet, który stał wtedy z nauczycielką wyglądał całkowicie inaczej. Oznaczało to tylko jedno. Pani Katarzyna posiadała kochanka. Bez zastanowienia chłopak wyjął telefon i zrobił kilka zdjęć zakochanym. Po tym zdarzeniu wszedł do szkoły, myśląc, że te fotografie mogą załatwić problem jego jedynek.

Po kilku lekcjach, nadszedł czas na sprawdzian z matematyki. Chłopak szedł na test kompletnie wyluzowany. Wbrew pozorom był on dość inteligentny i od razu po porannym zdarzeniu zaplanował, jak ma wyglądać jego szantaż. Tomasz kilka minut po rozdaniu kartek, podniósł rękę informując, że chce oddać pracę. Nauczycielka zdziwiła się zachowaniem chłopaka, jednakże podeszła i zabrała mu kartkę. Po krótkim przeczytaniu jej, uważnym wzrokiem spojrzała na ucznia. Sprawdzian był pusty.

Po zakończonej lekcji, pani Katarzyna podeszła do swojego ucznia. Chciała uświadomić go, w jakiej jest sytuacji.

— Tomku, oddałeś mi pustą kartkę. Dobrze wiesz z jaką oceną kończyłeś poprzedni semestr. Naprawdę nie chciałabym spotykać się z tobą w sierpniu — powiedziała nauczycielka.

— Groźna pani — szyderczo odpowiedział uczeń, odwracając się do niej plecami.

— Jak ty się do mnie odnosisz? Dostajesz uwagę, a o jedynce jaką dostaniesz ze sprawdzianu chyba nie muszę wspominać — skończyła.

— Radziłbym pani tego nie wpisywać — ponownie z szyderczym uśmiechem powiedział Tomek.

— Jak to? O co ci chodzi? — spytała zdenerwowana oraz zaintrygowana słowami ucznia.

— Już pokazuję — odpowiedział spokojnie uczeń, wyjmując z kieszeni telefon i podsuwając ekran ze zdjęciem przed oczy kobiety. Po chwili roześmiany Tomek wyszedł z klasy bez słowa. Nauczycielka zamarła. Usiadła na krześle i zaczęła płakać. Była kompletnie załamana. Mąż pani Katarzyny był tyranem. Praktycznie codziennie ją bił, a także wyzywał i poniżał. Nauczycielka nigdy nie miała odwagi się mu postawić, a tym bardziej komukolwiek powiedzieć o swoim problemie. Co robić?… Westchnęła, otarła łzy. Ciężko podniosła się z krzesła. Stwierdziła, że nie ma wyjścia. Tomek otrzymał ocenę bardzo dobrą ze sprawdzianu, a uwaga została poprawiona. Przyszedł czas na kolejny test wiedzy z matematyki. Uczeń po raz kolejny się nie uczył. Przez cały sprawdzian siedział z założonymi na klatce rękoma, śmiejąc się w twarz nauczycielce, która próbowała ukrywać łzy przed uczniami. Chłopak po lekcji ponownie został w klasie.

rys. Hania Zalewska

— Widzę, że nie musiałem nawet pani za wiele tłumaczyć. Świetnie pani mnie zrozumiała.

— Błagam, zrobię wszystko, ale nie mów o moim romansie mężowi — wyszlochała pani Kasia.

— Wiesz co, skoro wszystko, to oceny z matematyki nie są mi już potrzebne. Powinienem i tak bez problemu przejść do następnej klasy, prawda? — roześmiał się chłopak.

— Czego chcesz? — spytała Katarzyna ze ściśniętym gardłem i oczami wbitymi w podłogę.

— Potrzebuję pieniędzy. Dużo pieniędzy. Na jutro przynosisz dziesięć tysięcy złotych, albo zdjęcia trafiają do twojego męża. Myślę, że nie byłby zadowolony. Przypominam również, że jeśli piśniesz komukolwiek słowo o mojej małej zabawie, to zdjęcia równie szybko wpłyną na jego telefon — wychodząc z klasy, skończył chłopak. Nauczycielka była załamana. Wiedziała, że cała ta sytuacja zaszła już za daleko. Stanęła pomiędzy młotem a kowadłem. Z jednej strony mąż tyran, który nie wiadomo do czego może się posunąć, gdy dowie się o zdradzie, a z drugiej chore żądania Tomka.

Lekcja ta była ostatnią pani Katarzyny. Załamana i zapłakana nauczycielka, powoli wychodziła ez szkoły w stronę parkingu. Spotkała tam jedną z przyjaciółek, również nauczycielkę, panią Zofię. Pani Zofia, zauważając rozgoryczoną, młodszą koleżankę, zaczęła:

— Co się dzieje, Kasiu? Dlaczego płaczesz? Co ci się stało? — pytała zmartwiona.

— Przepraszam, nie mogę pani powiedzieć — odpowiedziała.

— Naprawdę, cokolwiek by to nie było, pomogę ci. Nie musisz się bać — powiedziała. W tym momencie w pani Katarzynie coś pękło. Stwierdziła, że nie może tego tak dalej ciągnąć i zdecydowała się opowiedzieć starszej znajomej całą historię. Od męża tyrana, przez przyjaciela, aż po ucznia szantażystę. W tym samym czasie Tomek, który wyszedł ze swoim psem na krótki spacer, zauważył płaczącą panią Katarzynę, która rozmawia z inną nauczycielką. Wściekły uczeń podbiegł na parking, aby podsłuchać rozmowę. Gdy usłyszał, że nauczycielka zwierza się koleżance, bez namysłu wysłał zdjęcia do jej męża.

Pani Zofia przez długi czas rozmawiała z panią Katarzyną. Udzieliła jej wiele rad oraz poradziła, aby czym prędzej poszła na policje. Nauczycielka postąpiła jednak kompletnie inaczej. W pierwszej kolejności pojechała do domu, w obawie przed niecierpliwiącym się mężem. Ten jednak zobaczył już wysłane przez Tomka zdjęcia i rozwścieczony czekał na żonę. Gdy ta wróciła, rzucił się na nią, szarpał, aż w końcu uderzył kilka razy pięścią w twarz. Nie szczędził również niecenzuralnych epitetów dotyczących żony. Po zdarzeniu uciekł z domu i zostawił ją nieprzytomną, leżącą na podłodze.

Pani Zofia natomiast w tym samym czasie pojechała do domu Tomka, aby porozmawiać z jego rodzicami o czynach, jakich dopuścił się uczeń. Drzwi otworzył jednak sam Tomek, który na przemowę nauczycielki odpowiadał jedynie śmiechem.

— Tomku, usuń te zdjęcia. Dlaczego ty to robisz? Rujnujesz pani Katarzynie życie. Nie rozumiesz tego? — tłumaczyła Zofia.

— Zdjęcia mogę usunąć, i tak trafiły już tam, gdzie miały trafić — roześmiał się.

— Wysłałeś te zdjęcia mężowi pani Kasi?! — krzyknęła.

— Tak — odpowiedział już nie tak wesoło, lecz cicho Tomek, który przestraszył się.

- Coś ty najlepszego zrobił, wsiadaj do auta, jedziesz ze mną. — powiedziała nauczycielka, dzwoniąc w tym samym czasie na policję. Tomek zamarł. Podczas drogi do domu Katarzyny, pani Zofia opowiedziała mu o tym, kim jest mąż młodej nauczycielki oraz w jakim niebezpieczeństwie się teraz znajduje. Uczeń pierwszy raz w życiu był przerażony i obwiał się dalszego rozwoju sytuacji. Gdy przyjechali do domu pani Katarzyny, na miejscu była już policja i zawiadomione przez nich pogotowie ratunkowe. W tym samym momencie, w którym pani Zofia zaparkowała obok domu nauczycielki samochód, ratownicy wynosili ją na noszach. Wyglądała strasznie. Cała jej twarz była zakrwawiona i sina. Tomek był przerażony. Spuścił głowę i dobrowolnie oddał się w ręce policji. Powiadomieni zostali jego rodzice.

Mąż nauczycielki został znaleziony i aresztowany jeszcze tego samego dnia. Przyznał się do winy i nawet nie wyraził skruchy, po czynie który wykonał. Wymierzony został mu wyrok, podobnie jak Tomkowi, który został umieszczony w zakładzie poprawczym. Najprawdopodobniej dożyje tam dorosłości.

Pani Katarzyna po jakimś czasie wyszła ze szpitala. Nie potrafiła zostać w mieście, z którym łączyło ją tak wiele negatywnych wspomnień. Wyprowadziła się na południe Polski, gdzie założyła dom. Czuła się w nim kochana i bezpieczna, czyli tak, jak powinien czuć się każdy w swoim Domu.

Stasiu Lemański

...Panowania

Było już późno, kiedy Nikolás wrócił do domu. Chłopak zastał tam swoją matkę z już zimną kolacją na stole.

— Czekam na ciebie już dwie godziny, Nikolás. Myślałam, że coś ci się stało — powiedziała.

— Mamo, mam 16 lat. Naprawdę myślisz, że nie umiem uważać na siebie? — zmęczony odparł — Poza tym, nie jest jeszcze tak ciemno.

— Tak, wmawiaj sobie to dalej — wymamrotała matka i poszła prasować ubrania.

Nikolás niechętnie zjadł zimną zupę i udał się do swojego pokoju.

— Niko, wreszcie jesteś! — radośnie wykrzykiwał młodszy brat.

— Tak, to ja. Zwykły, szary Nikolás — niechętnie podjął się rozmowy z bratem.

— Pobawisz się ze mną samolotami? — spytał z nadzieją — Dawno temu już mi to obiecałeś!

— Ébejan, nie dzisiaj, jestem zmęczony — wymamrotał Nikolás — Daj mi spokój.

Zasmucony braciszek poszedł do swojego pokoju. Nikolás zajął się naprawą domowego telewizora.

— Jedna lampa, druga lampa i kabelek — mówił pod nosem — O, już prawie.

— Idź już spać, proszę — powiedziała matka

Nikolás postanowił się położyć. Kiedy ostatnie światła w domu zgasły, chłopak powrócił do swojej pracy.

— I, ostatni opornik — dumnie szeptał — voilla!

Jakże wielkie musiało być jego rozczarowanie, kiedy po włączeniu telewizor zamiast pokazać obraz, zaczął się palić. Na szczęście, Nikolás zdążył w porę wyłączyć urządzenie.

— Kurka. Wiedziałem, że tak się stanie. Zapomniałem tego cholernego kondensatora — zdenerwowany mówił do siebie. — Co ja niby zrobię z tym spalonym śmieciem?

Wtedy go olśniło. Wziął swój radiomagnetofon, projektor filmowy od rodziców i po cichu zabrał Ébejanowi samochodzik elektryczny. Z pomocą śrubokrętu i piły rozebrał wszystko na części pierwsze i tutaj uświadomił sobie, że nie wie, co robi.

Przypomniał sobie wtedy film o robotach, który ostatnio oglądał. Zawsze chciał zrobić robota, a w szczególności takiego z filmu. Bez zastanowienia przystąpił do tworzenia.

— Jeden, dwa, cztery, osiem, jedenaście — liczył części, znów mówiąc do siebie — wszystko mam.

Minęły cztery godziny, a zlepek projektora, radia, zabawki i telewizora zaczął przypominać robota. W rzeczywistości, wyglądało to jak jeżdżący telewizor ze światełkami po bokach.

rys. Mikołaj Kuszyński

Po kolejnych dwóch godzinach, Nikolás skończył pracować nad robotem. Przynajmniej tak mu się wydawało. Gdy go włączył po raz pierwszy, usłyszał głośny brzdęk, a maszyna zaczęła jeździć po stole. To nie było to, czego chłopak oczekiwał. Zamienił więc lampy i poprzepinał przewody. Na ekranie pokazał się napis “Ngasyahla”. Nikolás wiedział już, że urządzenie działa, a jedyne, co trzeba przestawić, to język. Na ekranie kolejno pojawiały się napisy: “Szegenek”, “խառնել”, “Whydegehsioeklek”, “Ak” i w końcu “Witaj”. Nareszcie, chłopak mógł być z siebie dumny.

— Cześć, Nikolásie — powiedział robot — Dziękuję, że mnie stworzyłeś.

— Uhm.. Cześć, robocie? — odpowiedział niepewnie chłopak nieco zdziwiony.

— Od teraz będę twoim osobistym asystentem — mówiła dumnie maszyna — Zrobię, co tylko ze-ze-ze-ze-ze-ze-ze

— Co zrobisz? — zapytał Nikolás

— Zrobię, co tylko ze-ze-zechcesz, stwór-stwór-stwórco!

— Tak więc, asystencie, posprzątaj mój pokój! — rozkazał chłopak

— Chętnie, stwórco — odpowiedziało urządzenie, po czym przystąpiło do działania.

Nikolás obserwował, jak efekt jego pracy porządkuje bałagan.

— Gotowe — wypowiedział robot.

— Przynieś mi szklankę wody! — powiedział.

Robot jednak nie udał się w stronę kuchni, a wjechał na półkę z częściami elektronicznymi.

— Robo, nie jedź tu. Zrobisz bałagan! — krzyczał zakłopotany, po czym chwycił robota.

Ten jednak poraził chłopaka wysokim prądem.

Nikolás wiedział, że musi wyłączyć swoje dzieło, zanim narobi szkód. To jednak, używając swoich elektromagnesów i dźwigni, dołączyło do siebie magnetowid, zegar i żelazko.

Chłopak, panikując, zaczął rzucać poduszkami w robota, a ten odwdzięczał się wydając ogłuszające dźwięki i robiąc wielki bałagan na stole.

Tym razem nie było możliwości wyłączenia wtyczki z gniazdka — urządzenie było zasilane bateriami.

— Zniszczę ci-ci-ci-ci-cię! — zacinał się — Jestem-tem-tem od ciebie silniejszy, głu-głu-głupku!

Robot w mgnieniu oka udał się do kuchni i wrócił z ostrym nożem. Nikolás wiedział, że jeśli nie zniszczy urządzenia w ciągu kilku sekund, to stanie się tragedia.

— Agayiskiegelek myagatasye, lebija yhegens! — mówił głośno robot przypadkowo zmieniając język — Znaczy się, przygotuj się na koniec, pustaku!

— Niestety nie tym razem — wykrzyknął dumnie Nikolás biorąc szklankę wody i celując nią w stronę robota.

— Halo, Nikolás? — usłyszał chłopak — Nikolás, słyszysz nas?

— Mama? Ébejan? — zapytał ze zdziwieniem — Co się tutaj stało, czemu jestem w jakiejś zielonej sali?

— Boże, on mówi! Myśleliśmy, że nie wyjdziesz z tego żywy! — z radością krzyczała matka

— A co mi się stało? I gdzie mam lewą rękę? — z przerażeniem pytał młodzieniec

— To było bardzo brutalne i dziwne, jak w jakimś filmie. Po prostu, zostałeś potraktowany nożem przez jeżdżący, zmutowany telewizor.

— I co z tym telewizorem? — spytał cicho z narastającym przerażeniem.

— Sąsiad sobie z nim poradził. Jak wydobrzejesz, wracasz do domu — odpowiedziała, głaszcząc syna po włosach.

Igor Siekierka

Вы прочитали бесплатные % книги. Купите ее, чтобы дочитать до конца!

Купить книгу